noc piątkowa

To wydarzyło się dawno…

 

To wydarzyło się dawno
początki są nieistotne
wdech wydech spojrzenie
impuls elektron połączenie
nie jestem chemikiem nie pytaj mnie
jestem człowiekiem to się czuje
wcale nie raz w życiu
czuje się setki tysiące dziesiątki tysięcy
jak masz szczęście
i jak sobie pozwalasz
kochać

zaczynam od siebie
wciągam biel
zaciągam dym
oszukuję
moje ciało to czuje
już nie daje się nabierać
te sztuczki są zbyt stare
zapisały się w pamięci komórkowej
a jej numer w głowie
więc ginę
bo nie czuję
słabość
głos się łamie nie pobiegnę do tramwaju
nie wydam dziś z siebie zdania oznajmującego
słucham tylko i pytam
nie ma mnie

ale kiedy jestem
to czuję
i mówię prawdę
ciało to czuje
odtwarza sztuki nowe
zapisane w pamięci komórkowej
joga medytacja bieg
nie pamiętam jej numeru
pamiętam słowa
i żyję
mocny
tak mocny, że łamię słabszych niechcący
jeżdżę autem śpiewam pęcznieję
jestem tak bardzo
że na ciebie zaczyna brakować już
miejsca

 

2:34, NP1, , 20.06.2020, Bagatela

 

pisane przy utworze i wraz z nim też może być czytane: 

Natura pisarza – esej #OSTATNIADZIEWICA

Każdy człowiek jest z natury leniwy.

Pisarz dzisiejszy, dla którego wyrażanie siebie i rejestracja obserwowanych zjawisk nie jest koniecznością, jaką musiała być dla Horacego i Herodota, a ekstrawagancją, jest tej leniwości najjaskrawszą emanacją.

Współczesny świat nie oczekuje pisarzy, ma już dość labiryntów narracji, w których łatwo się pogubić; każde dodatkowe pióro zwiększa jedynie powszechny niepokój. Pisarz nadaktywny, tworzy zagrożenie – szczególnie wśród kolegów. Krzyczą do niego: zwolnij! Ale on zamiast się oglądać, dokłada kolejne karty do swej opowieści. I wszystko miesza. Robi to, często dlatego, by uniknąć innych, przykrych konieczności życiowych, prac, które są „poniżej jego możliwości”, prac, w których on sam schodzi na drugi plan i musi ukorzyć się przed tym, że został sprowadzony do roli narzędzia i „dostarczanego efektu”. Jeśli gotuje – wnet jego dania zostaną spróbowane i ocenione przez smakoszy, jeśli maluje to także jednym rzutem oka można, choćby powierzchownie ocenić jego kunszt. Pisanie zaś pozostaje przez długi czas prywatne, intymne – daje przestrzeń do lenistwa pozornego i faktycznego. Wszak rozmyślania na łące palonej słońcem lub przy kieliszku palącym gardziel także można i należy podpiąć pod tajemniczy akt „procesu twórczego”. Dla pisarza każda ławka, plaża i żaglówka stają się potencjalną pracownią, a zatem paradoksalnie ten największy z leni nigdy naprawdę nie wypoczywa. Ciągle odczuwa w sobie konieczność przeobrażania doświadczeń w słowa i słów w trwanie. Biada mu jeśli kiedyś pozostanie jedynie na ostatnim i tak jak bohater zbiorowy Różewiczowskiego wiersza pocznie się opierać wyłącznie „na cieniach słów” („ale te słowa są tak przejrzyste, że widać przez nie śmierć”)!

Pisanie stanowi zasadną wymówkę do eskapizmu w czasach, w których wszyscy oczekują przejrzystości. Poeta zamyka się jednak po to by otworzyć się po miesiącach zupełnie. Jak długo dojrzewający kwiat zbiera w sobie soki, karmi się cieniem i słońcem, wdycha węgiel, który zamieni w tlen. Owoc, który wyda nie każdemu zasmakuje, ale i to jest dobre, bo chroni wrażliwą konstrukcję pisarza przed nadmierną łapczywością ludzkich rąk. Wiele upłynie czasu i wiele nóg spróbuje go zadeptać zanim się przerodzi z kwiatu w krzew, a następnie drzewo. Drzewa zaś płoną, są ścinane i giną, a tylko jedna na dziesięć tysięcy sosen, wierzb i brzóz stanie się długowiecznym drzewem oliwnym albo „pomnikiem przyrody prawem chronionym”.*

 

***

*pisane w Łazienkach Królewskich, pod pomnikiem przyrody prawem chronionym, w otoczeniu kleszczy.

To był fragment mojej nowej powieści pod roboczym tytułem OSTATNIA DZIEWICA

#OD

wtorek, P, Nπ, lipiec, Jarosławiec

Dzień jest słoneczny, budzi mnie o czwartej blask, pierwsza myśl to myśl o tobie i wiem, że już nie pójdę spać. Wychodzę przed chatę, szum lasu, śpiew ptaków. Jest jeszcze chłodno, ale z każdą minutą powietrze ogrzewa się. To będzie dobry dzień. Czuję to. Zimną wodą z ogrodowego węża obmywam twarz. Idę boso, w stronę drzew, wychodzę za ogrodzenie i teraz już zaczynam biec. Chciałbym biec do ciebie, chciałbym abyś czekała na mnie siedząc na kwarcowym piachu i uśmiechała się. Las przynosi świeży chłód, igły lekko kują stopy, patrzę uważnie na ścieżkę, aby nie uderzyć palcem w korzenie, nabieram pędu, teraz już lecę. Zamykam oczy, wyobrażam sobie ciebie. Musisz jeszcze spać, śpisz, czuję to. Uderza o sosnę twarz uśmiechnięta, mdleję.

BAGATELA podcast 05 przekminianie życia | instapoezja | smartshop

BAGATELA podcast 05 przekminianie życia | instapoezja | smartshop

Na najświeższym podcaście BAGATELA, najzabawniejszym dotychczas – chociaż szczerze? Każdy kolejny wydaje mi się zabawniejszy i lepszy – z Miglantzem rozmawiamy o zjawisku instagramowej poezji, wspominamy dopalacze przez dziurawe głowy i gościmy tajemniczego fotografa.

Podczas rozmowy ułożyłem spontanicznie dwa prześmiewcze wiersze w stylu insta. M. powiedział abym je wrzucił i na pewno zyskają większą popularność niż te moje wygibasy. Wątpię w to szczerze, ale wrzucam, aby te dzieła ironicznej kreacji trwały po wsze czasy.

Pierwszym słowem-tematem było: „gram”

GRAM

Gram na twoich włosach
jak na fortepianie
#pasemka
delikatnie przesmykują się przez moje palce
czuję twoją głowę, kiedy wynurza się spod wody
i kiedy znów wciskam ją mocniej w kołdrę
gram na tobie jakbyś była moim instrumentem
dętym
bo dmucham cię
dopóki nie wypuścisz…
dźwięków

 

Drugie słowo-klucz zadane przez Miglantza: „dymka”

DYMKA

Kiedyś, zanim cię poznałam, była jak cebula
dymka
miałam warstwy
byłam łuszczącym się tworem
zamieszkującym sklepowe półki
czekałam tylko na twoją dłoń
na twój dotyk
aż weźmiesz mnie taką jaką jestem

TY

zabrałeś mnie do swojego domu
obrałeś z łusek
i zacząłeś kroić
i zacząłeś płakać
a ja, zaczęłam rumienić się przy tobie
jakbym właśnie została wrzucona na patelnię
a później…
była już tylko dymka
dymka
dymka
a teraz leżę sama w łóżku jak w trumnie
a ty
wychodzisz na dymka

 

***
Cóż, daj znać w komentarzu, czy powinienem raczej zmienić styl i zostać insta poetką.
Całość naszego podcastu jest do wysłuchania na soundloud, Spotify i Apple Podcast:
https://soundcloud.com/bagatelapodcast/05-przekimane-zycie-instapoezja-smartshop
Nowe odcinki podcastów będą się od teraz pojawiały w każdy poniedziałek o godzinie 6:00. Obserwuj, słuchaj, podziel się linkiem.

ELOOOO

KONTESTATORA ZARAŻENIE

KONTESTATORA ZARAŻENIE

Na zakupach spożywczych dziś dwukrotnie, w południe z Talką, wieczorem Sam. Trwa zbiorowa hipnoza wirusem, ludzie zaniepokojeni widocznie, choć z próbą powagi i spokoju utrzymania, błądzą po samach w poszukiwaniach składników na swe najbliższe śniadania. A potem coś do podcierania, do pionu utrzymania względem trzęsień rzeczywistości, trzęsień, które do nich dotarły przez falę radio, TV, wi-fi, TEL, wszystko wibruje, stąpnij mocniej, to eksploduje, wybuchnie panika to jest Afryka, tu się sklepy zamyka, tu nie ma wody, papieru, nie ma ręcznika, uważaj, bo się zarazisz, już jesteś zarażony, zarażona – informacja cię wybije do cna.

Wypijam do dna!

I to już jest moment, w którym nie ma wyboru, w którym nie można udawać dłużej, że to cię nie dotyczy, że jesteś ponad tym, bo skoro szkoły i uniwersytet zamykają, skoro imprezy techno odwołują, skoro twoje kobiety dziś gorzej się czują, a i ty pokasłujesz nieśmiało, skoro twoje zarobki z powodu nieodbywania się eventów spadają, to już wyraźnie ten wirus jest w tobie. Jest w twojej głowie, do ciała mu jeszcze daleko, choćbyś był nawet kaleką to cię nie dorwie jeszcze, uciekniesz, bo nie jesteś leszczem, miotasz się #szczupak i gryziesz i zębisz i nie chcesz się przyznać, nie chcesz brać tego na poważnie, ale świat już to zrobił za ciebie.

Kupujesz makaron (bo kasza jest fe), kupujesz papieru płaty, kupujesz wody 20 litrów i sosów dwa litry, kupujesz nawet pasztet w konserwie i kupujesz pizzę mrożoną cztery sery, kupujesz sery topione i stałe, kupujesz lekarstwa i valerianę, kupujesz niezbyt wiele, ale też więcej niż zwykle, dałeś się wrobić i dałeś się wkręcić, a przecież chciałeś przez życie kroczyć ambitnie, inaczej.

Wbrew paradygmatom i wbrew nakazom! Chrzanić media i chrzanić farmazon, zawsze przeciw zakazom, pod prąd, ale już się nie da tak dłużej. Bo to, że zamkną sklepy zaraz, że się każą zaryglować w domach, to już wykracza ponad sprawczość twoją, już nie masz nic w tym temacie do powiedzenia i albo sobie ten tyłek za tydzień podetrzesz papierem albo gazetą, a dawniej można było i wszystkim! (odważne słowa jak na pisarza).

A zatem reagujesz rozsądnie i racjonalnie, bez paniki, ale i zasadnie, nie rzucasz się, i długo, naprawdę długo czekałeś na to, aby do sklepu pójść, czekałeś niemal do samego końca i w końcu nie wytrzymałeś, poszedłeś, kupiłeś i masz.

Jest jednak w tym owczym pędzie coś wysoce uwłaczającego, sam akt stania w kolejce, mieszania się z bydlęciem zbiorowym i te łowy na konserwy, na żarcie, czyż naprawdę było ci to niezbędne? Wszak to jedynie komfort, może i zbędny, czyś kiedykolwiek miałeś w swojej szufladzie cztery różne makarony, ileś tam konserw i tyle pod szafką wody? Nie, nigdy, a dzisiaj masz, czyliś jednak dał się złapać, dałeś się wrobić, a teraz w biurach sobie przyznają nagrody, bo oto złamali cię, złamali nawet Sarminiego, a jeśli ciebie no to już chyba każdego. A przecież był taki czas, że żeś brał kilka banknotów i ruszał w podróż daleką, zagraniczną, nieznaną i żeś z niej nie wracał tygodniami, śpiąc pod namiotami, podróżując autostradami, za parę złotych, jedząc paskudne, śledziowe konserwy w sosie pomidorowym chodziłeś po górach, patrzyłeś w gwiazdy i wodę piłeś z potoków i z nieba.

Do szczęścia i spokoju niewiele potrzeba, naprawdę niewiele, ale ty się dałeś zapędzić w wygodnictwo, za komfortowo ci się zrobiło i spuścić z tonu, obniżyć statusu już nie potrafisz. Bo jesteś szlachcic, szlachcic po kądzieli i przywykłeś do luksusów, które ongiś dostawałeś od nich, od dziewcząt i chłopców swoich, a teraz sam sobie wielkie łoże musisz ścielić, sam kupić herbatę z jaśminem i sam nowe szaty przywdziać – to, co wcześniej było otrzymane, dzisiaj już do kupienia jedynie, i opróżniasz się z hajsu, opróżniasz ze szczęścia, powabu, ambicji, bo zamiast lecieć teraz hen na brzegi Teneryfy, tyś musiał nabyć żarcia za stów parę. Za tyle byś w Kluż-Napoka bawił przez tydzień wspaniale.

bagatela podcast

Elo, od dzisiaj uruchamiam nowym projekt: Podcast Bagatela. Pierwsze dwa odcinki do zrelaksowania i wysłuchania już na Spotify oraz Soundcloud:

 

warszawa

Poemat 3 III 2020

Poemat 3 III 2020

 

Im jesteś starszy tym wena pojawia się rzadziej

wena to przebłyski z młodości

kiedy widziałeś, czułeś, zachwyciłeś się po raz pierwszy

podróże to wena

obfitują w pierwsze chwile

 

Nie ma przekazu, bo wszystko zostało już przekazane

co zostać miało

tak też twierdzono w 1234 roku

 

Nie ma przekazu, bo nie ma się przeciwko czemu buntować

wszystkie sprawy przeciw, którym można było się buntować

zostały już obsadzone przez innych kontestatorów

a ci z kolei stali się śmieszni,

bo w swym buncie powszechni, przeciętni, zwyczajni

bunt stał się ich tożsamością zbiorową

„my buntownicy” – żenada

prawdziwy bunt, to bunt jednostki, jednostkowy!

więc jeśli się buntować to tylko przeciw zbiorowym fakekontestatorom

 

Jest trzeci marca, Warszawa dziś fajna

noszę letnią kurtkę, bo wyszedłem rano, tylko na chwilę,

a już jest wieczór, jeszcze nie wróciłem

do kamienicy, w dobrej dzielnicy, wokół mnie ludzie dzicy

piękni, piękne kobiety, mężczyźni, wszyscy piękni

a jeśli brzydcy, to też piękni

odbija się ich skóra od wilgotnych chodników, oświetlonych latarń

zęby radości

idę przez warszawskie ulice

pachną paliwem i życiem i winem i wentylacją, pachną pracą i zasłużoną przerwą

są dziś ostałe, osiadłe, są sobą, jakby dziś nikt nowy do miasta nie przyjechał

jakby w końcu miasto odpoczęło, stanęło na pięć minut, przestało przyjmować nowe, przestało wyrzucać stare, jakby po prostu było na chwilę takie same

kierowca skutera—ubera, na chodnik się wdziera, prawie upada, na bok, lecz się ratuje,

zabawne to, a nawet się nie uśmiecham, normalne. większość udaje pracowników, a wewnątrz nic – tylko człowiek.

 

Za dnia: kseruję w ksero, podchodzi el menelo, ledwo się trzyma, spłukane zero, stoi ledwo

na kartce zaczyna pisać długopisem pożyczonym, co też mu mają napisać na komputerze

pracownik zaznacza: „to będzie pięć złotych za napisanie, to łącznie z kserowaniem będzie osiem trzydzieści”

tamten szasta hajsem, wysypuje na ladę – nie wiem – osiem sześćdziesiąt trzy może i mówi, że „dobra”

pisze

w jednej ręce ma kubek kawy z automatu

bogacz pisze

słania się

„pan tu nie zasypia”

„pan już nie pisze”

„pan już mi to pokaże”

pan, pan, pan

Polak nawet obsranego żula nazwie „panem”

jeśli to żul mu płaci

„pan się ujebał gównem proszę pana”

Pan

lecz to nie panowanie mnie zdejmuje, a współczucie,

które się wyraża w nas wobec „Pana”

nikt się nie śmieje z niego, nikt się nie dziwi, nikt nie wybrzydza

to Praga-Północ i każdy tego pana akceptuje

nawet to, że się kładzie na ladzie

okej – napisano, skserowano – dostał, co chciał, poszedł

i ja poszedłem.

 

Warszawa nocna

już nie chłodna

moja niemoja

kiedyś moja

lecz odkąd ją opuściłem

te kilka lat temu

najpierw Zielonka, potem morze, potem Poznań, potem morze znów,

potem Praga na chwilę i znów Zielonka i teraz od września znów Warszawa

w końcu Warszawa, moja niemoja prawdziwa Warszawa

opuszczona,

jak dziewczyna po rozstaniu, i teraz znów zszyta

nie ufa już

nie zaufa tak mocno już nigdy

ale cieszymy się

docieramy

ufamy

roztaczamy blaskami.

 

Whisky w „Norce”

niech „Norka” trwa i nie zamyka się nigdy, tylko o tyle proszę

wszystko płynie, pantha rei

wódka płynie i whisky

„dżeka poproszę”

„to będzie dwanaście złotych”

daję piętnaście

znaczące: „dziękuję”

dziękuję

stoję sam przy barze

obok facet rozwiązuje test matematyczny

„matura?” – pytam

jego kobita się śmieje, bo mają lat więcej niż wódka procentów

sączę, stoję, milczę

stylowo

za sukces poczytuję niezapytanie o dowód

stylowo

lat na karku, więcej niż ten Jack na etykiecie

stylowo

Levisy na dupie

stylowo

przeliczam hajs

2750

zaraz się pozbędę, zapłacę, olżeję

jutro nowy przelew, sprawdzam

bank, mbank, aliorbank, ebank

pojutrze nowy

3600

sprawdzam, konto

800

przeliczam

9k

zaraz zarobię i zaraz się pozbędę

piję

wolno

radio gra rockową kolędę

whisky daje ogień we mnie

wychodzę na zimną ulicę, chcę krzyczeć

ze szczęścia

przejmuje mnie grana z auta przejeżdżającego Nowogrodzką piosenka

przejmuje mnie wzrok stojącej kobiety w płaszczu

chyba na kogoś czeka, na kogo, to nie jest twarz obojętna

wszyscy gramy, gramy kogoś non stop

barmani, furmani, przechodnie, kierowcy, kelnerzy,

wszyscy gramy swoje role

i po co te poważne miny, po co te dąsy

przecież każdy człowiek rozsądny, nie powinien być do końca rozsądny

czy to warto tak życie brać na poważnie i się przejmować?

 

Wchodzę do restauracji – dwaj faceci rozmawiają o polityce

„PiS to PiS tamto”

jeden siedzi w bluzie, drugi ma okulary plastikowe na czole i smaruje chleb pasztetem

poczytuję to za żenujące

co oni kurwa mają do PiSu

w sensie, na chuj się podniecają

równie dobrze mogliby gadać o kraterach na Marsie – sprawczość taka sama

Ostatnio ze Staśkiem rozmawiałem w Spatiffie o wyborach prezydenckich

i to już nie było żenujące, bo Staś przewiduje wyniki tych wyborów w pracy i przedstawia te wróżby dużym, zagranicznym firmom

to nie było żenujące, bo Staś jakoś tych wyborów dotyka

przez zasłonę, ale dotyka,

a skoro ja dotykam jego, to obaj jakoś dotykamy

wpływamy

facet w bluzie i od pasztetu tylko pierdolą

chuja mogą.

 

U Gesslera jadam nóżki i piję wódkę

o pierwszej

a potem żremy KFC

pani kasjerka o drugiej w nocy ma różowe włosy

„pewnie dobrze się rucha”

komentuje Kuba

ona się tylko czerwieni

to pewnie od pieca, z którego wyjmuje skrzydełka

 

W A R S Z A W A

nie da się Ciebie nasycić

puenta: wchodź pod górę jak ją spotykasz na drodze,

a jak jedziesz rowerem to JEDŹ!

i nie złaź nigdy.

warszawa

 

 

22 II 2020 – poemat łazienkowy

22 II 2020

Łazienki Królewskie w Warszawie, ławka pod Świątynią Sybilli

Iaa

27 lat

kiedy to zleciało

27 lat, a mi ciągle jest mało

obojętnie ilu będzie gadało,

mam swoje pisanie, mam ludzi, którzy stoją tu za mną

i to mi starczy

bo przecież nie musisz mnie kochać

27 lat la vida loca

 

Nigdy nie sądziłem, że osiągnę ten wiek

#naiwność

„Nigdy”

#naiwność

„ten wiek”

#naiwność

 

liczby i zwyczaje w nich zawarte

siedzę w parku

piję łiski

pani dotyka kamienia w kształcie jajka

czerpie z niego Moc

druga mówi, że kiedy przyjdą tu w nocy pojawią się duchy przodków

byłem tu nocą

duchów nie zaobserwowano 

 

Dziecko na schodach w kurtce koloru wiewiórki

chce zejść do jaja, na pewno idzie do jaja

Dotknie go…

jeszcze chwila…

czyta z jaja

dotyka mama

dziecko czyta po niemiecku,

dotyka jako drugie

odbiega

bo dzieci biegają

dorośli tylko na pokaz

robią z tego pracę

dzieci biegają z natury

i dotykają łyse lwy

zaklęte w posągi.

 

Facet w czerni

ale młody,

grzebie coś w torbie nad śmietnikiem

w końcu wyjmuje coś

i dmucha nos

trzy razy

co za nuda.

 

Mały Książę miał rację:

dorośli są bardzo nudni

większość przynajmniej,

bo kiedy chodzą wokół jaja to nie dotykają go

są jak ślepcy, idą w czerni

i chociaż patrzą to nie widzą

robią sobie zdjęcia,

lecz nie dotykają

wyjątkiem jest pani od „pojawiania się duchów”

ona była w porządku. Miała fantazję

 

Możesz poznać człowieka po tym jak zachowuje się w parku.

Czy to dla niego plac zabaw

czy tylko deptak i martwa scenografia?

Od dziecka wbite w głowę przez polskie muzea:

„nie dotykać! NIE DOTYKAĆ!”

„to są dzieła!”

 

Kolejni na schodach

powinienem ich filmować

spektrum ludzkich postaci i ich stosunek do jaja oraz lwów

na ile myślą o mnie

na ile ich peszy moja nadzeszytowa obecność?

Ludzie się boją cały czas

nawet jeśli ktoś spojrzy na nich

 

Idą młodzi, na oko 20 lat

stają nad jajem i dotykają lwa.

Młodości, tyś sztuki boginią.

 

Wiecie kto był zawsze młody?

Miss Dorys

z nią się wchodziło do fontann

skakało, biegało i dotykało

rzeczy, na których było napisane „nie dotykać”

Zaklęta Młodość w dojrzałym ciele

Da Się.

 

Papieros.

Wstaję

dotykam jaja

czytam je. Coś po grece.

Myślę: „chciałbym rozumieć”

Dowiem się.

Potem dotykam lwa

w pysk

idzie para z synem = 10

stają w progu Świątyni Sybilli, jest tam tabliczka

pierwszy raz ją widzę

Pani czyta na głos: „Sentencje siedmiu mędrców greckich”

Czytam:

„zwlekaj z małżeństwem”

„Patrz niczym obcy, bądź jako gość”

„Wypowiadaj piękno”

Bycie rodzicem wyzwala w nas dziecko

to najpiękniejsze uczucie, jeśli tylko pozwolimy mu rozkwitnąć.

Ostatnie:

147. „U kresu beztroski”

148. <moje>: „Psy i dzieci łagodzą obyczaje”.

LENIWE PORANKI – fragment z „Ostatnia dziewica”

Ma druga książka powstaje, zazębia się, będzie to książka o miłości. Albowiem miłość jest prawdziwym sensem istnienia. Oto fragment mej najnowszej powieści:

LENIWE PORANKI

Nic lepszego ponad leniwe poranki. Kiedy jej majtki, moje majtki, nasze majtki w trzącej bliskości skwierczenia; koronki o rozporki, wstążeczki o guziczki, suchość i twardość o wilgotność i miękkość. Męskość o kobiecość. Powoli, leniwie, nie spieszy nam się, bo nic nie czeka dziś na nas nigdzie, nikt nas nie czeka. Moglibyśmy się rozpłynąć wśród pościeli i tylko Oregon, w dole, jak by się w końcu przebudził (bo też sypia długo), zacząłby piszczeć a w końcu szczekać, ale poza nim nic i nikt. Więc leżymy tak długo bez słów, lekcy, biali i bezbronni wobec słonecznych promieni, które się tu przez wielkie okna wdzierają nieproszone i tylko one są świadkami naszej kołdrzanej gnuśności i nikomu o tym donieść nie mogą. Niosą coś dobrego w sobie, czego nam brakuje trochę.

Aż w końcu zsuwam jej te koronki i czynię na powrót kobietą pierwotną bez ozdób i zsuwam też z siebie bawełnę i teraz nic nas nie dzieli od siebie. Ona się kładzie na brzuchu i czeka a jak kładę się na niej tak by poczuła mój ciężar, by ją przygniotło i przydusiło i sunę po niej w górę i w dół, w górę i w dół czując jej gorąc, jej drugi oddech, który się wydobywa z doliny ciemnych wzgórz. I kiedy jestem mocny i twardy, to pragnę podzielić się z nią tym, a ona jest rzeką i łajba zanurza się w klin.

Ach!

Tylko tyle mamy sobie do powiedzenia i zanurzam się w niej raz za razem, a ona jęczy na przemian ciszej i głośniej, aż w końcu głośniej i głośniej. I całuję jej włosy, jej uszy, policzki, jej usta w kolorze malinowej herbaty i łączą się nasze poranne oddechy tak czyste i brudne zarazem i się stajemy jednością gorących kremów i kipi w nas wszystko mlekiem.

Ciekną z nas pot, krew, sperma i łzy.

Dalej złączeni, uśmiechamy się do siebie boscy. I tak śmiertelnie ludzcy.

Seks to najprawdziwszy humanizm.

 

JEST. Czarny Kajet 16.12.2019

16.12.2019

Dawno niepisane”

wybrzmiewa jak refren

ale naprawdę

nie pisałem dawno

przez minuty, godziny i dnie

pozostawiałem kartki czyste

nietknięte

jak na polach śnieg

ZIMA

hu hu ha!

Nie zła

ani nie dobra,

ot taka miejska. Pachnie ledwoco

najmocniej wtedy, kiedy z Pawłem spacerowałem po Krakowskim Przedmieściu, pośród iluminacji, i robiliśmy zdjęcia

piłem wtedy setkę

wczoraj też. Setki dwie

i piwo. Jechałem autem razem z Natalią

jej to nie przeszkadza. Dla niej się liczy, że jedzie ze mną autem

i dla mnie to też się liczy.

Przeprowadzam się! Jaram się!

Gdy sobie to uświadamiam podskakuję na jednej nodze i zaśmiewam się szaleńczo

bo JA SIĘ ZMIENIŁEM,

a więc i bajka się zmieni i świat przedstawiony

wracam na rozwojowego życia tory – będę mieszkać w Pałacu na Bagatela ====

Wiem, że mówię, to o każdej przestrzeni, do której się wprowadzam, ale tam… na Bagatela… moja twórczość wybuchniE!

Tam, pod tym sufitem pięciometrowym, nabierze sensu i wysublimowania.

JA

moja koszulka, wyciągnięta z szafy – złożona wczoraj przez Talkę

zakładam ją na goły tors, skropiony kąpielą jeszcze

i z bawełny czuję Talkę i siebie z nią, siebie też. I to PACHNIE

ja pachnę w końcu.

Oczyszczony

z TOKSYN

PALENIE

Nie palę najdłużej dotychczas – od 5 października (3 wpadki w październiku), a od 28 października już NIC. NIC. Co czyni mi dziś równo 7 TYGODNI BEZ PALENIA. To mój rekord. Zmiany psychiczne, fizyczne? O tak.

Ale nie o tym.

Dziś. Odpoczynek na siłę. Rozmemłenie. Lekkie zbicie. Ot tak, jakoś. JEST.

Bardziej jest niż nie jest.

Czytam „Sapiens. Od zwierząt do bogów”. Ściągnąłem Mario Super Bros na emulator. Pograłem – wzmacnia koncentrację. Medytacja. Jakieś drobne obliczenia i maile. Zakupy. Spacer. Wyjdę może wcześniej, pójdę na Pragę. Albo nie. Z Pragi przyjdę do domu. Na Andersa 21a, słowa te pisane.

Jest dziś jakoś. Na pewno lepiej niż gorzej. Na pewno bardziej jest niż nie jest.

JEST

choć się to ugina jak pajęczyna

JEST

choć leci w chmurce pyłków

JEST

ceratą na plastikowym stole

JEST

Zbyszkiem 3 cytryny

JEST

ciepłem słońca na połówce twarzy

JEST

od niej wiadomością

JEST

widokiem polany przybranej chabrami

jest.

CZARNY KAJET 3XII2019

3.12.2019

Jakże szybko minęły dni, względem wpisu ostatniego.

Wpis z CK fizycznego, poczynionego w tramwaju, w ciągu dnia trzeźwego:

W tramwaju przypatruje mi się młodzieniec. „Młodzieniec” choć przecież sam młody jestem: duchem wiekiem, twarzą. Twarzą przede wszystkim, bo na ducha i wiek nikt nie patrzy, no chyba, że kanar lub ja, kiedy się przeglądam w lustrze o północy i tego ducha widzę – czuję jak zza wejrzenia dycha, a to zależy czy na bar rzuciłem dwie na piwo, czy coś wciągnąłem przez stówę czy może na trzeźwo dziś patrzę (wtedy duch najwyraźniejszy).

I ON, ten młodzieniec rudowłosy, w kaptur przybrany (loki ma takie ładne) początkowo uwagi nie zwraca na mnie; w tym tłoku ściśnięci zbyt jesteśmy zajęci utrzymywaniem w ryzach własnej podmiotowości, zbyt mocno skupieni na tym by się nie roztopić wśród watolasu kurtek, bawełni toreb, szorstkości dżinsów i przybrań czapek; trzymamy się w sobie i za siebie; nie racząc się spojrzeniem żadnym ponad konieczne.

Żadnej ciekawości, żadnej miłości tudzież wrogości, jakby te słupki przy drodze, przez coś ustawione, stoimy niepomni, na sąsiadów obojętni.

Lecz! oto w miarę drogi gęstość czapkowatości i bawełnianości tramwaju rzednie. Wzdłuż Woli, po Bemowo, aż hen!, po Boernerowo staje się puściej i puściej… W końcu! Na tyle, że przypatrzeć się sobie możemy.

Ja zakładam, z góry, że jego matka sama wychowuje, podobnie jak mnie kiedyś, a to wnioskuję po bluzie markowej (Burton), jednak z lumpa kurtce (sztruksowej, stylowej), po trampach zbyt tanich by mogły być wyborem i po plecaku adidasa, choć bez wątpienia markowym, do reszty ubioru nieprzystającym.

No i TE włosy długie, rude, mają w sobie coś niewieściego, coś, co nas młodzieńców w młodzieńczości trzyma i nie wypuszcza.

W tym czasie, on także lustruje mnie lekko, chybcikiem, a widok stanowię, gdyż piszę, piszę w zeszycie z miną weniczną*, stojąc niedbale w butach skórzanych bugatti; i oto odczuwam, że pod jego wzrokiem zaczynam „stawać się”, przeobrażać, jakoś pozować i naginać. A przecież nie chcę tego bardzo! Nie życzę sobie! Ani wobec niego, ani wobec każdego innego. Ruguję z siebie tę pozę skutecznie, prędko i powracam do siebie.

Oddalam się, zasiadam na krześle, dalej kreślę STAJĘ SIĘ sobą.

 

 

 

*weny pełną

Wystawa BEZ PRZEKAZU / 2001 w Płocku

Płocki Ośrodek Kultury i Sztuki, Czar Kaj i Miss Dorys zapraszają na multimedialną wystawę zbiorową „BEZ PRZEKAZU” prezentującą prace artystów wizualnych wokół powieści hip-hopowej BEZ PRZEKAZU Piotra Sarminiego. Ponadto odsłonią prace związane z debiutancką książką Doroty Cieślik pt. „2001” (premiera w 2020 r.).

****___POLSZAWA TOUR 2044___****

STREET ART, czytanie na żywo, mapping 3D, malarstwo, grafika, intermedia, moda, sztosy, audiobook!
#Wernisaż – 26 października, 17:00, POKiS podziemie piętro minus jeden. O 18:00 autorzy przeczytają fragmenty książek.
ej! //////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

___2001___ MD
… to powieść ilustrowana dla dorosłych autorstwa Miss Dorys. Akcja książki dzieje się w Warszawie w roku 2018 oraz w Płocku, z którego pochodzi autorka, w roku 2001. Zwariowana historia o dojrzewaniu, zyskiwaniu tożsamości i wielkomiejskim życiu obrazowana pracami Dorys.

[…] BEZ PRZEKAZU […] PS
Wschodzący raper chce ukończyć płytę, wdaje się jednak w ciąg medialnych afer, gdy na jego drodze stają znana jutuberka i ukraiński karierowicz. Bohaterowie wciągnięci w imprezowy wir celebryckiej Polszawy potykają się o własne słabości, na drodze do sukcesu, który może nie nadejść.

/// 20 wyjątkowych artystów i artystek poruszających się na co dzień w różnych strefach, potraktowało powieść jako punkt wyjścia dla własnej wypowiedzi artystycznej krążącej wokół ludzi, miasta i „powinności” sztuk. Impresje i własne interpretacje oraz BUNT wobec rzeczywistości zastanej stanowią fundamenty tego jaśniejącego Zboru.
Wystawę perfekcyjnie dopełniają prace Dorys spod znaku „2001”, w których artystka prezentuje wyraziste, oryginalne spojrzenie na kwestie dojrzewania i kulturowej tożsamości.
? Dodatkowo zostaną zaprezentowane ilustracje płockich artystów tworzących na co dzień w POKiS – inspirowane powieścią BEZ PRZEKAZU! ? ///
……………………………………………………………………………………….
DORYS, CZARNY KAJET, FASER, DAMIAN ZIÓŁKOWSKI, IZABELA PAŁYS, IRMA TYLOR, ZERO TROSK, ANGELA SZADKOWSKA, ZAVKA, KINGA JANIAK, NIEBIESKI ROBI KRESKI, NO FUTURE, SIERYSUJE, MACIEK MISIEWICZ, KINGA OFFERT, KWACHY, MARTA BYSTROŃ, TPIENCZAK, IXI COLOR, MARIA REGUCKA, KUBA GARŚCIA/K105K,.

MUZA:
*TBA

*Ponadto dla zwiedzających:
– NIEDZIELA 13:00 warsztaty kreatywne z autorami!
– strefa audiobook
– gra przestrzenna

Przyjdź i wyraź co dla Ciebie znaczy #BEZprzekazu oraz podziel się swoimi wspomnieniami z roku 2001.
#WERNISAŻ: POKiS, piętro -1, ul. Jakubowskiego 10, 26 października, godz. 17.00.
Wystawa będzie czynna do końca listopada.

Na oceanie bragga – ERO ELWIS PICASSO RECENZJA

Na oceanie bragga – ERO ELWIS PICASSO RECENZJA

Wraz z początkiem jesieni wysyp hiphopowych płyt od dawna oczekiwanych: mamy Pezeta, który wrócił po siedmiu latach bez krążka, mamy Peję i Magierę, jest i nowy Bisz, jest i w końcu on, debiutant na liście, choć znany dobrze jak wrzuty JWP na warszawskich murach – ERO.

Przyznam, że debiutancką płytę warszawskiego rapera obrałem za cel recenzji, nie dlatego, że kierują mną jakieś szczególne względy. Po prostu miała swoją premierę 4 października, przesłuchałem ją solennie odkąd wjechała na Spotify* i tym samym, kontynuuje ona rwany jak porysowany cedek cykl rapowych recenzji na CZARKAJ.com

Spośród wymienionych wyżej zawodników branie na świecznik nowego dziecka ERO, jest z perspektywy recenzenta zajęciem najbardziej ryzykownym. Wszak poza Włodim, mało kto może poszczycić się takim gronem zaangażowanych fanów jak właściciel Serum. Niemniej, wjeżdżam z tym jak na yard, niepomny ryzyka.

Jak poznałem ERO?

W tym temacie, Erosa „poznałem osobiście” w 2012 roku, nie wiedząc jednak… że to on. Miałem wtedy 19 lat, prowadziłem wypożyczalnię i sklep z deskami w Wilanowie i upatrzyłem sobie w lookbooku nerkę marki Turbokolor, którą koniecznie chciałem mieć.

Nera dzisiaj, zajechana jak alkoholika

Sprawdziłem, więc najbliższe punkty dystrybucji i na deseczce, któregoś ranka, podjechałem pod służewiecki Land. Było jakoś po 10:00, wedle rozpiski sklep powinien był być już otwarty od piętnastu minut, a tymczasem było w nim ciemno jak w majtkach Azeali Banks. Minęło kilka chwil, na parking zajechała dudniąca basem fura, a z niej wypadło kilku przeszczęśliwych gości z browarkami w dłoniach. „Siema, siema!”, otworzyli sklep, a ja wbiłem po nerę spragniony jak złodziej organów. Był to pierwszy raz, kiedy odwiedziłem Serum, bo choć na Służewiu się urodziłem i wychowywałem przez pierwsze 15 lat życia, to dalsze perypetie skierowały mnie na Wilanów, i tam bazowałem bardziej na rewirach a’la sadybowskich.

W każdym razie, byłem zajarany klimatem i asortymentem; wtedy w LONG TRIPIE, dystrybuowaliśmy prócz desek ciuchy Stforky i Roxy, a także wypuściliśmy własne oksy. Instynkt biznesmena działał, więc płacąc już przy kasie, przy której siedział wygrzany jeszcze Ero, zacząłem mu nawijać o kolabo i o tym, że przy nas mogliby skorzystać wizerunkowo. Zdisowałem ich słabą promocję, o której nie miałem pojęcia, i zacząłem chwalić się tysiącem fanów na fejsie. Na co raper wyciągnął telefon i pokazał mi 7 tysięcy (bodajże wtedy) fanów Serum. Wyszedłem skonfundowany i jeszcze trochę czasu upłynęło zanim rozkminiłem, że deliberowałem sobie z legendą.

Od tamtej pory byłem bodaj na trzech występach JWP, ostatnio w sierpniu, a twórczość Jaśnie Wielmożnych Panów, choć nigdy nie trafiała do mnie stuprocentowo, to jednak zaczęła bujać i ujmować swą autentycznością.

KIEDY WCHODZI

Solowy album Erosa „Elwis Picasso” (dla niekumatych: Elwis od znanego piosenkarza, Pisacco, od malarza, albowiem ERO czynnie zajmuje się także graffiti) to przede wszystkim kawał solidnego, ale i dobrze już znanego bragga. Poczynając od „Intra”, które podkreśla oczekiwania słuchaczy związane z wydaniem solowego albumu, przez numer o znamiennym tytule „Ja”, bielański raper prezentuje to w czym czuje się najlepiej: bragaddocio. Pod charakterystyczne dla ekipy JWP, oldskulowe, zadziorne bity lecą płynnie kolejne zwrotki o nieprzeciętnych umiejętnościach rapera, jego unikatowym stylu oraz intelekcie:

Muzykę miasta tu tworzę jak Ewenement
 Jakbym nie dał im jej fanom mieliby delirium tremens
 I to żadne terefere, pcham rapsy szczere w teren
 I choć ostro ryje beret, ty szanujesz mój intelekt

Na wstępie robi to mocne wrażenie. Potem otrzymujemy, promowany singlem z teledyskiem numer ze Skipem „Nie mogę przestać” gdzie młody członek Mięthy, czaruje swoimi zdolnościami wokalnymi. Szkoda, tylko że nie znalazło się miejsce na jego zwrotkę, a też refren:

Nie o taki rap walczyłem ja
 Włożyłem czas byś miał to zepsuć
 Na szczęście jestem ja

w ustach dwudziestolatka, brzmi nazbyt buńczucznie, choć chyba Skip jest tutaj tylko dźwięczniejszym przedłużeniem myśli Erosa.

Wszystko fajnie, a dalej… no właśnie, dalej jest już bardzo podobnie, właściwie jednostajnie. Treści następnych numerów, bitów, flow, mieszają się w jeden utwór o tym samym – afirmacji siebie, swej rapowej pozycji i scenie (w ogóle słowo „rap” pada tu chyba w każdym numerze, odmienione przez wszystkie przypadki).

Znamienne są już same tytułu numerów: To jest styl, To jest koniec, Kiedy wchodzę, Rzeźnik, Ero robi to w czym czuje się najlepiej – jest sobą. I chwała mu za to!

Niemniej, paradoksalnie przez to, album sprawia wrażenie bardzo sterylnego. Jakby bytowanie rapera ograniczało się w tym czasie jedynie do nagrywania w studio. Brak tu wyjścia na ulicę, konfrontacji ze światem, jakichkolwiek wątpliwości czy życiowych rozkmin. Poza ten schemat wychodzą tylko dwa numery, które są jak wyspy na oceanie wzburzonego bragga: Piątek trzynastego z PIHEM, który relacjonuje dobrze znaną wszystkim malenżownikom Dżumę,  oraz Dzisiaj Jutro Będzie Wczoraj z JWP i Tomsonem zawierające to, co zwiemy powszechnie „przekazem”. Tutaj, bardzo pozytywnym.

Na uznanie zasługuje klip do utworu „Przerwa techniczna”, nakręcony z filmowym sznytem przez ekipę letemknowsequence, ciekawie wybijający się na tle tego, co prezentuje dzisiaj, polska scena.

Reasumując krążek Ero „Elwis Picasso” to solidna propozycja dla tych, którzy znają i cenią styl bielańskiego zawodnika. Produkcja jakby zatrzymana w czasie złotego rozwoju hip hopu, jest trudna do jednoznacznej oceny. Bo jeśli mamy na sprawę patrzeć synchronicznie i zestawiać ją ze współczesnymi produkcjami, to orbituje ona wokół zupełnie innych rewirów. Za to w kategorii trueschoolu i siarczystego bragga robi swoją robotę dokładnie tak jak powinna.

Autentyczny materiał dla fanów oldschoolowych brzmień.

  • Po to płacę za legalny streaming, aby nie być moralnie zobligowanym do kupowania płyt.

 

Wspomnienia wojenne Mateusza Storoniańskiego 1939, cz. 1

Wspomnienia wojenne Mateusza Storoniańskiego 1939, cz. 1

Niniejszym prezentuję Wam część swojej pracy dyplomowej, która polegała na poddaniu edycji naukowej wspomnień wojennych spisanych przez Mateusza Storoniańskiego (ur. 1918-1997) w 1973 roku. Żołnierz, więzień sowieckich łagrów, następnie czołgista w Armii Andersa, odznaczony Orderem Odrodzenia Polski i Krzyżem Walecznych. Przede wszystkim jednak wielki człowiek i patriota, który z pokorą i uśmiechem znosił to, co dla nas dzisiejszych wydaje się nieprawdopodobne. Wraz z postępującym kalendarium 80 rocznicy wybuchu wojny światowej, będę stopniowo udostępniać Wam kilka fragmentów jego pamiętnika, który niech będzie dla nas, zgodnie z intencją autora, „uczuleniem i przestrogą”.

 

M. Storoniański, Wspomnienia wojenne, wycinek 1

 

Wiosną 1939 roku stawiłem się jako poborowy przed Komisją Wojskową we Lwowie, gdzie
wówczas mieszkałem, i z racji mego zawodu mechanika pojazdów, zostałem przydzielony do 6.
Pułku Pancernego w tym mieście przy ulicy Janowskiej. Uczęszczałem jeszcze do Szkoły Technicznej przy Snopkowskiej. Gdzie między innymi przedmiotami było poznawanie broni palnej i strzelanie. Nasi wykładowcy dopingowali nas w tej sztuce bo mówili, że miesiące są policzone kiedy trzeba będzie dobrze celować aby nie zostać zabitym – wojna wisi na włosku. Prasa też nas przygotowywała na taką ewentualność, choćby przez opisywanie w prasie wędrówek dyplomatów państw zachodnich w różne części naszego globu, w celu zażegnania lub opóźnienia wybuchu wojny.
Szalę przeważyło podpisanie przez Rosjan paktu o nieagresji i współpracy z hitlerowskimi
Niemcami i… „stało się”.

W piątek 1 września 1939 roku w godzinach przedpołudniowych spadły w okolicy dworca
głównego we Lwowie pierwsze bomby i zburzyły sporą ilość domów, zabijając i raniąc ich mieszkańców.
Gdy nastąpił najazd „hitlerowskich hord” na nasz kraj, dużo młodych ludzi chętnych do
obrony swej Ojczyzny nie otrzymało wezwania do wojska. Ja z dużą grupą swoich kolegów, zgłosiłem się na ochotnika do wyżej wymienionej jednostki. Na miejscu okazało się, że wojsko ze sprzętem już jest w terenie i bierze udział w walce.
Wieści były niepomyślne, bo napastnik zastosował niekonwencjonalną taktykę wojenną i
miał przygniatającą przewagę w sprzęcie motorowym i lotnictwie. Z trudem dostaliśmy się do budynku gdzie mieściła się kancelaria. Przed wejściem do tej „jaskini lwa” stało dwóch oficerów i paru podoficerów, którzy obserwowali ćwiczenia swych podwładnych.
Zaintrygowała ich nasza duża grupa w cywilnych ubraniach. Skoczył na nas „z pyskiem”
starszy sierżant:
– Co wy tu robicie, kto was wpuścił na teren koszar? Rozstrzelać tych nieuków na bramie!
Kapitan go uspokoił, a nas zapytał po co tu wtargnęliśmy, po chwili namysłu, najbardziej z
nas elokwentny Tomek Mroczek – syn majora 14. Pułku Kawalerii, wyrecytował im nasze intencje zjawienia się tutaj.
Po wysłuchaniu naszego kolegi włączył się starszy sierżant i wspólnie z kapitanem, starali
się nam wyperswadować patriotyczny cel, ale nasz entuzjazm i optymizm przełamał opór tych panów.
Gdy oświadczyliśmy, że przeszkolenie PW mamy wszyscy ze szkoły, a jakieś stare umundurowanie i pukawka znajdzie się w magazynie. Najbardziej przekonujące było to, [że] znamy doskonale miasto i dalekie peryferie, możemy być potrzebni w ewentualnej obronie miasta, oraz przy drużynach łączności.
Nasi decydenci kazali nam czekać, a sami poszli do biura. Po chwili wyszedł starszy sierżant – ten który nas „objechał” – okazało się, że on jest szefem tej jednostki. Zawołał służbowego i rozkazał mu wezwać dwóch dowódców plutonu, wymienił ich nazwiska, gdy się oni zameldowali szefowi ten przydzielił nas po piętnastu na pluton i rozkazał tym „małym wodzom” rozdzielić nas po trzech na drużynę i pobrać z magazynu jakie można umundurowanie i uzbrojenie. Z miejsca zaczęliśmy bawić się w wojsko i w obowiązującym szyku maszerowaliśmy do „Sezamu”. Trudno było tam skompletować mundur, ale najważniejsze z tych sortów – była bluza wojskowa, pas i czapka, a spodni ani obuwia nawet nie szukaliśmy, bo mieliśmy swoje.

***

Za udostępnienie maszynopisu dziękuję rodzinie autora, w szczególności zaś Michałowi Łagunionokowi a.k.a. ŁAGU 5!

A morze tak, a może nie?

A morze tak, a może nie?

Znaj swe miejsce młody żeglarzu,
Bo twarde karki ocean gnie.
Już niejeden mocno się sparzył –
Może przemożesz, a może nie.

A może tak, a może nie?
Morze faluje zawsze tak jak chce…
A morze tak, a morze nie –
Woli nie próbuj mu narzucić swej.

(Tekst piosenki żeglarskiej: A morze tak, a może nie)

Kraina ze wszystkich stron oblegana przez szczepy Polan, od wschodu do zachodu, od północy do południa, kraina na wpół dzika, żyzna, gotowa do kolonizacji, kraina, gdzie proporce parawanowych murów przypominają wyraźnie – tu jest Polska – i nigdzie się stąd nie rusza. No chyba, że na obiad. Kraina dzieci zdrowych i głośnych, piw ciepłych a dobrych, pełna handlu i poezji: „Nawet Neptun wyszedł z wody by spróbować nasze lody!”, „Żono, żono, namów męża, jagodzianka wskrzesi węża!”. Ahoj!

Polski Bałtyk ma w sobie czar niepodrabialny.

Wiem coś o tym, spędziłem tu łącznie sześć miesięcy swojskiego życia. Okres tego wydłużonego stażu czyni mnie niejakim ekspertem w dziedzinie zbierania muszelek i prowadzenia rozmów pod automatem z wyskakującą bokserką gruszką do trzeciej nad ranem.

Pierwszy dzień nad morzem jest jak gruboziarniste połączenie piwa marki Bosman, drobin piachu na szyjce butelki, panierowanego dorsza, refrenów disco-polo i nawoływań dzieci. Wszystko wymieszane z nalewką bursztynową i lodem włoskim, na końcu okraszone aromatem zakręconego na patyku ziemniaka.

Gdzie indziej pójdziesz na plażę, kebab, lody, spacer leśny, wesołe miasteczko, piwo, festiwal reggae, gandzię, dorsza i to tego samego dnia?!

Przyjeżdżając nad Bałtyk trafiamy w sam środek kulturowego tygla, w którym mieszają się gastronomie i patenty rozrywkowe z całego świata. Lody tajskie spotykają się tu na granicy kostki brukowej z lodami włoskimi, lody kulki z lodami sześcianami, kebab doskonale koegzystuje z pizzą, a sushi baraszkuje swobodnie ze smażalnią ryb. To niemal historyczne doświadczenie przebywania na multikulturowym, XX wiecznym targu Wolnego Miasta Gdańsk, gdzie musieli handlować ze sobą Polacy, Niemcy, Żydzi, Turcy, Szwedzi i Rosjanie. Nikt wtedy nie słyszał o Tajach ani o Japończykach, ale i oni musieli przynajmniej duchowo uczestniczyć w tym wielki targowisku rozmaitości. Dziś uczestniczą, o ile nie fizycznie to przynajmniej ekonomicznie.

W Polsce, co nie dziwi, roi się bowiem od Polaków. Średnio na jednego Polaka przypadają tutaj trzy kamienie, 1018 ziarenek piasku oraz 308 litrów słonej wody.

Polacy są najróżniejsi, we wszystkich kolorach, zestawach, połączeniach i sandałach. Jest to jakby miniatura kraju, proporcjonalnie oddająca panujące w nim stosunki, o których to stosunkach zapomina się zbyt łatwo mieszkając w mieście zwanym przez wielu Warszawą. Polska jest bowiem prostoduszna, lekko otyła i niezbyt wymagająca. Polska to my! Polska to starsza pani o kulach, Polska to brzuchacz z żubrem w ręku, Polska to dzieci nagie na piachu i Polska to disco-polo śmiało dudniące na ryneczku. Stężenia polskości są tu wysokie i mogą nawet odrzucać, co bardziej lewicujące organizmy, ale w bojach z tymi zjawiskami nabiera się w końcu pewnej krzepy. Najpierw: zaprzeczenie: „Nie, nie, przecież to nie może być tak!”. Potem gniew: „nosz kurwa, ile tych ludzi!”. Negocjacje: „może przyjdę o innej porze”. Depresja: „jestem odciętą koniczyną społeczeństwa, nie pasuję tutaj”. W końcu: akceptacja: „Dobra, rozstawiaj parawan i daj te piwo”.

Gdzie indziej pójdziesz na plażę, kebab, lody, spacer leśny, wesołe miasteczko, piwo, festiwal reggae, gandzię, dorsza i to tego samego dnia?!

Wesołe miasteczko w Darłowie, lśniące bielą i rdzą gigantyczne wahadło, zwane finezyjnie „MŁOTEM PRZEBUDZENIA”.

Ostatni przegląd przeszło zapewne w 2012 roku w wejherowskim warsztacie samochodowym u szwagra. Zupełnie jak huśtawka, tylko mierząca 20 metrów, i wyrzucająca Cię w granatowy kosmos. Czyste katharsis. Przy zapinaniu foteli, pan z obsługi wyglądający na Serba lub może Albańczyka, łypie uważnie jakby kalkulował proporcje rozłożenia mas. Kiedy na blaszany, świecący piedestał wkracza ostatnia para, nie mam wątpliwości, że tak było. Nie sadza ich razem, tylko po przylegających rogach, tak, że w razie wypadnięcia, przynajmniej jedno z nich ma szansę przeżyć. Naprzeciwko mnie pani odmawia modlitwę, próbuję rozpogodzić ją uśmiechem i to coś daje, ale zaraz „MŁOT PRZEBUDZENIA” startuje i już nie ma czasu na czcze rozmowy. Wyrzuca cię w boki, tak, że z początku kalkulujesz między kalectwem tymczasowym a trwałym, w co by tu trafić by możliwie zredukować uszkodzenia ciała – czy w wirujące filiżanki, czy może jednak karuzelę? Po chwili wietrzne i mroźne odchylenia stają się coraz mocniejsze, tak, że godzisz się już z możliwością poniesienia natychmiastowej śmierci wskutek urwania wahadła. Bujamy się tak, już zupełnie na poważnie, a z kieszeni wysuwa mi się flaszka wiśniówki, spada i głośno pęka dramatycznie. Pozostali pasażerowie, nie wiedzą, że to flaszka. Zaczynają krzyczeć, modlitwy pomimo przeciążeń 1,5 G zostają wznowione.

Niniejszy felieton, grubo podszyty nićmi ironii, byłby jednak niczym więcej jak tylko kpiną, wyszydzeniem, piaskiem rzuconym w kierunku Bogu ducha winnego tłumu słuchającego radośnie koncertu polskiego country na małomiasteczkowym rynku, gdyby nie to, że… naprawdę kocham polskie morze! Praca nad Bałtykiem sprawiała, że mi się to opatrzyło, że przestało iskrzyć i barwić. W końcu ujrzałem zaplecza kebabów, na których pali się trawkę, poznałem sezonowych kucharzy i milionerów, wąchałem 100 kilogramów dorsza z zamrażarki i pijanego pracownika wesołego miasteczka, ale to wszystko nic! To wszystko nic! Bo może i kicz, bo może i pic, ale za to jak radośnie skrojony!

Kocham polskie morze i aby to udowodnić postanawiam rozliczyć się z kilkoma negatywnymi mitami, które ostatnimi czasy zaciążyły nad szumiącą famą Bałtyku. A co!

Parawany, które stały się synonimem „januszostwa”, grubiańskiej przestrzennej kolonizacji, w wykonaniu domorosłych Kolumbów, nie są w gruncie piachu niczym złym. Nad polskim morzem naprawdę wieje, a ten sprytny, lekki, tekstylno-drewniany wynalazek czyni nasze życie jedynie bardziej znośnym. To jakby biadolić na okulary słoneczne albo elektryczne szyby w aucie – bo owszem, można się obejść bez nich, ale po co, skoro dzięki nim życie staje się o ten jeden procent znośniejsze. 99% plażowiczów nie wychodzi o piątej nad ranem by zastawić taktyczne, przestrzenne wnyki, a po prostu chce w spokoju cieszyć się niezakłóconym dotykiem słońca na posmarowanej kremami z filtrem skórze.

Nadmorskie ceny; wybuchy internetowego oburzenia na flądrę za 50 zł czy przesolone frytki – owszem, to się zdarza. Wszędzie! Z tym, że jakoś szczególnie upodobaliśmy sobie psioczenie na górali i pomorzan, przyjmując te internetowe reportaże z restauracyjnych frontów jako obraz mówiący o całej tamtejszej gastronomii. Taka zbiorowa synekdocha. Tymczasem są to wypadki pojedyncze, dziejące się pod strzechami szybko zamykanych knajp. A te uczciwe, działające wieloletnie? O nich nikt nie wspomni, bo sensacji nie ma. Ot, porządny obiad za 20 zł, a do tego piwo za siódemkę. „Ryba była dobra, a nawet surówka więcej niż w porządku. Wrócimy na pewno!”. O tym żaden portal nie napisze. A uwierzcie mi, że tak to wygląda prawie wszędzie.

Ceny domków i hoteli.

„Coś mówiłeś, że za droga PROSTO bluza? To nie kupuj jej, ona nie jest dla lamusa” jak nawijał Wojtek Sokół, i miał słuszność. Tylko, że zamiast „PROSTO bluza” podstawcie sobie „domki przy morzu” i wyjdzie to samo, tylko, że bez rymu.

Czy są drogie? Dla singla czy pary, owszem, podróż zagraniczna z biurem podróży może wyjść porównywalnie, czy nawet taniej od polskiego Bałtyku, ale już dla rodziny z dzieckiem, czy dwójką, a nawet trójką, a nawet nawet czwórką, podróż za granicę to już znaczne operacje logistyczne, niespodziewane wydatki i brak bezpieczeństwa, którego Bałtykowi odmówić nie można.

A jeśli już jesteśmy przy dzieciach… Teraz pojmuję, że nadmorskie miasteczka skrojone są dokładnie pod dziecięcą wyobraźnię i wypełniają ją w sposób godny podziwu! Z wyjazdu z babcią, kiedy miałem 7 lat, pamiętam to, że kupiła mi śnieżnego Bionnicla. Z wypadu z mamą latawiec oraz incydent zagubienia się na plaży; kiedy moja biedna, zapłakana rodzicielka szukała mnie po całym Władysławowie, ja radośnie grałem z ratownikami w piłkę pod wieżyczką, nieświadom całej grozy wydarzenia. Dopóki dopóty mama nie znalazła mnie roześmianego w skrzącym, złocistym piachu. A potem chyba mi wlała. Nie pamiętam. Ale lody były pyszne!

Gdy byłem starszy, jeździłem z kumplami – gumy łamiszczęki, kauczukowe piłki, batalie w cymbergaya i nieudana próba kupienia Playboya, to właśnie takie rzeczy zapisują się w pamięci małoletnich podróżników. A to, że namiot w kiczowate paski, a to, że dyskoteka obciachowa, a to, że w „Tanich książkach” praktycznie same kryminały i romanse; kto by na to zwracał uwagę! Bo to nie jest istotne, bo to omija młody aparat krytyczny, a zamiast skupiać się na tym czego brakuje, skupia się na tym, co jest; a jest wiele!

Wakacje nad morzem, to coś więcej niż odpoczynek.

To czas karnawału, w którym opadają (lub chociaż próbują opaść) zwyczajowe maski, a każdy rolnik, informatyk, urzędniczka czy ekspedientka mają szansę na chwile stać się królami życia. Mogą zamienić swoje stare dżinsy na nowe szorty z 4F, mogą pójść do baru jak człowiek i przetańczyć tam całą noc, mogą sprezentować dziecku breloczek i lody, a później odpocząć od swych czterech ścian i zjeść spokojnie gofra z bitą śmietaną (i jeszcze tę polewę pani da). Wakacje nadmorskie to coś więcej niż wypoczynek. To terapia. Terapia gruntująca nas w polskości. Po co jechać do nieznanych krajów, borykać się z problemami językowymi i kulturowymi, czuć się znów podrzędniejszym, biedniejszym, zdezorientowanym wśród nowych miejsc i ludzi, skoro można na spokojnie, odwiedzać te same miasteczko przez 10 lat i znać w nim każdy kąt. Bałtyk to drugie domostwo, druga ojczyzna, tyle, że odświętna, karnawałowa i przez to wyjątkowa.

Znów popłynę na morze kąpać się z gwiazdami,
znów popłynę na morze, spotkam z kolegami.
W starych portach będę szperał, pewno spotkam przyjaciela,
no bo
znów popłynę na morze z łajbą za pan brat.

(Tekst piosenki żeglarskiej: Znów popłynę na morze)

CZARNY KAJET vol. 3

CZARNY KAJET vol. 3, 27.07.2019

Pieniądze wydaje się zbyt łatwo, trzeba ich mieć dużo by nie zabrakło. Na dobro pracujesz z mozołem tygodniami, do skoku w przepaść wystarczy chwila.

Kac sobotni, poranek wilgotny witany promieniami słońca odbitymi w kroplach deszczu. Techno party, Stalowa party, o piątej był jeszcze każdy nażarty tablicą Mendelejewa, ulewa czy nie, przy 180 BPM to już wszystko jedno jest. BUM, BUM, BUM, tak szybkie, tak nałożone jak wibracje pszczelich skrzydeł uderzających w kielich orchidei. Gniecie bas twoje ciało i serce, pęka powietrze, łamie się słowo stłuczonym sensem, co skruszony opada w błotną czeluść zadeptanych w parkiecie podeszw.

Chodzę w tym wszystkim z oczami wyłupiastymi, chociaż na zdjęciu wychodzę dostojnie. Poza momentem przystojnym, wypadają liczniej te nieprzystojne. Szukam miłości, czy choćby bliskości i wiem, że nie znajdę jej tutaj. Te co są pięknie nie mają serca, te co je mają nie ciągną druta. Niby okej. Chodź mała na bok, chcę poznać cię. Znaliśmy już się – 8 lat temu. Byłaś ziomalką mej ex, wtedy mówiliśmy sobie jak do zakazanego owocu „cześć”. Teraz są takie chwile, że mam ochotę patrząc w twe oczy zbłyskane molly zjeść cię, ale potem mi mija, gdy widzę w nich nasz smutek i dekadencję #Berent #Próchno #Ozimina.

Spoglądam w telefon, gdzie prowadziłem pisanie z byłymi. Rozmowy zamierają naturalnie po dniach, one przypominają sobie, że ty je znasz i one także znają ciebie. Był taki moment, że myślały już tylko o twoim pogrzebie, a ty teraz próbujesz wjeżdżać im przez literki ze swą wyśnioną rezurekcją, stać się swoją świeższą, wyższą wersją, ale na profilu wciąż masz te zdjęcie, na którym przechodziłeś przez piekło. I one to widzą i widzą cię nowego-starego i nie wierzą w twą zmianę, tak jak ty sam jeszcze w nią nie uwierzyłeś. Zbyt wiele już razy coś cię odepchnęło od DOBREGO, abyś teraz mógł sobie zaufać na słowo.

27 dzień trzeźwości nikotynowo-alkoholowej. Ze znajomymi prędzej czy później zawsze temat schodzi na używki: kto, co, gdzie, ile, jak. Zazwyczaj: każdy, wszystko, dużo, głupio i radośnie. Czasem też na smuta. Deklaracje, mikro ciągi i mikro kuracje, makro gramy płynące nam w żyłach i mózgach, wszystkich wielkich liter i wzorów chemicznych świata; wszystkich slangowych określeń, wszystkich hyperreal odniesień, wikipedii z działu „chemia” hiperlinków. Mazury: LSD, morze: wódka, klub: tabletki połówka, praca: speed, na chęć życia: prozac, na codzienność kicz.

A potem roll, roll Kazimierz Wielki, Jaśnie Pan pozwoli Zygmuncie Auguście Stary – proszę być tak dobrym i przez swój portret dostarczyć w nasze nosy sproszkowanego, białego szczęścia opary. Absurdu.

Trzeźwy czy nie, kończę na muruku. Czuję się tylko inaczej już dzisiaj i większy, pewniejszy, okrzepiony, wiedząc, że to co płynie mi w mózgu i żyłach to już bez wódki i papierosów atomy. Demonów mniej o dwa, więcej o dwanaście. Są takie ranki, że leżysz w łóżku i wiesz, że prędko nie zaśniesz.

 

zapiski z czarnego kajetu vol. 2 – deklaracja

zapiski z czarnego kajetu vol. 2

Są takie dni, kiedy niby to żyjesz, rozmawiasz z ludźmi, wykonujesz swoją pracę, nawet się uśmiechniesz i opowiesz żart, ale wewnątrz…

umierasz

Umierasz także na ciele, młodym jeszcze, na ciele które przypala cię na wolnym ogniu.

A jeśli twoje ciało na zmianę pęcznieje, kruszeje, maleje, potem wydala z siebie syfy, którymi je karmisz przez dni całe i jeśli odmawia ci sił, jeśli cię wkleja do łóżka, z którego nie możesz ręki podnieść, a co dopiero głowy, oznacza to tylko… nie! Nie tylko, lecz powierzownie… jest niedobrze.

Niedobrze ci na głowie, a zatem działania Twe są niedobre. I doprawdy to jest taki stan, którego rozwijać nawet dalej ochoty nie mam.

Dlatego tylko w czas, tylko powierzchownie, ale jakże poważnie składam przed sobą i przed Wami deklarację:

Przez całe wakacje, począwszy od 1 lipca nie zapalę papierosa, ni cygara, ni cygaretki, nie equosa – w skrócie czegoś zobligowanego na przyjmowanie tytoniu oraz… nie wypiję grama alkoholu. Przez 2 miesiące. Do 1 września.

Ktokolwiek mnie w takiej sytuacji przyłapie, ten powinien podejść do mnie, poinformować, a ja bez mrugnięcia okiem wypłacę mu 100 złotych.

A zatem wakacje bez tytoniu i alkoholu.

Bo jak wiadomo, wódka lubi dym.

Rozpoczyna się regeneracja i turbo aktywacja.

Bo oh gosh… jak dobrze mi bywa w trzeźwości!

Niech się rozpoczną igrzyska!

W miarę możliwości własnej ekspozycji, będę Wam dawać zapiski z frontu. Wish me luck!

zapiski z czarnego kajetu vol. 1 – „Podwójne życie”

zapiski z czarnego kajetu vol. 1

Podobno ludzie czytają blogi, dlatego, że są one ciągami pewnych narracji. Nie wiem, ja nie czytam żadnych blogów. Poza tym (Tobie polecam to samo). Wiele można by o nim powiedzieć, ale nie to, że był ciągiem. Choć uważna filolożka zaopatrzona w pensetę postmodernistycznej krytyki na pewno by z tego ciąg jakiś wyciągnęła.

Ciągi były innego typu. Niejedne. Stąd brak ciągu bloga #blaga.

ALE UWAGA! TO SIĘ WŁAŚNIE ZMIENIA. JA PIOTR SARMINI (NIE CZARNY KAJET!)WPADAM W CIĄG

w ciąg blogowy, ciąg tej jednej (pfff) narracji, historii. Nie będę tu zatem wrzucać opowiadań, wierszy – niech lecą na konkursy! A ci, którzy myślę, że jedyne, co piszę to ten blog, oh! Jakże się mylą. Ten blog był dotąd miską na twórcze obierki, odkrawaną od sztuki mej właściwiej, niejawnej, lub kupnej, lub w szufladzie leżącej, lub lecącej w prywatne tylko ręce. Był niestety, wstyd to przyznać, śmietnikiem mej twórczości, jej nieoczekującym niczego w zamian wyrzutem.

Od teraz, pod tytułem „zapiski z czarnego kajetu” pojawi się tu blog właściwy, kontynuowany, przeplatany życiowaniem dziennym i jego wydarzeniami.

 

Dzisiaj obejrzałem na Muranowie dupny francuski film pod tytułem „Podwójne życie”. Podwójne, bo jednym życiem jesteś w kinie, a drugim gdzieś bardzo daleko, byle jak najdalej. Chcesz biec, ale musisz sie dzieć. Na dupie. Bo zapłaciłeś. 17 złotych. Niby to nie kwota zaporowa, unosząc się honorem można z niej swobodnie zrezygnować, ale ty jesteś szlachetny – dajesz szanse. Kolejnym scenom. Jesteś ofiarą syndromu sztokcholmskiego. Albo syndromu polskiego. To znaczy tak już znudzony, że ślepo wierzysz w to, że nudniej już być nie może. Że się zadzieje. Ale się nie dzieje. aż do bladego końca…

Film opowiada historię miękkocielistych, żywiących się pasztecikami, pijących wino w nadmiernie małych ilościach, niepalących Francuzów i Francuzek. (Najbardziej niepokojąca jest scena, kiedy jeden bohater mówi „wystarczy już wódki” i zabiera ją ze stołu). Niby dwóch par. A może czterech jeśli by wziąć pod uwagę wszystkie kombinacje. Par tak zimnych jak pomarańczowy sok Juliet Binoche (z którego każe baranowi wyjąć lód), choć w zamierzeniu autorów miało to chyba wyglądać inaczej. Dystrybutor oznajmia w duchu postprawdy:

„Uwodzicielski i przewrotny, najnowszy film Oliviera Assayasa (…) bawi się pojęciem wierności.”

Owszem. Ale dlaczego postanowił poddać testom moją wierność? Wierność postanowienia wytrwania całego seansu??

Jeśli za „uwodzenie” uchodzi dziś widok opasłego i włochatego ciała łysiejącego aktora, piersi lesbijki, rozmowy o e-bookach to chyba zmieniła się słownikowa definicja tego słowa. O czym mnie nie poinformowano. Jeśli za „przewrotność” uchodzi rozmawianie po seksie z kochanką o postępującym procesie cyfryzacji, dystrybucji audiobooków i milczenie wobec kochanki swojego męża – to ja to kupuję. Totalnie przewrotne. Tak, że masz ochotę wyjebać się z fotela.

Szczerze mówiąc, za te 17 złotych wolałbym wykupić raport sprzedaży książek we Francji, bo do tego właściwie ten film się sprowadza. Dialogi pisał prawdopodobnie ekonomista z zapleczem pracy w wydawnictwie (bardzo dobrze ci to wyszło! ten insight!). Gadki w agencji reklamowej na temat sprzedaży tabletek od bólu głowy bywają ciekawsze. Naprawdę!

Kiedy na salę, po pięciu minutach weszła spóźniona para, chciałem im powiedzieć: „uciekajcie! Jest tak piękna pogoda. Nie psujcie sobie tego”, ale potem postanowiłem, że za spóźnienie powinni jednak pocierpieć. Wyszli pierwsi. Pozostała widownia także z widoczną ulgą.

Skręcając peta zapytałem starszą panią jak jej się podobało.

„Strasznie to było nudne…”

A miała z 70 lat. Ci ludzie są dużo odporniejsi na nudę od nas. A jednak pani była wstrząśnięta. I ziewająca jednocześnie.

Potem, poszedłem do rozpalonej słońcem Sahary fury, która cały ten czas była otwarta jak się okazało. Na szczęście Ray-Bany i płyta PRO8L3Mu były na miejscu. Podobnie jak dwudziestoletnie fotele. Warszawa uwięziła mnie w swojej zakorkowanej macicy na godzinę. Ma u mnie kolejnego karnego minusika.

w związku z tym: SZUKAM KOCHANKI!

do długich rozmów o alternatywach życia w mieście, urbanistyce oraz stanie typowych konstrukcji nawierzchni podatnych i sztywnych

 

Oświadczenie ws. wyroku sądowego przeciw firmie &Visual

Oświadczenie ws. wyroku sądowego przeciw firmie &Visual

Znacie te historie z niewypłacaniem wynagrodzenia, ustnymi zmianami umów post factum i sytuacji, w których to Wy lub Wasz znajomy był pokrzywdzony po zakończeniu współpracy z pracodawcą? Ja kilka. Dlatego:

OŚWIADCZAM, że firma &Visual (w praktyce tożsama z firmą Bussines&Culture), dla której pisałem teksty prasowe i dzieła wiosną zeszłego roku przegrała ze mną w sądzie sprawę o wypłatę wynagrodzenia, którego wypłacić mi nie chciała. Wyrok ma charakter prawomocny.
Pan Maksymilian Fuzowski nie cofał się przed pomówieniami (rozważam wobec niego podjęcie dalszych działań prawnych), zaś pani Katarzyna Grabowska wynajęła nawet prawnika. Rozpoczęła się sądowa i pozasądowa batalia z pracownikiem, który ośmielił się wyegzekwować to co obie strony podpisały w umowie. Firmy te sądziły (błędnie), że nikt do sądu nie pójdzie (i niestety długo miały racje). Że mogą naginać prawo, ludzi i rzeczywistość zgodnie z własnymi interesami. Zastraszając mnie w swoich gabinetach i garniturach (zaznaczę, że ja rozmowy prowadziłem w białym dresie) perswadowali milczenie i przegrany proces, niemoc wobec swoich prawników.

Tu przychodzi mi na myśl wiele przysłów, ale przytoczę jedynie: „trafiła kosa na kamień”. Warszawskie sądy trzykrotnie uznały moje racje, stając po stronie pracownika, i 16 maja oddaliły apelacje pozwanej, tym samym orzekając w pełni na moją korzyść.
Z racji, że nie jestem pierwszą osobą, która miała z tymi firmami problemy, wyrok ten cieszy podwójnie.

Niech to będzie lekcja dla nich, ale przede wszystkim dla nas – młodych na rynku pracy. Umowa jest także dla Ciebie. Nie dawajmy sobą manipulować i wmawiać sobie, że sądy to czarna magia i bez prawnika nie ma tam szans (CK i Szmuel Gelbfisz Illegal Advisor vel Tadeusz – kolabo roku. Rozumiecie, że na pismo procesowe możecie wrzucić swoje logo?). Plus jest taki, że na Smulikowskiego zaoszczędzą dziś przynajmniej na sprzątaczce, albowiem zostało
#pozamiatane

#oświadczenie #sąd #&Visual #BussinesandCulture #Bussines&Culture #pr#publicrelations

„Fatalne jaja” – wrażenia

NIEDZIELA

Po 25 dniach cudnej abstynencji znów na P. Mniej cudnie, acz znośnie. Nie wytrzymałem naporów porannych odczuć metafizczych, znacznych rozrostów wrażliwości duszy, która niczym płótno zaczęła przyjmować na siebie wszelkie koloryty niezbadanej rzeczywistości.

Teraz po lekturze „Fatalnych jaj” Bułhakowa. Geniusz. Czysty geniusz. Jest w tym pisarzu uroczy humor, trafna, ale zawsze żartobliwie ujęta krytyka Rosji, świetne, przekorne oddanie charakterów ludzkich i klimatu miasta. Co zauważyłem… chciałem, naprawdę żywo chciałem czytać go. Wolałem wczoraj zrezygnować z przedniej fety* aby czytać Bułhakowa i tego wyboru nie pożałowałem nawet przez minutę.

Co doskonale potrafi to zatrzymywać akcję, nie ujawniać od razu wszystkiego – wstrzymywać czytelnika na jakimś widoku, myśli bohatera – tak, że człowiek prosi „no niechże już ujawni, co ten Piersikow odkrył!”, „no niechże już powie, co oni w tej oranżerii zobaczyli!”. Ale w tym oczekiwaniu nie pobrzmiewa irytacja – jest tylko rosnąca fascynacja, ciekawość i żywa POTRZEBA czytania dalej. Pisarz prowadzi z czytelnikiem grę na niedopowiedzenia, ale równocześnie składa obietnicę, że czekać jest warto. I jest.

Podobnej fascynacji już tak dawno nie doświadczyłem, wobec tych wszystkich liniowych książek i filmów, które jestem w stanie porzucać w chwili dowolnej, a doczytuję i dooglądam tylko z przyzwoitości i potrzeby dokończenie tego co zaczęte. Na końcu myślę (w piątek oglądany „Kształt wody”) – „ładne. Ciekawe”. Ostatnia scena – w końcu dreszcz wzruszenia. A więc to wszystko, te dwie godziny tylko po to aby na finiszu odczuć lekkie drżenie.

U autora „Mistrza i Małgorzaty” jest inaczej. Tam każda chwila jest przepełniona ciekawością, humorem, napięciem. On nie buduje wielkiego rusztowania, po którym mozolnie trzeba się wspinać by na końcu dosięgnąć wisienki, o nie! On na każdej stronnicy nęci jej słodyczą i powidokiem, a co cztery, pięć, wisienkę czytelnikowi wręcza. Jego dzieła to przepyszny tort, mistrzowsko skomponowany – nie za słodki, wręcz wytrawny i każdy kęs jest rozkoszą. U innych odwrotnie – trzeba wtrąbić wpierw ziemniaki i przyciężkiego kotleta, po to by na końcu dostać nazbyt słodkie, banalne ciastko.

Tak pisać jak Bułhakow.

***

*feta –

1. dawniej: uczta;
2. potocznie: świętowanie sukcesu;
3. najpopularniejszy gatunek sera greckiego, produkowany z mleka owczego; fetta

„Fatalne jaja” są dostępna za darmo na stronie wolnelektury.pl

Dziennik Wyzwolonego – Niedziela

Niedziela

Wraz z trwaniem i przyjmowaniem się sztuki, która na wzór kamienia wrzuconego w wodę społeczną zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, wracają do tego centrum, w którym jest moja RZECZ fale zwrotne. Ich intensywność wzrasta proporcjonalnie niosąc atomy zaczątków miłości i nienawiści, kultu i wyklęcia, szacunku oraz plwocin.

Na Wileńskim spotykam się z uroczą kobietą, która była na Wystawie. Kupuje ode mnie kolejne dwie książki. Mówi, że rozmawiała o mnie z ramiarzem w Opolu. O MNIE Z RAMIARZEM W OPOLU. I, że tam też by można z wystawą. Niesamowite jest to, i trudne do pojęcia, że oto poważny człowiek, tworzący ramy do obrazów, setki kilometrów stąd choć przez chwilę miał mnie i moją sztukę w głowie.

Z kolei im ludzie (rzekomo) bliżsi sztuki literackiej, tym wrożej (bo czemu by nie) i chętniej do szkalowania i obmowy, ale w ich słowach nigdy odniesienia do RZECZY nie ma. I choć czytają blog mój i książkę potajemnie, to nigdy się z tym nie ujawnią czy to w słowie krytycznym wprost, czy łechcącym.

Nie zauważyliby Norwida nawet gdyby im nastąpił na but. Nie dostrzegliby obrazu Beksińskiego, gdyby namalować go na murze, nie porozmawialiby z Magikiem nawet gdyby ich chciał oczarować. 

Oni sztukę potrafią dostrzegać dopiero kiedy im ją ktoś wskaże palcem, kiedy chwyci za główki i je przekręci i mówiąc: TO TO TO! To jest sztuka. A oni wtedy otwierają usta zadziwione i jak karpie żrą, ani przy tym nie rozumiejąc ani smaku nie czując, tego duszy pokarmu. I jak karpie się mydlą w wannie ciasnej, ocierając swe śliskie ciałka i oddechy, a nazywają to sobie towarzystwem.

Ha! Towarzystwem, do którego żaden człowiek mający poczucie rangi nie chciałby należeć. Towarzystwem, w którym są wyłącznie ci, których los – miejsce i czas – wtrącił akurat TU, i którzy przez owczy pęd do stada zebrali się w korytarzowej kupie razem żreć trawę i wymieniać nic nie znaczące banialuki. Ich rozmowy niczym się nie różnią od rozmów robotników, którzy na przerwie obiadowej omawiają bieżący przebieg robót, narzekając na kierownictwo i obmawiając nowych kolegów. Ich towarzystwa to koślawe kontynuacje szkolnych grupek, ale gorsze jeszcze,

bo wy ani się nie lubicie, ani nie jesteście szczerzy, ani też nie macie żadnego wpływu – jesteście zbiorowiskiem przypadkowych prowincjuszy, dla których gorsza od samodzielności może być tylko samotność.

I oto kiedy się trafia indywidualność, to ich początkowa ciekawość, pod wpływem grupowości zamienia się we wrogość.

Z rozkoszą podjudzam tedy ich chłopską nieufność do „literata”, tego nabieracza par excellence, i podpuszczam od czasu do czasu słówko, lub gest, zgoła wątpliwe a nawet wręcz pajacowate. Ich prostacki szacunek do powagi jest tak wielki, że zupełnie od tego baranieją.*

Oni! Czytający T.K. Węgierskiego, pilnie notujący biogramy futurystów, historię surrealizmu, oni wypowiadający się o Rimbaudzie – żyjąc w czasach dawnych byliby pierwsi do ignorancji, pierwsi do zamykania wystaw i ksiąg, pierwsi do podkładania ognia pod stos Giordana Bruno. Tak jak i dziś ignorują sztukę współczesną i młodych twórców. Oni nie potrafią żyć dzisiaj, a tylko w przeszłości, nie mają zdolności dostrzegania tego co się staje, a tylko tego co już się stało.

Coraz gęściej wokół mnie od mdłych kretynów tej uniwersyteckiej fabrykacji, która wie tylko to co się jej wsadza w głowię i wyfaszerowana wiadomościami, zatraciła poczucie takich imponderabiliów, jak charakter, rozum, poezja, wdzięk. (…) Niewrażliwi na sztukę, nie znający życia, formowani przez abstrakcje, są zarozumiali i ociężali. Lubię doprowadzać do furii tych nieestetycznych głuptaków (…).**

A te wiersze, dramaty i prozy piękne, wartości, o przyjaźni, honorze, solidarności o prawdzie, to dla nich tylko puste słowa. Potrafią czytać Mickiewicza a potem odbierać telefon słowami halo, kurwa, chełpić się lokalnością, a następnie rozbijać butelki o chodnik, deklarować przyjaźń, a potem w przyjaciół swych wbijać zatrute ostrza.

Jakże się cieszę, że ich poznałem! Że ich maski opadły w końcu i to, co podejrzewałem od samego początku ziściło się w i ukazało tak jawnie swą marność. Za ich rogowymi okularkami widać już tylko strach. Wystarczy mocniejszy tylko bodziec, by się przerodził w agresję. To wy Ateńczycy skazaliście Sokratesa na śmierć!

Nie śmiem komukolwiek mówić: bądź wielki!

Ale jednego możemy od siebie wymagać: nie bądźmy mali. 

——-

* W. Gomrbowicz, Dziennik 1957-1961, Wydawnictwo Literackie, s. 146

** ibidem

 

KokoDżambo i do przodu

Dziś o 20:00 spotkanie z gościem a.k.a. KokoDżambo. DJ, wodzirej, konferansjer; motto na czerwonej archaicznej wizytówce: „Koko Dżambo i do przodu!”. Taki też hasztag na insta.

Odczuwam dysonans między pierwszym jego wejrzeniem przez fejsa, wejściem w zdjęcia profilowe i jakieś wallowe, przeczytaniem kilku wpisów i licznymi polubieniami tychże, polubionych przez znajomych podzielających entuzjastyczny styl Roberta. Z fotografii wygląda do mnie facet uśmiechnięty, około 30-letni, z lekkim brzuszkiem, ale jednak wysportowany – co dumnie poświadczają trzymane przez niego medale, trofea, okraszone błotem na twarzy trzymającej biały uśmiech z jakiegoś biegu leśnego. Typ prezentuje się jako afirmator życia, szczery entuzjasta, naznaczony zwycięzca, sportowiec i przedsiębiorca, artysta muzyk i pragmatyk śmieszek, ale i w garniturze potrafiący. 

Zazwyczaj dilerzy to goście mający w zdjęciu profilowym małego powstańca, albo czarnego, łypiącego diabelskimi oczyma tandetnego potwora, postać z anime przybraną w biało-czerwony filtr „Polska dla polaków”, albo „Wpieram marsz”. Ich ostatni publiczny post pojawił się 13 marca 2012 roku i był zbierającym dwa polubienia utworem Rage Against The Machine, to goście, których stan ducha jest właśnie przez tę ścianę oddawany – są zaszyci – w sobie, w swoim świecie głęboko.

Robert przeciwnie. Kiedy spotykamy się pod Biedronką na skrzyżowaniu Hożej i Kruczej KokoDżambo wita mnie witą skrywającą w otwartej dłoni białe, ukryte w chusteczce higienicznej zawiniątko.

– Siema jestem Robert KokoDżambo.

– Siema, Miron.

Przed spotkaniem z typem stwierdziłem, że nic mu o sobie nie będę mówić. Ani czym się zajmuję, ani gdzie i czy w ogóle studiuję, gdzie pracuję, ale on zaczyna pierwszy:

– Kurwa – strasznie dużo klnie – właśnie wróciłem z terapii. Choć wstąpimy do biedry, bo tamta na Marszałkowskiej kurwa zajebana jak Koleje Mazowieckie z rana.

– Dlatego wybieram Auchan, człowieku – biel, luksus, awokado.

– Też lubię Oszołoma, ale daleko mam, nie zawsze chce mi się podjechać, a teraz mam taką kurwa ochotę na lody, człowieku.

Wchodzimy do biedry, co sprawia wrażenie jakby nie głównego wejścia, a kulis wielkiego mechanizmu branży spożywczo-usługowej. Biedronki z lubością odsłaniają swe kartonowo-druciane flaki, pokazując ukryte mechanizmy funkcjonowania marketu. To co w innych sklepach jest ukrywane, tutaj jest naświetlane, co tam czynione nocą po zamknięciu, tutaj w godzinie szczytu, gdzie tam jest śmietnik, tutaj główne wejście.

Polak chce widzieć, co mu się podaje, jak to się tworzy. Chce mieć #DziałkauSzwagra feeling, wejść w obieg zdarzeń i rzeczy, które mają go czynić. Czyż to nie szczodre? Mój przyjaciel G. powtarza, że chce przed ludźmi odsłaniać rzeczy tajemne, te, których zawsze chcieli spróbować, ale bali się zapytać. Dlatego ich uczy robienia waty cukrowej. Gdybyś zastanawiał się jak wygląda praca w biedronce, to jak w panoptikum zawsze możesz to ujrzeć między lodówką z mięsem, a kartonami porozrzucanych czipsów.

– Zośka! Zośka! Masz 5 dych rozmienić?

– Nie mam! Andrzej, masz 5 dych?!

– Mam! A na ile?

– Marta, na ile?

– Na 2 x 20 i 10

– Na 2x 20 i 10!

– To mam! Poczekaj! Przepraszam.

I Andrzej wstaje ze swego szarego, rozkręconego jak Opel Astra fotela i idzie do Marty, do kasy numer 3 rozmienić jej 5 dych, bo przecież korporacja obracająca miliardami złotych, nie może zapewnić swoim kasjerom dostatecznej ilości gotówki w kasie. Nie kurwa! Czy można drobniej? Jeszcze by zobaczyli ile tego jest. Jeszcze by korciło, by tak zabrać wszystko i wyjechać na Mazury. A tak? Masz 1500 na miesiąc i se radź.

KokoDżambo bierze dwa ogromne kubły lodów waniliowych oraz wiśniowych i pyta czy ja też chcę jeden. Grzecznie dziękuję. Potem dostrzegam, że te kubły to dla niego ciężki wyrzut sumienia, bo jak mu pół-żartobliwie sugeruję, że jest sportowcem, to mówi: „ta… pa na te kubły kurwy”. Zabawne, ja nigdy nie miałem wyrzutów z powodu jedzenia.

Czekając przy kasie on znów wspomina o terapii. Czwarty raz. Ewidentnie chce się tym podzielić, więc pytam, co za terapia.

– Od alkoholu i narkotyków. Ale ogólnie to wiesz jestem DJ-em, ratownikiem wodnym, runmagedon, wiesz. Sport wiesz.

Trzęsie się jak galerta.

– To bendzie 15 złotych i 20 groszych.

– Chwilka… jeszcze znajdę 20.

Idziemy na tramwaj razem, choć wolałbym już zakończyć te wojaże, ale on chce ewidentnie gadać jeszcze o życiu swym, widać dalej w terapii flow, coś znów o ratownictwie. Sugeruję Bałtyk, żeby se popracował w lato i już mam się wygadywać, że tam bywam i pracować może będę, że Mielno, ale się łapię za język. On na morskie ratownictwo:

– A weź kurwa. Ja mam swoje lata, a tam wiesz, niezależnie ile masz lat, nie to trafisz na młodszego od siebie, takiego kurwa co mi będzie rozkazywać, a jebać go, jebać to, kurwa jest taka fala, siostra mi mówiła, bo ona też ratowniczka, weź po chuj mi to. Tak naprawdę tam chodzi o balngę, wiesz, melanż cały czas, wóda… nos. Tam się nie zarabia. A weź kurwa rano na kacu, a nie daj Boże, odpukać jakaś tragedia, to cię sprawdzą alkomatem, weź, kurwa, nie chcę, wolę tutaj.

– Ja słyszałem, że rano seks, po południu seks, w nocy seks na plaży.

– Ta? A byłeś?

– Nie. Koleżanka była.

Wbijamy w tram i tam gadka jeszcze o znajomku naszym wspólnym i jakieś nasze wspólne z nim historie, potem o dziarach coś i tak się żegnamy.

– Do zobaczenia, dzwoń, dzwoń, w kotakcie!

– Elo.

Graba szersza niż być powinna, ale chuj. Cieszę się, że wysiadł na Ratuszu, a nie jechał ze mną na Pragę, bo już nie chciałoby mi się kontynuować tych o niczym gadek. Tego pseudokumpelstwa, które zespaja ludzi na kwadrans tylko dlatego, że jeden kupił od drugiego działę. Czy gadasz ze sprzedawcą w Biedronce 15 minut, albo ze sprzedawcą z Rossmana, co ma na promocji: „Nowa Maybaline mascara”? Nie. A tu gadasz i jeszcze powinieneś być przyjemny, bo diler to ktoś więcej niż sprzedawca. To sprzedawca marzeń, twojego spełnienia, twoich oczekiwań i twojego nałogu, którego stacja benzynowa 24h nie obsługuje. Diler is your friend. All caps are bastards.

Kruszę zasady patrząc na widok góry stołowej #Kapsztad.

WARSAW DŻUMANDŻI DAYS – sobota

WARSAW DŻUMADŻI DAYS

Dżuma – (także: dżumka, zadżumienie)- ogólny stan rozkojarzenia i kiepskości wywołany czynnikami zewnętrznymi takimi jak choroba, używki. Może prowadzić do serii nieprzemyślanych, prowadzących do katastrofy czynów.

SOBOTA

Ulicą okrążam pasma dziesięciopiętrowców, w których nie widzę już nic poetyckiego. Korale aut połyskują w żółtym świetle wydobywającym się z forda. Mego forda. Światło i rytmiczne bulgotanie silniku diesla, harmonizującego z wersami rapującego Oskara. Jadę, jadę i wypatruję miejsca odpowiedniego by w końcu ustać, zaparkować, wyjść, dojść gdzieś, opuścić ten fotel. Ale wnęk przestrzeni brak, wszystkie zostały zajęte przez tubylców ich śmiesznymi puszkami blaszek na gumach. Robię, więc koło, bo ulica jest jednokierunkowa i trzeba całą długą zjechać, by się zeń w końcu wydostać. Ulica imienia Stefana Bryły.

Wiem, że nie znajdę tu nic sensownego, zatem taktyka zmieniona i zaparkuję przy ulicy prostopadłej. I wtedy czuję lekki wstrząs, na wąsie swąd, dym się unosi znad maski i wiem, że właśnie wydarzyło się memu autu coś niedobrego. Parkuję ostatecznie, zaciągam ręczny i wychodzę by zbadać sytuację. Z zawieszenia, ciurem leje się rudy płyn i leje się jakby nigdy miał się nie skończyć.
– Cholera.

Ford został ranny. Ale nie mam tu tego za złe. Pięć miesięcy od zakupu służył mi wzorowo. Nie wiem, co to za płyn, więc dzwonię do PeKa by mi telefonicznie objaśnił meandry samochodowych ustrojów krążenia. Ten fachowo, poprzez serię odpowiednich pytań, zaocznie dochodzi do wniosku, że oto wycieka płyn chłodnicy.
– Puścić zapewne musiała uszczelka. – stwierdza.

Rekomenduje zakup wody litrów 5 i ostrożne wlewanie jej do miejsca właściwego płynowi chłodniczemu. Jest tylko jedno ale! Możliwe ujemne temperatury naszego klimatu, które taką wodę płynną mogą zamrozić, co doprowadzi do natychmiastowego zniszczenia chłodnicy. Na szczęście klimat jest tej nocy łaskawy, a termometr wskazuje całe osiem stopni, a więc wodę zakupioną w pobliskim sklepie (wraz z dwiema babeczkami kajmakowymi), leję śmiało. Potem idę do babci.

Babcia jaka jest każdy widzi. Moja jest taka właśnie, choć przejawiać musi także rysy indywidualne. Babcia ma czyraka, albo tętniaka, albo jeszcze coś innego, co sprawia, że twarz jej i ciało jest pokryte czerwonymi plamami, dla mnie już równie przezroczystymi i niewidocznymi jak plama na oknie w dzień pochmurny. Ona jednak widzi, na niej to jest i każdy tak mocno przejmuje sobą się. Ja plamą na nosie, inni plamą w kosmosie, a większość swymi wągrami i pryszczami, bo myślą, że cały świat patrzy na nich i patrzy im właśnie w czuły, brzydki i czerwony punkt ich twarzowego bytowania. Moja babcia jest dobra i jest miła i tylko takie epitety mogą do niej pasować.

Nie powiem, że babcia jest aniołem, albo „osobą fascynującą”, „atrakcyjną towarzysko”, że babcia jest „wyrachowana w swej inteligencji”, że babcia to jest „gracz”. Nie. Babcia jest dobra i miła, i kocha mnie, za co należy się jej podziw. Babcia wychowała mnie, stworzyła subtelnymi maźnięciami swego babcinego pędzla, podmuchami papierosowego dymu marki Caro, swoimi zadaniami pisanymi czarnym długopisem w kratkowanym zeszycie. Przy babci napisałem pierwsze w życiu słowo, i pamiętam tę sytuację do dziś. Było to słowo „koc”. Ze znanych literek układałem dowolne ich kombinacje np. „ABHAST” i każdorazowo, po postawieniu ostatniego znaku pytałem babci, „czy jest takie słowo?”. A ona cierpliwie odpowiadała.

Koc był słowem napisanym na szklanej tafli blatu okrywającej stół a’la dębowy, fornirowany, koc był słowem stworzonym w dużym pokoju trzeciego piętra bloku rosnącego na ulicy Stefana Bryły 3 i pamiętam, że było wtedy pochmurno. Pisząc, koc nie spodziewałem się, że w przyszłości przyjdzie mi tworzyć jeszcze „kocykarium”, „kocykowo”, „kocenie”, a nawet „kochanie”.

Jak jechaliśmy windą to babcia polecała mi wskazywać liczby parzyste i nieparzyste na przypalonych zapalniczką, nadtopionych guzikach dźwigu. Babcia czytała mi i chodziła ze mną i babcia była i sprawiła mnie, choć dzisiaj już tak niewiele może sprawiać.

Kiedy przychodzę, częstuje mnie kawą i zaznajamia ze sprawą następującą: sąsiadka jej z góry – Pani Iwona, poprosiła ją by sprawdziła stan mieszkania po lokatorach, którzy kilka dni temu opuścili Iwonowe lokum lokujące się na szóstym piętrze, tuż nad babci głową. Czy ja mogę pomóc jej otworzyć tam drzwi? No w tym mieszkaniu… bo ona nie ma siły w dłoni klucza przekręcić.

Ależ oczywiście, że mogę droga babciu, chodźmy zatem i te mieszkanie sprawdźmy, po tych nicponiach, lokatorach, co pewnie jakiś bałagan mniejszy, lub większy po sobie zostawili. Wchodzimy piętro wyżej, po betonowej klatce, zawsze lekko zsypem zalatującej i oboje się czujemy teraz jak para złodziei, niezręcznie jakoś, żeby nie popełnić żadnego faux-pas podczas obcowania z czyimś, powierzonym nam mieszkaniem. Odkluczam drzwi na korytarz – „Im in” – chciałbym nadać babci przez mikrofon zapięty na golfie, podczas gdy ona obserwowałaby całą akcję z dołu, na trzech monitorach, siedząc w fotelu i paląc fajka. Tymczasem ona wchodzi ze mną i „We’re in”. Zabieram się za dolny zamek, poszło gładko. Teraz górny. Cholera, coś nie idzie. Naciskam klamkę, nie idzie! Nie idzie! Babcia traci nerwy:
– Chodźmy, trudno, innym razem, jutro może spróbuję jak będzie lepsza pogoda.
– Poczekaj, no, raz się nie udało i już chcesz odpuszczać! – Próbuję jeszcze raz i drzwi się otwierają. Przybieram minę szelmy. Babcia czyni wydech. Wchodzimy.

Mieszkanie okazuje się pozostawione w stanie dobrym i przyzwoitym, doprawdy, pomimo szczerych chęci trudno się dopatrzyć jakiś uchybień w kwestii jego sterylności. Spisuję trzy liczniki: wody, gazu i prądu, wychodzimy, zamykamy i nasza misja kończy się powodzeniem. Na dole, już w pokoju babci, kiepsko oświetlonym o układzie mebli niezmiennym od lat, babcia próbuje mnie nęcić jeszcze ciastami, rosołami i kotletami, ale już moją głowę zaprząta rozwalony w dole i krwawiący brązem ford, dlatego skupiać się i znosić spokojnych rozmów dalej nie mogę. „Do widzenia babciu, czas ruszać w drogę!”, żegnam ją dwoma całusami w oba policzki, lecz tym razem głaszczę ją jeszcze po głowie, na co ona się śmieje ze swej postępującej nierosłości, a mej rosłości i żegnamy się szybko, a czule.

Pośród blokowisk ciemnych jak dusze ich mieszkańców, oświetlonych ledwie, gdzieniegdzie punktami żółto-niebieskiego światła, zbliżam się do samochodu mego – skupionego Forda rocznik 2000 kolor violent fiolet i odpalając latarkę telefoniczną zerkam mu pod nogi, koła znaczy, patrzę czy ciecze jeszcze, nie ciecze, szczęście. Nie ma z czego ciec ciecz wycieńczona zaciekłością swej grawitacyjnej dociekliwości. Dolewam zatem wody jeszcze, telefonicznie Gutka informuję, że dziś mu nie zezwiastuję już wizytą, którą odbyć mogłem, acz nie musiałem – wizyta ta miała być połączeniem biznesu jakiegoś, dilla, czegoś pół-tak, pół-nie istotnego; mogła czekać do jutra, mogła czekać do poniedziałku i poczekała. Ale Gutek jeszcze nadaje, że może pomóc mi, holować, co tak trzeźwe, pomocne i dobre jest z jego strony, że zaczyna gryźć mnie już demon wewnętrzny. Demon,

bo wcześniej Pudel pisze: „hej, wpadniesz dzisiaj?”. Pudla rok ponad nie widziałem, i się tak zbierałem tygodniami by zobaczyć w końcu, zupełnie jakbym pielgrzymkę miał odbyć do wizerunku świętego, z tym, że temu koledze do świętości brak jeszcze mil tysiąca. Anyway, już jak z Gutkiem rozmawiam, to wiem, że ta noc trzeźwo nie zakończy się, i spycham jego potencjalne hakujące, holownicze pomoce w zapomniane sobotnie noce, żegnam się i mówię „cześć”, a do Pudla: „będę”.

A tu jeszcze Dorys wzywa mnie na śmiechu kolędę, pisze, że portret Zbigniewa Wodeckiego malować będą, ale wcześniej jeszcze woda, wóda i kwasy wejdą z Szybką Wolną i kolegą jakimś.

Fordem dychającym, sfatygowanym i dziurawym od spodu, coś jakby ma dusza, durszlak zajeżdżam jeszcze do matki. Po co? Po blat do mego biurka, który został u niej i tkwił za łóżkiem drugą zimę, i na partyjkę szachów z brackim, gdzie remisujemy ostatecznie, co dość żenua pewnie jest biorąc pod uwagę jego siedmio, a mój dwudziestopięcioletni wiek.

Tu znów przejaw mego niedo bycia, mego onegdaj grania i niedogrania, czegoś tam liźnięcia, ale niedolizania i tak się ganiamy mając obaj po dwie figury i dogonić nie możemy. Potem za obliczenie dziesięciu przykładów matematycznych w zakresie odejmowania i dodawania do trzydziestu daję mu sześć polskich złotych, które on skrupulatnie z miną małego, chytrego Żyda chowa do portfela, co jest śmieszne w sumie i stanowi pretekst monologu matki na temat chwalebnych zwyczajów finansowych brata mego siedmioletniego Roberta Robertowskiego; o tym jak każe sobie wymieniać cztery dziesiątki na jedną pięćdziesiątkę, i o tym jak od ojca pożycza, ale nie oddaje, i wstydu wcale za to nie czuje. (Jeszcze siedzi i się śmieje chytrze na kanapie jak o tym z matką mówimy).

„A oddam kiedy się dorobię” – cytuję Moryca z Ziemi obiecanej i choć pewien jestem, że matka tego cytatu znać nie może (a może mylę się) to śmiejemy się długo, do łez i jest dobrze. Daje mi jakieś owoce, słodycze, ja zabieram blat, całus, całus, piona brat i lecę. Ford odpala ledwo, Pudla informuję, że zjawię się i dzwonię i pytam czy pić może, bo nie tak dawno jeszcze zarzekał się na całkowitą abstynencję i złych nawyków porzucenie, i nie tak dawno jeszcze w metrze telefonicznie z nim rozmawiając czułem trzeźwość jego przez słuchawkę, myśli uporządkowanie, ułożenie jakieś, dyscyplinę immanentną.

Teraz Pudel zapewnia, „tak, tak pić mogę i potrzebuję”, a potem pisze: „kup 0,7 i wino białe”. No to jest przesada spora, o ile 0,7 stanowi już wyraz pewnej nonszalancji, to jeszcze wino do tego jest niefinezyjnym zaproszeniem do bramy podłego alkoholizmu.

Na stacji benzynowej nieopodal wjazdu na autostradę A2, kupuję wódkę rzeczoną marki Żubrówka, płyn do chłodnicy najtańszy za 16,99, którego producent deklaruje skuteczność do -37 stopni Celsjusza, sok. Papierosów nie kupuję, choć już czuję, że pomimo 11 dni niepalenia wcześniej, to dziś właśnie przyjdzie mi zajarać znów. Ta myśl przeplata jak wianek myśli pozostałe, jak dym subtelnie w nie wchodzi i wędzi, a ja udaję, tak jak zwykle udawałem, że nie zauważam jej i pozwalam się uwodzić i wędzić jak zwierzę głupie, żaba w rondle siedząca, której kucharz podnosi temperaturę, stopniowo zwiększając płomień, a ta w swej zmiennocieplności żywcem daje się ugotować.

Płynu właściwego, różowego do forda zalewam i ruszam ku P. Puławską myśląc jak paskudne jest to miasto, o tej porze zaś szczególnie. Mijam opuszczoną „Basztę”, salony jakieś moto, niezliczone przejawy ludzkiej przedsiębiorczości i wjeżdżam w końcu w uliczki wąskie, głębokie by dotrzeć pod dom, który mnie gościł już wiele razy, zbyt wiele może.

Pudel zza bramy milcząc mnie wita z szamponem na głowie, z daleka wygląda jakby osiwiał, lub już do reszty był pomylony i chodził w jakimś czepcu, który miałby jego myśli ułożyć i zatrzymać w jednym miejscu. Czuję się trochę jak przestępca gdy tam wchodzę, jak kontrabandzista, Grek brzuszny, bo trzymam w torbie plastikowej kogo niby mającej oszukać 0,7 wódki i sok tymbark. W większości wypadków takie zestawienia są okej, ale tu nie, bo P. miał nie pić już przecież nigdy, w lato mi się chwalił przez telefon jaki jest super aktywny, jak maluje żyrafy trzeźwy jak bąk, spijając nektary życia, które do tej pory zgorzkniała mu wódka. Ukończył terapię, na którą uczęszczał też jakiś sławny aktor (nazwiska nigdy nie wyjawił) i ludzie inni, tak; na tej terapii dowiedział się o sobie bardzo wiele, dowiedział się dlaczego pije, dlaczego przestać mu trudno, dowiedział się, że ludzi krzywdził, że siebie najmocniej. Taki był mądry i oświecony, kiedy deklarował, że rzucił już gibony, że teraz tylko zdrowe flow i zdrowe tony przyniosą sens jego duszy utrapionej. I prawda, kiedy rozmawiałem z nim jeszcze czas temu jakiś to brzmiał rozsądniej, bardziej strukturalnie, jego myśl jak strumień drążyły koryto tematu i nie dawały się zboczyć kamieniom i gałęziom (o kształtach fallicznych) dygresji, które tak ochoczo do jego potoku słów ciskałem. Teraz… Pudel był znów zawartością szklanki wody rozlanej na chodniku, której strumyczki podążały wzdłuż mikrostruktur betonowej kostki, w zupełnym bezładzie, wysychając i dogasając w szczelinach piaseczkowych granic.

Jego psy obszczekały mnie, jeden ten shitshu Tommy, szczególnie, mały idiota, którego lubię denerwować, za co on odgryzł mi się kiedyś dość dotkliwie. Psy wymieniam z imienia: Tommy, Bila, Gustaw, Czopa – każdy jest inny, innej rasy, innego usposobienia. Moim faworytem jest od zawsze Gustaw – harcik włoski, koloru szarości, z rodowodem wartym 6000 złotych, niezwykle dystyngowany pies, który zamiast siadać na trawie woli siadać na poduszkach, za co go cenię, bowiem wykazuję jakąś słabość do arystokracji. Gustaw zyskał brzuszek odkąd go widziałem ostatnio, jednak wciąż pozostał fałszywie skromnym (jego maniery ukazują się dopiero po dłuższym współprzebywaniu) psem. Choć nie powiem, ten tłuszcz odbiera mu wiele fasonu.

Powołując się na znajomość z psami, głośno do nich z imienia wołając, uściski, głaski, polizania wymieniając, próbuję się uzasadnić w surowych oczach rodziców Pudlowych, którzy spoglądają z kanapy rozpraszani na szczęście telewizorem. Zawsze się czuję jakby mnie nie znali, nie kojarzyli wcale i czuję też jakby mnie posądzali o homoseksualizm, no bo któż może przychodzić do ich geja syna o 21.00 w sobotni wieczór, jeśli nie inny gej właśnie, z flaszką i tymbarkiem, w białej, foliowej torbie, która kogo ma niby zmylić? Nie dość więc, że jestem obcym pedałem, to jeszcze rozpijaczem syna, zdrajcą, Grekiem trojańskim, co pod ich strzechami będzie prowadzić synka ku zgubie.

Ale przecież to nie pierwsza flaszka Pudla w tym miesiącu. Ja pić jeszcze mogę i sorry, ale wyrzekać się nie będę, to znaczy mógłbym, ale chyba nie w tym układzie, a zresztą takie picie tajemnicze, wbrew, ma w sobie uroki minionej dawno niepełnoletniości.

Z matką P. wymieniam kilka konwencjonalnych, acz staram się je zabawnymi uczynić, zwrotów, po czym zostaję skierowany na górę do pokoju przejściowego, ładnego, świecami osmolonego, w którym to pokoju można palić, a mimo tego nigdy tam papierosem nie czuć. Jest tam biblioteczka dość spora (jedna z kilku w tym domu), zawierająca ciekawe pozycje np. „Wychowanie seksualne dla dzieci lat 7-9”, czy „Zbiór fraszek na każdą okazję”. Są tam książki tak rozmaite i antologiczne, o których ja nigdy bym nie pomyślał by je kupić, bo są czymś bez czego się można obejść absolutnie, ale i przez swą lekkość, różnorodność i często zbiorową formę są właśnie ciekawe i zapraszające do pobieżnego przeglądania.

Czekam, więc w tym pokoju cierpliwie aż P. zmyje ze łba pianę, a zza drzwi słyszę utyskiwania jego matki, jego uspokajania, które (mogę się tylko domyślać) dotyczą mojej tu obecności.

– Chodźmy na górę. – Pudel komenderuje, więc idziemy do studia nagraniowego i chlejnego, studia, w którym się raczej pije, pali i słucha muzyki, niż cokolwiek nagrywa, choć Pudel z konsekwencją twierdzi, że jest inaczej, w dowodzie pokazując strzępy jakieś, nigdy niedokończonych sprzed miesięcy nagrań.
– No to polewaj.

Tak, jakby o to głównie chodziło. Pokazujemy sobie piosenki, lepsze, gorsze. Mój rap ściera się z jego dawnym popem, czas płynie, wódka płynie, nasze sylwetki w dymie.

Zapaliłem.

Ot jakoś tak wyszło; „wódka lubi dym”, tak sobie mówię cytując genialną Siekierezadę, choć już nie tak genialnego bohatera i palę teraz niebieskiego camela i czuję się dobrze, jakbym się wcisnął w kolejkę, jakbym oszukał celnika i przemycił za granicę coś. Celnikiem jestem ja, granicą moje ciało, kolczaste druty postanowień składanych pisemnie, do luster (patrząc w oczy), składanych na nagraniach audio i wideo, składanych w pamiętnikach, w notatnikach w niezliczonych formach, miejscach i czasach, a pomimo tego chuj. Palę sobie i tak. I jak cudownie oszukać siebie, przynajmniej przez pięć minut, bo po sześciu sumienie i słabnący dech dają o sobie znać.

Siedzimy z P., gra jazz, wspominamy znajomych minionych; dawne dziewczyny moje, dawne przyjaciółki nasze, dawnych kolegów jego. Rzewnie to wszystko i zmierza ku niczemu, wiem to. Nie chcę niczego, chcę czegoś, skoro już wódkę piję, fura się psuje, ja się wędzę, to chcę z tej nocy wytłoczyć olej, paskudny, pełen smogu i lichych gwiazd, chcę czegoś, bo NIC niczego mi już nie może dać!

Tarabani Dorys dobija się, kolejny i kolejny SMS: „siema, wpadajcie, jestem z nią i z nim, będziemy malować portret Wodeckiego, ale najpierw kwasy i chill”. I to mi brzmi jak dobry dill, czuję, że tam już czeka na mnie COŚ, mięso, konkret, że tam się zadzieje. Delikatnie, aby nie spłoszyć, zaczynam Pudla drenować sugestiami, kusić większymi butelkami, pokazywać przypadkiem niby zdjęcia Dorys (te najkorzystniejsze), wspominać o jej otwartych i rozległych poglądach, szczerej względem gejów i Żydów sympatii. Polewam ofiarnie, zaznaczam, że o! Butelka 0,7 właśnie sięgnęła dna, jakaż to szkoda, a skoro już taksówkę bierzemy na stację, to może i na stację centrum? i jak to dawno, dawno nigdzie razem nie byliśmy, a człowiek socjalny przecież jest i powinien drugiego poznawać!

Pudelek daje się przekonać w końcu, obaj jesteśmy w sztorcu i wyczuwamy nieprzyjemne tu fale od jego trzeźwej familii, psów szczekających i faktycznie dobrze opuścić te miejsce, odświeżyć się, wyruszyć w świat. Na stacji bierzemy litra, ja przeglądam bajki, które tam sprzedają (kiepsko wydane, obrazki czarno-białe w środku). Z taksówkarzem się schodzi na Biedronia, Pudel się spierać próbuje, ale się okazuje, że taksówkarz jest wyważony bardzo, prezydenta Słupska popiera, choć nie w każdym punkcie i tak rozmowa rozbija się o falochrony ogólności.

Dojeżdżamy na miejsce wreszcie, jest wcześnie jeszcze, ziomek kontynuuje te brednie śmieszne, ja mówię: „daj szlugę”. Daje mi, ja w myślach liczę kwit, jest parę stów jeszcze, a więc wyjątkowo git, jak na warunki domówkowe, styknie z nadmiarem jak nic. Zerkam w esemesa, tam dokładny adresat naszego zajścia: „mieszkania 98” – ten sam numer co moja babcia, super, wchodzimy. Dochodzi północ.

***

Napisz komentarz jeśli dotarłaś/dotarłeś aż tu.

Portret warszawskiego polonisty, warszawskiej polonistki 

Poniższy tekst przeznaczony był na ogłoszony przez polonistyczny portal „nie?WINNI czarodzieje” konkurs pod poniższym tytułem. Został ogłoszony, jak to przy konkursach regulamin, który organizator złamał dwukrotnie: nie przestrzegając terminu rozstrzygnięcia oraz odwołując przyznanie nagrody.

Ja pewien, jak się zresztą sprawdziło, tego, że nikt prawie w tym konkursie nie wystartuje, pozwoliłem sobie na napisanie tekstu prowokacyjnego, miejscami wulgarnego, ale nie pozbawionego sensu, bo własnie wyłuszczającego tę bierność i niemoc twórczą studentów wydziału polonistyki. Jeśli na konkurs została zgłoszona nawet jedna praca, to powinna być ona, walkowerem uznana za najlepszą i to własnie byłby zamierzony jej cel. Ale niestety, znów się okazuje, że zasady mają służyć tylko tym, którzy je ustalają! Zachęcam do lektury!

 

Portret warszawskiego polonisty, warszawskiej polonistki 

nieżyczliwem pędzlem malowany przez oddanego kochanka Erato, a niepokornego sługę Jej Królewskiej Polonistycznej Mości.

JA

Nie pasowałem, chciałem się zająć spokojnym układaniem mojego szczęścia
Ale ja kurwa się czułem jak puzzel z innego pudełka
Matki i dziewczyny moich kolegów prosiły ich, by nie ufali mi nigdy
Że ja zmutuję
1 ich krzyki ambicji, ogólnie, że ja jakiś radioaktywny
Polon
2

TY

Lepiej nie podchodź, lepiej nie pochodź
Bo czekają tu nieodwracalne zmiany
Dziwko to Polon, dziwko to Polon
Właśnie zostałeś napromieniowany3

Białas, Polon

ONA

Ona jest stamtąd. Tam skąd wstyd jest trochę mówić, nie warto. Ona jest z „obok”, „w pobliżu” z „za” „i tak nie znasz”. Wychowała się „o tam”, za Szkolną ulicą, przy szosie błotnistej jesienią i wczesną wiosną, pod bilbordem Wielkiego Zaimka. Szkoła wiejska to było piekło, nieomal jak w Owczarach i dzieci te straszne wyrugowane z uczuć. Kiedyś na jej oczach skrzywdziły niewinnego psa. A ona nic, a ona nic, a ona „pa!”.

Czasem jest też z Krakowa lub Gdańska, ale wtedy to jest inna bajka. Wtedy to jest bajka opowiadana w kręgu przez starego Gadamera i się zapętla, wraca do punktu wyjścia zaklęta w powtarzalności przyjazdów i odjazdów, w końcu odjazdu ostatecznego, czy raczej ostatecznego powrotu.

I co z tego, że wyjechałaś, no co? Skoro i tak wracasz myślą, słowem, czynem do tego co cię stworzyło, wracasz do Gdańska jak Huelle, do maminego gniazda, wracasz, kiedy denko słoja klaska.

Czasem z Przasnysza. Boże, gdyby się tak udało tam wrócić i tam nauczyć. Ma taką szczerą nadzieję, że się uda. Że się uda. Że się uda. Rozłożyć w czasie jak Ewa Pobratyńska? Nie! Wszystko w rękach ekhm… Boga. Do kościoła chodzę mamo, tak. Tak, co niedzielę, tak. Piękne tu mają kościoły. Tak, co tydzień do innego. Tak. Pracę mam, tak. A w dużym sklepie. Ciężko jest, ale daję radę. Do Marcela piszę też. Podpisano: Denise.

Czy to persona w ogóle „warszawska”?

Dawniej w soboty oglądało się „Familiadę”, a w niedzielę szło do Domu Boga. Były pieśni, znak pokoju z Maciejem (dłonie miał mocne i białe), a potem się wracało, mówiło o roli roli, serialu, sądach, sąsiadach. Na obiad był schab, ziemniak, kapusta i kieliszek wódki (dla chłopów). Na deser telewizor.

Tu była dwa razy, w tym, no Jezu… W Najświętszej Widzenia Nawiedzenia Serca Miłościwego Maryi Jezusa Podziemia Parafii, ukrytej wśród bloków wysokich jak sto chałup. Ale nie chodzi raczej. Samej niefajnie. Wierzy, ale nie praktykuje, jak twierdzi.

No bo no nie wie, jakaś jest mętna atmosfera wokół tych kolumn, obrazów i rzeźb, coś stamtąd wraz z kadzielnicą ulotniło się. Kościół tu jest passe. „Jesus is my sugar daddy” – taki ostatnio widziała tatuaż na udach jednej dziewczyny w tramwaju. Dziwki z pewnością jak Nana. Jej daddy jest jej daddy i nie ma to podwójnych kontekstów, pamięta jak ją przywiózł dnia pierwszego do miasta pełnego kompleksów.

Jezu, ale tu wszystko wielkie jest! No owszem, byłaś wcześniej też, ale hej! ten wieżowiec nie stał tu wcześniej. Ah, piękne jest nocą Śródmieście, każdy tu może czuć się bezpiecznie. Niestety ty nie w Śródmieściu – za drogo trochę, a na Stegnach przyjdzie ci toczyć żywot, tuż obok stacji gdzie nocą leją browar i paliwo. Jakoś tak, mieszkanie, pokój, zwykły, w zwykłym bloku, tyle, że odnowionym i znikają tu wszelkie indywidualności pozory, bo oto koleżanka ma torbę tę samą a i może jest nawet od ciebie ładniejsza? Tam skąd pochodzisz uchodziłaś nawet za ładną, jednak w stolicy jesteś przeciętną panną. Trochę mina rzednie, co? Bo tam gdzie miało być pięknie, miejsko, rześko, nowe życie, high-life, dream team i chłopaki, nagle jesteś znów ta sama, tylko, że bardziej samotna niż zwykle, zdana na siebie, wkopana w dorosłe życie, a nikt ci nie powiedział jak ten ciężar nieść.

Ale póki rodzice płacą za czynsz i chleb, nie przejmuj tak mocno się! O nie! Korzystaj, korzystaj dziewczyno, bo trafiłaś do najpiękniejszego i najbarwniejszego miasta w tym kraju! Przed Tobą Warszawa! Nasza duma i sława, Syrenka i jej pierś wydęta, jej miecz tępy a wielki, jak co drugi chłopak tu, oto są bulwary skrzące lampionami, radością i pijackimi śmiechami, oto są szkła i betony skomponowane pod architektoniczne nagrody, są grube, żółte tomy ksiąg i rzędy żółtych zębisk do obejrzenia, na twoich nowych papierosowych, przerwach. Oto jest Warszawa, i powaga i czar kampusu, i radość wiosennego przedmieścia, bierz i korzystaj, bo to co na powierzchni to (prawie) wszystko Twoje i święć się imię Twoje – Iwona, Ilona, Anita, Dominika, Ola – jakkolwiek masz, tak możesz zaistnieć, tylko o jedno cię proszę, o jedno – w tym mieście nie bój się błyszczeć!

Ale ty co? Hej, hej! Czemu się tak zamykasz w tym pokoju, no? Byłaś na wykładzie, jednym, drugim i twierdzisz, że zmęczona już jesteś? A teksty na kolejne ćwiczenia to kto przeczyta? Czemu nie czytasz? I, co, i ja mam wszystko na zajęciach mówić, sam z profesorem rozmawiać?

Do klubu też nie wyjdziesz – wszak musisz się uczyć. Nie chcesz nawet. Co w tych klubach robią. Narkotyki i seks, to obleśne jest. I drogie. Bydło. Napisałaś kiedyś o tym wiersz?

Musisz się uczyć. I obejrzeć ten filmik na jutubie i ten serial nowy, ponoć super. O prawnikach. Prawnicy to mają. Mogłaś pójść na prawo, na prawie pieniądze byłyby lepsze. Ale rodziców nie byłoby stać by cię tu utrzymywać pięć lat. Rodziców Marioli stać, kupują jej wszystko, nawet samochód. A twoi? No wstyd, aż wstyd chłopaka jakiegoś tam zaprosić, bo ojciec zacznie wypytywać jakie plany, matka, kiedy wnuki, a potem włączą jak zwykle telewizję i przez chwilę tylko będzie dobrze, kiedy Starsburgera głos zagłuszy głosy duszy.

Muzeum? Nie, sztuki plastyczne nie interesują cię. Nie muszą. Ty studiujesz LITERATURĘ. Nie ma sensu się rozdrabniać, co te obrazy, tam jakiś Witkacy, Malczewski, Gerstl se wisi, niech wisi. W gablocie Zwrotnica i nóż jakiś z brzucha, a dalej meble, które wspierały obfite morale takiej Ćwierczakiewiczowej, biedermeier wyjęty z salonu literackiego wprost, ale nie! Ty nie jesteś jakąś kioskarką czy stolarzem ani stolarką! Muzea są drogie. Oj, bardzo drogie! Tak słyszałaś: „że studenci uczelni artystycznych mają za darmo, a my mamy jak normalnie. Studenci tego PA SE PE.” – „ASP – poprawia cię koleżanka.” „Tak. My drogo”4.

Nie wiesz ile dokładnie, bo nie byłaś by sprawdzić. Pytasz koleżanki: „czy żeby wejść do Muzeum Narodowego trzeba się jakoś wcześniej zapisać, by wejść?”. Ona odpowiada: „Nie, nie trzeba, można o tak”. „Byłaś?”. „Nie, jeszcze nie (studiuje III rok). Trudno się z kimś tak umówić, a samemu to nie.5

Samemu nie! Nigdy nic samemu, nie! Bycie samemu jest w ogóle passe, nie po to jest na Ziemi 7 i pół miliarda ludzi by być samemu. Kiedyś, w czasach Abrahama to może uchodziło. W czasach Miłosza jeszcze wśród jakiś wysychających jezior Wileńszczyzny, gdzie wodne węże plaskały czmychając przed ciskanymi z brzegu kamieniami. Ale dziś? Sama nie możesz wybrać się już, ani do biblioteki, ani na spacer, ani do muzeum, ani też postać na korytarzu. A, że koleżanek masz w sumie bardzo mało, to wybierasz głównie ten numer do mamy.

Samotność. Artysta powiedziałby „metafizyczna”. Ale ty nie jesteś artystką, więc tak nie powiesz. Takie słowa tylko na zajęciach, poza nimi jest wielkie zapomnienie i umyślne nie-kojarzenie. W opisie na tinderze jesteś tą, która „czas kocha spędzać pod kocykiem, z herbatą w ręku i dobrą książką w dłoni”. A ja Ci dobrze radzę: zrzuć ten kocyk, herbatę zamień na wiśniówkę, a zamiast książki chwyć lepiej jakiegoś chłopaka za rękę, i życie poznaj w końcu mięsiste i krwawe jak stek, a nie tylko tymi pierogami ze stołówki żywisz się!

ON

On jest stąd. A jeśli jeszcze nie jest, to się stanie. Nie jechałby jak głupi studiować polonistyki do innego miasta, aż tyle warte to nie jest. Jeśli już przyjechał, to nie tylko studiować, ale i żyć. Polonistykę wybrał, bo w liceum pisał wiersze. Jedne spaliłby dziś ze wstydu (gdyby miał piec) inne były udane. Julii się podobały. Julii się podobały i być może śmielej otwarłaby swe serce, wydarła dłonią nagą i ci je przed twarz (bijące jeszcze) wystawiła, gdyby nie ten wyjazd. Te twoje marzenia, mówienie, mówienie, mówienie, o tym co będzie, a za mało o tym co jest. O tym co było już. No i akcja z Agatą na tym sylwestrze. Tak, to na pewno też Julię odstręczyło. Ale ona nieważna już, bo tu w tymże gmachu czeka na ciebie kordon dup. Tak, to wulgarne i banalne, ale chuj, tak sobie myślisz, a tego nikt sprawdzić ci i ocenić nie może. Zapominasz jednakże, że myśli są panewką słów, a te wystrzałem czynu.

Nieważne są te przeszłe wydarzenia, tu zaczniesz się na nowo jak Rastignac. W oczach kobiet rozpalając blask. Ale zapominasz, a może nie wiesz tego jeszcze, że oczy ludzkie odbijają i na twarz przenoszą to co widzą, a ty jesteś ubrany na szaro dziś. Jakże chcesz świecić spod papierosowego dymu, smogu, deszczu, zatęchłych od wiśniówki bram? Jak chcesz… cholera! świecić z tą dziurą w płaszczu wypaloną nieudolnie strzepniętym popiołem i plamą od piwa na nowych butach?

Ah! Przecież cię przyjęto do szkoły poetów! Tak, w pamięci masz słowa Adama, he he, ty już wiesz, że to nie komedia a dramat jest, ale jednak odległy w czasie jak od renesansu Pierwszy Wieszcz. Ciebie to zresztą spotkać nie może. Ty wiesz kto dobrze pisał – Bukowski! On znał się na życiu. Znał, chlał, używał, brał. Tak, to jest to! Warto spróbować chociaż, dłoń wyciągnąć i się przekonać, liznąć artyzmu. Wszak pisarz bez papierosa istnieć nie może. Oh, Świetlicki! Palił. Herbert, Białoszewski, Miłosz, Szymborska, Lem, Konwicki (czy Gombrowicz?) Wszyscy ze szlugiem! Mnie zatem też wypada te pieniądze przeznaczone na ostatnią bułkę, przeznaczyć jednak na papierosy marki Camel.

Budzisz się po dziesiątej i oczy masz podkrążone. Nie zdążysz już na te ćwiczenia, miał być jakiś Sępa-Szarzyńskiego sonet. Brodacz będzie zły, o ile w ogóle twoja obecność, lub nie cokolwiek zmienia w jego stoickiej (wzorcem Kochanowskiego w posążku zaklętego) egzystencji. Poruszasz się, wstajesz, i pierwsze co, to brakuje fajek. Nogą nieuważną potrącasz wino z wczoraj, rozlewa się na bok, barwi blok, na ten rok, robisz skok, szmatą blok, lecz notatki zniszczył już ten winny sok. No i trudno, w pokoju jest brudno, Bukowski flow wjechał na grubo, wczoraj była jakaś lejdi, dzisiaj wiesz, że bolą cię zęby, zbierasz myśli rozrzucone jak skarpety, ale nic nie rzuca na nie nowego światła; czy przez rolety? Warszawa jest szara, brudna, zamknięta. Chodząc ulicami w czarnym płaszczu sam na siebie sprowadzasz Małą Apokalipsę, poprzez szlugi i tyskie schowane gdzieś za winklem, a teraz łamiące strukturę materiałową płaszcza. Wszystko się rozkłada: sens, ona na kanapie brudnej od wesz (chciałoby się rzec, ale aż tak, źle jeszcze nie jest), książki niedokończone, i ten z wczoraj wiersz – kartka niosąca krwawy ślad dosychającego pióra, zroszona kroplą brudnej śliny i papierosowego próchna, świadectwo myśli zgubionej i roztrwonionej. Postępujesz tak jakbyś miał się nigdy nie skończyć, jakby oderwany fragment miał odrastać natychmiast, jakby trwanie wiecznie w pięknie, dyspozycji, wenie, było naddane. Ale teraz gdy patrzysz w lustro i oczy zmęczone jak Muńka to już odwracasz wzrok, w bok, nie chcesz widzieć tego, co sprowadza cię tu – na dno.

Do dna!

Mija miesiąc, ogarniasz się, ogarniasz się – dziękuję, nie piję – dziwnie i pretensjonalnie to brzmi w ustach jeszcze młodych od krwi, ale tak trzeba robić jeśli mają się przyśnić jeszcze kiedyś jabłonie i nimfy z harfami, strunami trącanymi delikatnymi palcami wibrujące falą górskiego strumienia.

I teraz jeśli masz szczęście i determinację to odrzucasz złe nawyki trwale by wstąpić na ścieżkę z dala od bierhalle, a ta cię zaprowadzi w doliny między wysokie półki, z których potrafią spadać jak głazy zdradzieckie tomiszcza na temat ekfrazy i zgnieść ci głowę, ale też ujrzysz cudowne wzloty Wergiliańskiej epopei, tysiące ptasich skrzydeł utkanych z bawełny czerwonej i niebieskiej, białe jak śnieg skropiony krwią beenki i ujrzysz słońce po długiej zimie przez BUW-owski dach i w jednej chwili cała myśl ludzka nabierze kości, ścięgien, mięśni, tłuszczu i skóry i ujrzysz, na chwilę ujrzysz Sens Ludzkiej Myśli cały i cień tego Sensu będzie ci towarzyszyć, już do końca twych dni.

A może też oślepniesz.

MY

Odkryjemy tego drugiego Polaka gdy zwrócimy się przeciwko sobie. A zatem przekora powinna stać się dominantą naszego rozwoju. Będziemy musieli na długie lata oddać się przekorze, szukając w sobie tego właśnie, czego nie chcemy, przed czym się wzdrygamy. Literatura? Literaturę powinniśmy mieć akurat przeciwną tej, która dotąd się nam pisała, musimy szukać nowej drogi w opozycji do Mickiewicza i wszystkich królów duchów. Literatura owa nie powinna utwierdzać Polaka w jego dotychczasowym pojęciu o sobie, lecz właśnie wyłamywać go z tej klatki, ukazywać mu to czym dotąd nie ośmielił się być.6

Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1956

WY

(…) Ja wierzę w raportowanie nowe, świeże, przełomowe! A pan by chciał nas zaprząc do pługu i kazał to samo orać, i orać w nieskończoność. Wy nie macie tu monopolu na prawdę, choć bardzo byście chcieli!7

Piotr Sarmini, Bez przekazu

ONI

– Mordo, mordo, mordo…

– Łe kurwa, mordo, mordo?

– Ale mordo!

– Mordziasto.

– No mordo.

ONE

– Miałam zajęcia z profesorem Nowakowskim i on kazał nam czytać tę, no…

– No kogo?

– Tę – ścisza głos – Masłowską.

– Masłowską? I jak, przeczytałaś? Ja jej nie czytałam, nie chcę tego czytać.

– Ja ci powiem zaczęłam tę „Wojnę polsko coś tam”, ale musiałam często przerywać. Bo mi się niedobrze momentami robiło. Niedobrze.

– Mój kolega to czytał jeszcze w liceum, bardzo mu się podobało, polecał. Ale ja nie chcę tego czytać. Nie. To ohydne jest. 8

Milczą znów. Długo. Nikt się nie poruszy, by drugiego nie spłoszyć.

*KONIEC*

PIOTR SARMINI, 29 XII 2018

1Zmutuję od (ang.) mute – dosł. wyciszyć.

2Białas, Polon, [w:] POLON, SB Maffija, 2017.

3Białas, op. cit.

4Sic! Autentyczny dialog podsłuchany w podziemnej, polonistycznej kawiarence w grudniu 2018 roku.

5Jak wyżej. Dialog autentyczny.

6Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1956, Wydawnictwo Literackie, Kraków – Wrocław, 1986, s. 173.

7Piotr Sarmini, Bez przekazu, Czarny Kajet, Warszawa 2018, s. 254.

8Dialog autentyczny podsłuchany w kawiarence „Lalka”, choć lingwistycznie może ładniej oddany niż w rzeczywistości przebiegał.

Dwie anegdoty

Dwie anegdoty

Chodzenie przez lata do odpowiedniego fryzjera obfituje wytworzeniem bliskich relacji:
 
– Panie Darku, a co pan tak na nogę utyka?
– A wie pan, uprawialiśmy wczoraj z żoną seks. UPRAWIALIŚMY to odpowiednie słowo, bo to było właśnie takie uprawianie.
– Rozumiem, takie oranie.
– Tak, po tym ja sobie musiałem smarować kolanem maść, a ona kręgosłup. Po 30 latach małżeństwa, tak właśnie wygląda POŻYCIE.
– Widzi pan, dlatego ja z całym szacunkiem, żony nie mam.
– Oh, jak skończymy to na głowie to już proszę pana nie będzie wyboru.
***
Idę z Tidumem Krakowskim Przedmieściem, zaczepiają nas Mormoni.
– Dżem dobry – mówi dziewczyna z amerykańskim akcentem – czy werzycze w Boga?
– Uważam, że wiara lub niewiara w Boga, nie wyczerpuje możliwości moich stosunków względem Absolutu. – odpowiada Tidum na jednym wydechu.
—— error, error, drzewko dialogowe zostało ścięte.