Tagi pisanie

9 postów

WARSAW DŻUMANDŻI DAYS – sobota

WARSAW DŻUMADŻI DAYS

Dżuma – (także: dżumka, zadżumienie)- ogólny stan rozkojarzenia i kiepskości wywołany czynnikami zewnętrznymi takimi jak choroba, używki. Może prowadzić do serii nieprzemyślanych, prowadzących do katastrofy czynów.

SOBOTA

Ulicą okrążam pasma dziesięciopiętrowców, w których nie widzę już nic poetyckiego. Korale aut połyskują w żółtym świetle wydobywającym się z forda. Mego forda. Światło i rytmiczne bulgotanie silniku diesla, harmonizującego z wersami rapującego Oskara. Jadę, jadę i wypatruję miejsca odpowiedniego by w końcu ustać, zaparkować, wyjść, dojść gdzieś, opuścić ten fotel. Ale wnęk przestrzeni brak, wszystkie zostały zajęte przez tubylców ich śmiesznymi puszkami blaszek na gumach. Robię, więc koło, bo ulica jest jednokierunkowa i trzeba całą długą zjechać, by się zeń w końcu wydostać. Ulica imienia Stefana Bryły.

Wiem, że nie znajdę tu nic sensownego, zatem taktyka zmieniona i zaparkuję przy ulicy prostopadłej. I wtedy czuję lekki wstrząs, na wąsie swąd, dym się unosi znad maski i wiem, że właśnie wydarzyło się memu autu coś niedobrego. Parkuję ostatecznie, zaciągam ręczny i wychodzę by zbadać sytuację. Z zawieszenia, ciurem leje się rudy płyn i leje się jakby nigdy miał się nie skończyć.
– Cholera.

Ford został ranny. Ale nie mam tu tego za złe. Pięć miesięcy od zakupu służył mi wzorowo. Nie wiem, co to za płyn, więc dzwonię do PeKa by mi telefonicznie objaśnił meandry samochodowych ustrojów krążenia. Ten fachowo, poprzez serię odpowiednich pytań, zaocznie dochodzi do wniosku, że oto wycieka płyn chłodnicy.
– Puścić zapewne musiała uszczelka. – stwierdza.

Rekomenduje zakup wody litrów 5 i ostrożne wlewanie jej do miejsca właściwego płynowi chłodniczemu. Jest tylko jedno ale! Możliwe ujemne temperatury naszego klimatu, które taką wodę płynną mogą zamrozić, co doprowadzi do natychmiastowego zniszczenia chłodnicy. Na szczęście klimat jest tej nocy łaskawy, a termometr wskazuje całe osiem stopni, a więc wodę zakupioną w pobliskim sklepie (wraz z dwiema babeczkami kajmakowymi), leję śmiało. Potem idę do babci.

Babcia jaka jest każdy widzi. Moja jest taka właśnie, choć przejawiać musi także rysy indywidualne. Babcia ma czyraka, albo tętniaka, albo jeszcze coś innego, co sprawia, że twarz jej i ciało jest pokryte czerwonymi plamami, dla mnie już równie przezroczystymi i niewidocznymi jak plama na oknie w dzień pochmurny. Ona jednak widzi, na niej to jest i każdy tak mocno przejmuje sobą się. Ja plamą na nosie, inni plamą w kosmosie, a większość swymi wągrami i pryszczami, bo myślą, że cały świat patrzy na nich i patrzy im właśnie w czuły, brzydki i czerwony punkt ich twarzowego bytowania. Moja babcia jest dobra i jest miła i tylko takie epitety mogą do niej pasować.

Nie powiem, że babcia jest aniołem, albo „osobą fascynującą”, „atrakcyjną towarzysko”, że babcia jest „wyrachowana w swej inteligencji”, że babcia to jest „gracz”. Nie. Babcia jest dobra i miła, i kocha mnie, za co należy się jej podziw. Babcia wychowała mnie, stworzyła subtelnymi maźnięciami swego babcinego pędzla, podmuchami papierosowego dymu marki Caro, swoimi zadaniami pisanymi czarnym długopisem w kratkowanym zeszycie. Przy babci napisałem pierwsze w życiu słowo, i pamiętam tę sytuację do dziś. Było to słowo „koc”. Ze znanych literek układałem dowolne ich kombinacje np. „ABHAST” i każdorazowo, po postawieniu ostatniego znaku pytałem babci, „czy jest takie słowo?”. A ona cierpliwie odpowiadała.

Koc był słowem napisanym na szklanej tafli blatu okrywającej stół a’la dębowy, fornirowany, koc był słowem stworzonym w dużym pokoju trzeciego piętra bloku rosnącego na ulicy Stefana Bryły 3 i pamiętam, że było wtedy pochmurno. Pisząc, koc nie spodziewałem się, że w przyszłości przyjdzie mi tworzyć jeszcze „kocykarium”, „kocykowo”, „kocenie”, a nawet „kochanie”.

Jak jechaliśmy windą to babcia polecała mi wskazywać liczby parzyste i nieparzyste na przypalonych zapalniczką, nadtopionych guzikach dźwigu. Babcia czytała mi i chodziła ze mną i babcia była i sprawiła mnie, choć dzisiaj już tak niewiele może sprawiać.

Kiedy przychodzę, częstuje mnie kawą i zaznajamia ze sprawą następującą: sąsiadka jej z góry – Pani Iwona, poprosiła ją by sprawdziła stan mieszkania po lokatorach, którzy kilka dni temu opuścili Iwonowe lokum lokujące się na szóstym piętrze, tuż nad babci głową. Czy ja mogę pomóc jej otworzyć tam drzwi? No w tym mieszkaniu… bo ona nie ma siły w dłoni klucza przekręcić.

Ależ oczywiście, że mogę droga babciu, chodźmy zatem i te mieszkanie sprawdźmy, po tych nicponiach, lokatorach, co pewnie jakiś bałagan mniejszy, lub większy po sobie zostawili. Wchodzimy piętro wyżej, po betonowej klatce, zawsze lekko zsypem zalatującej i oboje się czujemy teraz jak para złodziei, niezręcznie jakoś, żeby nie popełnić żadnego faux-pas podczas obcowania z czyimś, powierzonym nam mieszkaniem. Odkluczam drzwi na korytarz – „Im in” – chciałbym nadać babci przez mikrofon zapięty na golfie, podczas gdy ona obserwowałaby całą akcję z dołu, na trzech monitorach, siedząc w fotelu i paląc fajka. Tymczasem ona wchodzi ze mną i „We’re in”. Zabieram się za dolny zamek, poszło gładko. Teraz górny. Cholera, coś nie idzie. Naciskam klamkę, nie idzie! Nie idzie! Babcia traci nerwy:
– Chodźmy, trudno, innym razem, jutro może spróbuję jak będzie lepsza pogoda.
– Poczekaj, no, raz się nie udało i już chcesz odpuszczać! – Próbuję jeszcze raz i drzwi się otwierają. Przybieram minę szelmy. Babcia czyni wydech. Wchodzimy.

Mieszkanie okazuje się pozostawione w stanie dobrym i przyzwoitym, doprawdy, pomimo szczerych chęci trudno się dopatrzyć jakiś uchybień w kwestii jego sterylności. Spisuję trzy liczniki: wody, gazu i prądu, wychodzimy, zamykamy i nasza misja kończy się powodzeniem. Na dole, już w pokoju babci, kiepsko oświetlonym o układzie mebli niezmiennym od lat, babcia próbuje mnie nęcić jeszcze ciastami, rosołami i kotletami, ale już moją głowę zaprząta rozwalony w dole i krwawiący brązem ford, dlatego skupiać się i znosić spokojnych rozmów dalej nie mogę. „Do widzenia babciu, czas ruszać w drogę!”, żegnam ją dwoma całusami w oba policzki, lecz tym razem głaszczę ją jeszcze po głowie, na co ona się śmieje ze swej postępującej nierosłości, a mej rosłości i żegnamy się szybko, a czule.

Pośród blokowisk ciemnych jak dusze ich mieszkańców, oświetlonych ledwie, gdzieniegdzie punktami żółto-niebieskiego światła, zbliżam się do samochodu mego – skupionego Forda rocznik 2000 kolor violent fiolet i odpalając latarkę telefoniczną zerkam mu pod nogi, koła znaczy, patrzę czy ciecze jeszcze, nie ciecze, szczęście. Nie ma z czego ciec ciecz wycieńczona zaciekłością swej grawitacyjnej dociekliwości. Dolewam zatem wody jeszcze, telefonicznie Gutka informuję, że dziś mu nie zezwiastuję już wizytą, którą odbyć mogłem, acz nie musiałem – wizyta ta miała być połączeniem biznesu jakiegoś, dilla, czegoś pół-tak, pół-nie istotnego; mogła czekać do jutra, mogła czekać do poniedziałku i poczekała. Ale Gutek jeszcze nadaje, że może pomóc mi, holować, co tak trzeźwe, pomocne i dobre jest z jego strony, że zaczyna gryźć mnie już demon wewnętrzny. Demon,

bo wcześniej Pudel pisze: „hej, wpadniesz dzisiaj?”. Pudla rok ponad nie widziałem, i się tak zbierałem tygodniami by zobaczyć w końcu, zupełnie jakbym pielgrzymkę miał odbyć do wizerunku świętego, z tym, że temu koledze do świętości brak jeszcze mil tysiąca. Anyway, już jak z Gutkiem rozmawiam, to wiem, że ta noc trzeźwo nie zakończy się, i spycham jego potencjalne hakujące, holownicze pomoce w zapomniane sobotnie noce, żegnam się i mówię „cześć”, a do Pudla: „będę”.

A tu jeszcze Dorys wzywa mnie na śmiechu kolędę, pisze, że portret Zbigniewa Wodeckiego malować będą, ale wcześniej jeszcze woda, wóda i kwasy wejdą z Szybką Wolną i kolegą jakimś.

Fordem dychającym, sfatygowanym i dziurawym od spodu, coś jakby ma dusza, durszlak zajeżdżam jeszcze do matki. Po co? Po blat do mego biurka, który został u niej i tkwił za łóżkiem drugą zimę, i na partyjkę szachów z brackim, gdzie remisujemy ostatecznie, co dość żenua pewnie jest biorąc pod uwagę jego siedmio, a mój dwudziestopięcioletni wiek.

Tu znów przejaw mego niedo bycia, mego onegdaj grania i niedogrania, czegoś tam liźnięcia, ale niedolizania i tak się ganiamy mając obaj po dwie figury i dogonić nie możemy. Potem za obliczenie dziesięciu przykładów matematycznych w zakresie odejmowania i dodawania do trzydziestu daję mu sześć polskich złotych, które on skrupulatnie z miną małego, chytrego Żyda chowa do portfela, co jest śmieszne w sumie i stanowi pretekst monologu matki na temat chwalebnych zwyczajów finansowych brata mego siedmioletniego Roberta Robertowskiego; o tym jak każe sobie wymieniać cztery dziesiątki na jedną pięćdziesiątkę, i o tym jak od ojca pożycza, ale nie oddaje, i wstydu wcale za to nie czuje. (Jeszcze siedzi i się śmieje chytrze na kanapie jak o tym z matką mówimy).

„A oddam kiedy się dorobię” – cytuję Moryca z Ziemi obiecanej i choć pewien jestem, że matka tego cytatu znać nie może (a może mylę się) to śmiejemy się długo, do łez i jest dobrze. Daje mi jakieś owoce, słodycze, ja zabieram blat, całus, całus, piona brat i lecę. Ford odpala ledwo, Pudla informuję, że zjawię się i dzwonię i pytam czy pić może, bo nie tak dawno jeszcze zarzekał się na całkowitą abstynencję i złych nawyków porzucenie, i nie tak dawno jeszcze w metrze telefonicznie z nim rozmawiając czułem trzeźwość jego przez słuchawkę, myśli uporządkowanie, ułożenie jakieś, dyscyplinę immanentną.

Teraz Pudel zapewnia, „tak, tak pić mogę i potrzebuję”, a potem pisze: „kup 0,7 i wino białe”. No to jest przesada spora, o ile 0,7 stanowi już wyraz pewnej nonszalancji, to jeszcze wino do tego jest niefinezyjnym zaproszeniem do bramy podłego alkoholizmu.

Na stacji benzynowej nieopodal wjazdu na autostradę A2, kupuję wódkę rzeczoną marki Żubrówka, płyn do chłodnicy najtańszy za 16,99, którego producent deklaruje skuteczność do -37 stopni Celsjusza, sok. Papierosów nie kupuję, choć już czuję, że pomimo 11 dni niepalenia wcześniej, to dziś właśnie przyjdzie mi zajarać znów. Ta myśl przeplata jak wianek myśli pozostałe, jak dym subtelnie w nie wchodzi i wędzi, a ja udaję, tak jak zwykle udawałem, że nie zauważam jej i pozwalam się uwodzić i wędzić jak zwierzę głupie, żaba w rondle siedząca, której kucharz podnosi temperaturę, stopniowo zwiększając płomień, a ta w swej zmiennocieplności żywcem daje się ugotować.

Płynu właściwego, różowego do forda zalewam i ruszam ku P. Puławską myśląc jak paskudne jest to miasto, o tej porze zaś szczególnie. Mijam opuszczoną „Basztę”, salony jakieś moto, niezliczone przejawy ludzkiej przedsiębiorczości i wjeżdżam w końcu w uliczki wąskie, głębokie by dotrzeć pod dom, który mnie gościł już wiele razy, zbyt wiele może.

Pudel zza bramy milcząc mnie wita z szamponem na głowie, z daleka wygląda jakby osiwiał, lub już do reszty był pomylony i chodził w jakimś czepcu, który miałby jego myśli ułożyć i zatrzymać w jednym miejscu. Czuję się trochę jak przestępca gdy tam wchodzę, jak kontrabandzista, Grek brzuszny, bo trzymam w torbie plastikowej kogo niby mającej oszukać 0,7 wódki i sok tymbark. W większości wypadków takie zestawienia są okej, ale tu nie, bo P. miał nie pić już przecież nigdy, w lato mi się chwalił przez telefon jaki jest super aktywny, jak maluje żyrafy trzeźwy jak bąk, spijając nektary życia, które do tej pory zgorzkniała mu wódka. Ukończył terapię, na którą uczęszczał też jakiś sławny aktor (nazwiska nigdy nie wyjawił) i ludzie inni, tak; na tej terapii dowiedział się o sobie bardzo wiele, dowiedział się dlaczego pije, dlaczego przestać mu trudno, dowiedział się, że ludzi krzywdził, że siebie najmocniej. Taki był mądry i oświecony, kiedy deklarował, że rzucił już gibony, że teraz tylko zdrowe flow i zdrowe tony przyniosą sens jego duszy utrapionej. I prawda, kiedy rozmawiałem z nim jeszcze czas temu jakiś to brzmiał rozsądniej, bardziej strukturalnie, jego myśl jak strumień drążyły koryto tematu i nie dawały się zboczyć kamieniom i gałęziom (o kształtach fallicznych) dygresji, które tak ochoczo do jego potoku słów ciskałem. Teraz… Pudel był znów zawartością szklanki wody rozlanej na chodniku, której strumyczki podążały wzdłuż mikrostruktur betonowej kostki, w zupełnym bezładzie, wysychając i dogasając w szczelinach piaseczkowych granic.

Jego psy obszczekały mnie, jeden ten shitshu Tommy, szczególnie, mały idiota, którego lubię denerwować, za co on odgryzł mi się kiedyś dość dotkliwie. Psy wymieniam z imienia: Tommy, Bila, Gustaw, Czopa – każdy jest inny, innej rasy, innego usposobienia. Moim faworytem jest od zawsze Gustaw – harcik włoski, koloru szarości, z rodowodem wartym 6000 złotych, niezwykle dystyngowany pies, który zamiast siadać na trawie woli siadać na poduszkach, za co go cenię, bowiem wykazuję jakąś słabość do arystokracji. Gustaw zyskał brzuszek odkąd go widziałem ostatnio, jednak wciąż pozostał fałszywie skromnym (jego maniery ukazują się dopiero po dłuższym współprzebywaniu) psem. Choć nie powiem, ten tłuszcz odbiera mu wiele fasonu.

Powołując się na znajomość z psami, głośno do nich z imienia wołając, uściski, głaski, polizania wymieniając, próbuję się uzasadnić w surowych oczach rodziców Pudlowych, którzy spoglądają z kanapy rozpraszani na szczęście telewizorem. Zawsze się czuję jakby mnie nie znali, nie kojarzyli wcale i czuję też jakby mnie posądzali o homoseksualizm, no bo któż może przychodzić do ich geja syna o 21.00 w sobotni wieczór, jeśli nie inny gej właśnie, z flaszką i tymbarkiem, w białej, foliowej torbie, która kogo ma niby zmylić? Nie dość więc, że jestem obcym pedałem, to jeszcze rozpijaczem syna, zdrajcą, Grekiem trojańskim, co pod ich strzechami będzie prowadzić synka ku zgubie.

Ale przecież to nie pierwsza flaszka Pudla w tym miesiącu. Ja pić jeszcze mogę i sorry, ale wyrzekać się nie będę, to znaczy mógłbym, ale chyba nie w tym układzie, a zresztą takie picie tajemnicze, wbrew, ma w sobie uroki minionej dawno niepełnoletniości.

Z matką P. wymieniam kilka konwencjonalnych, acz staram się je zabawnymi uczynić, zwrotów, po czym zostaję skierowany na górę do pokoju przejściowego, ładnego, świecami osmolonego, w którym to pokoju można palić, a mimo tego nigdy tam papierosem nie czuć. Jest tam biblioteczka dość spora (jedna z kilku w tym domu), zawierająca ciekawe pozycje np. „Wychowanie seksualne dla dzieci lat 7-9”, czy „Zbiór fraszek na każdą okazję”. Są tam książki tak rozmaite i antologiczne, o których ja nigdy bym nie pomyślał by je kupić, bo są czymś bez czego się można obejść absolutnie, ale i przez swą lekkość, różnorodność i często zbiorową formę są właśnie ciekawe i zapraszające do pobieżnego przeglądania.

Czekam, więc w tym pokoju cierpliwie aż P. zmyje ze łba pianę, a zza drzwi słyszę utyskiwania jego matki, jego uspokajania, które (mogę się tylko domyślać) dotyczą mojej tu obecności.

– Chodźmy na górę. – Pudel komenderuje, więc idziemy do studia nagraniowego i chlejnego, studia, w którym się raczej pije, pali i słucha muzyki, niż cokolwiek nagrywa, choć Pudel z konsekwencją twierdzi, że jest inaczej, w dowodzie pokazując strzępy jakieś, nigdy niedokończonych sprzed miesięcy nagrań.
– No to polewaj.

Tak, jakby o to głównie chodziło. Pokazujemy sobie piosenki, lepsze, gorsze. Mój rap ściera się z jego dawnym popem, czas płynie, wódka płynie, nasze sylwetki w dymie.

Zapaliłem.

Ot jakoś tak wyszło; „wódka lubi dym”, tak sobie mówię cytując genialną Siekierezadę, choć już nie tak genialnego bohatera i palę teraz niebieskiego camela i czuję się dobrze, jakbym się wcisnął w kolejkę, jakbym oszukał celnika i przemycił za granicę coś. Celnikiem jestem ja, granicą moje ciało, kolczaste druty postanowień składanych pisemnie, do luster (patrząc w oczy), składanych na nagraniach audio i wideo, składanych w pamiętnikach, w notatnikach w niezliczonych formach, miejscach i czasach, a pomimo tego chuj. Palę sobie i tak. I jak cudownie oszukać siebie, przynajmniej przez pięć minut, bo po sześciu sumienie i słabnący dech dają o sobie znać.

Siedzimy z P., gra jazz, wspominamy znajomych minionych; dawne dziewczyny moje, dawne przyjaciółki nasze, dawnych kolegów jego. Rzewnie to wszystko i zmierza ku niczemu, wiem to. Nie chcę niczego, chcę czegoś, skoro już wódkę piję, fura się psuje, ja się wędzę, to chcę z tej nocy wytłoczyć olej, paskudny, pełen smogu i lichych gwiazd, chcę czegoś, bo NIC niczego mi już nie może dać!

Tarabani Dorys dobija się, kolejny i kolejny SMS: „siema, wpadajcie, jestem z nią i z nim, będziemy malować portret Wodeckiego, ale najpierw kwasy i chill”. I to mi brzmi jak dobry dill, czuję, że tam już czeka na mnie COŚ, mięso, konkret, że tam się zadzieje. Delikatnie, aby nie spłoszyć, zaczynam Pudla drenować sugestiami, kusić większymi butelkami, pokazywać przypadkiem niby zdjęcia Dorys (te najkorzystniejsze), wspominać o jej otwartych i rozległych poglądach, szczerej względem gejów i Żydów sympatii. Polewam ofiarnie, zaznaczam, że o! Butelka 0,7 właśnie sięgnęła dna, jakaż to szkoda, a skoro już taksówkę bierzemy na stację, to może i na stację centrum? i jak to dawno, dawno nigdzie razem nie byliśmy, a człowiek socjalny przecież jest i powinien drugiego poznawać!

Pudelek daje się przekonać w końcu, obaj jesteśmy w sztorcu i wyczuwamy nieprzyjemne tu fale od jego trzeźwej familii, psów szczekających i faktycznie dobrze opuścić te miejsce, odświeżyć się, wyruszyć w świat. Na stacji bierzemy litra, ja przeglądam bajki, które tam sprzedają (kiepsko wydane, obrazki czarno-białe w środku). Z taksówkarzem się schodzi na Biedronia, Pudel się spierać próbuje, ale się okazuje, że taksówkarz jest wyważony bardzo, prezydenta Słupska popiera, choć nie w każdym punkcie i tak rozmowa rozbija się o falochrony ogólności.

Dojeżdżamy na miejsce wreszcie, jest wcześnie jeszcze, ziomek kontynuuje te brednie śmieszne, ja mówię: „daj szlugę”. Daje mi, ja w myślach liczę kwit, jest parę stów jeszcze, a więc wyjątkowo git, jak na warunki domówkowe, styknie z nadmiarem jak nic. Zerkam w esemesa, tam dokładny adresat naszego zajścia: „mieszkania 98” – ten sam numer co moja babcia, super, wchodzimy. Dochodzi północ.

***

Napisz komentarz jeśli dotarłaś/dotarłeś aż tu.

Dwutysięczniki (wiersz)

#tbt #Karpaty2015
Na nizinach zabijałem
i chłonąłem żniwa śmierci
dokładając swym pacnięciem muchę
do muszego tańca śmierci.

Im wyżej tym mniej do zabijania
trawa się strzeli do podeptania
kwiat niebieski do zerwania
mech zielony do spalania

Wyżej już tylko łyse głazy
i szczyt. chcę szczytu.

I teraz ja do podeptania
ja do spadania
do kostki złamania
wicher do przeziębiania
do ognisk mi zdmuchiwania
słońce do zanikania.

Wierch. sterta kamieni.
ale ja. TU. widzicie?
Nikt nie widzi. bo nikogo tu nie ma
tylko głazy kamienie porosty
wiatr ciszy
O! Orzeł! czarny przepiękny dryfuje z rozpostartymi skrzydłami w przestrzeni

tylko on i ja
świadkowie swej krótkiej wielkości
na wysokości. chwała.

Schodzę.
Urwiska zapraszają do spadania,
błoto do ześlizgiwania
tytoń do spalania

Nie nie skuszę się bo widzę zieleń w dole
trawę do odpoczywania
drzewa do się wspinania
kwiaty do powąchania

Schodzę.
bo to naprawdę duża góra
O! Oso! Coś zabrzęczała koło ucha!
Stałaś mi się teraz

najbliższą przyjaciółką.

***

Karpaty ukraińskie
wrzesień 2015

ALEJE 44 odc. 2

odcinek 1 przeczytasz tu: https://czarnykajet.wordpress.com/2017/08/15/aleje-44-odc-1/

ALEJE 44 odc. 2

… nawet gdy są złe to się budzisz,

możesz w nich kochać lub mordować ludzi,

krzywe odbicie w witrynie twego ducha,

są twoje, tajne, niejawne jak życie,

tu wszystko dzieje się naprawdę

 

Zbudował wokół siebie wały, z przedmiotów błahych, błyszczących tanią elegancją. Uszczelnił wszystko zwitkami banknotów i drobnym bilonem. Choć nie przesadzajmy, nie było tego tak wiele by zamatować conocne przypływy świadomości. Po prostu trochę szmelcu do zdmuchnięcia jednym porządnym przypływem. Lecz wtedy wydawało mu się, że ten worek z piaskiem może się równać z wałem co najmniej Zawadowskim, tamą Hoovera, kurwa mać. Mordo, jakże mogłeś być tak naiwny, co?

Stary, wiesz jak jest. Doświadczenie, świadomość przychodzą z czasem.

A co to jest ta cała „świadomość” powiesz mi? Jednego dnia wydaje ci się, że ją masz, drugiego też a po latach cofasz się pamięcią do miejsc i zdarzeń, w których uczestniczyłeś. W których „świadomość” tamtejsza była jednym wielkim fałszem, ułuda. Jakże człowiek może aspirować do miana świadomego, gdy ma tylko dwoje oczu, uszu i jedną głowę, w obliczu oczu, uszu i głów miliardów. Czego możemy być pewni, to „podświadomość”, ta ukazała Ci się wtedy w pełni, co?

O człowieku, co Ty możesz o tym wiedzieć?

JA WIEM. Jak się wstydzisz to mogę sam im zrelacjonować..

O nie, nie tego jeszcze brakuje byś moje życie relacjonował, ty spoza tego świata. Zagarniał MOJE kurwa historie. Idź, sam żyj, sam rób i kolekcjonuj własne. Dobra, słuchajcie to było tak:

Odebrałem TO, choć nie pamiętam skąd, nie pamiętam od kogo. Bo jest tylko tu. Spękane połacie kwadratowych płyt, skanseny mokotowskie Warszawy lat ’90 oprószone blachą falistą, co wyrosła pod słońcem na kształt budek z warzywami, też zresztą blaszanymi. Bar „Sai-gon”, pasmanteria i zegarmistrz, do tego „Tanio i modnie”, epicentrum warszawskiej bazarowości, rytuał odtwarzany wedle jednego wzorca, odtwarza tę samą rzeczywistość niezależnie od miejsca. Ale obczajcie to: idę i psy (znaczy policja) wyrastają spod ziemi i rozpoczynają interwencję wobec starowniki siwej, co do emerytury dorabia czosnku sprzedażą. Nierozsądnie byłoby się  w tym momencie zbliżać, lecz to robię na przekór zasadom zdrowego rozsądku i na przekór systemowi, tak sobie myślę wtedy.

Wydałem się podejrzany najwyraźniej w swoim bezciele, więc dwóch z pięciu co tę staruszkę spisywało podbija teraz do mnie, w celu dokonania rewizji osobistej. Mokry pot na czole, lecz oczywiście panowie, bądźcie gośćmi moich kieszeni! Tu trzymam papierki po gumach, tu stary mandat, o! Tu wyjątkowa kolekcja porozrzucanych zapałek (macie może szluga?), oh a tu już zbliżamy się do mojego centrum zarządzania. Oczywiście, że pokażę, nie mam nic do ukrycia, kartę miejską z emblematem PRAWDZIWEGO WARSZAWIAKA (panowie też z Warszawy?) doładowana! i 50 złotych. Telefon? Po co telefon? Tam jest budka jak pan policjant chce zadzwonić. Wy to naprawdę nie macie co robić, prawdziwi przestępcy kryją się po kuluarach, nie na bazarach! O! To wszystko? Nie kradziony? No co pan powie! A kupowałem od ruskich, tu na rogu. Dziękuję (chuj wam w dupy). Dowidzenia.

Udało się! Kurwa znowu się udało, lecz niejasne przeczucia każą mi skitrać towar gdzieś, daleko. Może pod kamieniem, jak siekierę chował Roskolnikov? Niee, zbyt oklepane. Za to ten śmietnik z braku laku będzie idealny. Wyjmuję więc grube zawiniątko z bokserek (ulga) i kitram, nie wiem jak. I tu nagła inspiracja, doświadczeń życiowych złożona konstelacja, przypomina się Morrowind i jedna z  pierwszych misji, gdzie celem było śledzenie elfa, żeby przyuważyć jego skrytkę. Typ się nie oglądał więc ją wyhaczyłem, zgarnąłem expy i golda, jak się okazuje teraz, również cenną naukę by się oglądać przez ramię jak coś chowam. Czynię to więc niezwłocznie i oto przyuważam osobnika co mi się przygląda z niedalekiej oddali. Ha! busted lamusie! Jakby samo zauważenie miało sprawić, że zniknie, że przegrał misję i musi wrócić na start, nie pobierając 200 złotych. Niewzruszony kończę kitrać i odchodzę…

Dlaczego by nie wrócić do tych policjantów, myślę? Teraz? Czysty? W obronie polsiej przedsiębiorczości, kupić narodowy czosnek. Wow! Zajebisty pomysł, poklepałbym się po plecach trzecią ręką, gdybym mógł. Tym razem afera jednak jest większa. Staruszka zawijana już do suki pod zarzutem narażenia skarbu państwa na znaczne straty finansowe. Łapanka miejscowej ludności, prześladowania etniczne – Polacy Polaków tu gnębią. I oto bum! Odkrycie jak malowidła z groty Chauveta, bo u typka niewiadomego mi pochodzenia znajdują woreczek wielkości pięści NAJPRAWDZIWSZEGO CZARNEGO KOKSU. Tyle towaru w gaciach a typ się buja po mieście jakby szedł po bułki albo udawał gwiazdę porno. W tej chwili oczy wszystkich zwracają się na mnie. (co jest kurwa). Pan Tadeusz? Przecież on już nie żyje, odpowiadam. Nie, chodzi o CIEBIE, ripostuje pies. O kurwa, no ja no i co (towar w śmietniku).

Znaleźliśmy u tego pana (wskazuje na tego lamusa) narkotyki. Ponieważ to są pana spodnie, musimy pana aresztować – oświadcza z grobową miną.

Kurwa co? Typ ma rzekomo „moje spodnie” więc to MNIE aresztujecie? – niedowierzam ciągle.

Dokładnie tak, zapraszam z nami.

Kolejne co pamiętam to areszt. Zimna, kraciasta cela i te uczucie rażącej niesprawiedliwości jakie mnie dotknęło. Farsa! „Moje spodnie” kurwa mać! Na szczęście zaraz proces ruszy i wszystko się wyjaśni. Szkoda tylko tego towaru w śmietniku, pewnie ktoś go już zawinął. Ja pierdole.

Przychodzi strażnik i otwiera kratę. Nagle przenosimy się w przestrzeń śnieżnokremową, gdzie nie ma wymiarów, ścian, podłóg, odległości. Widzę go, stoi  parę długości ode mnie, wąs kryje się pod niebieską czapką.

Panie Tadeuszu, niniejszym, w dniu dzisiejszym skazujemy pana na śmierć przez powieszenie za wprowadzenie na rynek znacznej ilości środków odurzających. – oświadcza, z twarzą przenikliwie smutną.

Nie wierzę w to co słyszę! Jak to na śmierć? – pytam. Przecież nie było żadnego procesu, sądu, nic. Jestem niewinny! – zaczynam tracić nad sobą kontrolę. Chcę uciekać ale nie ma dokąd. Cały świat to jedna, wielka, śnieżno kremowa pustka.

Wiem, że nie było. – odpowiada posmutniały, solidaryzujący się strażnik. – Zapraszam za mną.

Nie zgadzam się! Proszę, nie! – w tym momencie, gdy zdałem sobie sprawę z nieuchronności kary, niby nie zawinionej lecz jakby sprawiedliwej, zaczynają mi wypadać zęby. Widzę je w krwi na swoich jasnych dłoniach. Zaczynam seplenić swą ostatnią mowę obronną Sokratejską, zęby wypadają jeden po drugim. Krew ścieka mi przez poranione palce.

BUDZĘ SIĘ.

Sięgam po szklankę wody ze stołu, przy okazji znajdując kolczyk blondi co mnie opuściła kilka godzin temu. Bez blanta dziś nie zasnę.

 

 

 

JA JA JA 2

Nie palę z rzędu dzień drugi, ale w tym miesiącu to już chyba z piętnasty. Wkurwia mnie wiele (nie powiem, że wszystko) w świecie zewnętrzym i świecie wirtualnym. Wkurwił mnie kucharz dziś i ja jego wkurwiłem i zagroziłem i byłem twardy i on teraz chodzi skulony, otwiera mi drzwi. Naprawdę.
I chciałbym tak teraz wydrzeć ryj na cały Internet, albo konkretniej stargetować wszystkich polskich idiotów na facebooku, których posty kiedykolwiek podniosły mi ciśnienie i krzyknąć im prosto w ryj: „jesteście idiotami, gardzę wami i waszymi zasadami. Pierdolę was.” I chciałbym aby to do nich dotarło, aby ich wkurwiło, bo wtedy choć przez sekundę czułbym się wygrany. I mam teraz ochotę rzucić wyzwanie całemu światu, co czci koniunkturę, co czci konformizm i łatwe idee, mam ochotę wyrwać im gardła, a na ich czaszkach zbudować swoje królestwo.

 

  • dziennik nie będzie tu prowadzony, upubliczniony zostanie dopiero po śmierci. Na blog wrzucam jego ścinki.

oko wy

Nieważne dokąd wyjedziesz
zabierzesz siebie w podróż
zawsze
i nie uciekniesz przed sobą

Ty zawsze tam gdzie
ty

deklarujesz, obiecujesz
rzeczy małe i wielkie
by znów się złapać na przynętę
kłamstw i nałogów

gdyby tak miejsce potrafiło
odmienić człowieka
lecz nie potrafi

nie przy koneksji globalnej
podłączeniu i ujednoliceniu

wszędzie są ludzie ci sami
i wszędzie ty z nimi
przez kostkę z mikroczipów

i dlaczego odłożenie jej stało się wyrzeczeniem
nie wyzwoleniem
dlaczego stratą nie zyskiem?

Dusza we mnie stara
co listy, nie smsy pisała
co pieśni, nie pop śpiewała
jestem wytworem czasu, w którym żyję
a bunt kończy się karą

10 lat w Tybecie
10 na tablecie
wolności pragnę w sobie
wolności pragnę w świecie

BEZ PRZEKAZU – NAWIJKA II

Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś, koniecznie przeczytaj NAWIJKĘ I, tu: https://czarnykajet.wordpress.com/2017/05/20/160/

Obserwuj bloga, wpisując swój mejl w zakładce MENU!

okl1

NAWIJKA II

Rok 2044. Państwo–miasto: Polszawa. Drzewa tu rosną do góry korzeniami, gołębie mędzą o skórkę z burgera, samochód jeden latał (w końcu to futuryzm), ale się rozbił o normy Federacji Gwiezdnej. Jakoś tak leci, z dnia na dzień sobie siedzimy, pijemy, jest dobrze. Na ulicach czysto, narzekać nie można. Sytuacja gospodarcza: jest. Dostęp do technologii: jest. Społeczeństwo: jest. Człowiek: jest, i bocian jest też.

Ogólnie to fine, thank you, how are you too?

– Państwo–miasto: Polszawa. Nasza duma i sława. Kiedyś Polska, kiedyś Warszawa, dzisiaj wspólnie nam rośnie Polszawa! Jeszcze Ef Ge nie zginęła, póki my żyjemy, zapraszamy was, narody, tu codziennie niskie ceny! – tak krzyczeli, tak śpiewali, najebani i stukali tam kieliszkami jak beng, beng, beng, beng!

Niedaleko, bo metrów tysiąc od Kajetana mieszkania, w dzielnicy Śródmieście, działo się to, co się dzieje na mieście. Chłopak piwo kupuje, dziewczyna dziękuje, w klubie nocnym, na dancingach się bawią. Piwo nie byle jakie, bo za dwadzieścia siedem PLN z nalewaka do kubka biodegradowalnego, szybko się rozkładającego EKO, że pić je trzeba prędko, bo po godzinie kubek zamienia się w papier, mózg w wafel, wszystko w świecie krąży i się przeobraża.

I może powiesz, że to prawda zbyt trywialna, a może zbyt wzniosła, by ją równać do rozkładu śmieci i quasi–analizy potępieńczej ludzkiej degradacji, której sam autor z pewnością się oddaje, ale jeśli prawda jest uniwersalna, to działa zarówno na kubkach, jak i gwiazdach, wszędzie, i z tych astrów ją warto chyba zdjąć, postawić na ulicy, zobaczyć na co dzień, a nie jedynie w uniesień chwilach, kiedy przeglądasz jutub czy poetycki tomik.

Czyli kubek się rozkłada, ale nie marnuje (bo wszystko w świecie krąży i się przeobraża), wrzuca się go do pojemnika, tam on rano jest zabierany do przetwórni, przetwarzany na darmową gazetę „Retro”. Gazety te są dostarczane bezpłatnie, co dzień, przez drzwi domu każdego w Polszawie. „Przez drzwi” bo teraz każdy ma drzwi jakie chce, jednak z obowiązkowym „otworem protekcyjnym”. Jest to elektroniczny otwór, automatycznie otwieralny i prócz dystrybucji prasy pełni funkcję wejścia awaryjnego dla europolicji, czego nikt nie ukrywa, bo w tym kraju wszystko jest jasne i otwarte dla obywateli. Gdybyś się zachowywał podejrzanie na Facebooku, na drzwi z dziurą narzekał, że np. przeciąg się robi, to służby bez trudu, za pomocą czytnika dopasowanego do otworu protekcyjnego odwiedzić dyskretnie cię mogą i sprawdzić, czy ten przeciąg faktycznie jest, czy go nie ma. Dla twojego dobra, w ramach programu „Kulą w reumatyzm”.

Z początku jakieś fale oburzenia, nawet wśród Polszawian, ale przecież takie są wymogi Federacji Gwiezdnej i nasi sąsiedzi już to mają, a przecież chodzi tu głównie o prasę, o edukację społeczną.

W Interwizji coś mówili, że ciemnogród, że z duchem czasu nie idziemy. Potem o nowej grze, nowej celebrytce, która się wsławia graniem w nową grę, no i umarł ten aktor, no, ten taki znany, co grał w tym, no, filmie takim. Co za smutek! Co za strata dla polskiej kinematografii, a przede wszystkim co za zdziwienie, że oto człowiek żył i człowiek umarł, co jest przecież przypadkiem niezwykłym, choć ponoć nieodosobnionym. Cała Polszawa płacze, w oknach światła pogaszone. Rano do roboty przecie wstać trzeba.

A drzwi? Kto by już o tym pamiętał? Po prostu pewnego dnia puk, puk, dla niektórych już knock, knock:

– Dzień dobry, w dźwiach dziurę wiercimy, z polecenia dyrektywy.

Ci nieprzekonani, że to dla ich dobra, słyszeli tylko od sąsiadów:

– A czego tak się boisz, panie Satjawati, co? Masz pan coś do ukrycia, że się boisz europolicji?

– Nie, nie, kochany pan Kowalski!

– To sam pan widzisz, czyste sumienie masz, niegroźna ci Federacja Gwiezdna, a gazetkia darmowa będzie?

No, będzie.

– No to czego chcieć więcej, panie? Jeszcze dotacje nam dają na te drzwi, a to mówię panu, nie żaden polszawski badziew, tylko saturniane, porzondne.

I tak jakoś drzwi były teraz z dziurami, a gazety szybkorozkładalne za drzwiami. Na śmiesznym portalu czasem dają memy ze zdjęciem drzwi bez dziury z podpisem: „Dzieciaki nie znajo He He” i wszystko spoko jest, gazeta „Retro” niesie treści też.

Ale wróćmy do tego klubu, tam łubu-dubu, dubu i to piwo, i kubek EKO.

– Często tu bywasz? – Maciej pyta – ten chłopak, co piwo stawiał, pamiętacie? A że stali blisko głośnika, to dwa razy musiał powtarzać, bo akurat „drop dat bejs” mu przerywało po „często”.

Ona, a zwali ją we wsi Iwona, mówi:

– No – bo to tak trochę po polsku, a trochę po angielsku, światowo i w ogóle, lubi takie słowa, bo są takie, no, uniwersalistyczne i się z każdym można dogadać za ich pomocą.

– To fajnie – szarmancko Maciej odpowiada, pewniaczek, bo kto jak kto, ale on to potrafił zagadać, i w jego rodzinnej okolicy takie teksty się zawsze sprawdzały. Stoją tak chwilę z nietęgą miną, głową bujają, Iwona nuci po cichu „drop daaat bejs, bejs, bejs. Smoke dat hejz, hejz, hejz”.

Maciek się pyta „co?”, a ona, że „nic”, że sobie śpiewa tylko, bo lubi śpiewać, i że kiedyś na pewno będzie piosenkarką, bo śpiew to jej wielka pasja. A najbardziej to lubi, no, tą Ruhanne i Marie Kiri. Maciej tylko się uśmiechnął, bo był trochę pod wrażeniem, że ledwo co przyjechał do Śródmieścia i już ot tak poznaje artystów.

Po łykach kilku, milczeniu nad miarę wydłużonym do Iwony podchodzi ten, ten nie powiem kto, ale wygląda jak homo! Nie bym był nietolerancyjny, w szkole przedmiot tolerancja miałem na 4-, myśli sobie Maciek, no ale kur!

Kto takie spodnie nosi normalny? To znaczy są normalni geje, ale jak na religii mówił katecheta: po spodniach ich poznacie. Już ma interweniować nasz bohater, ale co to? Ten homo Iwonkę do tańca porywa i jakby mało było zniewag, to jego piwo z kubka EKOo pije, wąsem swym gejowskim dobre piwo bąbluje, zawłoszcza.

– Nie będzie sobie promili we krwi podbijał śródmieszczyk homoś jeden moim kosztem! Koniec tego tańcowania! Hola, hola, koleżko, odczep się od niej! Ja jej to piwo postawiłem, to własność moja jest!

Tamten tylko patrzy na Iwonę, by spór rozsądziła, na co ona wzrokiem poczyna lustrować i się odsuwa na krok, by mieć rozpoznanie szersze. Co chwila ją ktoś potrąca, do tańca chce rwać, lecz ona #Salomon i wyrok musi wydać. Maciek buty ma trochę przetarte, pedałki takie, jak to się mówi. Zawstydzony ekoskóry widocznymi brakami udaje, że go łydka swędzi, więc trze tym przetartym napięte mięśnie, uśmiechając się napięcie. Twarz niczym nie wyróżniona przez Pana Boga, włosy krótkie koloru blond, nos kartoflowaty, zarost nietęgi, lekko od nikotyny pożółkłe zęby, no i ten swetr, sweter do klubu kto dziś zakłada? Hipsterstwa już nie ma, są neohipsterzy, a więc i ta część Maćkowa nieatrakcyjna Iwonie zdała się. Dla niej się nie liczy, że dobry z niego chłopak.

Za to ten drugi: no owszem, trochę jak homo, bo te spodnie, ale jakie ma powietrzne Maxy! No i ta koszulka z napisem „Ssij fiuta” taką ładną czcionką napisanym, co ją od razu trochę ujęła. No i ta broda, mmm, taka druciasta, co prawda zeza trochę ma i z nosa mu cieknie, ale to nic, nic! Z tej brody będą jeszcze ludzie!

– No to cześć, człowieku, no, dzięki za piwo, no, pozdrawiam – Iwona rzecze do Maćka i łapie tamtego za rękę roześmiania, z ekokubkiem w dłoni, już są na parkiecie, już wtuleni zapoznają swoje bakterie i pot ze sobą.

Maciek zezłoszczony, że życiowy parkiet bywa śliski, znów był bliski dla niebliskich, znów się przejechał. Światła kolorowe, ludzie tańczą, „bloł mi bloł mi bejbi” – hit nowy zakłóca tu okrzyki dramatyczne. Tylko zimna wódka może ochłodzić krew gorącą, a więc bar i kolejka długa nasiąknięta papierosowym dymem. To czas do złości, ale i refleksji, bo zagubiony i zraniony się Maciek czuje takimi obyczajami śródmiejskiej Polszawy. Niby to wszystko jedno państwo–miasto, jeden ród Piastowy (kim byli ci piastowie, piaści?), ale jeszcze różnice nie zostały zatarte i da się rozpoznać, kto przyjezdny, kto zamiejscowy.

„To jeszcze musi potrwać, wszystko jest procesem, popracuję na Śródmieściu i też sobie kupię powietrzne Maxy, a Iwon takich to będę miał na pęczki, i basta!”

Maciej z dzielnicy Radom, sto kilometrów od Śródmieścia, pociąg szybkich kolei polszawskich go woził do serca, godzina jazdy w jedną stronę. Może zapytasz: jak to dzielnicy? Ano normalnie. Mówiłem przecie, że państwo–miasto Polszawa, bo nie ma już miast odrębnych i wsi. Jest jeden wielki organizm, zurbanizowany – Polszawą zwany. Zapytasz, a co z Wrocławiem, co z Gdańskiem? To też Polszawa? A noga krowy, albo ogon krowy to też krowa?

Zastanów się nad tym, a ja tymczasem Ci opowiem bajkę: Polska od 2005 roku rosła w siłę. Siłę nowych dróg, muzeów i gładkich, klimatyzowanych autobusów. Siłę estetyczną głównie, ale siłę jednak widoczną gołym okiem. W Warszawy dawnym Śródmieściu stała tablica z cyferkami, skakały, śmiały się, podnosiły. Naokoło reklamy bajek, kreskówek, o, jak wesoło jest! Pod tymi cyferkami tylko napis brzmiał niby niechciane widmo: „dług publiczny na obywatela” #upiórwplenerze. Ale jaki dług? Skoro w portfelu każdy miał, nic nie parowało, za wyjątkiem karku spoconego z soboty na niedzielę, kałuży pod blokiem i e–papierosa. Cyfry wielkie są iluzją dla mas niezrozumiałą, dla inteligencji niezrozumiałą także, dla elit obojętnością, dla rządów rozbitą zastawą porcelany od pokoleń rodzinnej. Szybko znaleźć duży dywan, dużą miotłę i szur, szur pod spód, przyklepać nogami.

Niewielu zatem wiedziało z wielu powodów o stanie realno-ekonomicznym państwa polskiego, a życie biegło po ruchomych schodach lewą.

W podziemiach Warszawy coraz gęściej się robiło, na siedzenia w metrze wprowadzono abonamenty – kartę „Premium Warszawiaka”, już nie szło rozpoznać, czyj dziad tu od pokoleń bezpośrednio od Syrenki i Warsa, uchowan w trzcinach nadwiślańskich, a kto od Czecha, Rusa i Hindusa.

Na powierzchni gęściej jeszcze, korki na chodnikach coraz częstsze, zderzenia, notoryczne potrącania, zadeptywania pantoflami, szpilkami, biegówkami. Z wolna zaczęto malować pasy ruchu pieszego, przy chodnikach stawiać znaki, kto ma pierwszeństwo w danej sytuacji: podczas gdy tym idącym prosto zaraz winda odjedzie, a tym z prawej tramwaj. Kolizje jednak wciąż występowały, a nawet liczniej dochodziło do pokolizyjnych rękoczynów, bo sfrustrowany obywatel nadchodzący z pierwszeństwa, w razie potknięcia o tego z podporządkowanej drepcącego, mógł teraz całkowicie legalnie mieć pretensje i mieć krzyki. Wcześniej byłoby „przepraszam”, lub „jak leziesz, baranie?” i tyle, ale kiedy prawo poczęło określać ruch pieszy, frustraci całej Polszawy zatarli ręce od uciechy, od imaginacji, ileż to afer, ileż telefonów i impertynencji będą mogli wypruwać z siebie dnia każdego, ile pomyj wylać z rana na łeb bliźniego.

Ubezpieczyciele także wywęszyli okazję do korzyści: programy ochrony: „Czysty but”, „Ała! Mój palec”, „Co się wozisz, prostaku?” i „Bezpieczna tkanina”. Szczęśliwie dla Polszawian projekty modernizacji dalszych chodników zarzucono. Nikt nie pytał ani nie wyjaśniał dlaczego.

Wszystko w świecie krąży i się przeobraża, filolog Stefan w Stevena murarza, technik Wacław w „Jak mogę pomóc?” sklepikarza, bo jeden do UK poleciał, drugi do Warszawy, obaj ze światów gorszych do nowych, w poszukiwaniu szans. „Go getter”, tak to się nazywa. Kto nie ryzykuje, ten piwa nie pije, kto nie ryzykuje, temu pralka się zepsuje, kto nie ryzykuje, ten w sierpniu nad Bałtyk nie wyjedzie.

Już każdy znał taką, co pojechała za granicę, i każdy znał taką, co za gminę, do Warszawy. Wszystko było okej, proporcje na rzut oka się zgadzały, bo przecie świat, jak wiemy, jest mały, i chyba niewielka różnica, że tu czy tam. Tylko wsie jakby coraz bardziej pustoszały, pola z samolotu okien już nie tak obficie wyglądały, a nawet z miast mniejszych choć przecie niemałych: Lublina, Olsztyna, Koszalina, też emigrowano na zmianę: jedna za granicę, na zmywaku szukać kariery, drugi do stolicy składać burgery.

W kraju i mediach afery, cały czas, niesprzyjające koniunktury, lewe faktury, duże cyferki zysków i strat, rosnący VAT, w barze mlecznym droższy schabowy. Jednak najgorzej nie było, a nawet całkiem spoko, bo z funduszów Federacji Gwiezdnej ufundowano nagrody w „1z10”, autostradę małopłatną, długopisy w urzędach i basen klimatyzowany w Zabrzu.
Z czasem coś tylko zaczęło się psuć, prócz przyjemności także obowiązki, „najpierw drugie, potem deser”. Obowiązkowe baterie słoneczne tu i tam (choć przede wszystkim na dachach), obowiązkowe mleka małorobienie, imigrantów i uchodźców odgórne rozmieszczanie, więc i czasem wysiedlanie, rosnące odsetki kredytów, zadłużenia, samobójstwa, i w końcu wiek emerytalny do 70. roku ledwożycia. Tak dla dobra. Dobra Polski, bo inaczej się nie da. Niby były w tym kraju jakieś afery, stadiony drogie, prywatyzacje tajemnicze i Komitety ds. Sztucznych, mercedesy służbowe i drogi dziwnie drogie. Ale kto by tam drążył, kto się doszukiwał, to oszołomstwo jawne jest.

To u nas należy szukać pieniędzy, nam podatek podnieść, żebyśmy za daleko nie zajechali, żebyśmy się nie napalili za bardzo nevadami, żebyśmy z firmy rozkręceniem nie przesadzali. I w sumie spoko, każdy jakby wkurwiony chodził, ale mało kto cokolwiek robił, aż tu nagle, pewnego dnia kwietniowego, bodajże dziesiątego, roku dwa tysiące trzydziestego piątego mówią: że beng! Że koniec i zbankrutowała Polska! Że się zadłużyła u Saturna i u Słońca, że każdy obywatel sześć zer ma do spłaty, a przecież osobiście brał tylko lodówkę na raty. Ludzie wyszli na ulice z lampkami ogrodowymi słonecznymi, nożyczkami i nogami od stołów z IKEI, strajki wielkie na ulicach. Janek z wiśniówką padł! Prędko się lampki wyczerpały, nożyczki zbyt tępe okazały, nogi połamały, tylko kule gumowe i gazy łzawiące nad głowami świstały, a i to dobrze, że nie amunicja ostra czy cyklon B.

Wojsko, policja, przez Janka z wiśniówką, jednodniowa prohibicja, a potem obniżka nagła cen alkoholu. Ze smutku i zadłużenia pije cały naród od bankiera po kasjera. Po tygodniu strajki ustały…

To już było w czasach, kiedy w Krakowie żyło sto tysięcy ludzi, w Poznaniu takoż. Wsie wyludniły się w 60% i teraz stały smutniejsze niż zwykle, już nawet koguty z depresji nie piały.

Za to w Warszawie? W Warszawie dziesięciomilionowy przyjezdny otrzymał wśród blasku fleszy klucze do miasta od samego prezydenta. Owszem, było już ciasno, ale jednak własno, i tutaj pomysł, jakiż to pomysł zrodził się w Brukseli! Umórzmy Polsce długi! Taaak! Krzyknęli wszyscy, wielce ucieszeni. Zaczniemy od nowa ten kraj budować, na starych wartościach, na religii i pamięci błędów, na nowej silnej gospodarce, „Polska stronk! Polska stronk!” – skandowano. Posłów wysłano do Islamskiej Republiki Belgii, by tam warunki dla nas wygadali jak najkorzystniejsze. Narada, stół okrągły za księżycowymi drzwiami i wywalczyli nam, ugadali. Państwo nowe – Polszawę – oficjalnie otwieramy!

Cieszą się obywatele, szykują paszporty emigranci, no, tylko że w drugiej minucie przemówienia premier z zielonymi łzami w oczach oświadcza:

– Wymaga to od nas, od nas wszystkich, determinacji! Wymaga siły! Wymaga cięć terytorialnych na rzecz Saturna i Słońca, by tam, gdzie było Opole, gdzie stały Kielce, mogło teraz bardziej świecić słońce i asteroidy gęściej padać.

Rozległ się szum na sali, rozległy „kurwy przed telewizyjnymi odbiornikami. Co to znaczy, mów, premierze?!

Drodzy rodacy, wszystkie województwa poza mazowieckim są nierentowne i zadłużone na 58 biliardów bitcoinów.

Oł maj Gasz, o kurwa, jak to wiele jest, przecież poł bitcoina to jeden chleb!

– Dlatego też wspólnie z naszymi przyjaciółmi z Federacji Gwiezdnej zadecydowaliśmy, że dla nas wszystkich, dla obywateli Polski najkorzystniej będzie je zamknąć. Wszystkich, pozostałe dziesięć milionów obywateli z tych rejonów zapraszamy na wielki festiwal piwa do Warszawy! Wraz z całymi rodzinami! Pakujcie graty, drzwi nie zamykajcie! Piwo i wódka dla każdego, kto w ciągu miesiąca przeprowadzi się do Polszawy! Polszawa, nasz kraj nowy, zostanie umieszczona na terytorium województwa mazowieckiego i będzie jednym, scalonym miastem-państwem! Wywalczyliśmy, dla was, Polacy, nowe bloki 30-piętrowe, już wkrótce rozpoczynamy budowę na obrzeżach dawnych miast mazowieckich, w tym stolicy zwanej od dziś Śródmieściem! Cieszcie się, ludziska, albowiem już nie musicie swoich milionów spłacać! Na każdego w nowej Polszawie czeka świetna praca! Mało tego, dobrych wiadomości ciąg dalszy! Przy Ostrołęce wykopiemy drugi Bałtyk! Federacja stawia nam kanał i wykopy, i zrobimy tam sobie drugi Balaton, to będzie Polski, znaczy się Polszawy hit turystyczny! Tysiące miejsc pracy! Z tej ziemi, co ją wykopiemy, od Lipska po Szydłowiec wam góry usypiemy! Piękniejsze od Tatr, wyższe od Giewontu! Polska będzie Polską nadal, tylko taką w miniaturce. Uwierzcie, obywatele, wspólnymi siłami uda nam się, będzie tak great, jak nigdy wcześniej! To tyle i przypominam o darmowej skrzynce wódki dla każdego! Wypijmy zdrowie, zdrowie na budowie, naszego nowego kraju – Polszawy! Z uszanowaniem, wasz premier – Paweł Rak.

Tak to było w skrócie, ale teraz co się w tym klubie dzieje? Ktoś po mordzie wali DJ-a, ten mu odpowiada disco polo na prędkości włączonym kawałkiem, tamtego ucho lewe rozbolało i odpuszcza, za to cała sala tańczyć i śpiewać zaczyna, kieliszki w górę idą. W tym rozgardiaszu Maciej wciąż w kolejce stoi, czas cenny trwoni, gdy tymczasem Iwona z tym pajacem na parkiecie się całują, co w sumie szokującym niczym nie jest, gdyż obyczajowość znaczne postępy poczyniła, i teraz to nawet wypada, jest dobrze widziane, by po siedmiu minutach znajomości się z kimś zaprzyjaźnić bliżej.

„Wstrzemięźliwość cielesna w miejscach rozrywki jest źle widziana, a czasem może zostać poczytana nawet za obraźliwą. Tak zwana katolicka moralność zbyt wiele już szkód w reprodukcji wyrządziła, zbyt mocno nas trzymała na uwięzi. Wyobraź sobie, Maćku, że tańczysz z dziewczynką całą dyskotekę, a ona po zakończeniu zabawy odmawia ci nawet pocałunku. Miło byś się czuł? Dobrze by ci było?” – pytała retorycznie Pani na przedmiocie szkolnym tolerancja w maćkowym gimnazjum. Czyste zasady empatii, ogólnoludzkiej życzliwości nakazywały, by zapoznawać się bliżej.

Tym dotkliwsze było odebranie piwa i odejście Iwony z tym typem ni to homo, ni to trans, ni to elektro. Ale już ma gasić nerwy, bo zbliża się koniec kolejki, i w momencie gdy Maciek kolejkę chce zamawiać, dziewczynie obok kolejne piwo stawiać, to barman, bezczelna łachudra, sobie smartfona chwyta i dzwoni sobie gdzieś, gdzieś tak po prostu, i niczym się zdaje nie przejmować. Nakazy życzliwości, obsługi miłej łamie, bo dyrektywa taka weszła, że obsługa ma być miła i były z tego nawet szkolenia ogólnopolszawskie. „Tacy wywrotowcy doprowadzą ten kraj do ruiny” – myśli Maciej.

Ale barmanowi szkolenia są obojętne. To Toczek, co zastępuje tu kumpla na noc za barem, bo tamten miał jakąś nieprzyjemną przygodę bodaj z mefedronem, nie w tę dziurę poszło czy coś, i się obudził ponoć na granicy z Królestwem Słońca na północy. A prawie wszyscy wiemy, jak to jest mieć zjazd na pełnym słońcu – nieprzyjemnie jest. Nie mógł przyjść, reasumując, i po Toczka zadzwonił, o nim własnie pomyślał, bo tylko on miał tak dużo tatuaży, by zadaniom barmańskim sprostać. Jak bowiem powszechnie wiadomo, umiejętności barmana mierzymy ilością tatuaży, im współczynnik tuszu na centymetr kwadratowy ciała wyższy, tym barman lepszy.

Możesz nawet roczniki win językiem rozpoznawać, kręcić spirale szejkerem i wyłapywać na czoło, ale sory, jak nie masz dziary, to nie ten klub, tu nie znajdziesz pracy, młody, bo wiesz, barman z dziarami ma u nas lepsze chody.

Toczek mimo dziar na drinkach za bardzo się nie znał, w sumie to wszystkie robił na wódzie, nawet tequile sunrise tej nocy, ale nikt nie oponował, jego tatuaży autorytetem porażony. Coś tam stłukł, kogoś oblał, ale w sumie to git, manadżer był zadowolony, Toczek też, bo połowę hajsu do kasy, połowę do kieszeni pchał, a teraz stwierdzil, że przerwa, fajrant i do ziomka powinien zadzwonić, go tu ściągnąć, bo jest dobra wixa. Smartfona musiał wyciągać z plecaka, co było fatygą dość sporą, bo generalnie teraz wszyscy je nosili przylepione do dłoni. Kojarzycie takie stare zdjęcia z Wall Street, ci brokerzy w garniakach mieli takie wielkie, prymitywne tablety z paskami na rzepy przyczepione do lewicy, by tam wszystko kontrolować, akcje lamusom sprzedawać? To coś w tym stylu, tylko już bez pasków, bez rzepów starej technologii, dzisiaj wszyscy noszą smartfony, co działają na pole siłowe dłoni i one się trzymają jak przylepione, dopóki tej opcji domyślnej nie wyłączysz. Widok dwóch dłoni wolnych, zwłaszcza w miejskiej komunikacji należy już do rzadkości. Raz nawet do roku przyznaje się za to nagrodę w postaci uścisku ręki prezesa.

Te–te–tele–fon!

– Siema Kajetan, barmanię dziś w 66, wpadasz? Jest dobra wixa, ostry melanż leci po pixach!

– Piszę teraz tekst, człowieniu, rozumiesz, jestem w trakcie pracy artystycznej.

– Weź nie pierdol, i co masz taki głos inny? Chodź, mam dla ciebie darmową wódeczkę, przecież wiesz, że każdy artysta potrzebuje swojej muzy.

– Moją muzą jest muza właśnie, mordo… są jakieś fajne laski?

– Człowieku! Zatrzęsienie! Cały sklep z laskami, wszystko dla pań i panów jak u Zoli! Co sobie życzysz? Już mam taką jedną upatrzoną dla ciebie, jej mówiłem, że mam takiego znajomka rapera wschodzącego, chodź, chodź, będzie numer z tego!

Kajetan już dłużej nie daje się namawiać, to nie wypada kumpla samego w klubie zostawiać. „Niewidzialne ziomki” zostają w zeszycie już tylko wpół niewidzialne, bo coś tam naskrobał, lecz raczej średnio mu ta tematyka siedzi, pierwszy gibonowy entuzjazm poszedł z dymem i pozostała teraz niepewność, czy to sens ma jakikolwiek:

 

NIEWIDZIALNE ZIOMKI

By by by byli
i się zawinęli
do celi
kto cweli
ten tu nie będzie miał przywilei
wileńskiej kolei opóźnień
są tacy
których świat nie zmienił
ocenił
i skazał
na życia
przegraną
przy butli i kiepie
gdzie się podziali
ci moi przyjaciele
poszukam ich pod sklepem

Wychodzę piruetem przez drzwi
w tym balu wirując coraz prędzej
a kysz!
Biesów w chuj mnie prześladuje dziś
wodą ognistą je zmażę:
ognistą i świętą jak krzyż
haczyk sobie zakładam na ryj
łowca stał się tu przynętą, idę się utopić dziś

***

                  To wszystko w zeszycie zostaje samotnie, Kajtek łapie palto, w sensie katanę, kurtałę z krzesła. Mija butelki jakieś, nogą roztrąca stos winyli, by po chwili zawrócić, ułożyć równo: Sokół Solo, John Coltrane, Joy Division, Kuba Knap, Maryla Rodowicz, Irena Santor, 2PAC i jeszcze koło setki tego typu oldschoolu, na wierzchu Popek „Gang Polszawy”, płyta specjalna na objęcie tytułu premiera.

Zamyka drzwi na klucz i wychodzi po chwili na Aleje Jerozolimskie przy nowej Rotundzie, gdzie kiedyś były ulice, tramwaje górą jeździły. Teraz jest deptak wielki od palmy po plac Nowej Konstytucji pod PKiN. Wyłączone zostały Aleje z ruchu samochodo–torowego aż po JPII. Obecnie jest park i ścieżki rowerowe, park wiecznie zielony, gdzie od Arabów można dostać kokę i gibony. Ruch został przeniesiony do podziemi, w Centrum, inwestycja wielka jak Kanał Sueski, ale jakże przyjemne, jakże ładne jest teraz Śródmieście! Może i dziesięć lat sparaliżowane stało, może i sklepy w końcu pozamykano, mieszkańców powysiedlano, bo czynsze wzrosły, no ależ kurde! Teraz te drzewa i ławki, a każda z logiem FG przypominająca, kto sponsorem był tej inwestycji, na szczebelkach wygrawerowane logo Saturna i Słońca przypominające, kto drzewa zasponsorował promieniami, kto dał metal asteroidowy na poręcze.

Ach, piękne jest nocą Śródmieście, każdy tu może czuć się bezpiecznie. Patrole co chwila przechodzą europolicji, monitorują, czy wandale gum nie przykleili pod ławki, jeśli tak, to cyk do próbówki i zaraz się dowiedzą, na czyje DNA mandat przez otwór bezpieczeństwa w drzwiach przysłać należy (zawsze doręczone przez otwór protekcyjny). Ale dziś noc spokojna, gumy w koszach grzecznie recyklingowych czekają na przerobienie w kondomy. Kajtek idzie i mija patrol jeden, już bez strachu, bez nienawiści, jak kilka lat temu jeszcze, gdy jointy były nielegalne, co stanowiło łówną i ostatnią zarazem przyczynę buntu przeciwko systemowi babilońskiemu. Dziś marihuana jest legalna, Popek sobie zapewnił ustawą drugą kadencję, naród wyzwolony, raperzy potracili połowę tematów.

Tak sobie myśli Czarny Kajet, podbija do grupy Arabów, żeby użyczyli ognia do szluga.

– Ej, chłopaki, macie ognia?

Oni tylko spojrzeli po sobie, śmiechem drwiącym zarechotali, jeden wziął gryza kebsa i nic nie gadali.

– To spierdalajcie – im Kajtek odpowiada i wnet se uświadamia powagę sytuacji. Te jointy zbyt mocno jednak go wyluzowały, pamięć o zasadach świata zredukowały, i o ile Arabowie o zapalniczkę nie rozumieli pytania, o tyle słówko „spierdalaj” znali doskonale.

I co? I teraz myślisz, podły rasisto, że go gonić zaczęli? Że go pobili i się jeszcze pewnie pod sejmem wysadzili? Że na wielbłądach tratowali niewinne białogłowe? Otóż nie, bo „sam spierdalaj” odpowiedzieli, też najarani byli i na sport akurat nie mieli ochoty. Jedyna strata, że papieros nie odpalony, że gryz kebaba zbyt szybko połknięty. Z tego zgaga może być, a to już rzecz niemała, więc w sumie to Kajtek ich trochę bardziej pobił, niż oni jego. Amir – gej zadeklarowany, lekko zszokowany, też falafela popuścił, Anna Jantar mu wypadła z ucha pod postacią czopkosłuchawki, oburzony był agresją młodzieży polszawskiej, co zaraz swoim kolegom oznajmił:

– Jaka to dzicz, ta Polszawa, siedzieć nie można, żeby człowiekowi nie poczynili afrontu.

Powiesz może, że to nie może być prawda, a ja ci powiem: patrz trochę szerzej, ty mentalny Sarmato. Pojedź sobie do Paryża, a jak nie możesz, to film obejrzyj z roku starego 2015, jak tam robili sondę uliczną i pytali na wyrywki o cytaty z Balzaca, jak kazali wskazywać na podstawie dwóch obrazków, który do Paula Gaugina należał, a który do Clauda Moneta. Ty powiesz może, że to łatwe zadanie, że to każdy umie odróżnić prymitywistyczny postimpresjonizm od impresjonizmu, ale ci Arabowie też się nie mylili, jeden nawet datowanie znał, a to, że jakiś prowokator, islamofob zakrzyknął z tyłu, że Allah to jednak Akbar, to się przecież zawsze zdarzyć może.

Kajtek szedł tymczasem niepocieszony, wydarzeń kanwą zaskoczony, obmyśla sobie plan na lachony, bo raper bez dupy to jak gej bez dupy, czyli trochę lipa. Tak, nie miał już kobiety dawno, choć przecież niczego mu nie brakowało. Wysoki był całkiem o twarzy inteligentnej, wąs ciemny, oczy zielone, ciało szczupłe, przybrane w ciuchy dobrego sortu, co na nie wziął kredyt szybki, chwilowy. Myślał, że spłaci, bo miał jechać na Kempa koncert grać, ale go odwołali, w ostatniej chwili go zastąpił ten lamus, ten, co go wszyscy teraz śpiewali, Tortilla Hemingway. I wybił się, wybił się na Kajtka miejscu, a przecież on przemyślenia miał takie same, tylko inaczej trochę ubrane, nie tak częstochowsko, tak prymitywnie nie zrymowane. Okej, może i jeszcze nie nagrane, może nie napisane, bo pisał w tym czasie coś o europolicji jebaniu, no ale wciąż, wciąż to były jego pomysły i jego zysk tak na dobrą sprawę. Po tej porażce grał jeszcze koncertów parę z tym jeszcze starym, nieco żeńskim wokalem, nim zaczął ćwiczyć głos, to był czas, gdy zaczął walić w nos i staczać się jak Kate Moss. Upijał się często do nieprzytomności i w SWAGu szukał życia radości, w używkach, z dewizą YOLO na twarzy i na koszulkach. Takie miał wartości również w sercu. To było trochę zagubienie, jak dziś sam przyznaje w programie „Magnez na śniadanie”, kiedy sobie imaginuje rozmowę z Jarzębiną Biegagowską. Lecz czy można mu się dziwić? Czyż nie każdy się czasem pogubi? Jeden w lesie, drugi w metrze, trzeci w miasta kanale #powstanie.

Rodzice? Gdzie byli rodzice?! Mama w UK robiła fakultet na kuchnię, komórka jej wpadła do zupy i już jej odratować w ryżu nie zdołała. Internety here w London bardzo expensive, to i rzadko się łączyła, aż w końcu kawiarenkę zamknięto i już nie zadzwoniła. Kajtkowi pozostało zdjęcie, ściągnięte z Facebooka jeszcze, mamy solo we framudze drzwi, i jedno z tatą cyknięte w klubie. Miał je zapisane na dysku, miał je drukować, ale w końcu dysk twardy się stał al dente i nie uruchomił się więcej. Mama przepadła, wizerunek mamy przepadł i z czasem pamięć o mamie przepadła, wyparta poniekąd innymi wrażeniami. To znaczy wiadomo, że mama była, tak jak wiadomo, że istniały dinozaury, po nich pozostały kości, a po niej człowiek i stara konsola, czyli kości i śmieci.

Tata. Ojciec był spoko, luzak Romek. Na trzecie urodziny sprezentował tablet, kupił w kiosku jak wyszedł z pracy. Nie wymagał wiele, wiele nie mówił, o wiele nie pytał. Miał swoje sprawy i swoje życie. W tym życiu było dziecko. Lubił o nim myśleć jak o rybce w akwarium, które zawsze jest w domu, gdy się do niego wraca, bez znaczenia, ile czasu to zajmuje, czy to dzień, czy dwa. Ryby przeżyją. Akwarium, do którego należy wsypać pokarm, ale można też inne rzeczy: słowa, złość, złotą monetę na szczęście wrzucić. Wszystko wchłonie woda i zbombluje filtr. Szkło stoi w rogu i można do niego mówić, ale wcale nie trzeba. Gorzej, kiedy ono zaczyna mówić, wtedy można udawać, że się nie słyszy, „dzieci i ryby głosu nie mają”. Tak, to był jego największy cytat, najgłębsza myśl, odziedziczona zresztą po własnym ojcu.

„Tyle dać mogłem Kajtkowki, ile mnie w domu nauczono, nie to, że go nie kochałem. Kochałem. Ale ktoś musiał zarabiać na szamę. Patrycja mnie opuściła, bankowo z jakimś brytolskim gachem się puściła, a mnie zostawiła dzieciaka, błąd, owoc pękniętej, truskawkowej gumy. Trudno jest samemu chłopaka wychować, nie mogłem nad nim czuwać, all day all night. A młody mężczyzna ma swoje potrzeby. Samemu utonąć, aby jego na powierzchni utrzymać? Nie, tak się nie robi”.

A był to czas kolejnej seksualnej rewolucji i w końcu się ojciec mógł wyszaleć. Pamięta Kajtek, jak na szóste urodziny tata mu zaprosił gości – dwie dziewczyny, z tym że żadna nie była Kajtka koleżanką. Dały mu buzi, we dwie na dobranoc, potem nie mógł spać długo, czując dziwne mrowienie z obrzydzeniem zmieszane, gdy je słyszał, jak z tatą jęczały za ścianą. Wtedy się bał, bo nie rozumiał. Myślał, że tata robi im coś złego, a później kiwający się przyjdzie także po niego i go zje. Ale tata nie zjadł. Tylko we śnie.

Rano ujrzał szczupłą brunetkę, ładną, jak mu się zdawało, nago wodę na herbatę wstawiała i był to pierwszy raz, gdy kobietę widział nago, obrazek zapadł głęboko w pamięć i zbieg okoliczności lub nie, ale do dzisiaj preferował szczupłe i ciemne.

Ojciec zmarł parę lat później na zawał, miał lat 34, zostawił Kajtkowi dwupokojowe mieszkanie przy Alejach i trochę długów. Kajetan miał wtedy piętnaście lat, sąd zarządził opiekę babci – matce matki, która podobnie do córki nie przykładała większej wagi do wychowania chłopca. Właśnie wtedy postanowił, że wzorem swych idoli – Chady, Chief Kiefa – zostanie raperem. Żył samotnie w sercu wielkiego miasta, już wtedy Śródmieścia.              Samotność nie trwała zresztą długo, bo kumple zaczęli wpadać zajarani non–stop wolnym kwadratem i to właśnie wtedy na szesnaste urodziny, w wakacje ktoś przyniósł pierwszą torbę białego proszku. Do dziś pamięta skrystalizowane uczucie, okrzyk: „Jestem bogiem!”, nikt nie wyobraził tego sobie, tarcie zębami. Rozmowy długie z kolegami, jakby się wtedy dopiero poznali: marzenia, zwierzenia, wcięcia pamięci. Przerażał go ten stan, ale i upajał, bo było tylko tu i teraz. Dzika chęć życia i ciągnięcia dalej.

Okres nosów trwał z drobnymi przerwami do osiemnastki, a do tej historii wrócimy za czas jakiś, bo teraz już balet, już głośników serpentyna po Parkingowej ulicy niesie się, swądem spoconych wagin przywołuje do działania, do zaprzestania myśli o życiu, o sztuce, o jakiejś karierze i o nauce, joł!

Kajtek wbija na prom, wbija się ziom do klubu 66, zarzuca na bramce, że koleżka barmanem tu jest, że taki w dziarach i wszystkofest. Kajtek jakby na dowód swój tatuaż bramkarzowi pokazuje, na lewym przedramieniu HWDEP i już polubili się, no bo każdy, kto kiedy za gumę pod ławką został spisany wie, co, to jest za organ z tej europolicji jebany.

Zszedł do podziemia krętymi schodami, rapu dźwięki się niosły ponad parkingami.

                  To są te kluby, które dają nam światło, jest tu alkohol, który daje nam zasnąć, są tu dziewczyny, które dają nam miłość. Jesteśmy tu, chłopaku, w weekendy żyjąc[1].

Na parkiecie tłok jak w środku peletonu, zmęczenie podobne, nie kolarstwo, lecz picie wyczynowe, takie tu się bije rekordy. Kajtek zna te klimaty, przecież ma je koło chaty – same imprezownie, a tę nadzwyczaj dobrze zna, bo to miejsce popularne na melanżowej jego mapie Polszawy. Elo! Elo zbija piątki z typami znajomymi z pół-widzenia, pół-kiedyśimprezy. Pajacowaty Jarek jeszcze z liceum, obok inny jakiś ziomek, nie chce mu się gadać z nimi, konwenasów głupich realizować.

Kajtek idzie, w oczy mu się rzuca para taka: laska gumą ciumkająca tańczy z typem jakimś takim gejowatym nieco, co ma koszulkę „Ssij fiuta”, a ona się zdaje ulegać tej retoryce. Głupia krowa. W ogóle panny dzisiaj to porażka, myśli sobie K., ale już oczy gdzie indziej ma, na dziewczynie pięknej, prężnej, polszawskim słońcem opalonej i solarium, okutej jedynie w te szorty dżinsowe cięte w połowie pośladka. Włosy, długie, czarne i proste opadają swobodnie na młode plecy, pośladki podskakują w rytm kroków. „Ależ widoki piękne oj, mała, jakbym cię wziął na kolana”. Zniknęła w toalecie.

Kajtek chciałby tutaj grać, po głośnikach napierdalać swoje rapsy, piosenki, salę bujać. „Lewa stona mówi: ELOOO, elooo!” Ale poczekać chwilę jeszcze musi, bo wie: że kariera rapera to od zera do bohatera, od łaka do lesera, od zapomnienia do wydobycia się z cienia, #exegimonumentum. Elo.

Tak więc i na Kajtka przyjdzie czas, co kwestią czasu jest, o ile nie odpuści, o ile nie powie muzyce „precz!”. Być wytrwałym to podstawa sukcesu. Nie, nie powie „precz”, bo to jego rzecz: mieć, być. „Tak, kurwa! Gdzie ten Toczek?”

Dygresja mała na marginesie, ileż to się potrafi zadziać na ułamku schodów, w ułamku myśli. Ty może myślisz, że długo to czytałeś, że to kawał czasu już minął, ja myślę pisząc, że nawet więcej, długi ten fragment mnie się wydaje. Ale weź tak pomyśl: jak ty myślisz, ile wariantów w sekundę ogarniasz:

Wejście przez ochronę, ukazanie tatuażu, muzyka – Małolat, tłok jak w środku peletonu, kolarstwo #LanceArmstrong. Chwilowe ogłuszenie, nic nie myślenie, znajome twarze, ręki wyciągnięcie, nie chcę mu się gadać z nimi. Przerzutnia na parkiet, skupienie na obiekcie najwyraźniejszym – parze zabawnej, ocena pejoratywna kobiety. Przejście do kolejnego widziadła wzrok przykuwającego, ocena tym razem pozytywna.

Bodziec: muzyka – jestem muzykiem. Kariera – uda mi się, o ile nie zniweczę. Jakaś złota myśl, ugruntowanie. Przypomnienie sobie celu – Toczka.

Tak ja myślę, że on myślał, a jeśli ty myślisz inaczej, że Kajtek inaczej myślał, to wymyśl jak, wymyśl odpowiedź, prześlij mi już tak naprawdę, nie na wymyślanie, na skrzynkę pocztową nr 5 Hugo Poland sp. z o.o.

Kajtek w klubie odnajduje się, lecz nie ma ochoty dzisiaj na balety, na picie, jaranie, broń Boże ćpanie. Dobry chłopak jest, więc wpadł do ziomka, żeby z nim pogadać chwilę. No może jedno piwko, można sobie strzelić, w końcu Toczek dziś na barze, to sobie pogadamy chwilę.

Toczek istotnie na barze piwo leje, z miną zblazowaną, choć dziewczynie leje całkiem ładnej, ale dziś ona uwagi nie zwraca na niego wcale. Dziś on jest epsilonem, ona alfą i nie ma równości między nimi. On pracuje dla niej i ma lać to piwo szybciej! Nie mam czasu! Nasz klient nasz pan! Jutro, nawet o tym nie wiedząc, zamienią się rolami – ona zadzwoni do niego z call center, kartę kredytową chcąc mu sprzedać, a on jej skacowany powie przez słuchawkę:

– Pojebało was? O dwunastej ludzi budzić? Proszę do mnie więcej nie dzwonić!

Tak jest, proszę pana, już notuję, przepraszam i życzę miłego dnia.

Od alfy do epsilonu, od epsilonu do alfy, codzienne przeobrażenia Polszawian.

– Elo, typie!

– O, elo, Kaj! How are you, ołrajt?

– Ołrajt, men, fenks, co tam, mordo, mi lejesz dobrego?

– To dla tej pani: drink na wódce z sokiem. Dla ciebie mam drink z wódki z wódką.

– Nie człowieniu, ja dzisiaj lajtowo jedno piwko.

– Dobra, to piwko i wódeczka. No ze mną się nie napijesz?

– A Ty możesz tu pić?

– No pewno! I tak jestem tylko na zastępstwo. Dwadzieścia PLN. Panie poczekają chwilę, pozwolą, że się z kolegą napiję? Zdrowie, Kajtek!

Elo, i zdrowie! Polszawa w przebudowie i remoncie. Za to się napijmy, za Polszawę żyjmy, bo było już tak blisko jej ponownego utracenia, #StanisławAugustIV, znów leci afera na mieście. Teraz Warszawa to Śródmieście, Radom to przedmieście, Ostrołęka deptakiem nadmorskim Sopotem Polszawy. Bawić, się bawić! Zachlewać na pałę, potem rano na biegging i do robo, takie zwyczaje.

– Zdrowie, Kajtek!

– Zdrowie, Toczek! Kurwa, nieśmiertelność sobie zapewniamy! Gdyby tak toasty choć w jednej trzeciej się sprawdziły, to żylibyśmy ponad sto dwadzieścia lat. Cały świat do ogarnięcia wtedy, szybkie koleje, samoloty, potrzeby. Tuzin łatwych panien, albo i seta! Póki co seta na stole, nie ma na co czekać!

– Halo, halo, panowie!

– Ooops, dzwonią do mnie – Toczek mówi – To menago, chyba.

Chwyta znów telefon, od pracy się odrywa.

– Tak, ta, szefuniu, wszystko okej. Tatiana pozmywa.

Rozłącza.

– Wiesz, Kaj, nie chce mi się tu siedzieć. Przed nami jest all night. Ostatnie ładne dni, ostatnie dni, najpiękniejsze uciekają nam właśnie dziś. W spelunach, ciemnościach, na wyuzdanych przyjemnościach. Napijmy się jeszcze, za Śródmieście!

Kajtek wychylił kielona i musiał chwilowo zostawić kolegę, bo tam szła jego przyszła żona, albo żona do kielona, albo nałożnica, albo nic nie znacząca bicza. A czemu nie szła tam zakonnica, albo myślicielka wybitna? Bowiem obie teraz spały w domach, a nie o nich jest ta opowieść.

***

[1] Małolat & Ajron, W weekendy żyjąc, [w:] W pogoni za lepszej jakości życiem, Prosto, 2004.

Fragment mającej się ukazać na jesieni powieści Piotra Sarminiego, „Bez przekazu”

Jeśli Ci się podobało, podeślij link znajomym i obserwuj tego bloga. ELO!

7.06.2017

Prokrastynacja – (z łac. procrastinatio – odroczenie, zwłoka)

Sesja,

pierwsze ciepłe dni czerwcowe. Ludzie, nieliczna roślinność, jeszcze mniej liczna zwierzyna budzą się do życia właściwego.

Ale co to?

Ktoś mi próbuje życie odbierać, sterować, nakazywać! I tak zamiast nago biegać po łące, wąchać paprocie, śledzić trasy polnych żuków, MUSZĘ robić coś innego. Jakże bezzasadnie!

Szkoła, praca, dom – a fe! Pierdolić to wszystko.

Pierdolić najmilej jest na świeżym powietrzu, choć i domowy fotel ma pewne uroki.

Zapomnieć się w tym pierdoleniu, przestać myśleć na chwilę –  i jeśli czytać, to dla przyjemności, nie dla wymiernych korzyści w postaci oceny w indeksie.

Studia – toż to dziecinada! Im dłużej na nich jestem, tym lepiej to rozumiem.

I doprawdy, dużo dojrzalej jest wypić wino na łące

niźli przed komputerem uzupełniać luki w podziurawionych zdaniach.

6.06.2017

Ponoć blog to ciągłość pewnej opowieści.

Najłatwiej jest opowiadać o sobie – wszyscy to praktykujemy codzień.

W złudnym przekonaniu, że kogokolwiek poza naszymi najbliższymi to interesuje.

Ale okazuje, się, że interesuje.

Osobiście zawsze uważałem, że poglądy i fascynacje ludzi miernych i głupich są niewarte uwagi.

Jakież było moje zdziwienie kiedy ci ludzie zaczęli zgarniać setki lajków na fb.

To były rzeczy bardzo prozaiczne.

Więc co dopiero taki ja. Najmądrzejszy i najniemierniejszy.

I oto żyjemy w takich czasach, że każdy chce zostać gwiazdą – jedni to mówią głośno, inni po cichu, kolejni nie przyznają się wcale. Ale chcą. (czy autor zdradza takie aspiracje?

Tymczasem gwiazd nie widziałem od dawna na niebie. Tylko dziś na globusie, w sklepie z globusami (jest taki w Poznaniu), na urokliwej uliczce skrytej w bramie. Uliczka to doprawdy niewielka i wąska, po jej bokach rozpościerają się antykwariaty literackie, sklepy ze starociami, serwis napraw MP3 oraz „Centrum Motywacji” (dziś zamknięte). Na końcu pałacyk – restauracja, kino Apollo i mała scena, wyjęta z latynoskiego filmu. Dziś zalana deszczem, burzą i naszymi łzami. Pod parasolami.

Nigdzie nie było gwiazd.

A tylko dwoje ludzi.