Tagi rap

13 postów

Na oceanie bragga – ERO ELWIS PICASSO RECENZJA

Na oceanie bragga – ERO ELWIS PICASSO RECENZJA

Wraz z początkiem jesieni wysyp hiphopowych płyt od dawna oczekiwanych: mamy Pezeta, który wrócił po siedmiu latach bez krążka, mamy Peję i Magierę, jest i nowy Bisz, jest i w końcu on, debiutant na liście, choć znany dobrze jak wrzuty JWP na warszawskich murach – ERO.

Przyznam, że debiutancką płytę warszawskiego rapera obrałem za cel recenzji, nie dlatego, że kierują mną jakieś szczególne względy. Po prostu miała swoją premierę 4 października, przesłuchałem ją solennie odkąd wjechała na Spotify* i tym samym, kontynuuje ona rwany jak porysowany cedek cykl rapowych recenzji na CZARKAJ.com

Spośród wymienionych wyżej zawodników branie na świecznik nowego dziecka ERO, jest z perspektywy recenzenta zajęciem najbardziej ryzykownym. Wszak poza Włodim, mało kto może poszczycić się takim gronem zaangażowanych fanów jak właściciel Serum. Niemniej, wjeżdżam z tym jak na yard, niepomny ryzyka.

Jak poznałem ERO?

W tym temacie, Erosa „poznałem osobiście” w 2012 roku, nie wiedząc jednak… że to on. Miałem wtedy 19 lat, prowadziłem wypożyczalnię i sklep z deskami w Wilanowie i upatrzyłem sobie w lookbooku nerkę marki Turbokolor, którą koniecznie chciałem mieć.

Nera dzisiaj, zajechana jak alkoholika

Sprawdziłem, więc najbliższe punkty dystrybucji i na deseczce, któregoś ranka, podjechałem pod służewiecki Land. Było jakoś po 10:00, wedle rozpiski sklep powinien był być już otwarty od piętnastu minut, a tymczasem było w nim ciemno jak w majtkach Azeali Banks. Minęło kilka chwil, na parking zajechała dudniąca basem fura, a z niej wypadło kilku przeszczęśliwych gości z browarkami w dłoniach. „Siema, siema!”, otworzyli sklep, a ja wbiłem po nerę spragniony jak złodziej organów. Był to pierwszy raz, kiedy odwiedziłem Serum, bo choć na Służewiu się urodziłem i wychowywałem przez pierwsze 15 lat życia, to dalsze perypetie skierowały mnie na Wilanów, i tam bazowałem bardziej na rewirach a’la sadybowskich.

W każdym razie, byłem zajarany klimatem i asortymentem; wtedy w LONG TRIPIE, dystrybuowaliśmy prócz desek ciuchy Stforky i Roxy, a także wypuściliśmy własne oksy. Instynkt biznesmena działał, więc płacąc już przy kasie, przy której siedział wygrzany jeszcze Ero, zacząłem mu nawijać o kolabo i o tym, że przy nas mogliby skorzystać wizerunkowo. Zdisowałem ich słabą promocję, o której nie miałem pojęcia, i zacząłem chwalić się tysiącem fanów na fejsie. Na co raper wyciągnął telefon i pokazał mi 7 tysięcy (bodajże wtedy) fanów Serum. Wyszedłem skonfundowany i jeszcze trochę czasu upłynęło zanim rozkminiłem, że deliberowałem sobie z legendą.

Od tamtej pory byłem bodaj na trzech występach JWP, ostatnio w sierpniu, a twórczość Jaśnie Wielmożnych Panów, choć nigdy nie trafiała do mnie stuprocentowo, to jednak zaczęła bujać i ujmować swą autentycznością.

KIEDY WCHODZI

Solowy album Erosa „Elwis Picasso” (dla niekumatych: Elwis od znanego piosenkarza, Pisacco, od malarza, albowiem ERO czynnie zajmuje się także graffiti) to przede wszystkim kawał solidnego, ale i dobrze już znanego bragga. Poczynając od „Intra”, które podkreśla oczekiwania słuchaczy związane z wydaniem solowego albumu, przez numer o znamiennym tytule „Ja”, bielański raper prezentuje to w czym czuje się najlepiej: bragaddocio. Pod charakterystyczne dla ekipy JWP, oldskulowe, zadziorne bity lecą płynnie kolejne zwrotki o nieprzeciętnych umiejętnościach rapera, jego unikatowym stylu oraz intelekcie:

Muzykę miasta tu tworzę jak Ewenement
 Jakbym nie dał im jej fanom mieliby delirium tremens
 I to żadne terefere, pcham rapsy szczere w teren
 I choć ostro ryje beret, ty szanujesz mój intelekt

Na wstępie robi to mocne wrażenie. Potem otrzymujemy, promowany singlem z teledyskiem numer ze Skipem „Nie mogę przestać” gdzie młody członek Mięthy, czaruje swoimi zdolnościami wokalnymi. Szkoda, tylko że nie znalazło się miejsce na jego zwrotkę, a też refren:

Nie o taki rap walczyłem ja
 Włożyłem czas byś miał to zepsuć
 Na szczęście jestem ja

w ustach dwudziestolatka, brzmi nazbyt buńczucznie, choć chyba Skip jest tutaj tylko dźwięczniejszym przedłużeniem myśli Erosa.

Wszystko fajnie, a dalej… no właśnie, dalej jest już bardzo podobnie, właściwie jednostajnie. Treści następnych numerów, bitów, flow, mieszają się w jeden utwór o tym samym – afirmacji siebie, swej rapowej pozycji i scenie (w ogóle słowo „rap” pada tu chyba w każdym numerze, odmienione przez wszystkie przypadki).

Znamienne są już same tytułu numerów: To jest styl, To jest koniec, Kiedy wchodzę, Rzeźnik, Ero robi to w czym czuje się najlepiej – jest sobą. I chwała mu za to!

Niemniej, paradoksalnie przez to, album sprawia wrażenie bardzo sterylnego. Jakby bytowanie rapera ograniczało się w tym czasie jedynie do nagrywania w studio. Brak tu wyjścia na ulicę, konfrontacji ze światem, jakichkolwiek wątpliwości czy życiowych rozkmin. Poza ten schemat wychodzą tylko dwa numery, które są jak wyspy na oceanie wzburzonego bragga: Piątek trzynastego z PIHEM, który relacjonuje dobrze znaną wszystkim malenżownikom Dżumę,  oraz Dzisiaj Jutro Będzie Wczoraj z JWP i Tomsonem zawierające to, co zwiemy powszechnie „przekazem”. Tutaj, bardzo pozytywnym.

Na uznanie zasługuje klip do utworu „Przerwa techniczna”, nakręcony z filmowym sznytem przez ekipę letemknowsequence, ciekawie wybijający się na tle tego, co prezentuje dzisiaj, polska scena.

Reasumując krążek Ero „Elwis Picasso” to solidna propozycja dla tych, którzy znają i cenią styl bielańskiego zawodnika. Produkcja jakby zatrzymana w czasie złotego rozwoju hip hopu, jest trudna do jednoznacznej oceny. Bo jeśli mamy na sprawę patrzeć synchronicznie i zestawiać ją ze współczesnymi produkcjami, to orbituje ona wokół zupełnie innych rewirów. Za to w kategorii trueschoolu i siarczystego bragga robi swoją robotę dokładnie tak jak powinna.

Autentyczny materiał dla fanów oldschoolowych brzmień.

  • Po to płacę za legalny streaming, aby nie być moralnie zobligowanym do kupowania płyt.

 

Kończy się mordowanie, zaczyna się byczenie.

Mordo i byku zbijają grabę

Nowsze pokolenie i periodyczne odświeżanie słownika o zwroty bezpośrednie zatoczyło kolejne koło. O ile kiedyś popularne było zwracanie się do kogoś per „przyjacielu”, wulgarniej, dystansując „typie”, potem długo królował „ziom” a.k.a. „ziomal” to niezaprzeczalnym hitem ostatnich dwóch lat jest „Morda”.

Morda, mordeczka, mordziunia umożliwiająca przeprowadzanie całych nieomal konwersacji:

– Mordo, mordo, mordo…

– Łe kurwa, mordo, mordo.

– Ale mordo!

– Mordziasto.

– No mordo.

Bardzo familiarny sposób, jakże zbliżający dwóch mężczyzn do siebie, akcentujący to, co w odbiorze drugiego człowieka jest najważniejsze – twarz. Ale dziś ciało zaczynać być nad twarz przekładane.

Czy to pokłosie kilkuletniej już mody na siłkę i jakiejś globalnej mutacji męskich (i kobiecych, ale to temat na inny tekst) ciał, czy influencje rapowe, zapewne jedno i drugie. Oto proszę Państwa nadchodzi: BYK.

Siema byku, trochę mnie tu nie było
Zwiedzałem świat z moją muzą”

Byk jest spoko, byk jest zły, byk ma bardzo ostre kły. Wszystko z nim w porządku, o ile ktoś sobie na order Byka zasłużył, bądź też jego ciało jakkolwiek może bycze przypominać. Ale robi się dziwnie kiedy określenie tym zaczynają się obdarzać swobodnie nawet internauci nie widzący nigdy nawet drugiego „Byka” na oczy.

„Morda” parała pijacką sympatią, ale „Byk” to już wyraz szacunku, którym nie powinno się chyba obrzucać byle kogo. Co to za bykowatość skoro Bykiem jest twój wieloletni przyjaciel, a potem koleś, którego raz na miesiąc widujesz na siłce. Przypomnijmy, że Zeus porwał Europę pod postacią Byka. Czy to już niezbyt przesadzone tak każdego brać za rogi?

Kolejnym przejawem walk o parującą męskość jest zbijanie szerokich, sierpowych GRAB przez gości noszących rurki i afiszujących się zimą nagością swych kostek. Wiecie o co chodzi, ten rodzaj graby, po którego poprawnym wykonaniu następuje odpowiednie „klaśnięcie” i obopólna satysfakcja. Nic nie mam do grabienia, sam się tak czasem witam. Ale z przyjaciółmi, kumplami, dawno nie widzianymi, taka graba to nawet czasem zaproszenie do męskiego uścisku, poklepanie po plecach Mordo-BYKA dawno niewidzianego. Ostatnio jednak bywam świadkiem sytuacji, w których graby są zbijane przez facetów mijających się na przystanku czy stacji kolejowej. Jeden idzie, spotyka grupę jakiś znajomych i bez słowa zbija im trzy obszerne graby, po czym nie zatrzymując się nawet na sekundę spieszy się dalej. Czy tak się objawia szacunek? Czy byłoby lepiej gdyby przy każdym klaśnięciu wyrzekł sakramentalnie: „byku…”

Po co? Po cóż ta cała pseudo-familiarność męski rodzie? Czy nie powinno być tak, że wyrazami sympatii obdarzamy tych, których lubimy/kochamy naprawdę, którzy są nam bliscy? A z pozostałymi samcami się kujemy, walczymy o dominację liryką i ciałem?!

Nie! Dziś te całe „BYCZENIE” i „GRABIENIE” stanowią wyraz tego co utracone, tęsknoty za prawdziwą solidarnością i przyjaźnią, tęsknoty za rozproszoną w sklepowych witrynach męskością. W moich oczach ten kto nadmiernie Byczy i Grabi sam pragnie być przez wszystkich Byczonym i Grabionym. A taki jegomość w gruncie rzeczy mocno jest niepewny siebie. „Nie bądź jak agentura zbytnio towarzyski. Bądź bliski dla bliskich”. Byczenie i grabienie ogranicz MORDO do swojej farmy.

TURBOT

Dzień, rozpoczęty notabene obiecująco, bo już o godzinie 8.00, z jedynie lekkim, półgodzinnym zaspaniem zatruł mi turbot z zamrażarki.

Dzień o potencjale rosnącym – rozpoczęty anapaną (zarówno wczoraj jak i dziś ostatnia myśl medytacji nie tyczyła się odczucia ciepła lub wyładowanie na wąsie, a którejś z dawnych kobiet, czy może precyzyjniej mówiąc *********), przez kawę zbożową marki Inka (którą wczoraj mi obrzydził nieergonomiczny [strasznie trudno się z nim poruszało; obok niego] Em. informując, że inkę podają na Kolskiej „taką zimną i ohydną nad ranem” [nie wiem skąd to wiedział]. Coś co do tej pory kojarzyłem jedynie z czystą atmosferą Dziadowieckiej kuchni Dhamma Pallavy, Em. musiał mi zohydzić wizją alkoholowej degradacji)

A potem decyzja szybka, w ułamku sekundy – na śniadanie zamiast owsianki zjem gnocchi. Wtedy też konstatując, że skoro gnocchi na śniadanie, to już nie na obiad, postanowiłem rozmrozić turbota. Jacek przywiózł znad morza chyba z 10 kg. Jestem przekonany, że podróż ta odbyła się z wszelkimi uchybieniami względem sanepidowskich norm przewozu żywności. Jedynie domniemany mróz lub temperatury lekko powyżej zera panujące na pace opla vivaro mogły działać na korzyć rozmrażającej się ryby.

Owszem, 2 tygodnie temu prezentowała się jeszcze całkiem nieźle, o ile wielka, zbita, różowa kula rybich, trójkątnych tusz może wyglądać nieźle. Turboty są tak zmrożone, że niemożliwością jest oddzielać je we właściwych kawałkach; zbita masa różowości może być cięta na wskroś bez zważania na to, gdzie przebiegają naturalne granice ości i kręgosłupów. Może być, ale nie tnę, bo rwanie mięsistych tkanek zamrożonych zbyt ohydne mi się wydaje. Szukam, więc tusz samotnych, odrzuconych od beznamiętnego, a twardego stada kuli, coś jakby dusz odepchniętych od społeczeństwa. Szukam ich i podaję im pomocną dłoń. Oferuję rozgrzanie, uwagę, trochę przypraw. Najważniejsze: sprawiam, że znów mogą stać się przydatne, przysłużyć się komuś – wyższej sprawie. Sprawie mojego żołądka.

Znajduję samotne, poza nawiasem folii, wygięte tuszyczki. Jedna ma na sobie szron, druga jakby – płatki śniegu.

Wyciągam wspaniałomyślnie dłoń i wtedy już czuję ich swąd. Nie powinny śmierdzieć skoro są w głębokiej hibernacji. Może to tylko zapach. Tak, zapach.

Zbliżam turbota, czy raczej to co z niego zostało pod drżący jeszcze anapaną nos i wtedy, i wtedy robię: „łue, łue e ehk!”.

A mimo wszystko kładę to na talerz, obok drugiego trupa i wkładam na górną półkę lodówki. Tak dziś wielka jest we mnie chęć pomocy bliźnim i darmowego napełnienia żołądka.

Staję się jednocześnie oprawcą i ofiarą, przedmiotem i podmiotem, mecenasem, beneficjentem.

* ostatecznie obiad skończył się na pizzy

notowane pierwotnie w Czarny Kajet FALL 2018

 

 

Nad morze przyjechał do mnie PeKa. Już dawno gadał mi o leku, który podkrada ojcu, (co swoją drogą uznaję za dość żałosne), i który to lek zaaplikowany przed snem wywołuje u niego doznania narkotyczne. Lek nazywa się "Na sen" (jeśli czyta to przedstawiciel koncernu farmaceutycznego, to nie mam nic przeciwko by ten product placement był komercyjny), a jego substancją czynną jest zolpidem. PeKa. z namaszczeniem wręczył mi nadwyrężony mocno blister leku NA SEN (widzicie jak ładnie lokuję? #SEO) i polecił połknąć jedną tabletkę. Wobec osaczającej mnie nudy uczyniłem to bez wahania. Połknąłbym nawet drugą i trzecią, byle przerwać nadmorską chandrę i durnodźwięki kapiące z telewizora. Połknąłem i czekałem ku uciesze PeKa - (zawsze go to bawi, kiedy się ućpię czy upiję, a że robię to coraz rzadziej, okazja była na swój sposób wyjątkowa.) 
Cała zabawa z zolpidemem (lekiem NA SEN - co na sen, ratunku nie mogę zasnąć, leki bez recepty na sen, na sen, problemy z zasypianiem)  polega na tym by go połknąć, ale NIE IŚĆ SPAĆ. Oczy mieć szeroko otwarte, umysł w trzeźwości i czekać. Czekać na stojąco, lub siedząco, ale na pewno nie leżąco. Po 20-30 minutach zopldiem zaczyna ujawniać swą dziwaczną moc, czyniąć świat i naszą świadomość miejscem onirycznym. Trudno opisać jego działanie, szczególnie, że przy końcu lek odbiera pamięć. Ostatnie co pamiętasz, to spadanie na otwartą klapę laptopa grającego Nicki Minaj. 
Stojąc w straceńczej służbie literatury, kontynuując dziedzictwo wszystkich pisarzy zażywających, niepraktykujących, postanowiłem PISAĆ i przekazać wam Niewdzięcznym (to nie do pana, panie przedstawicielu koncernu farmaceutycznego) okruchy zolpidemowej świadomości. PISAĆ i NAPISAĆ. Wyszło opowiadanie. Słowa wylewały po miękkich zagonach pościeli tworząc sensowne gramatycznie zdania. Zapewniam, że są one też złożone semantycznie. 
Kiedy dałem "Kopułę" do przeczytania Jerzemu (53 l.) powiedział: "nic z tego nie zrozumiałem". 
Nie dziwię mu się. 
Jest to bowiem opowiadanie wymagające od Czytelnika ufności i wnikliwości, a na te trudno dziś sobie pozwolić. 
Pozostawiam to jednak Twojemu osądowi.

KOPUŁA

Pierwszy dzień lata 2028 roku rozpoczął się drugiego kwietnia. Drugiego, bo pierwszego nikt nie zrobił żartu spektakularnego, ani jakiegokolwiek w ogóle. Nie pamiętam by zrobił, a więc nie zrobił. JA też nie zrobiłem, a więc współwinny się czuję napędu koła w osi posthipsterskiego-korpo marazmu, koła toczącego to miasto.

Warszawa jest wedle naocznych świadków – znajomych operatorów dronów, kręcących reklamy reklam, w kształcie wielkiego dysku. Axis Mundi dysku wyznacza Pałac Kultury, a pomniejszym axis tym bardziej pragmatycznym, tym bardziej „zejdźmy z chmur na ziemię i skilujemy deadline” jest siedziba firmy „DronSons”.

Te dwa punkty: PKiN oraz „DronSons” mieszczące się w kamienicy na Mokotowie, tuż obok McDonalda stanowią dla Ksawerego – droniarza – oś współrzędnych x i y, południk i równoleżnik, terytoria jego działań jakim jest dysk. Dysk Warszawa. Pokryty białą kopułą spermy, koksu i mąki z kajzerek. Zespojony solidnie sylikonem i niby to wyraźnie, a niby nie (tak, że łatwo zapomnieć) rzuca na Warszawę cień. Cień przytulnej ignorancji.

Modlitwa do Kopuły:

O Wielka Kopuło! Złożono ze spermy, amfy, jajek i kruszonek udziel nam, chroń nas, zyszczyj nam, racz się jaczy wola Twoja, jako w Kopule tak i na Ziemi, chroń nas o Kopuło! Nocą, o świcie! Chroń nas od innego złego, bo swego mamy już w kurwę. Chroń nas i jeśli woja Twoja to zyszcij nam coś spuści na stock. Ale niech cię od złego pokuszonego nietentego, jego jimię folołowane, zbaw nas, zbaw! na wieki, wieków. Cola.

Ksawery co dwa dni zmawia modlitwę do Kopuły, by mu się życie nie zwaliło na łeb. Przed każdym wyruszeniem na kręcenie reklamy, a później making-offa reklamy odmawia ją solennie. Nakazuje mu to przełożony i regulamin „DronSons” uaktualniony o nową „politykę prywatności”.

Polityka prywatności zmienia się często, bo chodzi w niej o utrzymanie prywatności, a ta ze swej natury nie powinna być przecież dobrze znana, czy publiczna. Publiczna prywatność? Dziś nawet oksymorony nie prowokują różowych, śliskich, łakomych ust Wielkich Pożeraczy Gówna. Gówno się stało tak powszechne, że jego zapach mało ich nęci. Co to za gówno, z którego wszyscy są zadowoleni, bo je pakują dzieci w bąbelkowe folie i ładne, jednorazowe kartoniki. Gówno, które mają za uszami wszyscy, nie może być już „gównem” dłużej nazywane! O teraz nazwiemy toooo…. „produktem”! eureka! Nowe gów… to znaczy … pprpodukt, produkt w aptekach!! PRODUKT w sklepach, marketach, szaletach….

PRO D U KT JEST WSZĘDZIE! PRZYJDZIE TEŻ W NOCY I CIĘ ZJE!!!!!

Jak go nie kupisz. Ale kupisz, tak? ?

– Ksawery jak twój start?

– Już już, Pani Tolo, rozkręcam śmigiełko i lecimy w niebololo!

– Ksszz kszzzz, wiem, że to ksz ksszzz, niepoprawnie w pracy, ale ksz kszksz, mógłbyś tak dziś pszybować ze mno na kolacji?

– Nie wiem ksz ksz czym dobrze odebrał Pani Tolo. Chce pani, żebym pani przywiózł tym kolację?

– Nie nie, ksz ksz, ja chcę Ksawerku cobyś mi ją zjędli razem. Drona zostaw u kolegów.

– Ale Pani Tolo, ksz, ja jestem operatorem, pilotem teo drona! Pani widzi jakie mam poważne skórzane rękawiczki i tu fsiu, bdźiu, niebieskie guziczki? To jest moje narzędzie pracy.

– Masz także inne kszksz narzędzia Kszksz. I twoim męskim obowiązkiem jest z nich korzystać. Pogadamy jak wylądujesz, a teraz skup się na celu żołnierzu, co widzisz?!

– Pani Tolu, za pośrednictwem swych gogli VR i kamerki nabrzusznej widzę plan reklamowy. Wielką ksz reklamę, wielkiego produktu. Over. Kszsz

– Co to za produkt Ksawery? kszksz. Czy uda ci się podlecieć bliżej i strzelić mu pack shota? Kszsz. Over

– Zdaje się, że to ksz zupełnie nowy i rewolucyjny płyn do prania tapicerek „Klinex”. Ma… o Kopuło Najbielsza… ma nowe aktywne składniki piorące i mikrogranulki, a do tego… o ksz sz.. świąteczny zapach cynamonu. Over! KszKSz

– Musimy to mieć Ksawery. Kszsz. Spróbuj podlecieć tak, aby reklama i produkt się nie wystraszyły. Postaraj się nagrać prezenterkę porównującą „Klinex” do zwykłego, wiodącego producenta płynów do prania tapicerek. Over!

– Kszsz, mam to. Narzucam czarno-biały filtr na Zwykłego Wiodącego Producenta.

– Doskonale… kszsz

– Czy dodać cyfrową wizualizację ukazującą moc nowych aktywnych składników piorących i mikrogranulek? Over!

– O Boże Ksawery, jak tu cię nie kochać. Spotkajmy się po pracy. Over… kszsz

– Ale pani Tolo. Uwagalolo, uwaga, namierzył mnie wrogi dron, powatrzam! Namierzył mnie wrogi dron! Lecę wprost, na kopułę, kszksz, powtarzam, lecę wprost na kopułę!

– Ksawery! Natychmiast zdejmij gogle, katapultuj się słyszysz?1 Zdejmij gogle, Ksawery! KszKSz

– Widzę szczegóły anatomiczne Wielkiej Kopuły! Kryształki amfetaminy, mąkę z kajzerki i obszczaną chusteczkę over!

– Ksawery, zawróć natychmiast! Rozpadniesz się jak Ikar, to nie jest prawdziwe, słyszysz? To nie jest prawdziwe życie, to są śmieci, to nie są produkty! Powtarzam: to są śmieci, to nie są produkty! Nie filmuj tego! Natychmiast zawrócić! KszKSz

– KszKszKszK

– Ksawery???

– KszKSzK Widzę bęben pralki i plastikowe butelki. Wcale nie są białe?! Co robić? KszKSz

– Ksa….

– Wrogi dron otwiera ogień! Muszę wylecieć przez kopułę, powtarzam: muszę wylecieć poza kopułę!

– Natychmiast za…

– …… fbz… bzzuuuuu. Iiii..yykszssz……

Tola obróciła się na krześle i spojrzała w przestronny pokój mieszczący się w kamienicy firmy „DronSans”. Na jej ściągniętej twarzy okalanej rudymi, kręconymi włosami, skupiły się teraz oczy pozostałych pracowników Centrum Dowodzenia. Wśród monitorów i hologramów przecinających pokój dało się wyczuć materię napięcia emocjonalnego, stresu, który tylko na krótkie chwile dnia, opuszczał te pomieszczenie. Tola wycelowała zielone oczy w Starszego Inspektora ds. Lotów WK – Tomka i wydała krótki rozkaz:

– Odłączyć.

Milczenie stało się głośne. Tomasz, z kroplami potu na czole, które przedrzeć się chcą przez gęste, czarne brwi, podnosi klapkę osłaniającą wielki czerwony przycisk. Patrzy, na Tolę po raz ostatni, a kiedy widzi jedynie lekkie skinienie głowy, przymyka oczy i…. naciska guzik.

Ksawery – operator drona zanurza się w śmieciowej chmurze dryfującej nad Warszawą. Zaczyna rozumieć. Zaczyna rozumieć wszystko. I boi się.

Rozumie co dzieje się z produktami, kiedy przestają działać i co dzieje się po tym jak Łowcy Produktów Umarłych zabierają je spod jego i sąsiadów drzwi. Do tej pory myślał, że produkty umarłe po prostu znikają. Że spala się je, albo przerabia i nie ma ich. W każdym razie nie tak wiele. Wielka Kopuła, miała być wielka, owszem, ale nie miała być wszystkim. Teraz Ksawery rozumie… i przeraża go to. Rozumie, że poza Warszawą – Wielkim Dyskiem, poza produktami i poza kopułą, Wielką Białą Kopułą śmieci, na tym świecie nie pozostało już dla niego Nic.

Sygnał czerwonego przycisku dochodzi do gogli. Mocne i precyzyjne wyładowanie elektryczne paraliżuje a następnie wyłącza mózg Ksawerego, tak jak wyłącza się mózgi zwierząt w rzeźni. Ksawery staje się w tej chwili zupełnie nieużytecznym produktem. Teraz można go już tylko wystrzelić w Wielką Biała Kopułę.

 

PRO8L3M „Ground zero mixtape” #RECENZJA

PRO8L3M „Ground zero mixtape” #RECENZJA

Uprzedzam z góry, że tekst ma formę lekkiej analizy filologicznej, stąd liczne cytaty i wchodzenia w „podmioty”.

Odpalając kolejne dzieło warszawskiego, teraz już międzynarodowego duetu, chciałbym jednocześnie odpalić papierosa, wygodnie rozłożyć się w fotelu, zamknąć oczy i posłuchać. Zaufać. Utonąć w toni perfekcyjnie dobranych dźwięków, złączonych z zaskakującym  flow i liryką. Jednym słowem uczynić to do czego PRO8L3M zdążył mnie już przyzwyczaić – do zaufania, bezpytaniowego pożyczenia kilku stów i kilkudziesięciu minut uwagi. Ale w przypadku tego albumu na zaufanie miejsca nie ma i być nie może.

Po pierwsze to efekt bitów. Rejvowych, na przestrzał elektronicznych, i może mieszają się tu jeszcze inne gatunki, ale pewien nie jestem. Nie wiem, bo choć album wydany jest razem z zinem, to znalazło się tam jedynie miejsce na kilka cytatów i fotografii (a właściwie to jednej i przetwarzanej) autorstwa Ady Zielińskiej, okrytych narkotycznymi soplami Thomasa Le Pivota. O ile konotacje i zapożyczenia na „Art Brut Mixtape” były jasne, bo osadzone w największych, synthpopwoych hitach Polski lat 80′, o tyle w przypadku „Ground Zero Mixtape” twórcy nie sprezentowali odbiorcom jaśniejszych odnośników do oryginalnych utworów*.

Przejdźmy do środka, do esencji. Mixtape otwiera chronologicznie numer „Styl sportowy”, szkoda, że wersja albumowa niczym nie różni się od tej dostępnej na Spotify. Na „Art Brut” nabywca fizyka, dostawał skromny, ale jakże miły prezent w postaci otwierającej nawijki do „Stówy”: „Art Brut Mixtape, sztuka marginesu dzieciaku, aha, sprawdź to” – wersja cyfrowa była pozbawiona tego wejścia.

„Styl sportowy” zwiastuje to, co dane nam będzie usłyszeć na przytłaczającej części płyty, to jest nawijkę o złości – (pierwsze słowa „Tak, jestem wkurwiony”), dalej o kobietach, pieniądzach, używkach i przyspieszonym kodeksie ulicznych zasad – czyli tym do czego przyzwyczaił nas najbardziej erudycyjny z uliczników:

Lecimy na dancing
Ona niebieskie rzęsy
Ja glany, martensy

[Zwrotka 2: Oskar]
Nie, nie widziałem
Nie, nie słyszałem
Nie wiem, nie znam go wcale
Nie było mnie tam, spałem
Bez nazwisk, bez wzmianek

Numer osadzony jest w klimacie lat 90’tych, dla Oskara stanowi jakby powrót do ery grungeu i rzeczywistości topniejącego PRL-u.

Dalej są „Macki meduzy”, utwór naprawdę otwierający mix:

Zamknij oczy i uwierz mi, zapij to wódą i lećmy
Ten miks nie jest bezpieczny, ale piguła jest dziś nieobecny

„Macki” to jedyny numer, w którym podmiot ulega fizycznej dominacji ze strony kobiety

Chciałem jej nalać do miarki, ale wyśmiała i przelała do szklanki
Panna pokazała ci majtki, ona mi po co naprawdę są kajdanki
Dobrze, że mam twarde nadgarski, gorzej znoszą to jej koleżanki

Oskar opisuje tu kobietę mocną, dominującą femme fatal, którą respektuje na poziomach emocjonalnym, fizycznym oraz intelektualnym. I czy to ta jedyna, o której przyjdzie nam słyszeć jeszcze później, w dalszych częściach mixtape’u?

[Refren: Oskar]
Ona szepcze mi do ucha, a jej szapcze diabeł
Jest jak nad miastem koszmar, który musi wreszcie nadejść
Byłem zły, z nią jestem jeszcze bardziej
Chcę jej nagiej, albo ona, albo nie chcę żadnej

Kobiet jest tu całe mnóstwo. „Ground Zero” to rozwinięty, Pilchowo-Pezetowski „Spis cudzołożnic”, gdzie dostajemy, mniej, lub bardziej złożone opisy kobiet pięknych, zepsutych, naiwnych, głupich, cynicznych. Modelka, jak z „V8” ona fajna, z twarzy jak Jessica Alba.
Na skitach mężczyźni rozmawiają głównie o kobietach. Przedłużenia i przetworzenia z „Makijażu” (Hack3d by Gho5t), tylko, że teraz ONA widziała „fotostory z Anką”, a nie „wysłała test ciążowy”  z czego może być chryja.

„Lody włoskie” to kolejny opis związkowo-seksualnych ekscesów, tym razem z kobietą, dla podmiotu, sortu drugiego. Zdradzaną, okłamywaną: nie w tym rzecz, że się zmyła, rzecz w tym, że mnie nakryła, po ostatnim zajściu, zamiast romansu jest jej płaszcz.

Mizogeniczny stosunek Oskara do kobiet w ogóle nie uległ zmianie w stosunku do „Tori Black” z pierwszego albumu, gdzie podmiot deklarował, że lubi duże dupy i płaskie brzuchy, jednak pewne, bardziej romantyczne momenty z „Jakby świat kończył się” sugerowały, że może da się kochać i da się dostrzegać piękno, nawet we wszechogarniającym, szarzejącym brudzie blokowisk. O ile wersy w stylu ogień w piczy już budziły pewne grymasy o tyle to co prezentuje Oski w utworze „Na audiencji” (sytuacja odwrotna niż w „Mackach meduzy”) budzi już niesmak.

Włożyłem jej całego, aż przypomniała sobie co było dziś do szamy
(…)
Dla odpoczynku znalazł się w jej ustach smoczek
Zrobiła minę, jakby miała wypić z rana ocet

Niesmak jakby się udziela, nie ze względu na praktyki seksualne, co ich opis: brutalny, bezpardonowy, prostacki. I może jest to metoda: uderzać wprost, bez kozery, ale jeśli tak, to po co te „smoczki”, pseudo-niedopowiedzenia i niby-zaokrąglenia? Numer ratuje Steez, nadając mu swoim głębokim wokalem, nieco więcej klasy i blasku:

[Outro: Steez]
Ona ubrana w złote cacka
To nie po parku przechadzka
Długie szpony, słony pot
Na oczach opaska
Kostki lodu, waniliowe masła

Przy dziewiątym numerze „Fair Play” następuje lekkie przełamanie dotychczasowej konwencji. Oskar daje popis swojego ulubionego środka poetyckiego, jakim jest anafora:

To inna historia, że gadam z Bogiem o piekle
Inna, że śmigam ostro, bo nie wiem jak wcisnąć heble
Inna, że trzymam fason, a jestem jak małolat we mgle

I tu warto zwrócić uwagę na motyw piekła, który przewija się na albumie kilkukrotnie:
to co miałem właśnie się smaży w płomieniach – Magnolie
sprawdzę, które piekło jest najmniej uciążliwe –
Vanitas

co w końcu odkrywa maski podmiotu, dając nam pojęcie na temat realnych strat i kosztów prezentowanego przez rapera stylu życia,

Dalej mixtape ewoluuje. W dobrą stronę. Gdyby chcieć zliczyć wszystkie zaimki „ona” i „jej” występujące na albumie, wyszłoby tego kilkadziesiąt. Choć „Ground Zero” stanowi wyraz męskiej dominacji i apoteozy życia macho, jest paradoksalnie zdominowany przez kobiety. Album nabiera kolorytu wówczas, kiedy Oskar rezygnuje z opisów przygodnych wojaży a skupia się na kobietach swojego życia, czego przykład dostajemy we flagowym numerze „Flary” opisującym, trudną, agresywno-pasywną relację między mężczyzną a kobietą. Kiedy podmiot przyznaje się do uczuć: tęsknoty i straty wywołanych brakiem tej jednej, przy której wszystkie maskarady: picie, lans, życie na pokaz, miały sens.

Doskonale sprawdzając się na płycie momenty wokalne, jak w luzującym atmosferę „Puerto Rico”, gdzie zostaje złamana koncepcja rave’u, a Oski pozwala sobie na knajpiane, pijackie zaśpiewki, brzmiące zaskakująco dobrze i rytmicznie. Podobnie jest w „Magnoliach”, gdzie śpiew znów stanowi wyraz (a jak) historii o kobiecie.
„Iskry” to pierwsza, poważniejsza spowiedź podmiotu na płycie, a śpiewane wstawki nadają jej pozornej lekkości w ciężkości bytu.

W ogóle na całym albumie Oskar dużo lepiej prezentuje się na bitach wolniejszych, które prowokują do refleksji, dają miejsce na jego charakterystyczny off beat, kiedy może na chwilę, zwolnić a nie pędzić w pogoni za wysokim BPM.

Moim absolutnym faworytem z płyty jest „Golden”, czyli opis psychodelicznego tripa po grzybkach, który rezonuje oczywiście z bezkonkurencyjnym, witkiewiczowskim „Strumieniem” z LP.

Ona gnie się jak promile mordę
Wyciąga sztylet, by wbić mi w żołądek
Siadam na fotel, a dopiero potem myślę, że na chwilę usiądę
Ooo, sufit jest niebem, sztos, diamenty śniegiem

Im dalej tym lepiej: „Vanitas” i „Sick boy” stanowiące kontestację życiowego pędu i sprzecznych, narzucanych przez kulturę wytycznych:

Pracuj, się spełniaj, miej cel
Marzenia, przyjaciół, błędy popełniaj, miej rodzinę
Cierpienia, nie miej hajsu, sadź drzewa
Weź kredyt, spłać kredyt, nie miej czasu
Biegaj, skończ studia, miej dziewczynę
Weź ślub, miej córkę, miej kłótnię

Weź rozwód, ożeń się ponownie

Kolejny utwór „Półsny” wydaje się redundanty w stosunku do „Flar”, ale jakże dobrze oddaje złożoność, skomplikowanej, pełnej relacji między mężczyzną i kobietą.

Na końcówce, słusznie oznaczony w długości trwania jako znak nieskończoności (pozioma ósemka) „Byłem tam” – numer podsumowujący zebrane doświadczenia i stanowiący o autentyczności podmiotu SPOWIEDŹ. Nieskończoność zdaje się sugerować, że podroż ta nigdy nie dobiegnie końca, a zeszłe błędy i doświadczenia, oraz przebłyski czystości powtarzać będą się do końca.

„Szkoda, lecz zapomnę jutro, co otwarty umysł mówi dziś” – Księżycowy krok, Art Brut Mixtape

Reasumując „Ground Zero Mixtape” to dobry materiał. To tylko i aż dobry. W zestawieniu z poprzednimi, absolutnie genialnymi w mojej opinii albumami, ten wypada co najwyżej dobrze. Jest to płyta zdominowana przez ubiegłe, niezmienne doświadczenia, głównie oparte na relacjach damsko-męskich, które ten album przytłoczyły. I może zabrakło w tym nieco lekkości, innego spojrzenia, porzucenia atmosfery macho na rzecz czystej radości i kontemplacji bycia z kobietą.

Otrzymaliśmy to, do czego przyzwyczaił nas PRO8L3M: szorstki, męski materiał, doskonale wyprodukowany i świetnie nawinięty. Jest tylko jeden problem. Ten bohater się nie zmienia. I chyba już nie zmieni. I może w tym paradoksalnie tkwi jego siła.

Piotr Sarmini

***

Sprawdź moją recenzję HACK3D by GHO5T: https://czarnykajet.com/2017/06/08/pro8l3m-hack3d-by-gho5t-2-0-recenzja/

 

*Może to być kwestią unikania pozwów za wykorzystane fragmenty i (czy?) sample, która to kwestia nie jest wcale abstrakcyjna, a w Stanach wręcz oczywista. W 1991 roku Cold Chillin Records – młoda, amerykańska wytwórnia hip-hopowa została pozwana przez piosenkarza Gilberta O’Sulivana za nieautoryzowane użycie fragmentu utworu „Alone Again (Naturally)” z repertuaru artysty, który to znalazł się w analogicznie zatytułowanym utworze z pływy „I Need A Haircut” Biza Markiego, wydanej nakaładem CC. Sąd uznał wniosek powoda i narzucił na wytwórnię karę, która stała się powodem jej niewypłacalności i w rezultacie zamknięcia.

Dlaczego klapki kubota są zajebiste?

Artykuł sponsorowany*

Dlaczego kuboty są zajebiste? Na te nietendencyjnie zadane pytanie odpowiada nasz ekspert: bloger modowy Ireneusz Praga.

  1. Kuboty kosztują 15 zł (razem z przesyłką), a stanowią wyraz nieprzemijalnego sznytu i osiedlowej elegancji.

  2. Ludzie szanują ludzi w kubotach. Niezależnie od społecznych i ekonomicznych uwarunkowań.

  3. Ponadczasowa czarno-biała kolorystyka pasuje zarówno do nieformalnych szelestów, jak i bardziej eleganckich, chciałoby się rzec „hipsterskich” kreacji.

  4. Klapki sprawdzą się idealnie jako przenośna stacja multimedialna, dla Twojego smartfona.

  5. Kuboty dzięki zastosowaniu ultralekkich pianek, będących wynikiem zaawansowanej inżynierii oraz badań nad ergonomią , doskonale nadadzą się do rzucania w: wyłączniki świateł, owady, puszki z piwem, pomniejsze ssaki.

  6. Perforacja testowana przez sportowców, idealnie odpręża po trudnym dniu w call center czy tłoczni elementów blaszanych.

  7. Kiedy zapuka komornik, twój rządowy kontakt, to owierasz jemu w nowych kubotach, i mówisz, że jedyne co może, to może posprzątać.

    https://youtu.be/x7BtclKr5Jg?t=1m33s

  8. Ale komornik już widzi co masz na stopach i wie, że trafił na nie lada cwaniaczka.A Ty? Czy masz już swoje kuboty?

 

 

 

*artykuł sponsorowany przez „UBRANIA TANIO”, Bazar Różyckiego, pawilon numer 15.

BEZ PRZEKAZU – premiera 25 stycznia

PREMIERA POWIEŚCI „BEZ PRZEKAZU” już we czwartek, 25 stycznia, tylko na czarnykajet.com/skl3p

Dostępne są dwie wersje książki:

FIZYCZNA – lekkie, kieszonkowe wydanie, 256 stron, idealne do czytania w drodze do pracy, na uczelnię czy podczas imprezy techno. Książka dotrze do Ciebie w ciągu 2-3 dni roboczych.

29 zł + przesyłka

EBOOK- otrzymujesz wersję pdf (rekomendowaną do czytania) oraz epub. Ta wersja sprawdzi się na wszystkich czytnikach ebooków, oraz na tabletach i smartfonach. Książkę otrzymujesz natychmiast po zaksięgowaniu płatności.

19 zł + przesyłka free

 

 

RECENZJE:

„BEZ PRZEKAZU” BOLI. TO NIE JEST LEKKA KSIĄŻKA. NIE JEST ŁATWA. TA KSIĄŻKA MÓWI NAM O NAS COŚ, CZEGO NIE CHCEMY WIEDZIEĆ. CO NAS UWIERA. SWĘDZI. ŁASKOCZE. NIE POZOSTAWIA NAS OBOJĘTNYMI. ANGAŻUJE WSZYSTKIE NASZE EMOCJE. PRZEŻYWAMY TĘ POWIEŚĆ CAŁYM CIAŁEM. DOSTAJEMY CZKAWKI. DUSIMY SIĘ. CHRAPIEMY. OD DAWNA W POLSKIEJ LITERATURZE NIE BYŁO PROZY TAK ODWAŻNEJ. TAK WAŻNEJ. DŁUGIEJ. DAWNO NIE BYŁO U NAS KSIĄŻKI, KTÓRA BY ROZLICZAŁA POLSKĘ Z JEJ POLSKOŚCI. KTÓRA ROZLICZAŁABY HIP HOP Z JEGO HIPHOPATOWOŚCI.*

Karol Mroziński

 

„Powieść Bez przekazu należy do zupełnie nowej prozy, która świadomie i równocześnie czerpie z subkultur młodzieżowych, jak i z ich dotychczasowych przetworzeń literackich. Jej zasada organizacyjna opiera się nieoczekiwanie na rytmie, który nie tylko jest kolejną zabawą z rapem, ale i próbą „nakręcenia” czytelnika, wprowadzenia go w pewien nastrój, poprzez który zbliży się do niego opisywany świat, jego bohaterowie, ich sposób oglądania wszystkiego wokół. To ważne, bo dawno prozy tak jawnie nastrojowej nikt nie proponował.”**

Tadeusz Mizerkiewicz, Prof. dr hab. UAM

 

Z A J E B I O Z A

Anna Maria Wierzchucka – Laureatka Grand Prix VII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „O Granitową Strzałę” 2015, Laureatka II nagrody XII Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Stanisława Grochowiaka 2016 w kategorii poezja a także m.in. I nagrody V Turnieju Jednego Wiersza im. Wandy Karczewskiej 2015 oraz I nagrody X Ogólnopolskiego Otwartego Turnieju Jednego Wiersza im. Pawła Bartłomieja Greca 2016.

 

PREMIERA KSIĄŻKI 25 stycznia na czarnykajet.com

 

  • *PARAFRAZA OPOWIADANIA KAROLA MROZIŃSKIEGO „IDA”, [W:] K. MROZIŃSKI, RAZZMATAZZ, WYDAWNICTWO JÓZEF CZĘŚCIK, GDAŃSK 2015, S. 88.
    UŻYCIE FRAGMENTU ZA ZGODĄ WYDAWCY.
  • ** PEŁNA RECENZJA „BEZ PRZEKAZU” JEST DOSTĘPNA TU 

Trening punchy

Teksty podmiotu lirycznego. Czarnego Kajeta, bohatera „Bez przekazu”:

 

Napisałem w booku 47 k słów
ty w agencji siedem kejsów
Pocisz się kiedy masz napisać zdanie?
Postaw kropkę swej twórczości zanim kurwa zmienisz zdanie.
Oni piszą te albumy jakby były Biblią
wjeżdżam im z dżihadem #Koran, rozpierdalam Pismo

twe wysiłki słyszę nawet w bicie
z producentem przegięliście dawkę o nabitę

Raperem jesteś, ale na autotjunie. Flow?
wchodzi, jak ty w swą niunię – ona kurwa nic nie czuje

Kilku pozerów co się nazywa polszawskim rapem
ambasadorzy Velvet – wrzucają gówno na papier
młodzi to łykają jak muszle, pelikany
chciałem jechać nad morze, przez to teraz zmieniam plany

najarany jak komin EC Siekierki
nawijasz ile masz patyków? lepiej kurwa sprzątnij bierki

wydobyły się z Kajetu pancze
nie przeszkadzaj dziwko, z tobą jeszcze dziś zatańczę
znowu piszą do mnie ruda, blond i rozczochrana
możecie wpaść we trzy na kwadrat
odrzucam zbędne pytania
jestem mistrzem algorytmów jakbym się nazywał Wozniak
twoje osiedlowe kontakty – pani w sklepie i pani woźna

To się nie kończy jak energia atomowa
napromieniuje cię jak Hulka,
zzieleniejesz z zazdrości
łeb w glebie jak kapusta, już twoja w tym głowa

mógłbym cię wyburzać jak jebany pustostan
ale kule mam zajęte obracaniem klona Miley Cyrus
pozwalam ci – zostań
wejdę w ciebie jak strażak
ale jebnę tag na czole,

wjeżdża to w ciebie jak meta
kiedy lukniesz w lustro z nową dziarą to wykrzykniesz:

CE KA ? !

POZNAŃ

Nigdy nie miałem tu rwania
naprawdę
Warszawskie dziewczyny czują mnie
bardziej

Staję w kolejce po więcej doświadczeń
dwie się wpychają
mówię „wracajcie”
Gościu w linii pluje „zamknij kaste”
Ja mam ochotę wyjebać mu #kastet

Kiedy wychodzi to zrzucam mu czapkę
oddalam się szybko, już mnie nie znajdzie

Te wszystkie blondi są tu jak
sample
Mówią to co krzyczy im parkiet

noce są chamskie, chaotyczne i przaśne
pijane typy, pijane raszple

Wracam do hotelu solo jak
alien
Odpalam setę, bawię się
hajs jest

piszę te rzeczy jak wyliczankę
pierdolę Poznań, pierdolę Wartę

Agencja mała

#freestyle

 

Mała agencja, zajmuję tam krzesła dwa

Ua! Ua! Ula la! – mówią znajomi

A mnie to co mówią jak zwykle pierdoli

Jakieś lajki, bajki, wyliczanki, gratulanki

Jakbym w ciążę zaszedł, albo kupił nowe najki

Ua, ua!

Co za reno ma

Jak ty tam weszłeś na fotel – pyta ona

a mnie od tych pytań już boli głowa

chciałem tylko wypić z tobą wódkę w klubie

potem zabrać cię na chatę, chałupnictwo lubię

ciosać deski, freski, arabeski i majtki w opcji czereśni

czerwone jak one, gdy jej policzki płoną

jak na portrecie aureola Jezuza w koronie

o Jezu! Jest taki dobry, jakbym zjarała tonę

ale jak ty to robisz, no powiedz jak,

jak ty te fotele zajmujesz dwa?

No to proste, bo mam psa, na jednym on, na drugim ja

I heloł, chcę byś krzyczała, chcę byś błagała, o ja! A A A A, o ła! No choćby cokolwiek, byle nie pytała A!

Pytała o świat spoza świata, pytała o to skąd ma wypłata

I skąd ten tatuaż i o co w nim chodzi

I skąd się to bierze, jak to się tworzy

No jak?

Ty kochasz mnie, bo jestem ptak

Albinos, ten kebab na wynos, i panna na wynos, no tak

20, 40, okej ja wykładam, bo tak wypada

Się z bitu, obiegu, weź się mną zaopiekuj

Choć na chwilę stan, ty jesteś Hanna

A ja jestem twój stan

Agencja to tercja, cokolwiek to znaczy

Ty leżysz na kołdrze, ja wciąż mam tłumaczyć

O nie! Nie jestem translatorem gugle

O ble, ja nie pamiętam, ja nie chcę pamiętać

Wiem tylko, że tam twa sukienka,

No pa!

Ale jak, ale jak ty to robisz, że nic cię już poza chwilą nie obchodzi?

No jak?

Ano tak, ja nie zdradzę ci tego, chodź zdradzam ją z tobą

Jak brat klocki lego

Ale co to agencja, co ona szczęścia ci daje, no co?

Ano daje i odejdź i zbieraj tę suknię

I widzimy się po, po, po, po, pojutrze

Wtedy wyjawię ci być może, może o tym jak się

O tym jak się w tym świecie wykładam, wyłożę,

No jak

ALEJE 44 odc. 2

odcinek 1 przeczytasz tu: https://czarnykajet.wordpress.com/2017/08/15/aleje-44-odc-1/

ALEJE 44 odc. 2

… nawet gdy są złe to się budzisz,

możesz w nich kochać lub mordować ludzi,

krzywe odbicie w witrynie twego ducha,

są twoje, tajne, niejawne jak życie,

tu wszystko dzieje się naprawdę

 

Zbudował wokół siebie wały, z przedmiotów błahych, błyszczących tanią elegancją. Uszczelnił wszystko zwitkami banknotów i drobnym bilonem. Choć nie przesadzajmy, nie było tego tak wiele by zamatować conocne przypływy świadomości. Po prostu trochę szmelcu do zdmuchnięcia jednym porządnym przypływem. Lecz wtedy wydawało mu się, że ten worek z piaskiem może się równać z wałem co najmniej Zawadowskim, tamą Hoovera, kurwa mać. Mordo, jakże mogłeś być tak naiwny, co?

Stary, wiesz jak jest. Doświadczenie, świadomość przychodzą z czasem.

A co to jest ta cała „świadomość” powiesz mi? Jednego dnia wydaje ci się, że ją masz, drugiego też a po latach cofasz się pamięcią do miejsc i zdarzeń, w których uczestniczyłeś. W których „świadomość” tamtejsza była jednym wielkim fałszem, ułuda. Jakże człowiek może aspirować do miana świadomego, gdy ma tylko dwoje oczu, uszu i jedną głowę, w obliczu oczu, uszu i głów miliardów. Czego możemy być pewni, to „podświadomość”, ta ukazała Ci się wtedy w pełni, co?

O człowieku, co Ty możesz o tym wiedzieć?

JA WIEM. Jak się wstydzisz to mogę sam im zrelacjonować..

O nie, nie tego jeszcze brakuje byś moje życie relacjonował, ty spoza tego świata. Zagarniał MOJE kurwa historie. Idź, sam żyj, sam rób i kolekcjonuj własne. Dobra, słuchajcie to było tak:

Odebrałem TO, choć nie pamiętam skąd, nie pamiętam od kogo. Bo jest tylko tu. Spękane połacie kwadratowych płyt, skanseny mokotowskie Warszawy lat ’90 oprószone blachą falistą, co wyrosła pod słońcem na kształt budek z warzywami, też zresztą blaszanymi. Bar „Sai-gon”, pasmanteria i zegarmistrz, do tego „Tanio i modnie”, epicentrum warszawskiej bazarowości, rytuał odtwarzany wedle jednego wzorca, odtwarza tę samą rzeczywistość niezależnie od miejsca. Ale obczajcie to: idę i psy (znaczy policja) wyrastają spod ziemi i rozpoczynają interwencję wobec starowniki siwej, co do emerytury dorabia czosnku sprzedażą. Nierozsądnie byłoby się  w tym momencie zbliżać, lecz to robię na przekór zasadom zdrowego rozsądku i na przekór systemowi, tak sobie myślę wtedy.

Wydałem się podejrzany najwyraźniej w swoim bezciele, więc dwóch z pięciu co tę staruszkę spisywało podbija teraz do mnie, w celu dokonania rewizji osobistej. Mokry pot na czole, lecz oczywiście panowie, bądźcie gośćmi moich kieszeni! Tu trzymam papierki po gumach, tu stary mandat, o! Tu wyjątkowa kolekcja porozrzucanych zapałek (macie może szluga?), oh a tu już zbliżamy się do mojego centrum zarządzania. Oczywiście, że pokażę, nie mam nic do ukrycia, kartę miejską z emblematem PRAWDZIWEGO WARSZAWIAKA (panowie też z Warszawy?) doładowana! i 50 złotych. Telefon? Po co telefon? Tam jest budka jak pan policjant chce zadzwonić. Wy to naprawdę nie macie co robić, prawdziwi przestępcy kryją się po kuluarach, nie na bazarach! O! To wszystko? Nie kradziony? No co pan powie! A kupowałem od ruskich, tu na rogu. Dziękuję (chuj wam w dupy). Dowidzenia.

Udało się! Kurwa znowu się udało, lecz niejasne przeczucia każą mi skitrać towar gdzieś, daleko. Może pod kamieniem, jak siekierę chował Roskolnikov? Niee, zbyt oklepane. Za to ten śmietnik z braku laku będzie idealny. Wyjmuję więc grube zawiniątko z bokserek (ulga) i kitram, nie wiem jak. I tu nagła inspiracja, doświadczeń życiowych złożona konstelacja, przypomina się Morrowind i jedna z  pierwszych misji, gdzie celem było śledzenie elfa, żeby przyuważyć jego skrytkę. Typ się nie oglądał więc ją wyhaczyłem, zgarnąłem expy i golda, jak się okazuje teraz, również cenną naukę by się oglądać przez ramię jak coś chowam. Czynię to więc niezwłocznie i oto przyuważam osobnika co mi się przygląda z niedalekiej oddali. Ha! busted lamusie! Jakby samo zauważenie miało sprawić, że zniknie, że przegrał misję i musi wrócić na start, nie pobierając 200 złotych. Niewzruszony kończę kitrać i odchodzę…

Dlaczego by nie wrócić do tych policjantów, myślę? Teraz? Czysty? W obronie polsiej przedsiębiorczości, kupić narodowy czosnek. Wow! Zajebisty pomysł, poklepałbym się po plecach trzecią ręką, gdybym mógł. Tym razem afera jednak jest większa. Staruszka zawijana już do suki pod zarzutem narażenia skarbu państwa na znaczne straty finansowe. Łapanka miejscowej ludności, prześladowania etniczne – Polacy Polaków tu gnębią. I oto bum! Odkrycie jak malowidła z groty Chauveta, bo u typka niewiadomego mi pochodzenia znajdują woreczek wielkości pięści NAJPRAWDZIWSZEGO CZARNEGO KOKSU. Tyle towaru w gaciach a typ się buja po mieście jakby szedł po bułki albo udawał gwiazdę porno. W tej chwili oczy wszystkich zwracają się na mnie. (co jest kurwa). Pan Tadeusz? Przecież on już nie żyje, odpowiadam. Nie, chodzi o CIEBIE, ripostuje pies. O kurwa, no ja no i co (towar w śmietniku).

Znaleźliśmy u tego pana (wskazuje na tego lamusa) narkotyki. Ponieważ to są pana spodnie, musimy pana aresztować – oświadcza z grobową miną.

Kurwa co? Typ ma rzekomo „moje spodnie” więc to MNIE aresztujecie? – niedowierzam ciągle.

Dokładnie tak, zapraszam z nami.

Kolejne co pamiętam to areszt. Zimna, kraciasta cela i te uczucie rażącej niesprawiedliwości jakie mnie dotknęło. Farsa! „Moje spodnie” kurwa mać! Na szczęście zaraz proces ruszy i wszystko się wyjaśni. Szkoda tylko tego towaru w śmietniku, pewnie ktoś go już zawinął. Ja pierdole.

Przychodzi strażnik i otwiera kratę. Nagle przenosimy się w przestrzeń śnieżnokremową, gdzie nie ma wymiarów, ścian, podłóg, odległości. Widzę go, stoi  parę długości ode mnie, wąs kryje się pod niebieską czapką.

Panie Tadeuszu, niniejszym, w dniu dzisiejszym skazujemy pana na śmierć przez powieszenie za wprowadzenie na rynek znacznej ilości środków odurzających. – oświadcza, z twarzą przenikliwie smutną.

Nie wierzę w to co słyszę! Jak to na śmierć? – pytam. Przecież nie było żadnego procesu, sądu, nic. Jestem niewinny! – zaczynam tracić nad sobą kontrolę. Chcę uciekać ale nie ma dokąd. Cały świat to jedna, wielka, śnieżno kremowa pustka.

Wiem, że nie było. – odpowiada posmutniały, solidaryzujący się strażnik. – Zapraszam za mną.

Nie zgadzam się! Proszę, nie! – w tym momencie, gdy zdałem sobie sprawę z nieuchronności kary, niby nie zawinionej lecz jakby sprawiedliwej, zaczynają mi wypadać zęby. Widzę je w krwi na swoich jasnych dłoniach. Zaczynam seplenić swą ostatnią mowę obronną Sokratejską, zęby wypadają jeden po drugim. Krew ścieka mi przez poranione palce.

BUDZĘ SIĘ.

Sięgam po szklankę wody ze stołu, przy okazji znajdując kolczyk blondi co mnie opuściła kilka godzin temu. Bez blanta dziś nie zasnę.

 

 

 

PRO8L3M – HACK3D By GHO5T 2.0 – RECENZJA

twój gł0śnik zo5tał zainf3kowany

Wbijasz na instagrama, tablicę ci zalała czarna plama, ciągi liter i cyfr: HACK3D By GHOST – profil PRO8L3M. Czyżby zhakowani? Niemożliwe raczej, ale media łykają, nagłówki: „Czy PRO8L3M padł ofiarą hakerów?”. Nie. Ale wasz głośnik – już tak.

cll

Kilka dni później duet ogłasza wydanie nowej EP-ki. Krótka, zawierająca pięć numerów płyta, rozchodzi się (jak zwykle) w ciągu kilku godzin. I nie ma w Polsce nikogo jak tych dwóch, kto by w jednym rzucie wyprzedawał całe nakłady. Dlaczego?

O to należałoby zapytać socjologów, bo na pierwszy rzut oka nic nie wskazuje, że undergroundowy rap, bez wsparcia dużej wytwórni może przyciągnąć do siebie zarówno chłopaków z osiedli jak i panie pracujące w reklamowym korpo.

PRO8L3M jest konsekwentny, nierozwiązywalny, przewlekły: muzycznie i wizerunkowo. W GHO5T 2.0 odbiorca znów zostaje wciągnięty w grę i zagadkę, którą rozwiązać może dopiero w dniu premiery.

Tym razem nie jest to intryga na miarę LP „PRO8L3M” – płyty w jakiś sposób koncepcyjnej, której kolejne numery składały się na określoną historię, całość. Najnowszy projekt duetu spaja natomiast motyw cyberprzestrzeni. Utwory stanowią kontynuację i rozwinięcie wątków, które pojawiały się na poprzednich krążkach duetu.

I tak „2#17” można potraktować jako swoiste rozwinięcie singla „2040”, w którym Oskar kreślił świat przyszłości rodem z „Łowcy androidów”. Dziś jest 2017 i ten świat nadszedł już. Nie ma jeszcze latających aut i biomechanicznych dłoni, ale jest życie – całe podłączone i uzależnione od sieci, pełne dobrodziejstw („Makijaż”) ale i niebezpieczeństw. Oskar jest mistrzem w kreśleniu czarnych scenariuszy, historii dosadnych, które mieści w dwóch, trzech wersach:

Nikt nie robi portfela, ani też tirów
Sprawdź konto bankowe, zbierałeś całe życie
Ta akcja trwała pięć minut

Refren przypomina ten z „2040”
„Chciałeś to masz, nawet jak byłeś przeciwko” vs.  „Możesz zaakceptować lub się zgodzić”

Twierdzić jednak, że to kawałki o tym samym, byłoby grubym nieporozumieniem. To spojrzenie na świat wielkich korporacji: katastroficzne i pozbawione złudzeń cechuje PRO8L3M już od numeru „Opowieść o tobie”.

A dalej, trochę więcej luzu i uśmiechu (choć nie bez goryczki): „Makijaż”. Tu się załącza „Tori Black” i „VHS”. Oskar wciąż lubi „duże dupy i płaskie brzuchy”, ale teraz zgarnia je już z tindera, nie z zakrapianych domówek. Kto nigdy nie szukał „miłości” w internecie, niech pierwszy rzuci smartfonem!

To jest jak dyskont, tanio i szybko, jest prawie wszystko

No i te flow, raper nie śpiewa, ale rymuje całą zwrotkę na -ule, -ure, co nadaje kawałkowi niepodrabialny, nonszalancki klimat.

Płynnie się te wątki „internetowe” łączą i przenikają, ukazując realny wpływ technologii na nasze życie – także w najintymniejszych strefach.

W „World Wide Web” dostajemy bit, który można określić jednym mianem: Steez. Syntezatory, świetnie budowane przyspieszenia, w tle jak refren dubstepowe mruknięcia. Oskar też daje to co najlepsze budując spójny, złożony storytelling o dniu, w którym sieć została odłączona.

Stałem cały w szarym dymie a obok mnie jakiś dureń recytował Biblię
Z gruzów budynku strażacy wyciągali ludzi ktoś zawodził płaczliwie

Następnie: „Michael De Santa” – czyli bohater GTA V (a więc także świata cybernetycznego) staje się inspiracją dla kawałka. A tam już „kasyna o świcie i M2 w kredycie” – jedyny moment, w którym Oskar wyraża dystans do tego co opisuje.

Podczas gdy niektórzy młodzi, polscy raperzy, nawijają bez skrępowania (i chyba z wiarą) o hajsie, furach i koksie, mieszkając z mamą, Oskar w wybranej przez siebie konwencji ograniczać się nie musi. Kreuje i używa głosu bohaterów, podobnie jak w „Dr Melfi” buduje obrazy zaczerpnięte z najlepszych lat, pełnego koksu Miami.

Ostatni, tytułowy numer a więc „HACK3D By GHO5T 2.0” to zdecydowane nawiązanie do singla „Heat”. Tu raper zręcznie posługuje się apostrofą „Kochał” opierając na niej cały kawałek. Wątek inwigilacji jest mocno zaznaczony w intrze.

Kochał gwałty, takie na żarty, kochał napady, raczej dla frajdy
Kochał karty, konie, charty i kochał układy z nazwiskami z gazet na pierwszych stronach otwartych

Reasumując: nowa EP-ka PRO8L3MU to projekt spójny i świeży. Oskar z każdą kolejną płytą oddala się od osiedlowych narracji i własnego życia, na rzecz snucia historii wyobrażonych, wciąż jednak brudnych i niepokojących. Wychodzi mu to jak zwykle przejmująco i autentycznie.

Jest na płycie parę lirycznych zgrzytów typu „było wilgotno / krzyczała „mordo” ” albo „dnia drugiego wyszłem z domu”. Brakuje też sztandarowego bangera typu „STÓWA” lub „Molly”. Pięć numerów to też nieco mało – nawet jak na EP.

PRO8L3M jednak ciągle w jak najlepszej formie – lirycznej, muzycznej, klimatycznej. Wyczekuję kolejnych infekcji.

OCENA: 8/10

foty: www.pro8l3m.pl

 

Różewicz wyartykułowany

Piotr Sarmini

Różewicz wyartykułowany:
człowiek i cywilizacja w dwóch ujęciach

                  Może cieszyć, że na polskiej scenie rapowej wyrastają twórcy dojrzali, zaczynający rozumieć pokrewieństwo liryki własnej z tą, która (nie bójmy się tego powiedzieć) nadała im tchnienie – poezją. Rap bywa tłumaczony jako skrót od „rhytm and poetry” i te wspólne mianowniki – melodeklamacji i poezji pisanej, najpełniej zetknęły się na płycie „Różewicz interpretacje” w wykonaniu dwóch, czołowych polskich MC’s: Sokoła i Hadesa uzupełnionych muzyką zespołu Sampler Orchestra. Inicjatorem płyty była wytwórnia Prosto i  Narodowe Centrum Kultury.
Zestawienie dwóch na pozór odmiennych światów: poezji Różewiczowskiej ze stricte współczesną formą rapu wypadło dla obu niezwykle intratnie. Syntagmatyczne wiersze poety, mogły się zdawać w pewien sposób nieprzekładalne na język żywy, mówiony, bo jak sądzę jest to dla wielu jedna z tych poezji, którą czyta się „w myślach”, a jeśli rzadko bardzo na głos to jakoś niezgrabnie, nie odnajdując w niej rytmu. Artykułujący czytelnik wierszy Różewicza łatwo może popaść w zbędną sakralność objawiającą się długimi pauzami po każdym z wersów, lub też chybotliwą popędliwość dającą efekt nie czytania, lecz strzelania z sylabicznego karabinu. Łatwiej jest przecież czytać heksametry niż pojedyncze słowa, niekiedy ich zbitki pozbawione interpunkcji. Duet raperów udowodnił, że Różewicza nie tylko można, ale także warto czytać głośno. Wydeklamowana odpowiednio poezja jakby „stała się na nowo”, zyskując brzmieniowe symofnie, odkrywając nowe sensy, dosłownie wyrosła z pokrytych tuszem, milczących kartek tomików. Ogniwem spajającym poniższe porównanie będzie wykonawca wiersza  Zielona Róża – Hades, który to utwór porównamy z piosenką Robo Ty jego autorstwa. https://www.youtube.com/watch?v=vFsUGR4uK2U
Jak wobec niedoszłego absolwenta historii sztuki, członka Neoawangardy Krakowskiej tj. Różewicza wypada twórczość stricte współczesnego samouka, warszawskiego rapera Łukasza Bułata-Mironowicza (ur. 1985) występującego pod pseudniomem Hades? Ma on na swoim koncie ponad 40 muzycznych projektów, w tym cztery płyty z zespołem HI-Fi Banda, duety z czołowymi polskimi raperami: OSTR, Rak Raczej, Sokół i dwie solowe płyty. Trudno jednoznacznie przypisać jego twórczość do, któregoś z nurtów polskiego rapu, oscyluje ona wokół tzw. świadomego rapu (Nie śpię)  przeplatając się z szeroko pojętym życiem ulicy (Warsaw Outodoors) i refleksją kosmologiczną (por. Kosmos to rytm¸tegoż), możnaby pokusić się o sklasyfikowanie jej jako „nonkonformistycznego pragmatyzmu miejskiego”.
Jednym z wierszy jakie wydeklamował Hades na płycie „Różewicz Interpretacje” jest Zielona Róża, wiersz poruszający problemetykę rozrastającej się, XX-wiecznej cywilizacji a w konsekwencji wyobcowania jednostki. Trzecia strofoida pełni dla podmiotu lirycznego funkcję autopoznawczą. Zestawmy ten wiersz z utworem „Robo Ty” Hadesa, aby przekonać się czy między twórcami istieją: podobieństwa doświadczenia, wniosków, formy i środków wyrazu.

Wielkie miasta

rosną

przeludnione

wyludniają się

przypływ

i odpływ

ławice ludzi

tak blisko obok

jedno przy drugim (…)wersy 1-9

 

Różewicz zwraca uwagę na zjawisko gwałtownego przyrostu ludności po II wojnie światowej, ten wątek zaznacza także w wierszu Moje ciało:

Zwierzęta które rozmnożyły się tak zatrważająco nieobliczalnie
W XX wieku

W obu przypadkach przyrównuje świat człowieka do uniwersum zwierzęcego (ławice). Można odnieść wrażenie, że Różewicz siebie stawia w opozycji do narastającej fali ludzkości, jakby wyobcowany zarysowuje niemy konflikt między jednostką a społeczeństwem.

 

W jaki sposób Hades rozpoczyna swój utwór „Robo Ty”?

To nowa epoka super mocarstw
Człowiek kontra technologia, folia i szkło
Kto jest kto? 3, 2, 1, 0 – próba ognia
Ja nie dam się zwariować żadnej ze stron
Nowe dobro to zło, od monitorów mamy krótki wzrok
Duże bloki, niebieskie szyby po horyzont
Szeroki kąt, oko kamery śledzi mój każdy krok
2-0-1-4 rok zaraz po końcu świata

Refleksja rapera opiera się na typowej dla polskiego hip-hopu opozycji: pragnąca wolności jednostka kontra ciemiężniczy „system”. Ów „system” przyjmuje w rapie różne formy i środki opresji, bezpośredniego przymusu: nieobywatelskie prawo, policję, inwigilację, prymat pieniądza itp. Hades podobnie jak Różewicz zwraca uwagę na ludzkie masy (duże bloki), lecz także wzbogaca poetycki obraz o wymienienione wprost wytwory cywilizacyjne: folia, szkło, kamery, monitory, które służą w istocie do degradacji, upośledzania, i kontroli istoty ludzkiej. Konsekwencją powyższych zmian cywilizacyjnych jest m.in. osamotnienie jednostki, jej zagubienie w tłumie anonimowych twarzy. Różewicz ponownie sięga do metaforyki zwierzęcej, w jego oczach ludzkość przypomina bezładny, przepełniony ul czy mrowisko. Z kolei Hades zauważa, że w XXI wieku jedyną sferą wolności stał się internet, jednakże wypacza on kontakty międzyludzkie, czyni nas podobnymi do maszyn. Wciśnięcie przycisku enter, zastępuje mowę.

 

 

           Zielona Róża                                                         Robo Ty


ale w roju

bez matki

zaczynamy żyć coraz samotniej

odległość od człowieka do

rośnie pod neonami

w przeludnionych miastach

wersy 15-20

 

Nowa era – bioelektronika, światłowody
Połączenie ogranicza, tylko w sieci jesteś wolny (….)
Zwrotka 1 wersy 15-16

FB chce się żyćenter – nie mów nic zwrotka 1, w. 20


[Cuty: DJ Kebs] (refren)
Ro-roboty, poczuj strach, pojawią się kłopoty

 

 

 

Podmiot liryczny Zielonej Róży wymienia różne formy utraty koneksji z drugim człowiekiem: odejście dzieci z domu rodzinnego, koncentracja na karierze, alkoholizm – to wszystko co mogło go odseparować od dawnych towarzyszy życia. Zdaje się cierpieć z tego powodu, sam siebie stawia z boku, w roli obserwatora przemian społecznych.

 

zostajemy z garstką najbliższych

ale i oni odchodzą

każde w swoją stronę (…) wersy 24-26

jeszcze inni

odchodzą do swoich jaskiń

z mięsem w zębach

słabsi zostają

przy barach stolikach (…)wersy 37-41

i nikt nie przyznaje się że odchodzi

lepiej nie robić zamieszania

więc wszyscy żyją wiecznie wersy 49-51

 

Hades byłby tym o kim pisze Różewicz, typem, który umyślnie oddala się od bliskich, szuka zapomnienia, „nie przyznaje się, że odchodzi”:

 

Nie jestem twój człowiek, noszę w kieszeniach dłonie
50 nieodebranych połączeń w telefonie
Pierdolę technologie, może potem oddzwonię
(…)

Piszę teksty na projekt, tworzę historię, wiem co dobre, co złe
Kruszę piątkę na stole – niestety to mój zen

 

Tutaj między autorami następuje rozdźwięk: Różewicz –człowiek społeczny, który poznania Innego pragnie, cierpi nad niemożnością; Hades – człowiek przesycony, odnajduje satysfakcję w samotności i używkach.


W muzycznej interpretacji Zielonej Róży muzycznie i wokalnie wyróżniono drugą strofoidę. Bit zostaje znacznie wyciszony ustępując miejsca głosowi, na który nałożono efekt megafonu, daje to wrażenia jakby słowa były kierowane do zbiorowiska ludzi, jak gdyby były rodzajem manifestu i postulatu. Taką uwypuklającą aranżacje potwierdza podmiot liryczny, który zwraca się do odbiorów w liczbie mnogiej:

 

pamiętajcie

byliśmy otwarci

w czasach największego ucisku

cudze cierpienie i cudza radość

łatwo przenikały do naszego wnętrza

wasze życie biegło do mnie

ze wszystkich stron

teraz okrywają nas pancerze

tylko przez pęknięcia

w twarzach

można zobaczyć

 

Słowa te wyrażają tęsknotę za ludzką szczerością i prostotą. Zmechanizowanie i enigmatyczność człowieka wyraża także podmiot Robo Ty, umieszczając je jednocześnie w szerszym kontekście współczesnych wojen:

 

Wojny robotów bez duszy zbudowanych z mięsa
Od prezydenta do premiera, sekretna agenda (….) zwrotka 2, wersy 1-2

Ziemia jest za mała dla nas dwojga, wiec wojna
Masz zabić swego brata, to jest rozkaz
Że Bóg wybacza jeśli jest po twojej stronie
To nie prawda, wierzycie w jakiś błędne teorie (…) zwrotka 3, wersy 11-14

 

Trzecia strofoida Zielonej Róży to wyraz wątpliwości podmiotu wobec własnych funkcji poznawczych, możnaby te rozważania określić jako „sceptycyzm względem własnego sceptycyzmu”. Podmiot miota się między tym co myśli i co czuje, nieudolnie próbuje zdefiniować swoje stany by dojść do wniosku, że czuje po prostu „nic”, „nic jest w nas” oświadcza koncepcyjnie w ostatnim wersie. Sposób wykonania trzeciej strofoidy to absolutne mistrzostwo w wykonaniu Hadesa i Sampler Orchestry. Bit przyspiesza i ucina się odpowiednio z nadchodzącymi, krótkimi wersami zaś ostatnie cztery wersy zostają zaacentowane poprzez wspomniany już efekt megafonu.

Inna jest refleksja Hadesa nad stanem własnym i ludzkości, chociaż trudno nazwać ją optymistyczną. Niesie ona z pewnością nadzieję na lepsze jutro, implikuje wiarę we własne możliwości:

 

Stanąłem na nowej drodze rozumiem każdą godzinę
Bo żyję własnym życiem, tylko tyle zwrotka 3, wersy 15-16

XXI wiek od reszty dzieli wielka przepaść
Jesteśmy na krawędzi 
wysoko, jak Nepal
Nasze błędy i małe zwycięstwa
Dążymy do perfekcji ale ścieżka jest kręta zwrotka 3, wersy 17-20 (ostatni)

Reasumując w poezji XX wiecznego mistrza i XXI wiecznego pretendenta odnajdujemy wiele podobieństw i wspólnych motywów, jednak nadużyciem byłoby stawiać między nimi znak równości. Wydaje mi się, że w powyższym zestawieniu rap porusza więcej wątków, jednakże nie stawia nad nimi ostatecznej kropki. Poezja zaś Różewicza dąży do zdefiniowania i rozwiązania jednego problemu, ale czy to rozwiązanie daje? Nic jest w nas z pewnością nie może być ostateczną odpowiedzią. Podobnie jak aforyzm o krętej ścieżce.
Różne są formy wyrazu obu poetów, nieregularne wersy Hadesa (10-15 wersów) ujęte w 20-wersowych strofoidach, kontra syntagma Różewicza i urywane słowa. W powyższych tekstach widać pewien kontrast czasów, w których powstawały, objawia się to szczególnie jeśli mowa o mieście i cywilizacji.
Wydaje mi się, że Różewicz byłby zadowolony z tego, że jego poezja kwitnie wciąż i trafia do serc kolejnych pokoleń odbiorców.

 

Źródła:

Utwór Sokół / Hades / Sampler Orchestra – Zielona róża (audio): https://www.youtube.com/watch?v=vFsUGR4uK2U

Hades, Robo Ty, tekst: http://genius.com/Hades-robo-ty-lyrics

  1. Różewicz, Zielona Róża: http://donkaja0335.blog.onet.pl/2012/05/29/tadeusz-rozewicz-zielona-roa/