Tagi sarmini

24 postów

A morze tak, a może nie?

A morze tak, a może nie?

Znaj swe miejsce młody żeglarzu,
Bo twarde karki ocean gnie.
Już niejeden mocno się sparzył –
Może przemożesz, a może nie.

A może tak, a może nie?
Morze faluje zawsze tak jak chce…
A morze tak, a morze nie –
Woli nie próbuj mu narzucić swej.

(Tekst piosenki żeglarskiej: A morze tak, a może nie)

Kraina ze wszystkich stron oblegana przez szczepy Polan, od wschodu do zachodu, od północy do południa, kraina na wpół dzika, żyzna, gotowa do kolonizacji, kraina, gdzie proporce parawanowych murów przypominają wyraźnie – tu jest Polska – i nigdzie się stąd nie rusza. No chyba, że na obiad. Kraina dzieci zdrowych i głośnych, piw ciepłych a dobrych, pełna handlu i poezji: „Nawet Neptun wyszedł z wody by spróbować nasze lody!”, „Żono, żono, namów męża, jagodzianka wskrzesi węża!”. Ahoj!

Polski Bałtyk ma w sobie czar niepodrabialny.

Wiem coś o tym, spędziłem tu łącznie sześć miesięcy swojskiego życia. Okres tego wydłużonego stażu czyni mnie niejakim ekspertem w dziedzinie zbierania muszelek i prowadzenia rozmów pod automatem z wyskakującą bokserką gruszką do trzeciej nad ranem.

Pierwszy dzień nad morzem jest jak gruboziarniste połączenie piwa marki Bosman, drobin piachu na szyjce butelki, panierowanego dorsza, refrenów disco-polo i nawoływań dzieci. Wszystko wymieszane z nalewką bursztynową i lodem włoskim, na końcu okraszone aromatem zakręconego na patyku ziemniaka.

Gdzie indziej pójdziesz na plażę, kebab, lody, spacer leśny, wesołe miasteczko, piwo, festiwal reggae, gandzię, dorsza i to tego samego dnia?!

Przyjeżdżając nad Bałtyk trafiamy w sam środek kulturowego tygla, w którym mieszają się gastronomie i patenty rozrywkowe z całego świata. Lody tajskie spotykają się tu na granicy kostki brukowej z lodami włoskimi, lody kulki z lodami sześcianami, kebab doskonale koegzystuje z pizzą, a sushi baraszkuje swobodnie ze smażalnią ryb. To niemal historyczne doświadczenie przebywania na multikulturowym, XX wiecznym targu Wolnego Miasta Gdańsk, gdzie musieli handlować ze sobą Polacy, Niemcy, Żydzi, Turcy, Szwedzi i Rosjanie. Nikt wtedy nie słyszał o Tajach ani o Japończykach, ale i oni musieli przynajmniej duchowo uczestniczyć w tym wielki targowisku rozmaitości. Dziś uczestniczą, o ile nie fizycznie to przynajmniej ekonomicznie.

W Polsce, co nie dziwi, roi się bowiem od Polaków. Średnio na jednego Polaka przypadają tutaj trzy kamienie, 1018 ziarenek piasku oraz 308 litrów słonej wody.

Polacy są najróżniejsi, we wszystkich kolorach, zestawach, połączeniach i sandałach. Jest to jakby miniatura kraju, proporcjonalnie oddająca panujące w nim stosunki, o których to stosunkach zapomina się zbyt łatwo mieszkając w mieście zwanym przez wielu Warszawą. Polska jest bowiem prostoduszna, lekko otyła i niezbyt wymagająca. Polska to my! Polska to starsza pani o kulach, Polska to brzuchacz z żubrem w ręku, Polska to dzieci nagie na piachu i Polska to disco-polo śmiało dudniące na ryneczku. Stężenia polskości są tu wysokie i mogą nawet odrzucać, co bardziej lewicujące organizmy, ale w bojach z tymi zjawiskami nabiera się w końcu pewnej krzepy. Najpierw: zaprzeczenie: „Nie, nie, przecież to nie może być tak!”. Potem gniew: „nosz kurwa, ile tych ludzi!”. Negocjacje: „może przyjdę o innej porze”. Depresja: „jestem odciętą koniczyną społeczeństwa, nie pasuję tutaj”. W końcu: akceptacja: „Dobra, rozstawiaj parawan i daj te piwo”.

Gdzie indziej pójdziesz na plażę, kebab, lody, spacer leśny, wesołe miasteczko, piwo, festiwal reggae, gandzię, dorsza i to tego samego dnia?!

Wesołe miasteczko w Darłowie, lśniące bielą i rdzą gigantyczne wahadło, zwane finezyjnie „MŁOTEM PRZEBUDZENIA”.

Ostatni przegląd przeszło zapewne w 2012 roku w wejherowskim warsztacie samochodowym u szwagra. Zupełnie jak huśtawka, tylko mierząca 20 metrów, i wyrzucająca Cię w granatowy kosmos. Czyste katharsis. Przy zapinaniu foteli, pan z obsługi wyglądający na Serba lub może Albańczyka, łypie uważnie jakby kalkulował proporcje rozłożenia mas. Kiedy na blaszany, świecący piedestał wkracza ostatnia para, nie mam wątpliwości, że tak było. Nie sadza ich razem, tylko po przylegających rogach, tak, że w razie wypadnięcia, przynajmniej jedno z nich ma szansę przeżyć. Naprzeciwko mnie pani odmawia modlitwę, próbuję rozpogodzić ją uśmiechem i to coś daje, ale zaraz „MŁOT PRZEBUDZENIA” startuje i już nie ma czasu na czcze rozmowy. Wyrzuca cię w boki, tak, że z początku kalkulujesz między kalectwem tymczasowym a trwałym, w co by tu trafić by możliwie zredukować uszkodzenia ciała – czy w wirujące filiżanki, czy może jednak karuzelę? Po chwili wietrzne i mroźne odchylenia stają się coraz mocniejsze, tak, że godzisz się już z możliwością poniesienia natychmiastowej śmierci wskutek urwania wahadła. Bujamy się tak, już zupełnie na poważnie, a z kieszeni wysuwa mi się flaszka wiśniówki, spada i głośno pęka dramatycznie. Pozostali pasażerowie, nie wiedzą, że to flaszka. Zaczynają krzyczeć, modlitwy pomimo przeciążeń 1,5 G zostają wznowione.

Niniejszy felieton, grubo podszyty nićmi ironii, byłby jednak niczym więcej jak tylko kpiną, wyszydzeniem, piaskiem rzuconym w kierunku Bogu ducha winnego tłumu słuchającego radośnie koncertu polskiego country na małomiasteczkowym rynku, gdyby nie to, że… naprawdę kocham polskie morze! Praca nad Bałtykiem sprawiała, że mi się to opatrzyło, że przestało iskrzyć i barwić. W końcu ujrzałem zaplecza kebabów, na których pali się trawkę, poznałem sezonowych kucharzy i milionerów, wąchałem 100 kilogramów dorsza z zamrażarki i pijanego pracownika wesołego miasteczka, ale to wszystko nic! To wszystko nic! Bo może i kicz, bo może i pic, ale za to jak radośnie skrojony!

Kocham polskie morze i aby to udowodnić postanawiam rozliczyć się z kilkoma negatywnymi mitami, które ostatnimi czasy zaciążyły nad szumiącą famą Bałtyku. A co!

Parawany, które stały się synonimem „januszostwa”, grubiańskiej przestrzennej kolonizacji, w wykonaniu domorosłych Kolumbów, nie są w gruncie piachu niczym złym. Nad polskim morzem naprawdę wieje, a ten sprytny, lekki, tekstylno-drewniany wynalazek czyni nasze życie jedynie bardziej znośnym. To jakby biadolić na okulary słoneczne albo elektryczne szyby w aucie – bo owszem, można się obejść bez nich, ale po co, skoro dzięki nim życie staje się o ten jeden procent znośniejsze. 99% plażowiczów nie wychodzi o piątej nad ranem by zastawić taktyczne, przestrzenne wnyki, a po prostu chce w spokoju cieszyć się niezakłóconym dotykiem słońca na posmarowanej kremami z filtrem skórze.

Nadmorskie ceny; wybuchy internetowego oburzenia na flądrę za 50 zł czy przesolone frytki – owszem, to się zdarza. Wszędzie! Z tym, że jakoś szczególnie upodobaliśmy sobie psioczenie na górali i pomorzan, przyjmując te internetowe reportaże z restauracyjnych frontów jako obraz mówiący o całej tamtejszej gastronomii. Taka zbiorowa synekdocha. Tymczasem są to wypadki pojedyncze, dziejące się pod strzechami szybko zamykanych knajp. A te uczciwe, działające wieloletnie? O nich nikt nie wspomni, bo sensacji nie ma. Ot, porządny obiad za 20 zł, a do tego piwo za siódemkę. „Ryba była dobra, a nawet surówka więcej niż w porządku. Wrócimy na pewno!”. O tym żaden portal nie napisze. A uwierzcie mi, że tak to wygląda prawie wszędzie.

Ceny domków i hoteli.

„Coś mówiłeś, że za droga PROSTO bluza? To nie kupuj jej, ona nie jest dla lamusa” jak nawijał Wojtek Sokół, i miał słuszność. Tylko, że zamiast „PROSTO bluza” podstawcie sobie „domki przy morzu” i wyjdzie to samo, tylko, że bez rymu.

Czy są drogie? Dla singla czy pary, owszem, podróż zagraniczna z biurem podróży może wyjść porównywalnie, czy nawet taniej od polskiego Bałtyku, ale już dla rodziny z dzieckiem, czy dwójką, a nawet trójką, a nawet nawet czwórką, podróż za granicę to już znaczne operacje logistyczne, niespodziewane wydatki i brak bezpieczeństwa, którego Bałtykowi odmówić nie można.

A jeśli już jesteśmy przy dzieciach… Teraz pojmuję, że nadmorskie miasteczka skrojone są dokładnie pod dziecięcą wyobraźnię i wypełniają ją w sposób godny podziwu! Z wyjazdu z babcią, kiedy miałem 7 lat, pamiętam to, że kupiła mi śnieżnego Bionnicla. Z wypadu z mamą latawiec oraz incydent zagubienia się na plaży; kiedy moja biedna, zapłakana rodzicielka szukała mnie po całym Władysławowie, ja radośnie grałem z ratownikami w piłkę pod wieżyczką, nieświadom całej grozy wydarzenia. Dopóki dopóty mama nie znalazła mnie roześmianego w skrzącym, złocistym piachu. A potem chyba mi wlała. Nie pamiętam. Ale lody były pyszne!

Gdy byłem starszy, jeździłem z kumplami – gumy łamiszczęki, kauczukowe piłki, batalie w cymbergaya i nieudana próba kupienia Playboya, to właśnie takie rzeczy zapisują się w pamięci małoletnich podróżników. A to, że namiot w kiczowate paski, a to, że dyskoteka obciachowa, a to, że w „Tanich książkach” praktycznie same kryminały i romanse; kto by na to zwracał uwagę! Bo to nie jest istotne, bo to omija młody aparat krytyczny, a zamiast skupiać się na tym czego brakuje, skupia się na tym, co jest; a jest wiele!

Wakacje nad morzem, to coś więcej niż odpoczynek.

To czas karnawału, w którym opadają (lub chociaż próbują opaść) zwyczajowe maski, a każdy rolnik, informatyk, urzędniczka czy ekspedientka mają szansę na chwile stać się królami życia. Mogą zamienić swoje stare dżinsy na nowe szorty z 4F, mogą pójść do baru jak człowiek i przetańczyć tam całą noc, mogą sprezentować dziecku breloczek i lody, a później odpocząć od swych czterech ścian i zjeść spokojnie gofra z bitą śmietaną (i jeszcze tę polewę pani da). Wakacje nadmorskie to coś więcej niż wypoczynek. To terapia. Terapia gruntująca nas w polskości. Po co jechać do nieznanych krajów, borykać się z problemami językowymi i kulturowymi, czuć się znów podrzędniejszym, biedniejszym, zdezorientowanym wśród nowych miejsc i ludzi, skoro można na spokojnie, odwiedzać te same miasteczko przez 10 lat i znać w nim każdy kąt. Bałtyk to drugie domostwo, druga ojczyzna, tyle, że odświętna, karnawałowa i przez to wyjątkowa.

Znów popłynę na morze kąpać się z gwiazdami,
znów popłynę na morze, spotkam z kolegami.
W starych portach będę szperał, pewno spotkam przyjaciela,
no bo
znów popłynę na morze z łajbą za pan brat.

(Tekst piosenki żeglarskiej: Znów popłynę na morze)

zapiski z czarnego kajetu vol. 1 – „Podwójne życie”

zapiski z czarnego kajetu vol. 1

Podobno ludzie czytają blogi, dlatego, że są one ciągami pewnych narracji. Nie wiem, ja nie czytam żadnych blogów. Poza tym (Tobie polecam to samo). Wiele można by o nim powiedzieć, ale nie to, że był ciągiem. Choć uważna filolożka zaopatrzona w pensetę postmodernistycznej krytyki na pewno by z tego ciąg jakiś wyciągnęła.

Ciągi były innego typu. Niejedne. Stąd brak ciągu bloga #blaga.

ALE UWAGA! TO SIĘ WŁAŚNIE ZMIENIA. JA PIOTR SARMINI (NIE CZARNY KAJET!)WPADAM W CIĄG

w ciąg blogowy, ciąg tej jednej (pfff) narracji, historii. Nie będę tu zatem wrzucać opowiadań, wierszy – niech lecą na konkursy! A ci, którzy myślę, że jedyne, co piszę to ten blog, oh! Jakże się mylą. Ten blog był dotąd miską na twórcze obierki, odkrawaną od sztuki mej właściwiej, niejawnej, lub kupnej, lub w szufladzie leżącej, lub lecącej w prywatne tylko ręce. Był niestety, wstyd to przyznać, śmietnikiem mej twórczości, jej nieoczekującym niczego w zamian wyrzutem.

Od teraz, pod tytułem „zapiski z czarnego kajetu” pojawi się tu blog właściwy, kontynuowany, przeplatany życiowaniem dziennym i jego wydarzeniami.

 

Dzisiaj obejrzałem na Muranowie dupny francuski film pod tytułem „Podwójne życie”. Podwójne, bo jednym życiem jesteś w kinie, a drugim gdzieś bardzo daleko, byle jak najdalej. Chcesz biec, ale musisz sie dzieć. Na dupie. Bo zapłaciłeś. 17 złotych. Niby to nie kwota zaporowa, unosząc się honorem można z niej swobodnie zrezygnować, ale ty jesteś szlachetny – dajesz szanse. Kolejnym scenom. Jesteś ofiarą syndromu sztokcholmskiego. Albo syndromu polskiego. To znaczy tak już znudzony, że ślepo wierzysz w to, że nudniej już być nie może. Że się zadzieje. Ale się nie dzieje. aż do bladego końca…

Film opowiada historię miękkocielistych, żywiących się pasztecikami, pijących wino w nadmiernie małych ilościach, niepalących Francuzów i Francuzek. (Najbardziej niepokojąca jest scena, kiedy jeden bohater mówi „wystarczy już wódki” i zabiera ją ze stołu). Niby dwóch par. A może czterech jeśli by wziąć pod uwagę wszystkie kombinacje. Par tak zimnych jak pomarańczowy sok Juliet Binoche (z którego każe baranowi wyjąć lód), choć w zamierzeniu autorów miało to chyba wyglądać inaczej. Dystrybutor oznajmia w duchu postprawdy:

„Uwodzicielski i przewrotny, najnowszy film Oliviera Assayasa (…) bawi się pojęciem wierności.”

Owszem. Ale dlaczego postanowił poddać testom moją wierność? Wierność postanowienia wytrwania całego seansu??

Jeśli za „uwodzenie” uchodzi dziś widok opasłego i włochatego ciała łysiejącego aktora, piersi lesbijki, rozmowy o e-bookach to chyba zmieniła się słownikowa definicja tego słowa. O czym mnie nie poinformowano. Jeśli za „przewrotność” uchodzi rozmawianie po seksie z kochanką o postępującym procesie cyfryzacji, dystrybucji audiobooków i milczenie wobec kochanki swojego męża – to ja to kupuję. Totalnie przewrotne. Tak, że masz ochotę wyjebać się z fotela.

Szczerze mówiąc, za te 17 złotych wolałbym wykupić raport sprzedaży książek we Francji, bo do tego właściwie ten film się sprowadza. Dialogi pisał prawdopodobnie ekonomista z zapleczem pracy w wydawnictwie (bardzo dobrze ci to wyszło! ten insight!). Gadki w agencji reklamowej na temat sprzedaży tabletek od bólu głowy bywają ciekawsze. Naprawdę!

Kiedy na salę, po pięciu minutach weszła spóźniona para, chciałem im powiedzieć: „uciekajcie! Jest tak piękna pogoda. Nie psujcie sobie tego”, ale potem postanowiłem, że za spóźnienie powinni jednak pocierpieć. Wyszli pierwsi. Pozostała widownia także z widoczną ulgą.

Skręcając peta zapytałem starszą panią jak jej się podobało.

„Strasznie to było nudne…”

A miała z 70 lat. Ci ludzie są dużo odporniejsi na nudę od nas. A jednak pani była wstrząśnięta. I ziewająca jednocześnie.

Potem, poszedłem do rozpalonej słońcem Sahary fury, która cały ten czas była otwarta jak się okazało. Na szczęście Ray-Bany i płyta PRO8L3Mu były na miejscu. Podobnie jak dwudziestoletnie fotele. Warszawa uwięziła mnie w swojej zakorkowanej macicy na godzinę. Ma u mnie kolejnego karnego minusika.

w związku z tym: SZUKAM KOCHANKI!

do długich rozmów o alternatywach życia w mieście, urbanistyce oraz stanie typowych konstrukcji nawierzchni podatnych i sztywnych

 

Dziennik Wyzwolonego – Niedziela

Niedziela

Wraz z trwaniem i przyjmowaniem się sztuki, która na wzór kamienia wrzuconego w wodę społeczną zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, wracają do tego centrum, w którym jest moja RZECZ fale zwrotne. Ich intensywność wzrasta proporcjonalnie niosąc atomy zaczątków miłości i nienawiści, kultu i wyklęcia, szacunku oraz plwocin.

Na Wileńskim spotykam się z uroczą kobietą, która była na Wystawie. Kupuje ode mnie kolejne dwie książki. Mówi, że rozmawiała o mnie z ramiarzem w Opolu. O MNIE Z RAMIARZEM W OPOLU. I, że tam też by można z wystawą. Niesamowite jest to, i trudne do pojęcia, że oto poważny człowiek, tworzący ramy do obrazów, setki kilometrów stąd choć przez chwilę miał mnie i moją sztukę w głowie.

Z kolei im ludzie (rzekomo) bliżsi sztuki literackiej, tym wrożej (bo czemu by nie) i chętniej do szkalowania i obmowy, ale w ich słowach nigdy odniesienia do RZECZY nie ma. I choć czytają blog mój i książkę potajemnie, to nigdy się z tym nie ujawnią czy to w słowie krytycznym wprost, czy łechcącym.

Nie zauważyliby Norwida nawet gdyby im nastąpił na but. Nie dostrzegliby obrazu Beksińskiego, gdyby namalować go na murze, nie porozmawialiby z Magikiem nawet gdyby ich chciał oczarować. 

Oni sztukę potrafią dostrzegać dopiero kiedy im ją ktoś wskaże palcem, kiedy chwyci za główki i je przekręci i mówiąc: TO TO TO! To jest sztuka. A oni wtedy otwierają usta zadziwione i jak karpie żrą, ani przy tym nie rozumiejąc ani smaku nie czując, tego duszy pokarmu. I jak karpie się mydlą w wannie ciasnej, ocierając swe śliskie ciałka i oddechy, a nazywają to sobie towarzystwem.

Ha! Towarzystwem, do którego żaden człowiek mający poczucie rangi nie chciałby należeć. Towarzystwem, w którym są wyłącznie ci, których los – miejsce i czas – wtrącił akurat TU, i którzy przez owczy pęd do stada zebrali się w korytarzowej kupie razem żreć trawę i wymieniać nic nie znaczące banialuki. Ich rozmowy niczym się nie różnią od rozmów robotników, którzy na przerwie obiadowej omawiają bieżący przebieg robót, narzekając na kierownictwo i obmawiając nowych kolegów. Ich towarzystwa to koślawe kontynuacje szkolnych grupek, ale gorsze jeszcze,

bo wy ani się nie lubicie, ani nie jesteście szczerzy, ani też nie macie żadnego wpływu – jesteście zbiorowiskiem przypadkowych prowincjuszy, dla których gorsza od samodzielności może być tylko samotność.

I oto kiedy się trafia indywidualność, to ich początkowa ciekawość, pod wpływem grupowości zamienia się we wrogość.

Z rozkoszą podjudzam tedy ich chłopską nieufność do „literata”, tego nabieracza par excellence, i podpuszczam od czasu do czasu słówko, lub gest, zgoła wątpliwe a nawet wręcz pajacowate. Ich prostacki szacunek do powagi jest tak wielki, że zupełnie od tego baranieją.*

Oni! Czytający T.K. Węgierskiego, pilnie notujący biogramy futurystów, historię surrealizmu, oni wypowiadający się o Rimbaudzie – żyjąc w czasach dawnych byliby pierwsi do ignorancji, pierwsi do zamykania wystaw i ksiąg, pierwsi do podkładania ognia pod stos Giordana Bruno. Tak jak i dziś ignorują sztukę współczesną i młodych twórców. Oni nie potrafią żyć dzisiaj, a tylko w przeszłości, nie mają zdolności dostrzegania tego co się staje, a tylko tego co już się stało.

Coraz gęściej wokół mnie od mdłych kretynów tej uniwersyteckiej fabrykacji, która wie tylko to co się jej wsadza w głowię i wyfaszerowana wiadomościami, zatraciła poczucie takich imponderabiliów, jak charakter, rozum, poezja, wdzięk. (…) Niewrażliwi na sztukę, nie znający życia, formowani przez abstrakcje, są zarozumiali i ociężali. Lubię doprowadzać do furii tych nieestetycznych głuptaków (…).**

A te wiersze, dramaty i prozy piękne, wartości, o przyjaźni, honorze, solidarności o prawdzie, to dla nich tylko puste słowa. Potrafią czytać Mickiewicza a potem odbierać telefon słowami halo, kurwa, chełpić się lokalnością, a następnie rozbijać butelki o chodnik, deklarować przyjaźń, a potem w przyjaciół swych wbijać zatrute ostrza.

Jakże się cieszę, że ich poznałem! Że ich maski opadły w końcu i to, co podejrzewałem od samego początku ziściło się w i ukazało tak jawnie swą marność. Za ich rogowymi okularkami widać już tylko strach. Wystarczy mocniejszy tylko bodziec, by się przerodził w agresję. To wy Ateńczycy skazaliście Sokratesa na śmierć!

Nie śmiem komukolwiek mówić: bądź wielki!

Ale jednego możemy od siebie wymagać: nie bądźmy mali. 

——-

* W. Gomrbowicz, Dziennik 1957-1961, Wydawnictwo Literackie, s. 146

** ibidem

 

KokoDżambo i do przodu

Dziś o 20:00 spotkanie z gościem a.k.a. KokoDżambo. DJ, wodzirej, konferansjer; motto na czerwonej archaicznej wizytówce: „Koko Dżambo i do przodu!”. Taki też hasztag na insta.

Odczuwam dysonans między pierwszym jego wejrzeniem przez fejsa, wejściem w zdjęcia profilowe i jakieś wallowe, przeczytaniem kilku wpisów i licznymi polubieniami tychże, polubionych przez znajomych podzielających entuzjastyczny styl Roberta. Z fotografii wygląda do mnie facet uśmiechnięty, około 30-letni, z lekkim brzuszkiem, ale jednak wysportowany – co dumnie poświadczają trzymane przez niego medale, trofea, okraszone błotem na twarzy trzymającej biały uśmiech z jakiegoś biegu leśnego. Typ prezentuje się jako afirmator życia, szczery entuzjasta, naznaczony zwycięzca, sportowiec i przedsiębiorca, artysta muzyk i pragmatyk śmieszek, ale i w garniturze potrafiący. 

Zazwyczaj dilerzy to goście mający w zdjęciu profilowym małego powstańca, albo czarnego, łypiącego diabelskimi oczyma tandetnego potwora, postać z anime przybraną w biało-czerwony filtr „Polska dla polaków”, albo „Wpieram marsz”. Ich ostatni publiczny post pojawił się 13 marca 2012 roku i był zbierającym dwa polubienia utworem Rage Against The Machine, to goście, których stan ducha jest właśnie przez tę ścianę oddawany – są zaszyci – w sobie, w swoim świecie głęboko.

Robert przeciwnie. Kiedy spotykamy się pod Biedronką na skrzyżowaniu Hożej i Kruczej KokoDżambo wita mnie witą skrywającą w otwartej dłoni białe, ukryte w chusteczce higienicznej zawiniątko.

– Siema jestem Robert KokoDżambo.

– Siema, Miron.

Przed spotkaniem z typem stwierdziłem, że nic mu o sobie nie będę mówić. Ani czym się zajmuję, ani gdzie i czy w ogóle studiuję, gdzie pracuję, ale on zaczyna pierwszy:

– Kurwa – strasznie dużo klnie – właśnie wróciłem z terapii. Choć wstąpimy do biedry, bo tamta na Marszałkowskiej kurwa zajebana jak Koleje Mazowieckie z rana.

– Dlatego wybieram Auchan, człowieku – biel, luksus, awokado.

– Też lubię Oszołoma, ale daleko mam, nie zawsze chce mi się podjechać, a teraz mam taką kurwa ochotę na lody, człowieku.

Wchodzimy do biedry, co sprawia wrażenie jakby nie głównego wejścia, a kulis wielkiego mechanizmu branży spożywczo-usługowej. Biedronki z lubością odsłaniają swe kartonowo-druciane flaki, pokazując ukryte mechanizmy funkcjonowania marketu. To co w innych sklepach jest ukrywane, tutaj jest naświetlane, co tam czynione nocą po zamknięciu, tutaj w godzinie szczytu, gdzie tam jest śmietnik, tutaj główne wejście.

Polak chce widzieć, co mu się podaje, jak to się tworzy. Chce mieć #DziałkauSzwagra feeling, wejść w obieg zdarzeń i rzeczy, które mają go czynić. Czyż to nie szczodre? Mój przyjaciel G. powtarza, że chce przed ludźmi odsłaniać rzeczy tajemne, te, których zawsze chcieli spróbować, ale bali się zapytać. Dlatego ich uczy robienia waty cukrowej. Gdybyś zastanawiał się jak wygląda praca w biedronce, to jak w panoptikum zawsze możesz to ujrzeć między lodówką z mięsem, a kartonami porozrzucanych czipsów.

– Zośka! Zośka! Masz 5 dych rozmienić?

– Nie mam! Andrzej, masz 5 dych?!

– Mam! A na ile?

– Marta, na ile?

– Na 2 x 20 i 10

– Na 2x 20 i 10!

– To mam! Poczekaj! Przepraszam.

I Andrzej wstaje ze swego szarego, rozkręconego jak Opel Astra fotela i idzie do Marty, do kasy numer 3 rozmienić jej 5 dych, bo przecież korporacja obracająca miliardami złotych, nie może zapewnić swoim kasjerom dostatecznej ilości gotówki w kasie. Nie kurwa! Czy można drobniej? Jeszcze by zobaczyli ile tego jest. Jeszcze by korciło, by tak zabrać wszystko i wyjechać na Mazury. A tak? Masz 1500 na miesiąc i se radź.

KokoDżambo bierze dwa ogromne kubły lodów waniliowych oraz wiśniowych i pyta czy ja też chcę jeden. Grzecznie dziękuję. Potem dostrzegam, że te kubły to dla niego ciężki wyrzut sumienia, bo jak mu pół-żartobliwie sugeruję, że jest sportowcem, to mówi: „ta… pa na te kubły kurwy”. Zabawne, ja nigdy nie miałem wyrzutów z powodu jedzenia.

Czekając przy kasie on znów wspomina o terapii. Czwarty raz. Ewidentnie chce się tym podzielić, więc pytam, co za terapia.

– Od alkoholu i narkotyków. Ale ogólnie to wiesz jestem DJ-em, ratownikiem wodnym, runmagedon, wiesz. Sport wiesz.

Trzęsie się jak galerta.

– To bendzie 15 złotych i 20 groszych.

– Chwilka… jeszcze znajdę 20.

Idziemy na tramwaj razem, choć wolałbym już zakończyć te wojaże, ale on chce ewidentnie gadać jeszcze o życiu swym, widać dalej w terapii flow, coś znów o ratownictwie. Sugeruję Bałtyk, żeby se popracował w lato i już mam się wygadywać, że tam bywam i pracować może będę, że Mielno, ale się łapię za język. On na morskie ratownictwo:

– A weź kurwa. Ja mam swoje lata, a tam wiesz, niezależnie ile masz lat, nie to trafisz na młodszego od siebie, takiego kurwa co mi będzie rozkazywać, a jebać go, jebać to, kurwa jest taka fala, siostra mi mówiła, bo ona też ratowniczka, weź po chuj mi to. Tak naprawdę tam chodzi o balngę, wiesz, melanż cały czas, wóda… nos. Tam się nie zarabia. A weź kurwa rano na kacu, a nie daj Boże, odpukać jakaś tragedia, to cię sprawdzą alkomatem, weź, kurwa, nie chcę, wolę tutaj.

– Ja słyszałem, że rano seks, po południu seks, w nocy seks na plaży.

– Ta? A byłeś?

– Nie. Koleżanka była.

Wbijamy w tram i tam gadka jeszcze o znajomku naszym wspólnym i jakieś nasze wspólne z nim historie, potem o dziarach coś i tak się żegnamy.

– Do zobaczenia, dzwoń, dzwoń, w kotakcie!

– Elo.

Graba szersza niż być powinna, ale chuj. Cieszę się, że wysiadł na Ratuszu, a nie jechał ze mną na Pragę, bo już nie chciałoby mi się kontynuować tych o niczym gadek. Tego pseudokumpelstwa, które zespaja ludzi na kwadrans tylko dlatego, że jeden kupił od drugiego działę. Czy gadasz ze sprzedawcą w Biedronce 15 minut, albo ze sprzedawcą z Rossmana, co ma na promocji: „Nowa Maybaline mascara”? Nie. A tu gadasz i jeszcze powinieneś być przyjemny, bo diler to ktoś więcej niż sprzedawca. To sprzedawca marzeń, twojego spełnienia, twoich oczekiwań i twojego nałogu, którego stacja benzynowa 24h nie obsługuje. Diler is your friend. All caps are bastards.

Kruszę zasady patrząc na widok góry stołowej #Kapsztad.

Kończy się mordowanie, zaczyna się byczenie.

Mordo i byku zbijają grabę

Nowsze pokolenie i periodyczne odświeżanie słownika o zwroty bezpośrednie zatoczyło kolejne koło. O ile kiedyś popularne było zwracanie się do kogoś per „przyjacielu”, wulgarniej, dystansując „typie”, potem długo królował „ziom” a.k.a. „ziomal” to niezaprzeczalnym hitem ostatnich dwóch lat jest „Morda”.

Morda, mordeczka, mordziunia umożliwiająca przeprowadzanie całych nieomal konwersacji:

– Mordo, mordo, mordo…

– Łe kurwa, mordo, mordo.

– Ale mordo!

– Mordziasto.

– No mordo.

Bardzo familiarny sposób, jakże zbliżający dwóch mężczyzn do siebie, akcentujący to, co w odbiorze drugiego człowieka jest najważniejsze – twarz. Ale dziś ciało zaczynać być nad twarz przekładane.

Czy to pokłosie kilkuletniej już mody na siłkę i jakiejś globalnej mutacji męskich (i kobiecych, ale to temat na inny tekst) ciał, czy influencje rapowe, zapewne jedno i drugie. Oto proszę Państwa nadchodzi: BYK.

Siema byku, trochę mnie tu nie było
Zwiedzałem świat z moją muzą”

Byk jest spoko, byk jest zły, byk ma bardzo ostre kły. Wszystko z nim w porządku, o ile ktoś sobie na order Byka zasłużył, bądź też jego ciało jakkolwiek może bycze przypominać. Ale robi się dziwnie kiedy określenie tym zaczynają się obdarzać swobodnie nawet internauci nie widzący nigdy nawet drugiego „Byka” na oczy.

„Morda” parała pijacką sympatią, ale „Byk” to już wyraz szacunku, którym nie powinno się chyba obrzucać byle kogo. Co to za bykowatość skoro Bykiem jest twój wieloletni przyjaciel, a potem koleś, którego raz na miesiąc widujesz na siłce. Przypomnijmy, że Zeus porwał Europę pod postacią Byka. Czy to już niezbyt przesadzone tak każdego brać za rogi?

Kolejnym przejawem walk o parującą męskość jest zbijanie szerokich, sierpowych GRAB przez gości noszących rurki i afiszujących się zimą nagością swych kostek. Wiecie o co chodzi, ten rodzaj graby, po którego poprawnym wykonaniu następuje odpowiednie „klaśnięcie” i obopólna satysfakcja. Nic nie mam do grabienia, sam się tak czasem witam. Ale z przyjaciółmi, kumplami, dawno nie widzianymi, taka graba to nawet czasem zaproszenie do męskiego uścisku, poklepanie po plecach Mordo-BYKA dawno niewidzianego. Ostatnio jednak bywam świadkiem sytuacji, w których graby są zbijane przez facetów mijających się na przystanku czy stacji kolejowej. Jeden idzie, spotyka grupę jakiś znajomych i bez słowa zbija im trzy obszerne graby, po czym nie zatrzymując się nawet na sekundę spieszy się dalej. Czy tak się objawia szacunek? Czy byłoby lepiej gdyby przy każdym klaśnięciu wyrzekł sakramentalnie: „byku…”

Po co? Po cóż ta cała pseudo-familiarność męski rodzie? Czy nie powinno być tak, że wyrazami sympatii obdarzamy tych, których lubimy/kochamy naprawdę, którzy są nam bliscy? A z pozostałymi samcami się kujemy, walczymy o dominację liryką i ciałem?!

Nie! Dziś te całe „BYCZENIE” i „GRABIENIE” stanowią wyraz tego co utracone, tęsknoty za prawdziwą solidarnością i przyjaźnią, tęsknoty za rozproszoną w sklepowych witrynach męskością. W moich oczach ten kto nadmiernie Byczy i Grabi sam pragnie być przez wszystkich Byczonym i Grabionym. A taki jegomość w gruncie rzeczy mocno jest niepewny siebie. „Nie bądź jak agentura zbytnio towarzyski. Bądź bliski dla bliskich”. Byczenie i grabienie ogranicz MORDO do swojej farmy.

Wystarczy. | Żebra Wieloryba | WIERSZE

Wiersze w Czarnym Kajecie poczynione 1 XII 2018

 

 

Wystarczy.

Nie chcę jeść pizzy
chcę oliwki, buraczki w rozmarynie
i ogolone cipki
jedna w zasadzie wystarczy
chcę zielonej, parzonej herbaty
troszkę placka ziemniaczanego
garść nasion i dla wilgotności
łyżkę lekkiej śmietany
i chcę jej skóry ciepło
czuć na swojej skórze
chcę klepnąć pośladek
dwa w zasadzie wystarczą
tyle. wystarczy.

 

Żebra Wieloryba

Pod żebrami wieloryba
utkanymi barwnym szkłem
nocą kwitną łąki gwiazd

Płyniemy w brzuchach kolorowych ryb
o ślepiach czerwonych i żółtych
w strumieniu drogi jednej świadomości
stłuczonej w miliardy świadomości mniejszych
nawleceni jak błyszczące korale na nić

Każda ryba ma swoją rybią sprawę
i nie ma w tym nic złego
płyniemy, otoczeni żebrami wieloryba
w brzuchach kolorowych ryb
/niebo przywdziało czerń
i gotuje dla nas dzień/
w jedną stronę
a przecież nikt nam nie powiedział
gdzie
wiemy
jak ławica wie gdzie

w aucie słyszę tylko szum.

Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem – recenzja

Życie zamienione w anegdoty

Przeprowadzaliście się kiedyś? Ja wielokrotnie. Z każdymi przenosinami coś się zatraca; to sztuka kompromisów, wyborów. Jedno decydujemy się zostawić, drugie wyrzucić, trzecie oddać komuś gdzieś. Lżejsi o rzeczy, ciężsi o wspomnienia podróżujemy w kolejne Nieznane. Sami, czasem z kimś. Zwykle sami.

Taką mam zasadę: „wszystko ma wejść do kombi”. Dlatego kupiłem kombi. Zasada wyklucza meble; jeśli są, to podlegają kategorii przedmiotów „domowych” nie „osobistych”. Wśród osobistych, są na pewno książki. Lekkie, ciężkie, grube, cienkie, małe, wielkie, przeczytane i te „na kiedyś”, w oprawach twardych i miękkich, nowe – błyszczące oraz stare poszarzałe, kupione na bazarze zmarszczone. Trzeba to do kartonów pomieścić. Czasem, jak pakuję, mam ochotę zostawić na ulicy. Wyrzucić z rąk ważący pięćdziesiąt kilogramów karton i powiedzieć: pierdolę was! pierdolę papier, literaturę, obwoluty i pogięte rogi! Zostaję nomadem. Nomadem z ebookiem.

Ale potem przychodzi moment skruchy, przeprosin. Gładzę, układam kolorowe grzbiety na nowej półce, chucham, prostuję i jestem wdzięczny. Wdzięczny, że je mam, bo przesuwając wzrok po obwolutach to jakbym oglądał przyjaciół dawnych lat, kompanów, którzy nadali sens (i liczny bezsens) mnie dzisiaj. W książkach się człowiek odbija (Encyklopedia Polskiej Psychodeli). Jak ma na półce wszystkie wydania Gombrowicza i Białoszewskiego, o tak, na wyciągnięcie ręki, to jednak co innego niż gdyby tam stały świeczki i czytnik amazona.

Ja jeszcze nie mam Gombrowicza i Białoszewskiego wszystkiego, ale mam Marcina Wiche. Dużo poręczniej, bo wydał dwie – łatwiej być na bieżąco. Czy go stawiam obok tych powyżej? Tak. Bo mam wąską półkę. Czy tak jakby znaczeniowo, doniośle? Nie. Nie ta półka, inna kategoria, liga. Ale też bardzo dobra. No i książka ładnie wydana. Taka szara eminencja, z granatową podwiązką. Ma coś w sobie.

Książka Marcina Wichy, Rzeczy, których nie wyrzuciłem postuluje, że jako ludzie z przedmiotami się łączymy i gdzieś, czy tego chcemy czy nie, na zawsze w nich pozostajemy (dlatego warto je czasem przez życie nieść). One stanowią odbicie tego kim jesteśmy, kim byliśmy (kim się staniemy?).

Autor – skończony esteta – brodzi wśród materii: książek, ładowarek, lamp i zakurzonych półek, sięga po rzeczy bezpańskie i osamotnione. Nie jest to podróż bez celu; przyszło mu sprzątać mieszkanie po zmarłej przyjaciółce. A tak się ułożyło, że ta przyjaciółka była jednocześnie jego matką.

Nie mówiła o śmierci. Tylko raz. Nieokreślony ruch ręką, machnięcie w stronę półek:

– Co z tym wszystkim zrobisz?

A więc on teraz robi. Sprząta, układa, porządkuje. Rzeczy się stają wzmacniaczem wspomnień: zaczytane przez matkę powieści – przekaźniki obrazów i zachowań – barwnych, wyrazistych, takich „tylko jej”. Bo z tego obrazu, który kreśli syn wyłania się postać bezkompromisowa, zadziorna i ironiczna.

– Pamiętasz Mariuszka z naszej szkoły?

– Bardzo miły – odparła, ponieważ pamiętała, że go nie lubiłem.

Matka. Żona. Polka. Żydówka. Pedagog. I bohaterka. Taka w prawdziwym sensie, nie tylko historii. Bohaterka w oczach dziecka, które uczyła jak się zdobywa książki w PRL, jak się walczy o swoje, jak się trzeba szarpać, żeby wyszarpnąć i jak mówić prawdę, by nas szanowali.

Miała słowa na każdą okazję. Posługiwała się nimi jak zestawem narzędzi. Śrubokręt do każdej śrubki. Klucz do każdego zamka.

Wyrasta z tej postaci autorytet kobiety silnej. Nie nieskazitelnej. Po prostu takiej, którą być mogła w trudnych powojennych czasach. Przedstawicielka pokolenia, któremu obiecywano piękne życie, a które dostało kartki, kolejki i przepisy na królika w śmietanie. Ale zrobiło to co mogło.

 

Niezasadnie ten zbiór klasyfikować gatunkowo. Nazwanie „esejem” może odstraszać, mówienie, że to opowiadania, pamiętnik czy powiastka filozoficzna byłoby nadużyciem. Jest to wszystkim po trochu, gatunkowym synkretyzmem, który czyta się z zaskakująco lekko, bez ckliwości i bez wyrachowania. Mikroopowieści, duże na pół strony czasem na kilka, przecinają kilka porządków i czasów. Są kolorowe lata 60-te, dogasający PRL, początki wolnej Polski i współczesność – zakurzona i matowa wobec śmierci, która nadeszła. Układa się to wszystko w luźnej chronologii, która płynnie prowadzi nas do… do końca.

Wicha wytyka, że Europejczyk XXI wieku nie potrafi mówić o śmierci. Nie chcemy jej widzieć, myśleć. Brakuje słów.

– Zaczęło się już to [mówi lekarz]. Pan rozumie? Zaczęło się to. Pan rozumie? To.

Uczymy się jednak głębiej rozumieć, a to już wiele. Rzeczy, których nie wyrzuciłem są pochwałą codzienności oraz instrukcją pożegnań, tych ostatecznych. Instrukcją pamięci o tym jak chcielibyśmy zapamiętać swych najbliższych, a także jak sami będziemy zapamiętani. Nie bije z tej książki żal niewyjaśnionych spraw, obcości. Pozostają ciepłe i zabawne anegdoty. Te anegdoty, która chcemy opowiadać przy rodzinnym stole. Bez dat i szczegółów. Impresje po prostu, powtarzane wielokrotnie to tu, to tam.

I choć śmierć to niby nie temat do rozmów Wicha pokazał, że można. Że można z szacunkiem, przekąsem, nieraz uśmiechem, mówić o tych, którzy odeszli. Tego się warto nauczyć.

***

 

Przypis: Książka „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” została w tym roku nagrodzona nagrodą im. W. Gombrowicza, Paszportem Polityki oraz Nagrodą Nike. Autor Marcin Wicha (ur. 1972) jest grafikiem oraz eseistą.

Za nadesłanie książki dziękuję wydawnictwu Karakter.

 

Nad morze przyjechał do mnie PeKa. Już dawno gadał mi o leku, który podkrada ojcu, (co swoją drogą uznaję za dość żałosne), i który to lek zaaplikowany przed snem wywołuje u niego doznania narkotyczne. Lek nazywa się "Na sen" (jeśli czyta to przedstawiciel koncernu farmaceutycznego, to nie mam nic przeciwko by ten product placement był komercyjny), a jego substancją czynną jest zolpidem. PeKa. z namaszczeniem wręczył mi nadwyrężony mocno blister leku NA SEN (widzicie jak ładnie lokuję? #SEO) i polecił połknąć jedną tabletkę. Wobec osaczającej mnie nudy uczyniłem to bez wahania. Połknąłbym nawet drugą i trzecią, byle przerwać nadmorską chandrę i durnodźwięki kapiące z telewizora. Połknąłem i czekałem ku uciesze PeKa - (zawsze go to bawi, kiedy się ućpię czy upiję, a że robię to coraz rzadziej, okazja była na swój sposób wyjątkowa.) 
Cała zabawa z zolpidemem (lekiem NA SEN - co na sen, ratunku nie mogę zasnąć, leki bez recepty na sen, na sen, problemy z zasypianiem)  polega na tym by go połknąć, ale NIE IŚĆ SPAĆ. Oczy mieć szeroko otwarte, umysł w trzeźwości i czekać. Czekać na stojąco, lub siedząco, ale na pewno nie leżąco. Po 20-30 minutach zopldiem zaczyna ujawniać swą dziwaczną moc, czyniąć świat i naszą świadomość miejscem onirycznym. Trudno opisać jego działanie, szczególnie, że przy końcu lek odbiera pamięć. Ostatnie co pamiętasz, to spadanie na otwartą klapę laptopa grającego Nicki Minaj. 
Stojąc w straceńczej służbie literatury, kontynuując dziedzictwo wszystkich pisarzy zażywających, niepraktykujących, postanowiłem PISAĆ i przekazać wam Niewdzięcznym (to nie do pana, panie przedstawicielu koncernu farmaceutycznego) okruchy zolpidemowej świadomości. PISAĆ i NAPISAĆ. Wyszło opowiadanie. Słowa wylewały po miękkich zagonach pościeli tworząc sensowne gramatycznie zdania. Zapewniam, że są one też złożone semantycznie. 
Kiedy dałem "Kopułę" do przeczytania Jerzemu (53 l.) powiedział: "nic z tego nie zrozumiałem". 
Nie dziwię mu się. 
Jest to bowiem opowiadanie wymagające od Czytelnika ufności i wnikliwości, a na te trudno dziś sobie pozwolić. 
Pozostawiam to jednak Twojemu osądowi.

KOPUŁA

Pierwszy dzień lata 2028 roku rozpoczął się drugiego kwietnia. Drugiego, bo pierwszego nikt nie zrobił żartu spektakularnego, ani jakiegokolwiek w ogóle. Nie pamiętam by zrobił, a więc nie zrobił. JA też nie zrobiłem, a więc współwinny się czuję napędu koła w osi posthipsterskiego-korpo marazmu, koła toczącego to miasto.

Warszawa jest wedle naocznych świadków – znajomych operatorów dronów, kręcących reklamy reklam, w kształcie wielkiego dysku. Axis Mundi dysku wyznacza Pałac Kultury, a pomniejszym axis tym bardziej pragmatycznym, tym bardziej „zejdźmy z chmur na ziemię i skilujemy deadline” jest siedziba firmy „DronSons”.

Te dwa punkty: PKiN oraz „DronSons” mieszczące się w kamienicy na Mokotowie, tuż obok McDonalda stanowią dla Ksawerego – droniarza – oś współrzędnych x i y, południk i równoleżnik, terytoria jego działań jakim jest dysk. Dysk Warszawa. Pokryty białą kopułą spermy, koksu i mąki z kajzerek. Zespojony solidnie sylikonem i niby to wyraźnie, a niby nie (tak, że łatwo zapomnieć) rzuca na Warszawę cień. Cień przytulnej ignorancji.

Modlitwa do Kopuły:

O Wielka Kopuło! Złożono ze spermy, amfy, jajek i kruszonek udziel nam, chroń nas, zyszczyj nam, racz się jaczy wola Twoja, jako w Kopule tak i na Ziemi, chroń nas o Kopuło! Nocą, o świcie! Chroń nas od innego złego, bo swego mamy już w kurwę. Chroń nas i jeśli woja Twoja to zyszcij nam coś spuści na stock. Ale niech cię od złego pokuszonego nietentego, jego jimię folołowane, zbaw nas, zbaw! na wieki, wieków. Cola.

Ksawery co dwa dni zmawia modlitwę do Kopuły, by mu się życie nie zwaliło na łeb. Przed każdym wyruszeniem na kręcenie reklamy, a później making-offa reklamy odmawia ją solennie. Nakazuje mu to przełożony i regulamin „DronSons” uaktualniony o nową „politykę prywatności”.

Polityka prywatności zmienia się często, bo chodzi w niej o utrzymanie prywatności, a ta ze swej natury nie powinna być przecież dobrze znana, czy publiczna. Publiczna prywatność? Dziś nawet oksymorony nie prowokują różowych, śliskich, łakomych ust Wielkich Pożeraczy Gówna. Gówno się stało tak powszechne, że jego zapach mało ich nęci. Co to za gówno, z którego wszyscy są zadowoleni, bo je pakują dzieci w bąbelkowe folie i ładne, jednorazowe kartoniki. Gówno, które mają za uszami wszyscy, nie może być już „gównem” dłużej nazywane! O teraz nazwiemy toooo…. „produktem”! eureka! Nowe gów… to znaczy … pprpodukt, produkt w aptekach!! PRODUKT w sklepach, marketach, szaletach….

PRO D U KT JEST WSZĘDZIE! PRZYJDZIE TEŻ W NOCY I CIĘ ZJE!!!!!

Jak go nie kupisz. Ale kupisz, tak? ?

– Ksawery jak twój start?

– Już już, Pani Tolo, rozkręcam śmigiełko i lecimy w niebololo!

– Ksszz kszzzz, wiem, że to ksz ksszzz, niepoprawnie w pracy, ale ksz kszksz, mógłbyś tak dziś pszybować ze mno na kolacji?

– Nie wiem ksz ksz czym dobrze odebrał Pani Tolo. Chce pani, żebym pani przywiózł tym kolację?

– Nie nie, ksz ksz, ja chcę Ksawerku cobyś mi ją zjędli razem. Drona zostaw u kolegów.

– Ale Pani Tolo, ksz, ja jestem operatorem, pilotem teo drona! Pani widzi jakie mam poważne skórzane rękawiczki i tu fsiu, bdźiu, niebieskie guziczki? To jest moje narzędzie pracy.

– Masz także inne kszksz narzędzia Kszksz. I twoim męskim obowiązkiem jest z nich korzystać. Pogadamy jak wylądujesz, a teraz skup się na celu żołnierzu, co widzisz?!

– Pani Tolu, za pośrednictwem swych gogli VR i kamerki nabrzusznej widzę plan reklamowy. Wielką ksz reklamę, wielkiego produktu. Over. Kszsz

– Co to za produkt Ksawery? kszksz. Czy uda ci się podlecieć bliżej i strzelić mu pack shota? Kszsz. Over

– Zdaje się, że to ksz zupełnie nowy i rewolucyjny płyn do prania tapicerek „Klinex”. Ma… o Kopuło Najbielsza… ma nowe aktywne składniki piorące i mikrogranulki, a do tego… o ksz sz.. świąteczny zapach cynamonu. Over! KszKSz

– Musimy to mieć Ksawery. Kszsz. Spróbuj podlecieć tak, aby reklama i produkt się nie wystraszyły. Postaraj się nagrać prezenterkę porównującą „Klinex” do zwykłego, wiodącego producenta płynów do prania tapicerek. Over!

– Kszsz, mam to. Narzucam czarno-biały filtr na Zwykłego Wiodącego Producenta.

– Doskonale… kszsz

– Czy dodać cyfrową wizualizację ukazującą moc nowych aktywnych składników piorących i mikrogranulek? Over!

– O Boże Ksawery, jak tu cię nie kochać. Spotkajmy się po pracy. Over… kszsz

– Ale pani Tolo. Uwagalolo, uwaga, namierzył mnie wrogi dron, powatrzam! Namierzył mnie wrogi dron! Lecę wprost, na kopułę, kszksz, powtarzam, lecę wprost na kopułę!

– Ksawery! Natychmiast zdejmij gogle, katapultuj się słyszysz?1 Zdejmij gogle, Ksawery! KszKSz

– Widzę szczegóły anatomiczne Wielkiej Kopuły! Kryształki amfetaminy, mąkę z kajzerki i obszczaną chusteczkę over!

– Ksawery, zawróć natychmiast! Rozpadniesz się jak Ikar, to nie jest prawdziwe, słyszysz? To nie jest prawdziwe życie, to są śmieci, to nie są produkty! Powtarzam: to są śmieci, to nie są produkty! Nie filmuj tego! Natychmiast zawrócić! KszKSz

– KszKszKszK

– Ksawery???

– KszKSzK Widzę bęben pralki i plastikowe butelki. Wcale nie są białe?! Co robić? KszKSz

– Ksa….

– Wrogi dron otwiera ogień! Muszę wylecieć przez kopułę, powtarzam: muszę wylecieć poza kopułę!

– Natychmiast za…

– …… fbz… bzzuuuuu. Iiii..yykszssz……

Tola obróciła się na krześle i spojrzała w przestronny pokój mieszczący się w kamienicy firmy „DronSans”. Na jej ściągniętej twarzy okalanej rudymi, kręconymi włosami, skupiły się teraz oczy pozostałych pracowników Centrum Dowodzenia. Wśród monitorów i hologramów przecinających pokój dało się wyczuć materię napięcia emocjonalnego, stresu, który tylko na krótkie chwile dnia, opuszczał te pomieszczenie. Tola wycelowała zielone oczy w Starszego Inspektora ds. Lotów WK – Tomka i wydała krótki rozkaz:

– Odłączyć.

Milczenie stało się głośne. Tomasz, z kroplami potu na czole, które przedrzeć się chcą przez gęste, czarne brwi, podnosi klapkę osłaniającą wielki czerwony przycisk. Patrzy, na Tolę po raz ostatni, a kiedy widzi jedynie lekkie skinienie głowy, przymyka oczy i…. naciska guzik.

Ksawery – operator drona zanurza się w śmieciowej chmurze dryfującej nad Warszawą. Zaczyna rozumieć. Zaczyna rozumieć wszystko. I boi się.

Rozumie co dzieje się z produktami, kiedy przestają działać i co dzieje się po tym jak Łowcy Produktów Umarłych zabierają je spod jego i sąsiadów drzwi. Do tej pory myślał, że produkty umarłe po prostu znikają. Że spala się je, albo przerabia i nie ma ich. W każdym razie nie tak wiele. Wielka Kopuła, miała być wielka, owszem, ale nie miała być wszystkim. Teraz Ksawery rozumie… i przeraża go to. Rozumie, że poza Warszawą – Wielkim Dyskiem, poza produktami i poza kopułą, Wielką Białą Kopułą śmieci, na tym świecie nie pozostało już dla niego Nic.

Sygnał czerwonego przycisku dochodzi do gogli. Mocne i precyzyjne wyładowanie elektryczne paraliżuje a następnie wyłącza mózg Ksawerego, tak jak wyłącza się mózgi zwierząt w rzeźni. Ksawery staje się w tej chwili zupełnie nieużytecznym produktem. Teraz można go już tylko wystrzelić w Wielką Biała Kopułę.

 

Fetysze emocjonalne

Fetysz: „w religiach pierwotnych: przedmiot, któremu przypisywano siłę magiczną”

„Fetysze emocjonalne” to projekt, który przyszedł mi do głowy wraz z początkiem lata – wspomniałem o nim w ostatnim wpisie.

Chodząc po plaży w stanach i towarzystwach przeróżnych, chodząc przez ponad dwa miesiące, napotykałem rozmaite przedmioty i formy: kamieni, muszli, przedmiotów etc. wyrzuconych przez morze. W ciągu tych dwóch miesięcy moje emocje, nastroje i siły zmieniały się jak struktura piachu, po którym stąpałem. Plaża niby pozostawała ta sama, jak i niby Piotr pozostawał Piotrem, ale w rzeczywistości niewiele z „dziś” przypominało to z wczoraj. Emocje są dynamiczne i nie jest to wyraz dysharmonii czy szaleństwa, a naturalny stan ludzkiej natury.

Zebrałem z plaży to co wydało mi się najwyrazistsze, co zarezonowało we mnie i luźnym skojarzeniem przywiodło emocje i stany, których ostatnio doświadczałem. „Fetysze emocjonalne” łącząc fotografię i surową poezję próbują ukazać złożoność ludzkich emocji, odnaleźć ich przyczyny (sytuacje) i rozpoznać warunki, w których takie emocje lubią się pojawiać.

Minerał szlachetnej dynamiki

Minerał szlachetnej dynamiki

emocje: rosnące podniecenie na wysokości splotu słonecznego, zadowolenie z siebie, odwaga, moc, sprawczość

sytuacja: wykonywanie elementów większego projektu z łatwością, polotem i autentycznym zaangażowaniem

warunki: umysł pozbawiony negatywnych emocji i wolny od przebodźcowania, ciało zdrowe, oddech głęboki, wolność w działaniu, samodzielność

 

Bursztynowy naszyjnik

Bursztynowy naszyjnik

emocje: radość w klatce piersiowej, krótkotrwała satysfakcja, atrakcyjność, kompulsywność

sytuacja: przebywanie w miejscach zakupowych, towarzystwo, chęć stymulacji humoru, „potrzeba” odświeżenia swojego „ja”

warunki: wypłata za pracę, poczucie „zasłużenia” na coś materialnego, oszczędność pieniędzy na innych polach

 

Martwa Mucha

Martwa Mucha

emocje: głęboki żal po stracie, poczucie pustki, bezsensu życia po zaznanym niepowodzeniu i utracie ukochanej osoby

sytuacja: emocjonalna i seksualna samotność, bycie daleko od domu, popadanie w nałogi, brak sił, niedotrzymywanie postanowień

warunki: nieprzepracowane ważnych doświadczeń w bieżącym czasie i zepchnięcie ich do podświadomości, brak wyraźnych sukcesów na polu zawodowym i prywatnym, brak poczucia stabilizacji życiowej

 

Pordzewiałe okowy wolności

Pordzewiałe okowy wolności

 

emocje: poczucie „zluzowania” dyscypliny, chwilowa wyrozumiałość, upojenie. Następnie: żal, wstyd, powątpiewanie we własną wolę i sprawczość. Dalej: podjęcie postanowienia o tym, by nigdy raz zrzuconych okowów powtórnie nie zakładać.

sytuacja: niespodziewany nawrót do dawnych myśli i wzorców zachowań, które uważało się za niebyłe. Nawrót często połączony z używkami, lub określonym towarzystwem wywołującym stany i zachowania, których potem się wstydzimy.

warunki: Sytuacje towarzyskie z ludźmi „z przeszłości”, którzy znali nasze inne, rozchełstane „ja”. Wyjazdy, nowe miejsca, osłabiona wola, używki

 

Smolista magma wielości

Smolista magma wielości

emocje: poczucie „zalania” informacjami, osłabiona pamięć, smutek, złość, podniecenie, lubieżność, ogłupienie

sytuacja: codzienna praca na komputerze wymagająca zbierania i przetwarzania informacji, prowadzenie portali społecznościowych, przykładanie wagi do „życia online”, potrzeba dzielenia się z innymi każdą chwilą

warunki: kompulsywne nadużywanie internetu, gier, pornografii. Niemożność zaprzestania „przeglądactwa”, potrzeba bycia w strumieniu informacji, potrzeba kompensaty wobec rzeczywistości

Chropowaty kamień pełni

Chropowaty kamień pełni

emocje: bezwarunkowa, spontaniczna radość, poczucie spełnienia „rozlane” po wnętrzu ciała, lekkie podniecenie seksualne, energia do działania w przyszłości

sytuacja: czas wolny od pracy spędzany zgodnie z własną  naturą, obcowanie z pięknem przyrody, poczucie obfitości w życiu

warunki: brak problemów na polu zawodowym i prywatnym, bądź nieprzywiązywanie do nich wielkiej wagi; zdrowie fizyczne, życie zgodne z własnymi dążeniami

 

Ciekawi mnie czy i Ty zaznajesz podobnych uczuć. Czy rozpoznajesz warunki i sytuacje, które na nie wpływają, czy dajesz się unosić falom emocji bez kontrolowania? Podziel się tym w komentarzu!

 

 

 

 

 

 

 

 

JA JA JA 5

3 lipca 2018, Jarosławiec

Mi

Im

Mnie

Einm

Ja

Aj

Rośnie we mnie coś, sam nie wiem, coś jest we mnie. To tu i tam, ale tego nie było we mnie.

Co to jest? Czy to się do ciebie zbliża?

Czy to jest daleko czy blisko?

Czy eksploduje, czy imploduje?

Czy to jest przeszłość czy przyszłość?

Czy to daje czy zabiera; oba?

Czy to wnosi, czy wynosi?

Czy to zabije czy da życie, czy przepoczwarzy?

Co to jest?

To chyba tekst.

 

Opowiadania się wybierają i klarują. Wyłaniają przy otwariu oczu. GRZECH: nie zapisałem rannego. Było coś o ataku na przeciętność. Pamflet na zwyczajność. Chyba tak. To jestem ja.

Znalazłem na plaży dwa czarne kamienie. Jeden – teraz jak nań patrzę – jest grafitowy bardziej; porowaty, ze srebrzystymi odpryskami, przy ruchu mieni się jak obsypana brokatem twarz dziewczyny na wiejskiej dyskotece. Czarny jest wtedy, gdy go obleje woda.

Drugi jest czarny dalej, porowaty mocno. Być może to kawałek asfaltu. Pachnie drogą. Zawiera w sobie tysiące jasnych kamieni, rożnych wielkości. Jest prawie trzykrotnie większy od poprzednika. Nie tak smukły w kształcie.

Wpadłem na pomysł, że te kamienie to będą moje emocje. Nie tylko te dwa. Kamieni uzbiera się cała kolekcja. A każdy z nich, jak muzealny obiekt zostanie nazwany i należeycie przez kustosza –czyli mnie – opisany. Niczym mierna instalacja jaką można oglądac w Zachęcie, tak przeciętna i banalna wizualnie (mogąca zadziwić jedynie umysły niewyrobione np. ośmioklasistów uczęszczających na lekcje etyki i historii sztuki), zostanie znadinterpretowana ciężkością lirycznego znaczenia. Mówiąc prościej: jeden kamień wyrażać będzie jedną emocję, a opis stanowić będzie moje wspomnienie łączącę się z tą emocją. Może zrobię z tego katalog, zin, czy plakaty.

Intuicyjnie rozpocząłem od kamieni czarnych, porowatych, przyciężkawych, niewyględnych, chcąc uporać się może na wstępie z emocjami nieprzyjemnymi, tymi, które tak trudno wydobywać na wierzch. Nie znam jeszcze znaczenia jakie niosą te kamienie. Muszę przyjrzeć się im bliżej, a wtedy zadecyduję.

Biznes, kultura i porno – #OPOWIADANIE

Czeka ktoś gdzieś,
patrzy w stronę drzwi,
dawno miałeś być,
ale nie wie tego,
że hasz był mocny.

Sokół i Marysia Starosta, Spotkanie

 

Biznes, kultura i porno
ku pamięci, że żyć tak dłużej nie wolno

Nie wie tego nie, że depresja była mocna i mroczny był dzień, taktowany bólem płata czołowego, zęba górnego, bodaj siódmego od przodu i był to dzień, jakich przeżywać się nie chce, a mimo tego, człowiek sam się na te dni skazuje, począwszy od zaspania, umyślnego snu przedłużania, nie zjedzenia śniadania, odpalania papierosa na pusty żołądek. Potem biegu ciągłego, syfu do mózgu wlewanego przez smartfon, kwejk, gang, bang, muza, elo, śmierć, coś tam gdzieś.

Ty tu sam w metrze ledwo się trzymasz, stoisz ledwo. Wysiadasz pośród setek, tysięcy wysiadających, okropna jest myśl o obowiązkach, i ludziach cię czekających, już zaraz, mimo braku w żołądku śniadania, odpalasz drugi papieros, by bolało, a jednocześnie nie czuło się nic. Narkoza i pobudzenie jednocześnie, dziś nie jesteś wieszczem, jesteś leszczem, śmieciem, milionem.

Dzwoni telefon, to szefowa pyta, kiedy zobaczy twój ryj, pyta pro forma, bo oboje zdajecie sobie po cichu sprawę, że tak naprawdę wolelibyście nie spotkać i nie widzieć się już nigdy. Lecz ona mimo wszystko pyta, kiedy zawitasz, to zbywasz ją pół-prawdą, coś o bezprądnych tramwajach na Pradze i idziesz dalej. Paląc patrzysz na mury, graffiti szukasz znajomych kresek, dziar na trzewiach i skórze miasta. Dostrzegasz napisy te same, co zwykle i głowę podnosisz w tym samym miejscu co zwykle, by ujrzeć… te co zwykle graffiti na kamienicy szczycie, tego dnia akurat wyjątkowo poszarzałe i niewyraziste, i nie czujesz nic. Pusto. Nic.
Kaszel. Skręt. W prawo. Udar. Rozbija beton i łeb. Buduje się. Rujnujesz się. Czemu tu idę. Nie tak miało być. EJ!
Wyrzucasz kiep, odbija się od puszki po tajgerze, spada na chodnik, nie schylasz się by go podnieść, to będzie tragiczny dzień i na pewno nie poruchasz, to już wiesz, bo kiedy niedopałek nie wpada do kosza to jest zły omen. Zły znak.

Oh men, schody, wbij kody, zbieraj nagrody, 120 klucz 8566, cześć! Cześć! Cześć! – pokoje otwarte, wyrzucamy sobie powiatania jakbyśmy rzucali okruchami czerstwego chleba do ptaków, w ptaki właściwie, po cichu licząc, że spadną im na główki, trafią w czarne, szkliste oczy. Skrzywdzą. Tak trochę dla żartu.
Dostaję odłamkiem od jej mrugnięcia, idę po szklankę, nalewam kawę, radio milczy jak przed zeznaniem kabel, a mogłoby grać Frediego. Włączam i Sen o Wiktorii, wyłączam, w ogóle nie nastrój dziś do tego, sen był już, a na wiktorię to nawet nie ma dziś szans: po pierwsze vibe, po drugie: szlug wypadł z kosza, po trzecie to się czuję jak gówno.

Siema! Hej mój pokój wita mnie, nie moi ludzie, nie mój warszawski sen, ale hajs jest, a prawda taka, że nigdzie nie umiem odnaleźć się, jeśli mam spełniac czyjś a nie własny sen.

ZEN. Siadam na krześle, one lekki uśmiech, może jeszcze nie jestem skreślony w ich oczach, może to ja sam tylko kreślę i zabijam się. Tracę barwę, lewe oko drży od niedoborów: magnezu, fosforanu, a miałem przecież na tej siłce wyrzec się potworów, zdrowo żyć, nie pić, nie palić, tymczasem serce bije to mocno, to ledwo, jak na sinusoidach mych zwycięstw i żali. Wbijam na maile, otwieram Excel, czy tego naprawdę chciałem? Nie, nigdy, jak sądzę. Mam nadzieję, że nie kończę, ja zaczynam, bo zdechnę jeśli tak dłużej będzie się patrzeć Karolina.
Proces to nuda, follow-up obłuda, stosunek mój do pracy jak to dup z tindera, walę ją i się na twarz spuszczam.
Kiedy wciskam enter, przesuwam myszkę, to głęboko czuję ten system i syf i fałsz, pogoń, mizerny hajs, czuję, że nie ma znaczenia czy za 2 czy za 10 k grasz, bo w obu przypadkach i tak pod koniec miecha nie masz nic. Jeden ma buty lepsze, drugi ma gorsze, jeden pije łyche na go go, drugi na murku goude. Jeden furą jedzie, a drugi busem, obaj spieszą się z rana, no bo „szef jest lamusem”.

Brzuch burczy, głód i to nieważne, że w portfelu parę stów, bo teraz nie mogę wstać, wyrwać się, to jeszcze nie czas na przerwę #kitkat.

Ona zaczyna swoją litanię, tysiące info kapią na łeb, na szyję, jak woda w wannie; moja bania jest dziurawa, wypływa z niej raport tygodnia, wypływa wzorcowa postawa. Plecy zgięte w łuk, ręce strzały wybijają klawisze, żołnierze na Wordzie chwały; ich esencje jak duchy na karty historii wlewają się: z r ó b  l i s t ę, naciskam, zabijam nieskończone zadania liter i cyfr, a ich awatary wciąż tkwią w laptopie, jak w moich płucach węgielny syf.

Kaszel to emanacja pokrzywdzonego ducha, czas równa się praca, słuchanie dorosłych nie popłaca.
A gdyby tak wyjść teraz i strzelić se w łeb, a gdyby tak złapać nóż, otworzyć czerep, a gdyby na ostatnie piętro wdrapać się, sprawdzić sztukę latania we własnej bluzie PROSTO label?

Może wtedy nastąpiłaby ulga i jebać tę pracę, jebać te miejsce, brak mi słów na takie podejście, jebać studia, moje życie to nie miała być studnia, to miała być wieża, EJ! Panie systemie, spierdalaj, zostaw moje kamienie, łopatę, cement, it’s my life, to ja za to płacę, fokusem, energią, czasem; proszę nie ruszać mych narzędzi, zasobów i planów, dlaczego skurwysyni mówisz mi jak żyć i dajesz tylko iluzję wyboru?!!

Zapalę chyba. Sam sobie sterem, żaglem, okrętem, kotwicą, wiatrem marnym z osłabionych płuc.
Na korytarzu łypie na mnie ona, to ta Ilona popierdolona, mówi: „poczekaj, pódję z tobą”. Zaczyna nawijać o swoich kotach, i coś o teatrze, że wejściówki ma dwie, ja kumam aluzję i wiem, że jej pussy chce być głaskana na twardo. Ale nie jara to mnie, bo zmarszki na czole ma dwie, poziome, choć jest jeszcze młoda i całkiem sportowa, to…
– Może wpadniesz dziś do mnie, hę? Poznasz moje kotki i trochę lepiej też mnie.
– W sumie czemu by nie?

Czyżby poranny omen jednak mylił się? Może ten dzień będzie lepszy niż ból głowy i zjebane ZEN. Kończymy kiep („We Włoszech żelaznym pachem, mąż kiep żony zasłania przed gachem”), ona uśmiecha się, ma kolczyk na pełnej wardze, zalotne niby spojrzenie i głowę niby niechcący opiera o moją pierś. Szczypię ją za bok, jakbym kijem tykał mrowisko. Wchodzimy na górę, bo Pan Kanapka na powiślańskim rejonie pojawił się. Dupy z biura jak sępy na padlinę zleciały się, czy jak gołębie na chleb. Wybieram szamę, wydaję dychę, mam węgle, białko, do ogrzania w mikrofali, trochę tłuszczu na widelcu i kuchenne gadki-szmatki.
Mam ochotę położyć się, uciekać w sen, czy to ten śnieg za oknem, czy kończę się jak atomowy reaktor, co nie wybuchnie, tylko pod wodą zatopi się?

Kawa chwilowo stawia, na oparach jak golf dresiarza, dzwonię do dziennikarza, on się zgadza na rozmowę a autorem książki, którą promuję z takim mozołem; efekty przynoszę, uprzejmie donoszę szefowej. Ją to cieszy chyba. Uzupełniam tabele jak egipski skryba. Umiem liczyć, znam litery i słowa, to dużo w świecie, gdzie wszystko buduje hajs i rozmowa.
Dzwonię, piszę, uzupełniam, nawijam, milczę. Gdy powininienem ze współpracownikami relacje budować, ale nie mam energii dziś, sorawa, dajcie tu więcej słońca iluminati Anieli.
W końcu 17.00 wybija, poza zawijać, czuję, że cuchnę, lecz ona zdaje się nie odczuwać, kiedy nawija, komplementuje co mam mam w głowie, że teksty genialne, a tak w ogóle to w przyszłym tygodniu chodźmy do teatru. „Hola, hol dup dziewczyno! Fist show me your pussy, interior desing, Albright?”. Okej, jedziemy, autobus 524; nie lubię tych busów, bo się zawsze czuję jak na podsłuchu, gęb korpo lamusów, do których sam, mimochodem muszę się teraz zaliczać. Dlatego noszę Fast najki, skity śniegowe i portki moro. Moja katana jest czarna, a czapka ma jaskrawy kolor, nocą nią świecę jak aureolą, by wyróżniać się od tych, co indywidualność pogrzebali pod ziemistym ubiorem i cieniem, smutnym kaszkietem, spojrzeniem. Ja nie chcę być smutny, ale ten świat często nie pozostawia mi wyboru. Walczę więc z nim malując mury sprejem i waląc coś w sklepie, czy z marmuru fete.

Ale i czasem pomedytuję, na oczyszczenie, rozpalę świece i zmówię mantrę: „om mani padme hum!”. Buddo, daj mi siłę, bo jej gadka chyba mnie wykończy.
– No i wiesz, moja ciotka prowadzi herbaciany sklep, biorę często od niej yerbę, a ta Matylda od nas z pracy to głupia jest jak cep, serio, moja inteligencja przerasta ją, a ty masz fajny uśmiech, wiesz?
– Wiem. Daleko jeszcze?
– To już tu chwila, o widzisz tutaj chodziłam na piwo z przyjaciółmi z gimnazjum, takim Markiem, co miał niebieską latarkę…

Gad dejmn, w co ja wjebałem się? Czy ona kiedyś przestanie gadać?
Dojeżdząmy na szczęście już, wysiadka ożywia mnie. Ursynów, smog, śnieg, szlug i z bloków tlen.  
Nie lubię ich betonowych mord z pokrzywionymi oknami, brzydkim zasłonkami, światłami niebieskimi emanującymi od ludziów przed telewizorami #szklana_pogoda  (co się gapisz? Zamknij te okno, nie puszczaj do mnie oczka, bo masz szarą, wstrętną elewację!).

Zawsze wolałem Służewiec z jego alejkami i parkami, choć dziś już gardzę tymi biurowcami, a nowa elewacja pochowała to co kocham. Wszystko takie sztuczne, robione na pokaz, okładka zmieniona, ale wciąż ta sama książka.

Na Służewcu była przestrzeń i tlen. Tutaj mam wrażenie, pośród długich parkingów, nic nie układa się. Samochody, samochody, samochody, dwa wypadają na jedne nogi, na nóg parę, a teraz para wolno, smoliście się wydobywa z naszych roześmianych ust, bo żart prosty: menel wiózł na wózku złom i jak po piwo z kieszeni sięgał to mu ten wózek zjechał i z drzewem zdzwonował. Taki dzwon, ding dong, pokrywa od pralki, się pokryła wgniotem,

“Panie, tego już do żadnej innej się nie przełoży, to trzeba nowy element wstawić, bo lakierować nie ma sensu. Chociaż znam takiego magika, co może i mógłby to wyklepać tanio, zaszpachlować, pędzlem białym pomalować, no, ale to za flaszkę, bo on na trzeźwo takich robót nie robi, to jest chłop co się do bycia mechanikiem sposobił, no ale jakoś tak wyszło, że piwko, drugie piwko, trzecie piwko, aż ze Zdzisława się stał swojsko – Zdziśko, i tak pan widzi, o tam, na tych garażach wgniecione klapy pralek i ram rowerów w nowe cuda przepoczwarza, ale to jak mówię, to zagadać muszę, o tam jutro do warzywniaka idę, to się przejdę, no, może zastanę go, ale to nie obiecuję nic.”

I tak jakoś zmierzamy dalej: ja i Ilonika, Ilonika i ja. Ilonika w majtki sika, a żółta oranżada Helena to siki Iloniki i tak mnie też się chcieć zaczęło, a więc pytam czy daleko jeszcze.

– O nie, o tu, to tam, piętro pierwsze.

No to okej, tyle mogę przetrzymać jeszcze, ale te bloki się zdają jak fatamorgana, miałby być blisko, a się oddala i oddala bloczysko, jakby z fundamentów sie urwało i teraz płynęło w zieloności, nurzało w przestrzeni, a im ja krok bliżej, tym ono dwa węzły dalej, jak ja dwa kroki to znów wiatr zawieje i NAZWA ULICY odpływa na kolejne trzy długości. Pęcherz się naciąga, mięsień Kegla ćwiczy, co by za szybko nie sikać i nie spuszczać się od przesłodzeń łóżkowych słodyczy, ale kurwa, gdzie ona mnie wywiozła, no gdzie?!

I ten dzień i tak za długo dłużył się a teraz w dodatku głód, szczyny, fizjologia najczystsza, najpierwotniejsza i najbrudniejsza w swych formach daje znać o sobie. No tylko, że popędu nie ma i go nie odnajduję w tej drugiej osobie, bo ona tylko miele i miele jęzorem, coś niby o mnie, ale głównie o sobie. Jeśli dobra rozmowa to wspólne się zazębianie to rozmowa z nią jest jak przez ścianę ruchanie. Jedno sobie, drugie sobie, niby się tam słyszymy, ale żadne czucie z tego nie wynika. Przynajmniej po mojej stronie, bo ona zdaje się być zachwycona każdym moim nastrojem  i już ją odpulam i zaczynam być i wulgarny i banalny i brutalny i próbuję każdej techniki jawnego “sięodpierdolenia”, ale na nią to działa jak na milionera szynki przecena.

W końcu, kurwa pod tę klatkę dochodzimy, szarość, szorstkość, obok wejście do śmietnika (to nie Afryka, drzwi się zamyka!), że można je pomylić z wejściem właściwym.

***

Część 2 niebawem.

Ściągnij moją książkę „Bez przekazu” za darmo: czarnykajet.com/bezprzekazu

 

Verurillo 29872 – niebezpieczna gra

Wracam do domu na tym veturillo, chyba powinienem wypić te czerwone wino. A więc: Praga, sklep24. Kolejka jakby na TVP właśnie ogłosili koniec świata, tymczasem słoneczko i wiatr lekki niczego podobnego nie zwiastują. Wężyk się ciągnie aż na dwór, no to rower zostawiam i między słuchaniem narzekań za mną, że „na chuj te jedzenie kupujo, mleko i sery. By se kupili browara jak ludzie he he i do jutra poczekali” a podziwianiem zręcznych podrywów z przodu: „a gdzie panie w taką ładną pogodę, co? Może by tak do parku z nami?” sobie myślę.
Co jakby mi ten rower chciał KTOŚ ukraść (bo nie przypinam jak peniacz), co bym mu wtedy powiedział. O tak: „Twoje kurwa? Co?! To czego ruszasz?”, a KTOŚ: „bo myślałem, że tak stoi…” a ja: „Widzisz ten słupek? Jego se ukradnij i w dupę se wsadź!”, a KTOŚ (zawstydzony) „przepraszam pana, to już się więcej nie powtórzy”.
Ale już koniec rozkmin, bo kolejka rusza jak w jakim Disnejlendzie i już dopadam do kasy i biorę cygaretki RETRO fioletowe i pizzę 4 sery DŻIUSEPPE i wychodzę.
I oto widzę jak osobnik w żółtym dresie wolno, acz stanowczo zaczyna oddalać się na moim VETURILLO rowerze w rejon sobie tylko znany. No to krzyczę:… „Ziomek!”, ale on nie słyszy. Łapię zatem mocno pizzę, że aż się wygniotła i biegnę za nim, co jakiś czas powtarzając przyjacielską komendę-sugestię bycia ziomkiem i się jednak rychłego zatrzymania. Ale on nic, więc włączam sprint i krzyczę „STÓJ!”. Gość pada jak porażony na prawy bok, żółty dres sobie szoruje, aż mu kuboty spadły (przeżył o dziwo) i wybąkuje coś w stylu skruszonego… „o kurwa…” i odbiega do swoich. Swoi się śmieją, on się śmieje, małżeństwo  z dzieckiem się śmieje i ja w sumie też się śmieję. Nawet policja się śmieje i operator kamery przemysłowej 02183 się śmieje i nawet ci z veturillo się śmieją. A pizza Dżisueppe 4 sery smakuje po takim śmiechu najpyszniej.

Palermitańczyk

PALERMITAŃCZYK

Chciałbym być palermitańczykiem
jak to pięknie brzmi!
Ma w sobie palenie
słońca i cygar
mity pożółkłej, boskiej Sycylii
ma taniec, tańczyk z czarnowłosą Włoszką
ma i może wyłowionego wprost z morza tuńczyka
a przy tym jest tak lekkie i niezobowiązujące
jak walczyk czy kluczyk
ot takie na przymróżenie oka

Jak to by było urodzić się w Palermo?
Spoglądać z tarasu na plamę koloru
na lekkość parujących u szczytów gór
odczuwać uderzający zapach ogrodu
słuchać szczekania psa
uderzeń noża porcjującego jagnięcinę

Topić się w upale na równi
ze wszystkimi
współodczuwać krople potu na czole
i chodzić wybrukowanymi ulicami
kryjąc się wśród cieni

Znać ludzi namiętnych i radosnych
a przy tym podejrzanych
trwać w zawieszeniu spokoju i wojny
nocą zaś popijać wino
pod czujnym okiem Jowisza i miliarda gwiazd
gładzić jej przybrane w pończochy uda
i gawędzić bez znawstwa o rzeczach nieznanych
zasypiać nago w białej pościeli
i zapominać o wszystkim:
skwarnym szumie szans.

Przestań przeklinać do chuja! #felieton

Przestań przeklinać do chuja!

Homo Polacus deducis Homo Vulgaris.

Staliśmy się narodem chamów. Bystrych, przenikliwych, a czasem i zupełnie tępych, lecz za to wesołych… ale jednak chamów. W naszym cudownym, choć nie tak elastycznym jak się kiedyś zdawało, języku zaczęły królować wulgaryzmy. Królują do tego stopnia, że przestaliśmy już nawet zwracać na nie uwagę, czy traktować jako coś nieprzyzwoitego. Ot, „kurwa” jest dziś takim samym wyrażeniem jak tryptyk „sklep”, „wóda”, „melanż” – w tej kolejności i w tych ustach: czerwonych od szminki studentki prawa, popękanych od zimna i szlugów dresiarza.

Nie dowierzasz? Spróbuj przedostać się przez miasto, z domu do pracy, z pracy do domu, bez zasłyszenia choćby jednego wulgaryzmu. To raczej misja niemożliwa, chyba, że dojeżdżasz na dżoby rowerem czterdzieści kilometrów przez las i pracujesz w ośrodku dla głuchoniemych, pośrodku tegoż lasu. To nie kwestia „czy usłyszysz”, ale „jak prędko” oraz „ile razy”.

Kurwy otaczają nas z każdej strony, gdyby chcieć rzucić w każdą kamieniem, trzeba by rozebrać mury tego miasta.  Zawodzące „ja pierdolenia”, wyrażające przeciążenie „od chujowienia”, wzrasta ogólny poziom „spierdolenia” a dodatkowo nakłada się to z powszechnym, metafizycznym „zjebaniem”.
Pracuję w firmie zajmującej się promocją kultury. Ludzie tutaj reprezentują sobą pewien poziom intelektualny i edukacyjny, co jednak nie stoi na przeszkodzie w tym, aby szef wyraził zaniepokojenie „chujową” sytuacją, a koleżanka zdiagnozowała, że ta dziennikarka, do której przed chwilą dzwoniła jest jednak „jebnięta”.

Sam przeklinam, owszem, ale tu REFLEKSJA: wyrażając proste sądy, które tak ułatwiają nam przekleństwa, upraszczam świat. Nie tylko upraszczam, ale i upadlam, bo wartościując przekleństwami wartościuje się głównie pejoratywne. Wysłużone „zajebiście”, za którym nigdy nie przepadałem, coraz częściej ustępuje na rzecz powszechnej „chujowizny”, a stąd już krok do chuja w uszach i na oczach, czyli niewysublimowanego gwałtu oralnego na powszechnej świadomości.
Nieprzeklinanie może i sprawia pewną trudność: myśli trzeba zacząć składać, używając kilku wyrazów, zdań nawet wielokrotnie złożonych, ale i dzięki tym zdaniom i małym zadaniom doskonalenia, jakie sobie nasz umysł może postawić, da się dostrzec w otaczającej rzeczywistości nieco więcej złożoności i kolorytu.

Jeśli dalej uważasz, że przesadzam, czy może wykazuję się świętoszkowatym purytanizmem, mam dla Ciebie challenge. Nie przeklnij przez jeden dzień. Owszem, nie będzie to proste, bo i tkwią w nas głęboko (magazynując się przed snem) pokłady kurew do wyartykułowania, ale postaraj się. Zapisz sobie na dłoni, czy w telefonie „BĘDĘ WYRAŻAĆ SIĘ DZIŚ KULTURALNIE” i zaobserwuj z wyższością i zgrozą jak dziś wyrażają się Polacy. W metrze, swetrze, w kinie w Lublinie. To jest serio prze… rażające, i chyba coś jest głęboko nie tak, skoro się wymieszały języki plemion blokowych i plemion willowych, i niby to dobrze, że tak mówimy jednym głosem, za którego pomocą się można łatwo zrozumieć, nawiązać dialog, ale i czemu góra zamiast wyciągać doły z dołu zanurzyła łeb w pomyjach banalizującej wulgarności.

I nie pierdol mi tu, że wyrażasz swą emocję, ekspresję, jak się z kolegą dzielisz bułką pod sklepem i wam okruszek spadnie na nogie, a wtedy ty powiesz, „nosz kurwa, ja nie mogie, tyle się dobrej bułki zmarnowało, a te jebane gołębie i suki tylko lecą na moje siano”.

Bądź kulturalny, stań się niebanalny. I wyrażaj się. Kultura zobowiązuje.

7 rzeczy, które ogarniasz kończąc 25 lat

7 rzeczy, które ogarniasz kończąc 25 lat

 

Jak to jest mieć 25 lat? Absolutnie tak samo, jak wtedy gdy masz ich 24. Może w ciągu najbliższych dni, lub miesięcy drogę zaczną mi zachodzić tancerki Kankana, druga linia metra zostanie zalana przez Wisłę, a 200 złotych zainwestowane w kryptowaluty przemieni się magicznie w 200 000 złotych, ale póki co nic nie zapowiada takiego obrotu spraw.

25 lat to wiek, w którym zaczynasz odczuwać presję do nadania swojemu hulaszczemu żywotowi jakiejś celowości i ram. Biada tym, którzy urodziny świętują w poczuciu braku sensu i perspektyw. Nie o nich będzie ten tekst. Swe przemyślenia ubrane w doświadczenia kieruję raczej do osób młodszych, ażeby im po pierwsze uzmysłowić, jak już teraz mogą pokierować sobą, by znaleźć się w lepszym miejscu niż ja. Po drugie, aby im pokazać, jak nie znaleźć się w miejscu gorszym. Po trzecie aby się pomądrzyć i powspominać. W końcu mam już 25 lat. Raz do roku  – można.

  1. Uwierz w to i rób to.

Ale w co?
W to co lubisz robić, co daje ci poczucie spełnienia i satysfakcji, co jest korzystne i cenione przez innych. Kręcenie najlepszych blantów czy picie piw na haust to owszem fajne zajawki, ale pomyśl raczej nad czymś za co ludzie będą chcieli ci zapłacić.
„Ale przecież Snoop Dog ma gościa od kręcenia blantów, który zarabia 50 000 dolarów!” – możesz zakrzyknąć. Tak, ale ty nie jesteś murzynem z LA, tylko Polaczkiem z Chujwiegdzie Wielkich, a polscy raperzy muszą się raczej kredytować u dilerów, niż generować zbędne koszta. Nie tędy droga. Zarzuć ten sport.

Może teraz wpadnie ci do głowy by zostać dilerem? Serio, nie warto. Znam takich paru, lub znałem i albo nie żyją, albo żyją, a ich życie to seria wchodzenia i wychodzenia z nałogów, ciągłe długi i niewiele warte znajomości. Jeśli uważasz, że byłbyś świetnym i zdyscyplinowanym dilerem, to może przełóż swoje zdolności do zostania Acount Menagerem, w firmie, którą się jarasz, a nie… kurwa będziesz zarabiać 20 złotych na sztuce i cieszyć się, że masz na „darmowe” jaranie dla siebie i tej dupy poznanej w klubie.

2. Rozwijaj siebie i zajawkę

Jest to przedłużenie punktu pierwszego, Ty spostrzegawcza bestio.
Case-study:  Już w piątej klasie szkoły podstawowej odkryłem w sobie zdolności lingwistyczne. Na lekcji angielskiego zamiast słuchać Pani napisałem swój pierwszy rap, leciał tak (do dziś pamiętam te wielokrotne): „HWDP to moja zasada. Nienawidzę policji, jebana maskarada. W mundurkach se łażą i zabijają ludzi. Policja się nadaje, policja dupy daje, HWDP tę zasadę dziś wyznaję. W tym mieście…” – wtedy babeczka przejęła gryps, a ja miałem z nią długą rozmowę na temat szacunku do policji. Kto wie, może gdyby nie te przejęcie nawijałbym dziś jak Otsochodzi: „kiedy pytają czy mnie sumienie męczy? Nie.”
Dalej były konkursy literackie, wypracowania na tróję i zagrożenie z polskiego w liceum. Pisanie odkryłem w sobie na nowo, przy otwieraniu w 2012 roku firmy LONG TRIP. Napierdalałem wtedy kilkanaście teksów dziennie: marketingowych prezentacji, wrzutów na fp, ofert sponsorskich, pięknych idei itp. Człowiek, wtedy dla mnie ważny powiedział, że to naprawdę dobre i… uwierzyłem mu. Potem była filologia polska, stanowisko redaktora naczelnego w gazecie uniwersyteckiej, pisanie mniej lub bardziej wybitnych tekstów teoretyczno literackich, dziennikarstwo, aż w końcu powieść.
Dzisiaj pisaniem zarabiam na życie, i choć nie są to kokosy, to działając dla kilku agencji i portali mogę stale rozwijać swoje kompetencje, doświadczenie i uczyć się nowych rzeczy doskonaląc warsztat. Zamierzam także pójść na sceriopisartstwo do łódzkiej filmówki, ale o tym kiedy indziej. Wniosek?
Pomyśl co chcesz robić i rób to, a w wieku 25-lat nie będziesz musiał iść parzyć kawy w gastro. No chyba, że to naprawdę lubisz i jesteś w tym zajebisty. Wtedy parz kawę.

3. Starsze laski nie są już starsze

Kiedy mieliśmy po 20 lat i koleżka zacząć spotykać się z 27-letnią kobietą patrzyliśmy na niego jak na Boga. Fajnie jest poznać dziewczynę, która ma pracę, robi coś pożytecznego dla świata a przy tym nie wymiguje się sprawdzianem z matmy jutro na 8.00 rano. Jak mawiał pewien dziekan: studentki I roku nigdy się nie starzeją. Ty tak. I ma to swoje plusy.

4. Masz dużo hajsu i masz mało hajsu

Jak powiedziała moja ziomalka: „Raz jesz w domu suchą bułkę, a innym razem lecisz do Nowego Jorku  pierwszą klasą. Takie jest życie.” I to jest prawda, ale wiesz, nadążaj, aby nie żywić się głównie bułkami.
Chodzi o to, że kiedy masz 25 lat, to coraz częściej doznajesz licznych blichtrów, drogich restauracji i hoteli, lepszych ciuchów i fur. Wydajesz luźno 100 złotych na barze, po czym zamawiasz ubera i jedziesz do swojego domu, gdzie opierdolisz sobie wafla z awokado.
Ale potem nastaje koniec jakiegoś okresu i skarbonka, do której zawsze miałeś lekceważący stosunek staje się Twoją najbliższą przyjaciółką. Do tego stopnia, że czyścisz ją do cna, byle z rana mieć na bułę. Żujesz ją, czekają na przelew za ten poprzedni dżob, a potem znów wychodzisz na miasto jak król Ugandy.

5. Oszczędzaj i inwestuj hajs!

To coś czego nauczyłem się dopiero niedawno, a o czym powinni nas instruować bez przerwy od ukończenia 12. roku życia. Ale systemowi nie zależy na tym byś był samodzielny. Zależy mu na tym byś kupował masę zbędnego gówna, najlepiej na kredyt, i popadł w nałóg zależności od etatowej pracy.
Tymczasem zacznij już dziś odkładać co najmniej 10% swojego wynagrodzenia na przyszłość. Jeszcze lepiej, jeśli kolejne 10% zaczniesz inwestować. Najlepiej w krypto waluty, ale o tym kiedy indziej. Serio. Raz w życiu pracowałem na umowie o pracę. Myślisz, że Twoja emerytura spadnie Ci z nieba?

6. Dbaj o zdrowie i unikaj nałogów

To coś z czym ciągle walczę, paląc i rzucając szlugi średnio 3 razy w tygodniu. Ale poza tym mogę powiedzieć, że odżywam się zdrowo (produkty nisko, lub nie przetworzone), odczuwam zrywy do sportów, i nie angażuję się zbyt mocno w inne używki. Tylko rzucić te kiepy i zostanę joginem.

7. Nie trać czasu na czytanie blogów i oglądanie seriali

Serio. Zacznij już lepiej realizować swoje pomysły, bo do 25 roku życia pozostało Ci mniej czasu niż możesz sobie wyobrazić.

 

Czy 25 lat to w Twoim przekonaniu przełomy wiek? Gdzie jest granica? Zostaw komentarz, jeśli chciałbyś bym rozwinął jakiś wątek. Obserwuj blog (punkt 7 to ściema) i kupuj polskie rap książki. Elo!

Opowiadanie „Drugi dzień świąt”. Napisane w trzeci, a publikowane teraz

DRUGI DZIEŃ ŚWIĄT

#opowiadanie

Siadam.  W domu swoim w końcu. To znaczy, nie w swoim, a wynajmowanym. Mieszkaniu nie domu. Pokoju nie mieszkaniu.

Ale pokoje mamy trzy. A lokatorów jedynie dwóch, zatem znać pewne znamiona bogatości. Nie jest to typowa studencka melina. Bo Pablo nie studiuje. Ja w sumie też już nie. Czyli dwóch dorosłych typów wynajmuje dwa pokoje, w trzypokojowym mieszkaniu. Trzeci pokój jest zamknięty i należy do Szmuela, który powtarza, że urządzi tam swoja „ruchalnię”, ale póki co jedynie wstawił tam karton z książkami.

Święta dogorywają, jak dobrze. Po Bożym Narodzeniu zostały mi dwie nudne książki, stówa w portfelu, trochę pieczonej kaczki i kawał makowca. Jestem już sam, w końcu. Postanawiam przestać pić. Na kilka dni. I przestać palić. Od jutra. Więcej pisać. Od teraz.

Siadam. Otwieram pokrywę laptopa, chcę pisać. Nie wiem jeszcze o czym.
Dzwoni telefon:
– Siema, co robisz wariacie? – odzywa się Szmuel.
– Właśnie wróciłem od rodziny. Piszę.
– Dawaj, napij się z nami!
– Masz towarzystwo?
– Tak, ale nie tak liczne, jak możesz słyszeć w tle. Moje towarzystwo aktualnie milczy.
– No nie wiem, chciałem popisać.
– To jutro popiszesz, nie daj się prosić.
– Dobra, wpadajcie.

Wstaję. Trzeba tu posprzątać. Sprzątam, wstawiam pranie, układam równo prześcieradło, porządkuję biurko, rozpakowuję plecak, który leży w kącie odkąd wróciłem znad morza. Pokój wygląda przyzwoicie. Teraz ja. Zakładam bluzę PROSTO. Albo nie, czarny longsleeve. Tak lepiej. Lekkie perfumy. Jest dobrze. Siadam. Chcę popisać. Pukanie do okna tarasowego. Otwieram.
– Siema.
– Elo mordo.
– Poznajcie się, to jest Marianna, Marianno, to jest Tadeusz.
Poznajemy się. Marianna ma wysokie buty, za kolana, ciemne rajstopy, czarny płaszcz odsłaniający uda, burzę ciemnych włosów i ładny uśmiech. Jest naprawdę ładna, za co w duchu chwalę Szmuela.
– Przynieśliśmy ci piwko.
Mają całe ręce piwek. 9 butelek. To mi się podoba. Bo jak już pić to porządnie, a nie z jakimś niedosytem, połowicznie. Po co budzić demona, skoro potem tak trudno go uśpić.
Siadamy przy biurku. Ja znów narzekam, że tak mało tu miejsca i, że nie ma gdzie siedzieć, i powinienem tu wstawić jakąś kanapę, albo fotel, na co Szmuel odpowiada, że zawsze tak mówię, i to jest prawda.

Kolejnego dnia znajduję w bramie nieodległej kamienicy, kilkadziesiąt czerwonych skrzynek po butelkach coca coli. Zabieram cztery – to będą moje przyszłe taborety. Niosę je pewnie przez praskie ulice. W końcu wstawiam na taras i śmiejąc się zasiadam na fotelu, odpalając papierosa i podziwiając zdobyte okazy. Zastanawiam się jak przymocować do nich sklejkę, i czy sklejkę w ogóle. Tak, należy na czterech rogach, które są wykonane z grubego, czerwonego plastiku wywiercić otwory, następnie włożyć w nie znaczniki, czyli metalowe „pineski”, przyłożyć co tego kawał sklejki. Obrysować od skrzynki pożądane wymiary, na powierzchni sklejki, wyciąć wyrzynarką (zeszlifować), w miejscu śladów po znacznikach wkręcić śruby o odpowiedniej średnicy, następnie te śruby umieścić w wywierconych uprzednio otworach w plastykowej skrzynce. Sklejka powinna być z drzewa liściastego, najlepiej buku. Przetwory drzew iglastych uwalniają po czasie drzazgi, a przecież nie chcę aby mój gość miał podarte rajstopy. Np. Marianna, która zasiada teraz na jasnym lipowym krześle, naprzeciwko mnie.

Rozmawiamy dalej, wydobywamy z siebie pokłady męskości i kobiecości. Nawet nieźle nam idzie. Marianna mówi o swoim byłym chłopaku, przewodniczącym jakiegoś studenckiego sejmiku, czy innego gówna, a ja dopowiadam:
– A to o Tobie opowiadał Szmuel.
Ona droczy się, że jak to opowiadał, i jak on tak może opowiadać o niej ludziom nieznajomym. Szmuel uzupełnia, że owszem, to ta Marianna. Ta dziewczyna co zrobiła karierę w samorządzie przez łóżko. Szmuel uwielbia prowokować, jakby to nie było jasne.
– To nie było tak. Po prostu poznałam ludzi z tego samorządu, znajomych Marka, a, że oni mnie polubili, to już przecież kwestia niezależna.
– Powodowana twym osobistym urokiem – dopowiadam.
– Właśnie.
Otwieramy kolejna piwo.
– Jak się zaczęła spotykać z Markiem to on już był tym przewodniczącym, a potem ona zajęła jego miejsce, czaisz? Ona lubi takich dominujących samców, przewodników stada. Wiesz, Tadeusz też był redaktorem, redaktorem naczelnym gazety uniwersyteckiej.
– Naprawdę? Mogę zobaczyć?
Wręczam jej gazetę. Szmuel ma rzadki dar, chwalenia mnie przed kobietami w odpowiednich momentach. Reszta moich ziomków tego nie robi, albo bez wyczucia. Np. kiedy do Maliny wpada panna mówiąca, że lubi literaturę, i, że lubi pisać, a tak w ogóle to jest aktorką, Malina mówi:
– A wiesz, Tadeusz chce iść na scenariopisartswo, na łódzką filmówkę. Ja ci to podpowiedziałem, co Tadeusz?
Zamiast powiedzieć jej, że kurwa napisałem powieść i kilkaset artykułów, to nie, on powie, że chcę iść na filmówkę. Ale to jedynie odzwierciedla jego ucieczki od rzeczywistości i potrzebę karmienia – siebie i innych odległymi marzeniami.
Szmuel natomiast ma wyczucie idealne, i potrafimy porozumiewać się samym tylko spojrzeniem, w towarzystwie innych osób. Staram się nie być dłużny, bo też kiedyś w barze na Ząbkowskiej jakimiś lekkimi szturchnięciami słów i przestrzeni pomogłem poderwać mu jedną pannę, w dodatku solenizantkę, która była tam razem z kilkunastoma znajomymi.

Zaczynamy rozmawiać o Pradze, jaki to hardkor, albo i wcale nie, że po co tu bywać, a po co nie i w ogóle jaki cudowny skansen dawnych obyczajów.
– Kiedyś np. siedząc z Maliną na Placu Hallera i popijając piwo, byliśmy świadkami jak dwie dresiary, podążały za gościem, krzycząc, przy czym jedna z nich była jego dziewczyną. W pewnym momencie gość się obrócił i tak jej wyjebał, że echo plasku odbiło się po kamienicach całego placu.
– Zareagowaliście? – pyta Marianna.
– Nie, kim jestem by wchodzić między burzliwą miłość dwojga kochanków? Takie kobiety lubią być bite.

Zapada krótkie milczenie. Prowokacja jest udana. Marianna nie oburza się, ale trochę wzrosła jej temperatura, a to dobrze. Rodzi się dyskusja o tym jakie kobiety się bije, a jakie biją. Ja na obronę przywołuję scenę ze „Ślepnąc od świateł”, kiedy bohater reaguje na podobny akt przemocy, a skrzywdzona kobieta zaczyna go atakować. Ona odpowiada, że może są takie przypadki, ale nikt nie lubi być bity. Ja na to, że kim trzeba być aby się wiązać z recydywistą, mającym dziary gita pod oczami, ona odpowiada, że to z braku innych możliwości. Szmuel moderuje dyskusje opowiadając się raz po jednej, a raz po drugiej stronie. W końcu mówię, że niektóre kobiety lubią być przecież bite w łóżku, na co Marianna z rumieńcami, że „w łóżku to co innego”.

– Idziemy po wódkę? Chodźmy po wódkę! – ona proponuje i niezwykle miło mnie tym zaskakuje.
Zatem idziemy po wódkę, między ciemnymi blokami, ja wrzucam tagi CK na murze i pod monopolowym, trochę żeby się popisać, a trochę dlatego, że lubię je wrzucać.

W monopolowym naćpana baba z wielkimi cyckami doradza nam sok porzeczkowy pod półlitra. Kiedy daję jej 52 złote i 50 groszy, ona przez dłuższą chwilę mętli banknot w dłoni, i jest taki moment, że naprawdę myślę, że da mi go z powrotem w ramach reszty, a jej też to przechodzi przez wykręconą metafedronem głowę, ale opanowuje narkotyk i wykłada 20 groszy na bilownicę marlboro.
W sklepie znów gadki o Pradze i Marianna, mówi, że stąd nie jest, ale bardzo ładnie. Nietaktycznie i nietaktownie, bo za nami dwóch gości w czarnych kurtkach.

Wychodzimy, kończę tag na ścianie, ale zamiast Czarny Kajet, piszę Czarny Alibaba, a Szmuel, krzyczy „psy”. Odwracam się i faktycznie jadą, zatem wchodzę znów do sklepu. Przejeżdżają, wychodzę, kończę taga i doganiam ich.
Puszczam grime na telefonie i z Sz. zaczynamy fristajlować przez całą drogę, a M. idzie w swych wysokich, szpilowanych butach środkiem Łochowskiej ulicy.

Dochodzimy do domu i tam Freestyle Szmule Session trwa dalej. Wychodzi nam nawet nieźle. Jej się to chyba podoba bo na końcu bije brawo i się śmieje, i mówi, że podziwia naszą kreatywność. My swoją też. Zapuszczamy na wieży polskie hity: „Byłaś serca biciem”, „Parostatkiem w wielki rejs”, „Czarny Alibaba”, „Chcę Ci powiedzieć”, „Czerwone korale” i dziesiątki jeszcze innych. Rozlewam wódkę, zaczynamy tańczyć we troje, na środku pokoju.

Wybija druga w nocy i  do mieszkania wchodzi Pablo, który wróciwszy od swej kochanki, miał ochotę popracować i pójść spać, ale ja polewam mu kielona i Pablo już tańczy z nami. Mam ochotę porwać Mariannę do tańca, więc ją porywam i zaczynamy kręcić sobą piruety, stykać biodra, piersi i włosy i śmiać się. Szmuel z Pablem jeszcze tańczą, ale po kilkunastu minutach już tylko siadają, a potem to już idą do pokoju Pabla, aż w końcu, koło 3.00 Szmuel żegna się z nami i wychodzi. Zostaję tylko ja i Marianna, tańczymy jeszcze i całujemy się. Ściszam muzykę, dalej się całujemy, ale ona stopuje moje dalsze zakusy, choć leżymy na łóżku. I wtedy ona pyta:
– Miałeś kiedyś złamane serce? – po czym zaczyna szlochać.
– Miałem, ale się zrosło. Nie płacz mała. Będą kolejni, a teraz jesteś jeszcze zbyt piękna i młoda, by swoją przyszłość na kamieniu budować. Tańczmy na ruchomych piaskach.

Przytulamy się długo, po czym rozłączamy i każde idzie spać wyzwolone. O 8.00 ona pyta, o której poszliśmy spać. Mówię, że po 4.00.
Zasypia, a o 10.00 słyszę jak wstaje, słyszę stuk obcasów. Wychodzę do przedpokoju, ale jej już nie ma. Wyszła po angielsku, co podoba mi się bardzo.

Śpię do 13.00 po czym wstaję, idę na spacer i znajduję stos porzuconych skrzynek po coca-coli. Śmieję się tego dnia bardzo głośno.

***

Zapisz się do newslettera w zakładce MENU – świeże opowiadania i teksty najróżniejsze raz w tygodniu.

Zobacz także moją najnowszą powieść „Bez przekazu” https://czarnykajet.com/skl3p/

 

Dlaczego klapki kubota są zajebiste?

Artykuł sponsorowany*

Dlaczego kuboty są zajebiste? Na te nietendencyjnie zadane pytanie odpowiada nasz ekspert: bloger modowy Ireneusz Praga.

  1. Kuboty kosztują 15 zł (razem z przesyłką), a stanowią wyraz nieprzemijalnego sznytu i osiedlowej elegancji.

  2. Ludzie szanują ludzi w kubotach. Niezależnie od społecznych i ekonomicznych uwarunkowań.

  3. Ponadczasowa czarno-biała kolorystyka pasuje zarówno do nieformalnych szelestów, jak i bardziej eleganckich, chciałoby się rzec „hipsterskich” kreacji.

  4. Klapki sprawdzą się idealnie jako przenośna stacja multimedialna, dla Twojego smartfona.

  5. Kuboty dzięki zastosowaniu ultralekkich pianek, będących wynikiem zaawansowanej inżynierii oraz badań nad ergonomią , doskonale nadadzą się do rzucania w: wyłączniki świateł, owady, puszki z piwem, pomniejsze ssaki.

  6. Perforacja testowana przez sportowców, idealnie odpręża po trudnym dniu w call center czy tłoczni elementów blaszanych.

  7. Kiedy zapuka komornik, twój rządowy kontakt, to owierasz jemu w nowych kubotach, i mówisz, że jedyne co może, to może posprzątać.

    https://youtu.be/x7BtclKr5Jg?t=1m33s

  8. Ale komornik już widzi co masz na stopach i wie, że trafił na nie lada cwaniaczka.A Ty? Czy masz już swoje kuboty?

 

 

 

*artykuł sponsorowany przez „UBRANIA TANIO”, Bazar Różyckiego, pawilon numer 15.

JA JA JA 4

Oh, tak bardzo nie mam ochoty pisać tego korporacyjnego bełkotu!
„Najlepsze kampanie influencerskie roku 2017”, „Jak zarobić na youtube?”, „Czego chcą dziś milenialsi w mediach społecznościowych?”. Niby to wszystko ważne, niby też doraźne, skrojone odpowiednio do chwili i potrzeb, tych, którzy by chcieli zarabiać więcej, mieć więcej, być więcej, przeżywać więcej. Słowotoki korporacyjnego stylu: „fuzja”, „przetarg”, „kampania”, „influencer”, „ SEO”, „SEM”, „koneksja”, „CEO”,  i ja, skromny pisarczyk i piewca wielkich marek i ich jakże wielkich działań.
Tak jak kiedyś pisarze trudnili się posadami urzędniczymi, tak my dziś, oddajemy swoje ciała i dusze zamożnym korporacjom, które za te słowa, słowa, słowa, sklecone jakoś na siłę, są w stanie uszczknąć nam nieco ze swego bogactwa. Nudne to wszystko i pragmatyczne, bo dzisiaj chciałbym pisać tylko dla siebie i o sobie, przelewać zajawkę, myśli, przeżyć, taplać się w sosie własnym, i tak może, skromnie, rozjebać to wszystko na caly świat, do każdej biblioteki, księgarni, na każdy mur, aby tak każdy, w wolnej chwili mógł poczytać sobie mnie, bo przecież osobą jestem najbardziej na świecie fascynującą. I to niezmiernie ważne, co się wczoraj działo w tym mieszkaniu, i co mi się pomyślało dziś przy śniadaniu, i co zrobiłem dwa lata temu będąc na haju. Tak, to ważne, a te nowe technologie, te pieniądze to komu to potrzebne, jest, przecież z tego nie ma…

Mios Dios! Niczym się od tych korporacji nie różnimy!

Kurki i borowiki #opowiadanie

Siedziałem nad otwartym edytorem tekstowym i zastanawiałem się, co napisać. Niby dzieje się tyle niesamowitych rzeczy, i tyle jest historii dookoła, a ja ich słucham i dopowiadam swoje, ale jestem głupi, bo nie zapisuję tych cudzych, a i swoje niezbyt często.

Gdy tak siedziałem na twardym krześle, plując sobie w brodę, że swe powinności pisarza wykonuję niechlujnie i nie pełnoetatowo, ktoś zapukał do moich tarasowych drzwi. Tak, owszem, posiadam taras o imponujących rozmiarach 2×8 metrów, co daje oszałamiającą liczbę 16 metrów kwadratowych, w jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic Warszawy – Pradze Północ.

Pukanie rozległo się ponownie, a ja przepełniony ciekawością i lekkim przestrachem, któż to może być o godzinie 22:35 zbliżyłem się do okna. Uchyliłem papierowe żaluzje, lecz nikogo nie zastałem.

Z powrotem zasiadłem przy biurku i w tem pukanie rozległo się znów. Tym razem podbiegłem do okna kuchennego, które również wychodzi na taras, aby na gorącym uczynku przyłapać żartownisia. Jednak i tym razem nie ujrzałem nikogo, a pukanie o szybę nie ustawało. Wróciłem więc do pokoju i zaopatrzony w czerwony flamaster, którym zamierzałem skrzywdzić ewentualnego napastnika, mężnie otworzyłem tarasowe drzwi. Nikogo tam nie było, i kiedy już chciałem domykać okiennicę, by następnie zadzwonić do swojego przyjaciela Ema z prośbą o polecenie dobrego psychiatry, rozległ się piskliwy głos:

– Tu jestem frajerze, na dole!

Koło moich stóp przybranych w stylowe klapki Kubota stała salaterka z parującą zupą grzybową.

– Czy to pani mówiła, pani zupo?
– Nie jestem kurwa panią, tylko facetem, nie widzisz? – zabulgotała zupa
– Proszę wybaczyć, nie często widuje się zupy rodzaju męskiego.
– Nie przyszedłem tutaj na pogadanki o gender. Zresztą kurwa spójrz na siebie, jak ty kurwa sam wyglądasz.
– Przepraszam, ale jak w ogóle, żeś pan tu zapukał panie zupa grzybowa?
– Nie interesuj się, bo kociej mordy dostaniesz- zupa zawrzała a z jej bulgocącej tafli wyskoczył gorący kawałek borowika i wylądował na mojej białej skarpetce.
– Uważaj pan panie, z tym bulgotaniem, skarpetkie, żeś mnie pan pobrudził!
– Słuchaj młody, jest taka sprawa, nie miał byś może pieprzem trochę poratować?
– Czy nie można było tak od razu? Kulturalniej. Ależ oczywiście, że mam pieprz, proszę tu poczekać, zaraz przyniosę.

Skierowałem się do kuchni, z ulgą, że zupie chodziło tylko o pieprz, jednocześnie zastanawiając się jak mogła zapukać, skoro nie widziałem u niej żadnych członków. Ale może zapukała brzegiem salaterki, tak to było możliwe. Otwarłem szafkę i wśród naderwanych, niearomatycznych saszetek odnalazłem pieprz. Chciałbym kiedyś dorobić się plastykowego młynka i mieć pieprz świeżo mielony, ale póki co mam ważniejsze wydatki, jak papierosy i chleb. Kiedy wróciłem do pokoju, pan zupa grzybowa stał na moim łóżku i uśmiechał się bezczelnie. To znaczy, pływające w przeźroczystej salaterce grzyby, przybrały taką formę, że rydze tworzyły oczy a dwie kurki wstrętny, żółty, nikotynowy uśmiech.

– Hej, panie, uważaj pan! Zaraz się pan tu wylejesz, a to jest kurwa biała kołdra. I gdzie z tym brudnym spodem z dworu, dopiero, co no?
– Dobra, facet, masz ten pieprz? Weź mnie dosyp od góry, o tak, bo mnie strasznie suszy ziomek.
– Dobrze, ale potem pan sobie pójdzie tak?
– No a jak, po chuj mam tu siedzieć, patrzeć jak se konia walisz?
– Nie waliłem konia, tylko pisałem, to znaczy chciałem coś napisać.
– Ta, jasne, He He He, ja tu trochę dłużej pod tymi drzwiami stałem. Weź no mnie dosyp od góry, tak od serca.

Spięty zbliżyłem się do łóżka, modląc się aby pan zupa nie stracił równowagi. Poczułem parującą woń grzybów i sfermentowanego alkoholu. Ostrożnie rozwarłem saszetkę i zacząłem sypać, w pełnej koncentracji, aby nic nie uszczknąć na łóżko.

– O tak, o kurwa, o tak! Tak dobrze, dosyp jeszcze młody! O kurwa, tego mi było trzeba!
– Panie zupa, zaraz pan będziesz niezjadliwy, może już wystarczy?
– Weź mi nie pierdol, co tam jeszcze masz? Rozmaryn? Ziele angielskie? Lubczyk? Weź mnie to wszystko wpierdol młody. O! I liścia laurowego daj!
– Czy pan oby nie przesadzasz?
Odwróciłem się i zdecydowanym krokiem wszedłem do kuchni celem odnalezienia łyżki. Wysunąłem pierwszą od góry szufladę i wyjąłem jedyny sztuciec, niosący w dodatku ślady dawnych zacieków. Kiedy odwróciłem się, pan zupa stał na kancie kuchennego stołu. Żołądek stanął mi w gardle.

– Odłóż tę łyżkę, bo skoczę!
– Nie skacz pan, dzisiaj myłem podłogę!
– Odłóż łyżkę, powoli, tak abym widział twoje rączki. Dobrze, spokojnie… A teraz sięgnij po te przyprawy co je masz za sobą.

Ale ja nie zamierzałem, dać za wygraną, w ostatniej chwili odwinąłem się i wbiłem łyżkę w pana zupę. Krzyknął przeraźliwe i zakaszlał. Salaterka zatrzepotała chwilę na rogu stołu, po czym z impetem uderzyła o kremową posadzkę. Grzyby ułożyły się na kształt krzyża, a z bulgocącej, dogasającej masy dało się usłyszeć, ciche, coś jakby
–Ty skurwysynu…

O nie, ja już sprzątałem w tym tygodniu. Nie mam siły robić tego drugi raz. Wróciłem do pokoju, usiadłem na krześle, przed edytorem tekstu i zacząłem zastanawiać się o czym mogę napisać opowiadanie.

**

– Niezłe. A nie mogłeś po prostu napisać, że wróciłeś najebany  i się porzygałeś?
– Nie.

***

Podobało się? Polub Czarny Kajet na facebooku i obserwuj blog, zapisując się do newslettera w zakładce MENU.
https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

Dwutysięczniki (wiersz)

#tbt #Karpaty2015
Na nizinach zabijałem
i chłonąłem żniwa śmierci
dokładając swym pacnięciem muchę
do muszego tańca śmierci.

Im wyżej tym mniej do zabijania
trawa się strzeli do podeptania
kwiat niebieski do zerwania
mech zielony do spalania

Wyżej już tylko łyse głazy
i szczyt. chcę szczytu.

I teraz ja do podeptania
ja do spadania
do kostki złamania
wicher do przeziębiania
do ognisk mi zdmuchiwania
słońce do zanikania.

Wierch. sterta kamieni.
ale ja. TU. widzicie?
Nikt nie widzi. bo nikogo tu nie ma
tylko głazy kamienie porosty
wiatr ciszy
O! Orzeł! czarny przepiękny dryfuje z rozpostartymi skrzydłami w przestrzeni

tylko on i ja
świadkowie swej krótkiej wielkości
na wysokości. chwała.

Schodzę.
Urwiska zapraszają do spadania,
błoto do ześlizgiwania
tytoń do spalania

Nie nie skuszę się bo widzę zieleń w dole
trawę do odpoczywania
drzewa do się wspinania
kwiaty do powąchania

Schodzę.
bo to naprawdę duża góra
O! Oso! Coś zabrzęczała koło ucha!
Stałaś mi się teraz

najbliższą przyjaciółką.

***

Karpaty ukraińskie
wrzesień 2015

Trening punchy

Teksty podmiotu lirycznego. Czarnego Kajeta, bohatera „Bez przekazu”:

 

Napisałem w booku 47 k słów
ty w agencji siedem kejsów
Pocisz się kiedy masz napisać zdanie?
Postaw kropkę swej twórczości zanim kurwa zmienisz zdanie.
Oni piszą te albumy jakby były Biblią
wjeżdżam im z dżihadem #Koran, rozpierdalam Pismo

twe wysiłki słyszę nawet w bicie
z producentem przegięliście dawkę o nabitę

Raperem jesteś, ale na autotjunie. Flow?
wchodzi, jak ty w swą niunię – ona kurwa nic nie czuje

Kilku pozerów co się nazywa polszawskim rapem
ambasadorzy Velvet – wrzucają gówno na papier
młodzi to łykają jak muszle, pelikany
chciałem jechać nad morze, przez to teraz zmieniam plany

najarany jak komin EC Siekierki
nawijasz ile masz patyków? lepiej kurwa sprzątnij bierki

wydobyły się z Kajetu pancze
nie przeszkadzaj dziwko, z tobą jeszcze dziś zatańczę
znowu piszą do mnie ruda, blond i rozczochrana
możecie wpaść we trzy na kwadrat
odrzucam zbędne pytania
jestem mistrzem algorytmów jakbym się nazywał Wozniak
twoje osiedlowe kontakty – pani w sklepie i pani woźna

To się nie kończy jak energia atomowa
napromieniuje cię jak Hulka,
zzieleniejesz z zazdrości
łeb w glebie jak kapusta, już twoja w tym głowa

mógłbym cię wyburzać jak jebany pustostan
ale kule mam zajęte obracaniem klona Miley Cyrus
pozwalam ci – zostań
wejdę w ciebie jak strażak
ale jebnę tag na czole,

wjeżdża to w ciebie jak meta
kiedy lukniesz w lustro z nową dziarą to wykrzykniesz:

CE KA ? !

ALEJE 44 odc. 1

ALEJE 44 to moja pierwsza próba stworzenia dłuższego cyklu opowiadań/anegdot. Powstała 2 lata temu, we wrześniu 2015 roku, i liczy do tej pory 4 „odcinki”. Mieszkałem wtedy w powojennej kamienicy zlokalizowanej w samym sercu Warszawy – na Alejach Jerozolimskich, koło Rotundy. To było świetne, wielkie mieszkanie, odziedziczone przez ciotkę mojego kumpla po zmarłym redaktorze magazynu teatralnego (bodajże „Teatru”). Dysponowałem ogromnym i wysokim salonem, kilkoma obrazami, potężnym gdańskim biurkiem ozdobionym ołowiową figurką Małego Powstańca i widokiem na Aleje poprzez zasłaniający mi okno, szary, siatkowy baner.
Rozpoczynałem wtedy studia filologiczne i aby połączyć koniec z końcem sprzedawałem po znajomych zioło. Byłem kiepskim dilerem, za bardzo „schizoidalnym” jakby to określił Witkacy. Któregoś dnia mój hurtownik został zatrzymany przez policję i tak zakończyła się moja kariera w tej branży.  ALEJE 44 są zbiorem ludzi, wydarzeń, przemyśleń i fikcji tamtego okresu.
ALEJE 44 odc. 1

– To wszystko kurwa, sensu nie ma najmniejszego.
– Daj macha.
– Chciałbym nie palić zupełnie. Niczego już nigdy. Dłonie mam o 5 lat starsze. Czerwone jak cegła (wiesz skąd to tekst?), płuca smołą okryte, umysł rozproszony jak światło w pryzmacie.
– Ostatnio Aśka się porzygała na melanżu po mefixie.
– Czytam właśnie Eneidę. Przestać muszę bo mnie twórczo kastruje. Wiek przed Chrystusem, pisano podwaliny europejskiej kultury, umysły tak doskonałe jakich dziś już nie ma.
– Dasz mi dwójke w kredo?
– W kredo nie daję. Nie stać cię choć jesteś za legalem. Nie ćpaj wcale chciałbym ci powiedzieć, ale rozumiesz, że mi profesja na to nie pozwala – moralność, etyka dilera.
– No weź, kurwa myślisz, że ci nie oddam?
– Ta rozmowa, jest już zakończona. Zakończyła się nim się zaczęła. Nie ma już dróg między nami, nie ma słów, jest tylko to zielone gówno w srebrnej folii i wspomnienia, jak razem chodziliśmy do klasy 6c.

Wychodzi burczący, skryty w cieniach przedpokoju. Siema, siema, to nie ściema wcale, choć uraz pozostał niemy. Między tym co zostało powiedziane wprost i tym co między wersami, między machami tlącej się w pokoju zieleni. Znów sam. Na chwilę fizycznie, od lat dwóch metafizycznie, bez perspektyw na zmianę. Przez bogów opuszczony, bez filozofii i wartości jakiś większych, głębszych. Osamotniony człowiek w przepastnym Wszechświecie, to znaczy ja. Nie tylko ja, lecz ja ze świadomością. Nie tylko oni bez świadomości.
I znów się rozlega telefon, co niesie przyspieszony puls, już sam nie rozróżniam czy z nerwów czy ekscytacji łatwymi pieniędzmi. Tak jestem dostępny, tak jasne, wpadaj. Za 20 minut? Super. Znasz kod? Do zobaczenia.
Moja była, ta miłość co była, co się skończyła, uleciała, rozpierdoliła na drobne cząsteczki, odłamki pod moją i jej skórą. I tylko ten uśmiech, historia z facebooka, kroniki codzienności i relacje świadków naocznych dowodzić mogą, że jakaś miłość istniała tam, gdzieś, kiedyś faktycznie między dwójką ludzi. Teraz zależność się zmieniła. Bo ona ćpa a ja jej sprzedają i to raczej wrogość pod płaszczykiem przyjaźni jest niż miłość, choćby to słowo różnie interpretować.

Mija pięć minut i telefon rozlega się kolejny, od G. To oznacza, że dziś zarobię, a potem zaspokoję rządzę niepamięci, oderwania się i czucia przez chwilę jakbym był bogaty. Elość morda. Za kwadrans? okej.
Aż w końcu ta się zjawia, persona trzecia, bliżej mi nieznana o blond włosach, kolczyku w ustach i w metryce mająca lat co najmniej osiemnaście. Cześć. Buzi. (Wietrzę pokój) Rozmowę prowadzę nad wyraz swobodnie zza przeciwsłonecznych okularów. Choć jest listopad a słońca nie widziano w tym mieście od dawna. Czego się napijesz, zjesz? Pierwszy raz u mnie jest i to co dostrzega w mieszkaniu, którego okna z jednej strony padają na Jerozolimskie Aleje, z drugiej strony na ulicę Widok, mieszkania, którego ściany zdobią obrazy, teatralne plakaty z lat Gomułki, biurko gdańskie i gramofon dostrzega jedynie, że pachnie tu starym człowiekiem. Tak, był tu taki jeden. Widzisz, w tym regale są książki, które napisał, ale masz rację był stary. Tak stary, że już go nie ma.

Więc tylko YOLO, buzi, buzi, ręka pod bluzkę i nic się nie liczy. Prócz hajsu co właśnie dzwoni domofonem. Przepraszam więc kolczyk na ustach, każę zostać w pokoju numer 3 i kieruję kroki ku kuchni, gdzie w lodówce ktoś ciekawski znalazłby keczap pudliszki, ser pleśniowy i pudełko po cukierkach. Z pudełka wyjmuję cztery gramy marihuany, rozdzielam na dwa zawiniątka, za pomocą wagi jubilerskiej zakupionej na ulicy Ząbkowskiej (jest paragon!).

Jestem dilerem uczciwym, bo ułudę doznań odmierzam równo co do liczb dziesiętnych. Folia aluminiowa, bo samary to przypał w razie wjazdu organów porządkowych i pakuję już i już schodzę z ta odrobiną adrenaliny, bo zejście każde może okazać się ostatnim. ,,Widzimy go” – szepce w windzie umysł, imaginując obrazy policjantów, furgonetek, lornetek i wymówek na komendzie. Zaimplikowane wizje wyobraźni dilera, nieodłączne jak słońce, które zaćmił DZIŚ* księżyc.
Czeka ziom, idzie Ona. I z każdym z nich chciałbym porozmawiać bardziej, niż z tą co czeka na górze całego procederu nieświadoma, lecz sytuacja liryczna wyklucza takie możliwości. Więc tylko szybkie powitania, znaczące uściski dłoni, wymiana walut. Się żyje, co S.? – zanuca ziom z uśmiechem i jest to uśmiech z tych szczerych, aprobujących. Ona znaczącego nic nie mówi, ja tylko byśmy się kiedyś spotkali co się do DZISIAJ od tamtej pory nie wydarzyło.
Bogatszy o złotych sto, zarobionych w minut pięć, stresów, myśli tysiące, wracam na górę schodami, z ego wybrukowanym marmurowymi kafelkami.
Czeka na kanapie, tam gdzie ją zostawiłem jak psa, bo niczym więcej nie jest, jak tylko psem do głaskania i posuwania, choć to może nie najlepsza katachreza. Wracamy do zajęć porzuconych, ona nie pyta o nic, więc dłoń pod koszulką mocuje się ze stanikiem, druga z guzikiem w dżinsach. Wargi łączą się w chaotycznym tańcu, obcych sobie ludzi, lecz soki organizmów na stopnie pokrewieństwa zdają się nie zwracać uwagi. Gdy już naga cała pod swetrem leży tak bezbronnie na białym prześcieradle, to chcę jej skosztować choć już nie raz, nie dwa się na tym przejechałem posunięciu. I tu do trzech razy sztuka. Choć to nas wyrzuca z całej opowieści, to jednak dygresja warta zanotowania.

Kobiety szanowne, proszę Was bardzo w imieniu męskiej populacji: myjcie cipy! Tak, myjcie je zawsze a już zwłaszcza wtedy, gdy na procent choćby pięćdziesiąt możecie przypuszczać, że ktoś ich wkrótce dotknie ustami, wrażliwymi jak łechtaczka na bodźce kubkami smakowymi, czerwonego języka!

Biorę więc gryza tej cipy oszczanej a fiut, strzegąc chyba godności, odmawia chwilowo współpracy. Kładę się więc obok i całuję tę blond w usta by posmakowała siebie, by się dowiedziała jak paskudnie smakuje i cierpiała razem ze mną. Ona, one. Zawsze udają, że nie wiedzą o co chodzi, i wkładają ten jęzor, bezmyślnie, jakby nigdy nic, jakby się delektowały lodem z mcdonalda. Zabiera się osiemnastka do robienia laski i tu kolejne moje niewidoczne odruchy zażenowania, jak się trudzi, jak się dusi i kaszle a ledwo co połknęła napleta. Ciągnie nieudolnie, doi mnie jak krowę, jak to pewnie robiła rok wstecz nim przyjechała do Warszawy. Czekam więc chwilę by jej nie robić przykrości, coś tam nawet wzdechnę, aż w końcu łapię za włosy, patrzę głęboko w te oczy krowie, co się odbijają blaskiem mych źrenic i sadzam ją na sobie. Oh, ciasna jak metro Świętokrzyska. Już mnie znudził ten wątek. To nie pisemko erotyczne jest, więc każdy niech sobie dopowie jak to dalej po wsadzeniu jest.
Palimy potem papierosy, ona się tuli łapczywie i pyta czy status może zmieniać na facebooku. Ja mówię, że zaraz muszę wychodzić, i że słuchałem ostatnio fajnego rapu, wiesz PRO8L3M taka grupa, trupa, dupa. Ubieram się pierwszy, odprowadzam przed kamienicę i pytam gdzie idzie, ona tam, a to wiesz? ja w przeciwną akurat, no cóż, fajnie było, musimy to powtórzyć! Odchodzę kawałek i wracam wstukać, dobrze znany kod, gdy jej już na horyzoncie nie ma. Na SMSy od niej nie odpisuję już nigdy.

* DZIŚ – w dniu, w którym to pisałem było zaćmienie Słońca


rysunek: Phil Ostojski http://faser175.tumblr.com/

Chcesz przeczytać kolejny odcinek? Polajkuj ten post i pokaż go znajomym! Zostaw mi także znak w komentarzu, czy Ci się podobało, czy też było zupełnie obleśne!

Śledź mój profil na fb: https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

#czarnykajet #elo

Homo Polacus Feriae

Czyta: Krystyna Czubówna

Homo Polacus Feriae budzi się wcześnie, wraz z pierwszym blaskiem świtu i odbiciem wczorajszego trunku zwanego „browarkiem”. W jego letniej, tymczasowej izbie następuje poruszenie.
– Schodzimy na śniadanie! – krzyk głodnego samca przebudza dorodną samicę i potomstwo.
– Tato, musimy? – szczebiocą pisklęta otwierając zapyziałe pyszczki, decyzja jednak została już podjęta. Ich żołądki wkrótce napełnią się bułkami i przetworami mięsnymi.
Punktualnie o godzinie 7.55 kompletne, wydające specyficzny zapach bojowy, stado zmierza ku żerowisku zwanym „stołówką”. Tam krzątający się w pośpiechu słudzy bez twarzy i imion, znoszą już sterty jadła i darów, które wkrótce zostaną pożarte przez wygłodniałe stada Homo Poolacus Feriae.

Nie po to pracowali cały rok aby wypoczywać w wakacje. „Chcemy złapać jak najwięcej słońca” orzeka samiec i jako pierwszy zbliża się do wodopoju z kawą, herbatą i sokiem pomarańczowym, sprawdzając jednocześnie czy młodym nie grozi niebezpieczeństwo. Teren jest bezpieczny. Inne Polacusy nie zeszły jeszcze na żer, dziś będą musiały zadowolić się resztkami jadła.

Stado, w pierwszej kolejności sięga po białe pieczywo i parówki – przysmak i główny element diety młodych, bogaty w niezbędne dla ich prawidłowego rozwoju witaminy i minerały: fosforany, cytryniany, azotan sodu, tłuszcz wieprzowy oraz przeciwutleniacze.
Kiedy Polacusy napełnią półmiski zasiadają przy stole w absolutnym milczeniu, po to aby nie zwabić na żerowisko pobliskich drapieżników: hirundinidae, chroicocephalus ridibundus, oraz chiroptera. Potomstwo w razie wydawania pisków jest natychmiastowo uciszane.
– Macie tylko jeść i nic więcej! – szepce samiec a w głosie jego czuć nutę groźby. Jeśli do głosu dopuszczana jest samica, to tylko w celu dalszego upominania potomstwa, aby „jadło ładnie” a na plaży „nie sypało piaskiem” – jest to bowiem bardzo groźne.
Polacusy przyjmują zatem miny pełne dostojeństwa i powagi, tak by jak najlepiej zamaskować dręczącą ich niechęć prowadzenia konwersacji.

Konsumują długo, jednak ich apetyt nigdy nie zostaje zaspokojony. Samiec ponownie zbliża się do stołu i otwierając podręczny ekwipunek zwany „torbą żulówką” marki BOSS zaczyna pakować do niej bułki, opakowania z dżemem i masłem a także szynkę konserwową – niezbędną do dalszego przetrwania ośmiu godzin na plaży. Jest to moment bardzo niebezpieczny bowiem Polacus może zostać przyłapany i zaatakowany przez Sługę, który wymusi od niego oddanie zdobyczy.
Zdekonspirowany Polacus odniósłby wtedy porażkę w oczach stada. Ta jednak grupa ma za sobą lata doświadczenia o czym świadczą niezdrowy wygląd cery i przebiegłość samicy: jednym ruchem przywołuje Sługę pod wymyślonym pretekstem, tymczasem Samiec zgrabnym ruchem kończy polowanie, wrzuca ostatni dżem wiśniowy do torby i oddala się obojętnym krokiem w stronę podwórza. Za nim, w milczeniu podążają młode.

Stado odniosło sukces, ale na jego drodze w ciągu tego dnia czyha jeszcze wiele niebezpieczeństw.

***
Chcesz wiedzieć jakich? Polub ten post i udostępnij go znajomym! Jeśli dotrze do 300 osób dowiesz się jak wygląda popołudnie nadmorskiego przedstawiciela Homo Polacus.

polub moją stronę na facebooku: https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

*Ten post ma na celu: po pierwsze rozbawić czytelnika, po drugie obrazić osoby prezentujące powyższe zachowania.
** Nad Bałtykiem oprócz Homo Polacus Feriaes poznałem masę fajnych Polaków, rodzin z dzieciakami, od których emanowała miłość, radość i kultura. Niech będzie nas coraz więcej! 
#czarnykajet #czarnykajet.wordpress.com

Statusy na fejsie – co naprawdę oznaczają?

 

1. „Kto mnie podwiezie na lotnisko? Płacę złotem!” – Mógłbym zamówić taksówkę, ale chcę się pochwalić, że będę leciał samolotem.

2. „Kto mnie zabierze na piwko? :>” – Jestem napalona, może coś z tego wyjdzie.
3. SHARE: „Mamy do rozdania 5 ferrari…” – Jestem debliem lub 13-latkiem
4. Notoryczne SHARE: Treści polityczne, bez komentarza – To mój prywatny kanał propagandowy, każdy kto się nie zgadza, staje się moim wrogiem i wrogiem ideałów, o które walczę!
5. „Jestem taka gruba” – Napiszcie mi, że wcale nie.
6. Półnagie fotki – Oczu i fiutów nie macie? Zerżnijcie mnie wreszcie!
7. Ciągłe statusy o pracy – Bez pieniędzy byłbym nikim
8. Randomowe treści „artystyczne” – Jestem nie tylko ładna, ale i nieprzeciętnie mądra.
9. Zdjęcie z teatru – To ten jeden dzień w roku, w którym założyłem garnitur.
10. Siłka, siłka, siłka – Hej dziewczyny, patrzcie na te bice!
11. SHARE teledysków, które zwykle dostają 3 lajki – Czuję się dokładnie tak jak podmiot liryczny, przetłumacz sobie z angielskiego i to rozkmiń idioto!
12. „Gdzie można dobrze zjeść w Gdańsku?” – W końcu, po raz pierwszy od roku wyrwałam się z Warszawy na te parę dni.
13. „Uuu najba z……” – ostatnio piję trochę za często.
14. Wiersze/proza/pomysłowe statuty – nie mam gdzie publikować, więc robię to na fejsie.

edit punktu 14.: teraz już mam