Tagi opowiadania

12 postów

KokoDżambo i do przodu

Dziś o 20:00 spotkanie z gościem a.k.a. KokoDżambo. DJ, wodzirej, konferansjer; motto na czerwonej archaicznej wizytówce: „Koko Dżambo i do przodu!”. Taki też hasztag na insta.

Odczuwam dysonans między pierwszym jego wejrzeniem przez fejsa, wejściem w zdjęcia profilowe i jakieś wallowe, przeczytaniem kilku wpisów i licznymi polubieniami tychże, polubionych przez znajomych podzielających entuzjastyczny styl Roberta. Z fotografii wygląda do mnie facet uśmiechnięty, około 30-letni, z lekkim brzuszkiem, ale jednak wysportowany – co dumnie poświadczają trzymane przez niego medale, trofea, okraszone błotem na twarzy trzymającej biały uśmiech z jakiegoś biegu leśnego. Typ prezentuje się jako afirmator życia, szczery entuzjasta, naznaczony zwycięzca, sportowiec i przedsiębiorca, artysta muzyk i pragmatyk śmieszek, ale i w garniturze potrafiący. 

Zazwyczaj dilerzy to goście mający w zdjęciu profilowym małego powstańca, albo czarnego, łypiącego diabelskimi oczyma tandetnego potwora, postać z anime przybraną w biało-czerwony filtr „Polska dla polaków”, albo „Wpieram marsz”. Ich ostatni publiczny post pojawił się 13 marca 2012 roku i był zbierającym dwa polubienia utworem Rage Against The Machine, to goście, których stan ducha jest właśnie przez tę ścianę oddawany – są zaszyci – w sobie, w swoim świecie głęboko.

Robert przeciwnie. Kiedy spotykamy się pod Biedronką na skrzyżowaniu Hożej i Kruczej KokoDżambo wita mnie witą skrywającą w otwartej dłoni białe, ukryte w chusteczce higienicznej zawiniątko.

– Siema jestem Robert KokoDżambo.

– Siema, Miron.

Przed spotkaniem z typem stwierdziłem, że nic mu o sobie nie będę mówić. Ani czym się zajmuję, ani gdzie i czy w ogóle studiuję, gdzie pracuję, ale on zaczyna pierwszy:

– Kurwa – strasznie dużo klnie – właśnie wróciłem z terapii. Choć wstąpimy do biedry, bo tamta na Marszałkowskiej kurwa zajebana jak Koleje Mazowieckie z rana.

– Dlatego wybieram Auchan, człowieku – biel, luksus, awokado.

– Też lubię Oszołoma, ale daleko mam, nie zawsze chce mi się podjechać, a teraz mam taką kurwa ochotę na lody, człowieku.

Wchodzimy do biedry, co sprawia wrażenie jakby nie głównego wejścia, a kulis wielkiego mechanizmu branży spożywczo-usługowej. Biedronki z lubością odsłaniają swe kartonowo-druciane flaki, pokazując ukryte mechanizmy funkcjonowania marketu. To co w innych sklepach jest ukrywane, tutaj jest naświetlane, co tam czynione nocą po zamknięciu, tutaj w godzinie szczytu, gdzie tam jest śmietnik, tutaj główne wejście.

Polak chce widzieć, co mu się podaje, jak to się tworzy. Chce mieć #DziałkauSzwagra feeling, wejść w obieg zdarzeń i rzeczy, które mają go czynić. Czyż to nie szczodre? Mój przyjaciel G. powtarza, że chce przed ludźmi odsłaniać rzeczy tajemne, te, których zawsze chcieli spróbować, ale bali się zapytać. Dlatego ich uczy robienia waty cukrowej. Gdybyś zastanawiał się jak wygląda praca w biedronce, to jak w panoptikum zawsze możesz to ujrzeć między lodówką z mięsem, a kartonami porozrzucanych czipsów.

– Zośka! Zośka! Masz 5 dych rozmienić?

– Nie mam! Andrzej, masz 5 dych?!

– Mam! A na ile?

– Marta, na ile?

– Na 2 x 20 i 10

– Na 2x 20 i 10!

– To mam! Poczekaj! Przepraszam.

I Andrzej wstaje ze swego szarego, rozkręconego jak Opel Astra fotela i idzie do Marty, do kasy numer 3 rozmienić jej 5 dych, bo przecież korporacja obracająca miliardami złotych, nie może zapewnić swoim kasjerom dostatecznej ilości gotówki w kasie. Nie kurwa! Czy można drobniej? Jeszcze by zobaczyli ile tego jest. Jeszcze by korciło, by tak zabrać wszystko i wyjechać na Mazury. A tak? Masz 1500 na miesiąc i se radź.

KokoDżambo bierze dwa ogromne kubły lodów waniliowych oraz wiśniowych i pyta czy ja też chcę jeden. Grzecznie dziękuję. Potem dostrzegam, że te kubły to dla niego ciężki wyrzut sumienia, bo jak mu pół-żartobliwie sugeruję, że jest sportowcem, to mówi: „ta… pa na te kubły kurwy”. Zabawne, ja nigdy nie miałem wyrzutów z powodu jedzenia.

Czekając przy kasie on znów wspomina o terapii. Czwarty raz. Ewidentnie chce się tym podzielić, więc pytam, co za terapia.

– Od alkoholu i narkotyków. Ale ogólnie to wiesz jestem DJ-em, ratownikiem wodnym, runmagedon, wiesz. Sport wiesz.

Trzęsie się jak galerta.

– To bendzie 15 złotych i 20 groszych.

– Chwilka… jeszcze znajdę 20.

Idziemy na tramwaj razem, choć wolałbym już zakończyć te wojaże, ale on chce ewidentnie gadać jeszcze o życiu swym, widać dalej w terapii flow, coś znów o ratownictwie. Sugeruję Bałtyk, żeby se popracował w lato i już mam się wygadywać, że tam bywam i pracować może będę, że Mielno, ale się łapię za język. On na morskie ratownictwo:

– A weź kurwa. Ja mam swoje lata, a tam wiesz, niezależnie ile masz lat, nie to trafisz na młodszego od siebie, takiego kurwa co mi będzie rozkazywać, a jebać go, jebać to, kurwa jest taka fala, siostra mi mówiła, bo ona też ratowniczka, weź po chuj mi to. Tak naprawdę tam chodzi o balngę, wiesz, melanż cały czas, wóda… nos. Tam się nie zarabia. A weź kurwa rano na kacu, a nie daj Boże, odpukać jakaś tragedia, to cię sprawdzą alkomatem, weź, kurwa, nie chcę, wolę tutaj.

– Ja słyszałem, że rano seks, po południu seks, w nocy seks na plaży.

– Ta? A byłeś?

– Nie. Koleżanka była.

Wbijamy w tram i tam gadka jeszcze o znajomku naszym wspólnym i jakieś nasze wspólne z nim historie, potem o dziarach coś i tak się żegnamy.

– Do zobaczenia, dzwoń, dzwoń, w kotakcie!

– Elo.

Graba szersza niż być powinna, ale chuj. Cieszę się, że wysiadł na Ratuszu, a nie jechał ze mną na Pragę, bo już nie chciałoby mi się kontynuować tych o niczym gadek. Tego pseudokumpelstwa, które zespaja ludzi na kwadrans tylko dlatego, że jeden kupił od drugiego działę. Czy gadasz ze sprzedawcą w Biedronce 15 minut, albo ze sprzedawcą z Rossmana, co ma na promocji: „Nowa Maybaline mascara”? Nie. A tu gadasz i jeszcze powinieneś być przyjemny, bo diler to ktoś więcej niż sprzedawca. To sprzedawca marzeń, twojego spełnienia, twoich oczekiwań i twojego nałogu, którego stacja benzynowa 24h nie obsługuje. Diler is your friend. All caps are bastards.

Kruszę zasady patrząc na widok góry stołowej #Kapsztad.

TURBOT

Dzień, rozpoczęty notabene obiecująco, bo już o godzinie 8.00, z jedynie lekkim, półgodzinnym zaspaniem zatruł mi turbot z zamrażarki.

Dzień o potencjale rosnącym – rozpoczęty anapaną (zarówno wczoraj jak i dziś ostatnia myśl medytacji nie tyczyła się odczucia ciepła lub wyładowanie na wąsie, a którejś z dawnych kobiet, czy może precyzyjniej mówiąc *********), przez kawę zbożową marki Inka (którą wczoraj mi obrzydził nieergonomiczny [strasznie trudno się z nim poruszało; obok niego] Em. informując, że inkę podają na Kolskiej „taką zimną i ohydną nad ranem” [nie wiem skąd to wiedział]. Coś co do tej pory kojarzyłem jedynie z czystą atmosferą Dziadowieckiej kuchni Dhamma Pallavy, Em. musiał mi zohydzić wizją alkoholowej degradacji)

A potem decyzja szybka, w ułamku sekundy – na śniadanie zamiast owsianki zjem gnocchi. Wtedy też konstatując, że skoro gnocchi na śniadanie, to już nie na obiad, postanowiłem rozmrozić turbota. Jacek przywiózł znad morza chyba z 10 kg. Jestem przekonany, że podróż ta odbyła się z wszelkimi uchybieniami względem sanepidowskich norm przewozu żywności. Jedynie domniemany mróz lub temperatury lekko powyżej zera panujące na pace opla vivaro mogły działać na korzyć rozmrażającej się ryby.

Owszem, 2 tygodnie temu prezentowała się jeszcze całkiem nieźle, o ile wielka, zbita, różowa kula rybich, trójkątnych tusz może wyglądać nieźle. Turboty są tak zmrożone, że niemożliwością jest oddzielać je we właściwych kawałkach; zbita masa różowości może być cięta na wskroś bez zważania na to, gdzie przebiegają naturalne granice ości i kręgosłupów. Może być, ale nie tnę, bo rwanie mięsistych tkanek zamrożonych zbyt ohydne mi się wydaje. Szukam, więc tusz samotnych, odrzuconych od beznamiętnego, a twardego stada kuli, coś jakby dusz odepchniętych od społeczeństwa. Szukam ich i podaję im pomocną dłoń. Oferuję rozgrzanie, uwagę, trochę przypraw. Najważniejsze: sprawiam, że znów mogą stać się przydatne, przysłużyć się komuś – wyższej sprawie. Sprawie mojego żołądka.

Znajduję samotne, poza nawiasem folii, wygięte tuszyczki. Jedna ma na sobie szron, druga jakby – płatki śniegu.

Wyciągam wspaniałomyślnie dłoń i wtedy już czuję ich swąd. Nie powinny śmierdzieć skoro są w głębokiej hibernacji. Może to tylko zapach. Tak, zapach.

Zbliżam turbota, czy raczej to co z niego zostało pod drżący jeszcze anapaną nos i wtedy, i wtedy robię: „łue, łue e ehk!”.

A mimo wszystko kładę to na talerz, obok drugiego trupa i wkładam na górną półkę lodówki. Tak dziś wielka jest we mnie chęć pomocy bliźnim i darmowego napełnienia żołądka.

Staję się jednocześnie oprawcą i ofiarą, przedmiotem i podmiotem, mecenasem, beneficjentem.

* ostatecznie obiad skończył się na pizzy

notowane pierwotnie w Czarny Kajet FALL 2018

 

 

ŁDZ toczas dla nas. PART 1

ŁDZ to czas dla nas. PART 1

Obudziłem się w moim mieszkaniu, które nie jest moje (bo je tylko wynajmuję), lecz czuję się tu względnie dobrze. Dobrze jeszcze przez 10 dni, bo wtedy znów przeprowadzka, wyjazdy, elo Warszawa! elo Bałtyk! taki los prekariatu, że się nosi co rok ze starymi gratami i nowymi zamiarami, które może wyrosną, a może zarosną je chwasty.

W pokoju panuje rozgardiasz: torba uber eats, rower, biurko, szklanko-gacie, stosy książek i pamiątek po wiedźmo-księżniczkach.

Telefon dzwoni:

– Kocie to dziś. W końcu dziś.
– Nie jadę.
– Jak to?
– To nie dla mnie. Zostaję stolarzem.
– Przestań się wygłupiać. Zakładaj buty i widzimy się na Wschodnim. Ja się jeszcze muszę umalować. Pa.

Sprzeciwiałem się wezwaniu, lecz nie miałem wyboru. Kasia odwróciłaby się ode mnie, gdybym teraz zawiódł ją po raz kolejny. Oczywiście zamierzałem jechać, ale chciałem sprawdzić jak zareaguje na moje droczenie się, czy weźmnie mnie na serio.

Nie wzięła.

Próby prasowania koszuli od razu zarzuciłem, przypomniawszy sobie, że deska do prasowania, a właściwie jej nogi pękły pod ciężarem Weroniki, która z deski chciała mieć krzesło. Jak trzeba być nieroztropnie pijanym i łaknącym wyzwolenia, ażeby siadać na desce! I to jeszcze kobieta. Dziś nie potrafią, ani prasować, ani gotować, ani…

Ale już nie marudzę, bo zegar wybija 6:20, woda prysznicowa stopni 20 – co najwyżej, orzeźwia, poprawia krążenie, wygładza cerę, wkurwia mnie; wyskakuję, look w lustro dumny, w tył zaczeska i na goleska się wybijam jak antyczny pomnik na piedestał.

– Brunon?
– o, hej, Paula, o sorry, wiesz, brałem prysznic zimny, o, no..

Dziewczyna współlokatora. Jedna z trzech. Kurwa i akurat teraz wyjść musiała, kiedy moja pa… męskość przypomina raczej chłopięcość (to przez zimny prysznic!).

6:27, pociąg, odjazd za 22 minuty. Zgarniam z łóżka byle ciuchy, śniadania nie jadam, dobra typie, zbieraj się! tam rozmowa życia czeka cię!

6:33 – wezmę rower, jestem gotów, telefon jeszcze… gdzie… okej. Dobra, wybita. Kurde, brak klucza… 6:37 – dwanaście minut. 6:38 kurde, gdzie on jest…

– Damian! Wchodzę!
Wchodzę do pokoju współlokatora, Paula już na właściwych sobie torach, czyli na nim, wow, teraz dostrzegam, w górę i w dół, w górę i w dół, za co ją tak… kocha.

– Człowiekiem jestem! – krzyczę – i nic co ludzkie nie jest obce mi!
– Kurwa, Brunon, puka się!
– No właśnie widzę, ale ja muszę wyjść! Wychodzę tarasem, zamknijcie za mną. Paula wiesz, to naprawdę była zimna woda… dobrego dnia! pa!

Dobiegam pędem na stację Veturillo, wypożyczam rower z ruchomą w pionie kierownicą, wrzucam bieg trzeci i pędzę pośród praskich kamienic na pociąg do Łodzi, który odjedzie za 7 minut z Dworca Wschodniego.

***

Część druga już za tydzień. Wypatruj i śledź mnie na instagramie i fejsie!

 

Verurillo 29872 – niebezpieczna gra

Wracam do domu na tym veturillo, chyba powinienem wypić te czerwone wino. A więc: Praga, sklep24. Kolejka jakby na TVP właśnie ogłosili koniec świata, tymczasem słoneczko i wiatr lekki niczego podobnego nie zwiastują. Wężyk się ciągnie aż na dwór, no to rower zostawiam i między słuchaniem narzekań za mną, że „na chuj te jedzenie kupujo, mleko i sery. By se kupili browara jak ludzie he he i do jutra poczekali” a podziwianiem zręcznych podrywów z przodu: „a gdzie panie w taką ładną pogodę, co? Może by tak do parku z nami?” sobie myślę.
Co jakby mi ten rower chciał KTOŚ ukraść (bo nie przypinam jak peniacz), co bym mu wtedy powiedział. O tak: „Twoje kurwa? Co?! To czego ruszasz?”, a KTOŚ: „bo myślałem, że tak stoi…” a ja: „Widzisz ten słupek? Jego se ukradnij i w dupę se wsadź!”, a KTOŚ (zawstydzony) „przepraszam pana, to już się więcej nie powtórzy”.
Ale już koniec rozkmin, bo kolejka rusza jak w jakim Disnejlendzie i już dopadam do kasy i biorę cygaretki RETRO fioletowe i pizzę 4 sery DŻIUSEPPE i wychodzę.
I oto widzę jak osobnik w żółtym dresie wolno, acz stanowczo zaczyna oddalać się na moim VETURILLO rowerze w rejon sobie tylko znany. No to krzyczę:… „Ziomek!”, ale on nie słyszy. Łapię zatem mocno pizzę, że aż się wygniotła i biegnę za nim, co jakiś czas powtarzając przyjacielską komendę-sugestię bycia ziomkiem i się jednak rychłego zatrzymania. Ale on nic, więc włączam sprint i krzyczę „STÓJ!”. Gość pada jak porażony na prawy bok, żółty dres sobie szoruje, aż mu kuboty spadły (przeżył o dziwo) i wybąkuje coś w stylu skruszonego… „o kurwa…” i odbiega do swoich. Swoi się śmieją, on się śmieje, małżeństwo  z dzieckiem się śmieje i ja w sumie też się śmieję. Nawet policja się śmieje i operator kamery przemysłowej 02183 się śmieje i nawet ci z veturillo się śmieją. A pizza Dżisueppe 4 sery smakuje po takim śmiechu najpyszniej.

Milena – cz. I #opowiadanie

O co ja się z nią kłócę ciągle? Od trzech i pół roku. Choć w początkach nie spieraliśmy się jeszcze. Byliśmy powściągliwi, nieśmiali, niewinni, zależało nam na robieniu dobrego wrażenia.
Teatr?
Zgodziła się, choć przez sekundę miałem wrażenie, że odmówi.
Idziemy warszawską nocą, wśród lwowskich kamienic, pachniemy ładnie, mówimy inteligentnie, staramy się być zabawni. Średnio to idzie, więc zapalam papierosa.
– Palisz? – pytam.
Nie pali. Prawie w ogóle jej nie znam.
I teraz dopiero widzę jak chodzi. Widziałem wcześniej na wydziale, ale nie chciałem w to wierzyć. Że ona tak chodzi normalnie-nienormalnie. Z twarzą w szalu, karkiem ze złamaną głową spoglądającą zdałoby się tylko w ziemię. Nogi  ma z pozoru mocne, ale w swej istocie chwiejne. Jakby zaraz miała przewrócić się, upaść niczym przedwcześnie ścięta sekwoja. Może to przez obcasy, bruk nierówny, lub jakiś niedowład. Nie piliśmy nic tego wieczora.
Teatru nie znajdujemy. To teatr undergroundowy. Idziemy do innego budynku, piękniejszego. Lekko spóźnieni wkraczamy na deski Czechowa. Grają studenci. Dobrze nawet. Teatr piąte piętro.
Niech studenci grają Czechowa, ale błagam, wy teatry komercyjne i drogie, przestańcie już. Nie ma kurwa nikogo lepszego? Kogo żyjącego, kogo z Polski? Bez tych wszystkich sióstr, generałów, cherlawych ojców, strzelb wiszących na ścianach?
Studenci grają nieźle, przerwa, palę, prawie nic nie mówimy, wchodzimy, śmierdzę, grają, śmiech, grają, śmiech, w końcu beng! Strzelba wypala!
Któż to mógł przewidzieć.
Wychodzimy. Nie mam pieniędzy zabierać jej, to tu to tam. Chcę całować, ale jej głowa ciągle w szalu, jak szczelnie owinięte trawą jajo. Czy ona jest aligatorem, żółwiem, a może ptakiem?
Żegnamy się.
Muszę coś o niej dopowiedzieć. Ma piękną twarz, długie blond włosy, świetny tyłek i zgrabne ciało. Tylko ten chód i te ruchy, zupełnie nieprzystające do jej nadkobiecej urody.
Nigdy więcej nie zaprosiłem jej do teatru.
Od nieszczęsnego Czechowa zaczęła się między nami pleść długa nić, lina okrętowa nieporozumień.
Nie zagadywałem do niej przez jakiś czas. Na wydziale mijaliśmy się obojętnie, patrząc po ścianach, podłodze, po oczach innych ludzi.
Po roku mi to wypomniała, bo chciała bym zagadywał.
Zawsze dawała sprzeczne sygnały. Gdyby była nawigatorem morskim okręty wielkie jak lodowce zaczęłyby wpadać w kolizje, a łodzie podwodne wypływać na plaże jak dogasające wieloryby.
Od Czechowa minęły tygodnie, zbliżały się Święta, miasto pustoszało. Widziałem z okna jak pustynnieje, jak klapnie, jak błotnieje, jak się cofa estetycznie do czasów Kontrolowanej Republiki Chaosu.
I wtedy ona zadzwoniła. Ucieszyło mnie to. Jest na dworcu i czy jej pożyczę na bilet, bo zgubiła portfel. Wsiadłem na rower, pojechałem na dworzec i dałem jej na ten bilet. Chciałem ją pocałować, ale głowę miała w kapturze i szalu. Wróciła w nowym roku i oddała mi za ten bilet pełna wdzięczności.
Nasze relacje polepszyły się. Rozmawialiśmy i pisaliśmy śmielej. Także publicznie, bo takie się robi rzeczy na zajęciach z literatury.
Wyszliśmy po nich na piwo w deszczowy, ciemny dzień z moim przyjacielem Emem.  Zasiedliśmy w najgorszej studenckiej spelunie z szafą grającą. Piliśmy tanie, dobre piwo. Kręciliśmy papierosy z resztek tytoniu paczkowanego i mieliśmy już ostro w czubie. Ona pożyczyła nam na dalsze picie i wyszła. Nie zaniepokoiło mnie to. Emem oddał jej ten hajs dopiero po dwóch latach.
Gdy wiosna zaczęła rozkwitać, rozkwitła znów nasza znajomość. Mogliśmy chodzić do pobliskiego parku i tam niby rozmawiać o czymś ważnym, albo zupełnie doraźnym. Ja robiłem pompki, i ona też zrobiła kilka. Założyliśmy się o trzysta złotych, z jej inicjatywy, że do maja schudnie pięć kilogramów, choć naprawdę nie miała ich wiele. Powiedziała:
– Jesteś jedyną, tak bezwzględną osobą, że wydusisz ze mnie ten hajs. Chcę abyś to zrobił.
Nie schudła. Na kilka dni po terminie zakładu zacząłem cisnąć ją o pieniądze. Oddała z grobową miną. Potem żywiła się jedynie bezglutenowym makaronem. I może dzięki temu schudła.

 

rysunek. Phil Ostojski

Kurki i borowiki #opowiadanie

Siedziałem nad otwartym edytorem tekstowym i zastanawiałem się, co napisać. Niby dzieje się tyle niesamowitych rzeczy, i tyle jest historii dookoła, a ja ich słucham i dopowiadam swoje, ale jestem głupi, bo nie zapisuję tych cudzych, a i swoje niezbyt często.

Gdy tak siedziałem na twardym krześle, plując sobie w brodę, że swe powinności pisarza wykonuję niechlujnie i nie pełnoetatowo, ktoś zapukał do moich tarasowych drzwi. Tak, owszem, posiadam taras o imponujących rozmiarach 2×8 metrów, co daje oszałamiającą liczbę 16 metrów kwadratowych, w jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic Warszawy – Pradze Północ.

Pukanie rozległo się ponownie, a ja przepełniony ciekawością i lekkim przestrachem, któż to może być o godzinie 22:35 zbliżyłem się do okna. Uchyliłem papierowe żaluzje, lecz nikogo nie zastałem.

Z powrotem zasiadłem przy biurku i w tem pukanie rozległo się znów. Tym razem podbiegłem do okna kuchennego, które również wychodzi na taras, aby na gorącym uczynku przyłapać żartownisia. Jednak i tym razem nie ujrzałem nikogo, a pukanie o szybę nie ustawało. Wróciłem więc do pokoju i zaopatrzony w czerwony flamaster, którym zamierzałem skrzywdzić ewentualnego napastnika, mężnie otworzyłem tarasowe drzwi. Nikogo tam nie było, i kiedy już chciałem domykać okiennicę, by następnie zadzwonić do swojego przyjaciela Ema z prośbą o polecenie dobrego psychiatry, rozległ się piskliwy głos:

– Tu jestem frajerze, na dole!

Koło moich stóp przybranych w stylowe klapki Kubota stała salaterka z parującą zupą grzybową.

– Czy to pani mówiła, pani zupo?
– Nie jestem kurwa panią, tylko facetem, nie widzisz? – zabulgotała zupa
– Proszę wybaczyć, nie często widuje się zupy rodzaju męskiego.
– Nie przyszedłem tutaj na pogadanki o gender. Zresztą kurwa spójrz na siebie, jak ty kurwa sam wyglądasz.
– Przepraszam, ale jak w ogóle, żeś pan tu zapukał panie zupa grzybowa?
– Nie interesuj się, bo kociej mordy dostaniesz- zupa zawrzała a z jej bulgocącej tafli wyskoczył gorący kawałek borowika i wylądował na mojej białej skarpetce.
– Uważaj pan panie, z tym bulgotaniem, skarpetkie, żeś mnie pan pobrudził!
– Słuchaj młody, jest taka sprawa, nie miał byś może pieprzem trochę poratować?
– Czy nie można było tak od razu? Kulturalniej. Ależ oczywiście, że mam pieprz, proszę tu poczekać, zaraz przyniosę.

Skierowałem się do kuchni, z ulgą, że zupie chodziło tylko o pieprz, jednocześnie zastanawiając się jak mogła zapukać, skoro nie widziałem u niej żadnych członków. Ale może zapukała brzegiem salaterki, tak to było możliwe. Otwarłem szafkę i wśród naderwanych, niearomatycznych saszetek odnalazłem pieprz. Chciałbym kiedyś dorobić się plastykowego młynka i mieć pieprz świeżo mielony, ale póki co mam ważniejsze wydatki, jak papierosy i chleb. Kiedy wróciłem do pokoju, pan zupa grzybowa stał na moim łóżku i uśmiechał się bezczelnie. To znaczy, pływające w przeźroczystej salaterce grzyby, przybrały taką formę, że rydze tworzyły oczy a dwie kurki wstrętny, żółty, nikotynowy uśmiech.

– Hej, panie, uważaj pan! Zaraz się pan tu wylejesz, a to jest kurwa biała kołdra. I gdzie z tym brudnym spodem z dworu, dopiero, co no?
– Dobra, facet, masz ten pieprz? Weź mnie dosyp od góry, o tak, bo mnie strasznie suszy ziomek.
– Dobrze, ale potem pan sobie pójdzie tak?
– No a jak, po chuj mam tu siedzieć, patrzeć jak se konia walisz?
– Nie waliłem konia, tylko pisałem, to znaczy chciałem coś napisać.
– Ta, jasne, He He He, ja tu trochę dłużej pod tymi drzwiami stałem. Weź no mnie dosyp od góry, tak od serca.

Spięty zbliżyłem się do łóżka, modląc się aby pan zupa nie stracił równowagi. Poczułem parującą woń grzybów i sfermentowanego alkoholu. Ostrożnie rozwarłem saszetkę i zacząłem sypać, w pełnej koncentracji, aby nic nie uszczknąć na łóżko.

– O tak, o kurwa, o tak! Tak dobrze, dosyp jeszcze młody! O kurwa, tego mi było trzeba!
– Panie zupa, zaraz pan będziesz niezjadliwy, może już wystarczy?
– Weź mi nie pierdol, co tam jeszcze masz? Rozmaryn? Ziele angielskie? Lubczyk? Weź mnie to wszystko wpierdol młody. O! I liścia laurowego daj!
– Czy pan oby nie przesadzasz?
Odwróciłem się i zdecydowanym krokiem wszedłem do kuchni celem odnalezienia łyżki. Wysunąłem pierwszą od góry szufladę i wyjąłem jedyny sztuciec, niosący w dodatku ślady dawnych zacieków. Kiedy odwróciłem się, pan zupa stał na kancie kuchennego stołu. Żołądek stanął mi w gardle.

– Odłóż tę łyżkę, bo skoczę!
– Nie skacz pan, dzisiaj myłem podłogę!
– Odłóż łyżkę, powoli, tak abym widział twoje rączki. Dobrze, spokojnie… A teraz sięgnij po te przyprawy co je masz za sobą.

Ale ja nie zamierzałem, dać za wygraną, w ostatniej chwili odwinąłem się i wbiłem łyżkę w pana zupę. Krzyknął przeraźliwe i zakaszlał. Salaterka zatrzepotała chwilę na rogu stołu, po czym z impetem uderzyła o kremową posadzkę. Grzyby ułożyły się na kształt krzyża, a z bulgocącej, dogasającej masy dało się usłyszeć, ciche, coś jakby
–Ty skurwysynu…

O nie, ja już sprzątałem w tym tygodniu. Nie mam siły robić tego drugi raz. Wróciłem do pokoju, usiadłem na krześle, przed edytorem tekstu i zacząłem zastanawiać się o czym mogę napisać opowiadanie.

**

– Niezłe. A nie mogłeś po prostu napisać, że wróciłeś najebany  i się porzygałeś?
– Nie.

***

Podobało się? Polub Czarny Kajet na facebooku i obserwuj blog, zapisując się do newslettera w zakładce MENU.
https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

Co dzisiaj robisz?

Co dzisiaj robię?
Dzisiaj sobie z wolna umieram
niewiele jem, niewiele piję
palę papierosy przy biurku
sabotuję pracę
masturbuję się dwa razy
wspominam dawne kobiety
trochę się kryję pod kołdrą
czczę lęk
olewam gdzieś tam pojechanie
na cały dzień zostaję w domu
oglądam wyścigi ducatti i lambo
oglądam 25 najlepszych zagrań Ronaldinho
oglądam analizę mapy w CS:GO
oglądam swoje dłonie
wydobywam z podświadomości koszmary senne
jem ciasto od mamy
żuję gumę
myślę o dziurze w zębie
i myślę, że jakoś to będzie
bo jeszcze trzy tygodnie temu świat był
cały mój
a dzisiaj obaj udajemy, że się nie znamy
niezręczne spotkanie
grudy złota w skale

 

***

polub czarny kajet na fejsie: https://www.facebook.com/czarnyKAJET/
zapisz się do mailowej subskrybcji w zakładce MENU

 

ALEJE 44 odc. 2

odcinek 1 przeczytasz tu: https://czarnykajet.wordpress.com/2017/08/15/aleje-44-odc-1/

ALEJE 44 odc. 2

… nawet gdy są złe to się budzisz,

możesz w nich kochać lub mordować ludzi,

krzywe odbicie w witrynie twego ducha,

są twoje, tajne, niejawne jak życie,

tu wszystko dzieje się naprawdę

 

Zbudował wokół siebie wały, z przedmiotów błahych, błyszczących tanią elegancją. Uszczelnił wszystko zwitkami banknotów i drobnym bilonem. Choć nie przesadzajmy, nie było tego tak wiele by zamatować conocne przypływy świadomości. Po prostu trochę szmelcu do zdmuchnięcia jednym porządnym przypływem. Lecz wtedy wydawało mu się, że ten worek z piaskiem może się równać z wałem co najmniej Zawadowskim, tamą Hoovera, kurwa mać. Mordo, jakże mogłeś być tak naiwny, co?

Stary, wiesz jak jest. Doświadczenie, świadomość przychodzą z czasem.

A co to jest ta cała „świadomość” powiesz mi? Jednego dnia wydaje ci się, że ją masz, drugiego też a po latach cofasz się pamięcią do miejsc i zdarzeń, w których uczestniczyłeś. W których „świadomość” tamtejsza była jednym wielkim fałszem, ułuda. Jakże człowiek może aspirować do miana świadomego, gdy ma tylko dwoje oczu, uszu i jedną głowę, w obliczu oczu, uszu i głów miliardów. Czego możemy być pewni, to „podświadomość”, ta ukazała Ci się wtedy w pełni, co?

O człowieku, co Ty możesz o tym wiedzieć?

JA WIEM. Jak się wstydzisz to mogę sam im zrelacjonować..

O nie, nie tego jeszcze brakuje byś moje życie relacjonował, ty spoza tego świata. Zagarniał MOJE kurwa historie. Idź, sam żyj, sam rób i kolekcjonuj własne. Dobra, słuchajcie to było tak:

Odebrałem TO, choć nie pamiętam skąd, nie pamiętam od kogo. Bo jest tylko tu. Spękane połacie kwadratowych płyt, skanseny mokotowskie Warszawy lat ’90 oprószone blachą falistą, co wyrosła pod słońcem na kształt budek z warzywami, też zresztą blaszanymi. Bar „Sai-gon”, pasmanteria i zegarmistrz, do tego „Tanio i modnie”, epicentrum warszawskiej bazarowości, rytuał odtwarzany wedle jednego wzorca, odtwarza tę samą rzeczywistość niezależnie od miejsca. Ale obczajcie to: idę i psy (znaczy policja) wyrastają spod ziemi i rozpoczynają interwencję wobec starowniki siwej, co do emerytury dorabia czosnku sprzedażą. Nierozsądnie byłoby się  w tym momencie zbliżać, lecz to robię na przekór zasadom zdrowego rozsądku i na przekór systemowi, tak sobie myślę wtedy.

Wydałem się podejrzany najwyraźniej w swoim bezciele, więc dwóch z pięciu co tę staruszkę spisywało podbija teraz do mnie, w celu dokonania rewizji osobistej. Mokry pot na czole, lecz oczywiście panowie, bądźcie gośćmi moich kieszeni! Tu trzymam papierki po gumach, tu stary mandat, o! Tu wyjątkowa kolekcja porozrzucanych zapałek (macie może szluga?), oh a tu już zbliżamy się do mojego centrum zarządzania. Oczywiście, że pokażę, nie mam nic do ukrycia, kartę miejską z emblematem PRAWDZIWEGO WARSZAWIAKA (panowie też z Warszawy?) doładowana! i 50 złotych. Telefon? Po co telefon? Tam jest budka jak pan policjant chce zadzwonić. Wy to naprawdę nie macie co robić, prawdziwi przestępcy kryją się po kuluarach, nie na bazarach! O! To wszystko? Nie kradziony? No co pan powie! A kupowałem od ruskich, tu na rogu. Dziękuję (chuj wam w dupy). Dowidzenia.

Udało się! Kurwa znowu się udało, lecz niejasne przeczucia każą mi skitrać towar gdzieś, daleko. Może pod kamieniem, jak siekierę chował Roskolnikov? Niee, zbyt oklepane. Za to ten śmietnik z braku laku będzie idealny. Wyjmuję więc grube zawiniątko z bokserek (ulga) i kitram, nie wiem jak. I tu nagła inspiracja, doświadczeń życiowych złożona konstelacja, przypomina się Morrowind i jedna z  pierwszych misji, gdzie celem było śledzenie elfa, żeby przyuważyć jego skrytkę. Typ się nie oglądał więc ją wyhaczyłem, zgarnąłem expy i golda, jak się okazuje teraz, również cenną naukę by się oglądać przez ramię jak coś chowam. Czynię to więc niezwłocznie i oto przyuważam osobnika co mi się przygląda z niedalekiej oddali. Ha! busted lamusie! Jakby samo zauważenie miało sprawić, że zniknie, że przegrał misję i musi wrócić na start, nie pobierając 200 złotych. Niewzruszony kończę kitrać i odchodzę…

Dlaczego by nie wrócić do tych policjantów, myślę? Teraz? Czysty? W obronie polsiej przedsiębiorczości, kupić narodowy czosnek. Wow! Zajebisty pomysł, poklepałbym się po plecach trzecią ręką, gdybym mógł. Tym razem afera jednak jest większa. Staruszka zawijana już do suki pod zarzutem narażenia skarbu państwa na znaczne straty finansowe. Łapanka miejscowej ludności, prześladowania etniczne – Polacy Polaków tu gnębią. I oto bum! Odkrycie jak malowidła z groty Chauveta, bo u typka niewiadomego mi pochodzenia znajdują woreczek wielkości pięści NAJPRAWDZIWSZEGO CZARNEGO KOKSU. Tyle towaru w gaciach a typ się buja po mieście jakby szedł po bułki albo udawał gwiazdę porno. W tej chwili oczy wszystkich zwracają się na mnie. (co jest kurwa). Pan Tadeusz? Przecież on już nie żyje, odpowiadam. Nie, chodzi o CIEBIE, ripostuje pies. O kurwa, no ja no i co (towar w śmietniku).

Znaleźliśmy u tego pana (wskazuje na tego lamusa) narkotyki. Ponieważ to są pana spodnie, musimy pana aresztować – oświadcza z grobową miną.

Kurwa co? Typ ma rzekomo „moje spodnie” więc to MNIE aresztujecie? – niedowierzam ciągle.

Dokładnie tak, zapraszam z nami.

Kolejne co pamiętam to areszt. Zimna, kraciasta cela i te uczucie rażącej niesprawiedliwości jakie mnie dotknęło. Farsa! „Moje spodnie” kurwa mać! Na szczęście zaraz proces ruszy i wszystko się wyjaśni. Szkoda tylko tego towaru w śmietniku, pewnie ktoś go już zawinął. Ja pierdole.

Przychodzi strażnik i otwiera kratę. Nagle przenosimy się w przestrzeń śnieżnokremową, gdzie nie ma wymiarów, ścian, podłóg, odległości. Widzę go, stoi  parę długości ode mnie, wąs kryje się pod niebieską czapką.

Panie Tadeuszu, niniejszym, w dniu dzisiejszym skazujemy pana na śmierć przez powieszenie za wprowadzenie na rynek znacznej ilości środków odurzających. – oświadcza, z twarzą przenikliwie smutną.

Nie wierzę w to co słyszę! Jak to na śmierć? – pytam. Przecież nie było żadnego procesu, sądu, nic. Jestem niewinny! – zaczynam tracić nad sobą kontrolę. Chcę uciekać ale nie ma dokąd. Cały świat to jedna, wielka, śnieżno kremowa pustka.

Wiem, że nie było. – odpowiada posmutniały, solidaryzujący się strażnik. – Zapraszam za mną.

Nie zgadzam się! Proszę, nie! – w tym momencie, gdy zdałem sobie sprawę z nieuchronności kary, niby nie zawinionej lecz jakby sprawiedliwej, zaczynają mi wypadać zęby. Widzę je w krwi na swoich jasnych dłoniach. Zaczynam seplenić swą ostatnią mowę obronną Sokratejską, zęby wypadają jeden po drugim. Krew ścieka mi przez poranione palce.

BUDZĘ SIĘ.

Sięgam po szklankę wody ze stołu, przy okazji znajdując kolczyk blondi co mnie opuściła kilka godzin temu. Bez blanta dziś nie zasnę.

 

 

 

oko wy

Nieważne dokąd wyjedziesz
zabierzesz siebie w podróż
zawsze
i nie uciekniesz przed sobą

Ty zawsze tam gdzie
ty

deklarujesz, obiecujesz
rzeczy małe i wielkie
by znów się złapać na przynętę
kłamstw i nałogów

gdyby tak miejsce potrafiło
odmienić człowieka
lecz nie potrafi

nie przy koneksji globalnej
podłączeniu i ujednoliceniu

wszędzie są ludzie ci sami
i wszędzie ty z nimi
przez kostkę z mikroczipów

i dlaczego odłożenie jej stało się wyrzeczeniem
nie wyzwoleniem
dlaczego stratą nie zyskiem?

Dusza we mnie stara
co listy, nie smsy pisała
co pieśni, nie pop śpiewała
jestem wytworem czasu, w którym żyję
a bunt kończy się karą

10 lat w Tybecie
10 na tablecie
wolności pragnę w sobie
wolności pragnę w świecie

BEZ PRZEKAZU – NAWIJKA II

Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś, koniecznie przeczytaj NAWIJKĘ I, tu: https://czarnykajet.wordpress.com/2017/05/20/160/

Obserwuj bloga, wpisując swój mejl w zakładce MENU!

okl1

NAWIJKA II

Rok 2044. Państwo–miasto: Polszawa. Drzewa tu rosną do góry korzeniami, gołębie mędzą o skórkę z burgera, samochód jeden latał (w końcu to futuryzm), ale się rozbił o normy Federacji Gwiezdnej. Jakoś tak leci, z dnia na dzień sobie siedzimy, pijemy, jest dobrze. Na ulicach czysto, narzekać nie można. Sytuacja gospodarcza: jest. Dostęp do technologii: jest. Społeczeństwo: jest. Człowiek: jest, i bocian jest też.

Ogólnie to fine, thank you, how are you too?

– Państwo–miasto: Polszawa. Nasza duma i sława. Kiedyś Polska, kiedyś Warszawa, dzisiaj wspólnie nam rośnie Polszawa! Jeszcze Ef Ge nie zginęła, póki my żyjemy, zapraszamy was, narody, tu codziennie niskie ceny! – tak krzyczeli, tak śpiewali, najebani i stukali tam kieliszkami jak beng, beng, beng, beng!

Niedaleko, bo metrów tysiąc od Kajetana mieszkania, w dzielnicy Śródmieście, działo się to, co się dzieje na mieście. Chłopak piwo kupuje, dziewczyna dziękuje, w klubie nocnym, na dancingach się bawią. Piwo nie byle jakie, bo za dwadzieścia siedem PLN z nalewaka do kubka biodegradowalnego, szybko się rozkładającego EKO, że pić je trzeba prędko, bo po godzinie kubek zamienia się w papier, mózg w wafel, wszystko w świecie krąży i się przeobraża.

I może powiesz, że to prawda zbyt trywialna, a może zbyt wzniosła, by ją równać do rozkładu śmieci i quasi–analizy potępieńczej ludzkiej degradacji, której sam autor z pewnością się oddaje, ale jeśli prawda jest uniwersalna, to działa zarówno na kubkach, jak i gwiazdach, wszędzie, i z tych astrów ją warto chyba zdjąć, postawić na ulicy, zobaczyć na co dzień, a nie jedynie w uniesień chwilach, kiedy przeglądasz jutub czy poetycki tomik.

Czyli kubek się rozkłada, ale nie marnuje (bo wszystko w świecie krąży i się przeobraża), wrzuca się go do pojemnika, tam on rano jest zabierany do przetwórni, przetwarzany na darmową gazetę „Retro”. Gazety te są dostarczane bezpłatnie, co dzień, przez drzwi domu każdego w Polszawie. „Przez drzwi” bo teraz każdy ma drzwi jakie chce, jednak z obowiązkowym „otworem protekcyjnym”. Jest to elektroniczny otwór, automatycznie otwieralny i prócz dystrybucji prasy pełni funkcję wejścia awaryjnego dla europolicji, czego nikt nie ukrywa, bo w tym kraju wszystko jest jasne i otwarte dla obywateli. Gdybyś się zachowywał podejrzanie na Facebooku, na drzwi z dziurą narzekał, że np. przeciąg się robi, to służby bez trudu, za pomocą czytnika dopasowanego do otworu protekcyjnego odwiedzić dyskretnie cię mogą i sprawdzić, czy ten przeciąg faktycznie jest, czy go nie ma. Dla twojego dobra, w ramach programu „Kulą w reumatyzm”.

Z początku jakieś fale oburzenia, nawet wśród Polszawian, ale przecież takie są wymogi Federacji Gwiezdnej i nasi sąsiedzi już to mają, a przecież chodzi tu głównie o prasę, o edukację społeczną.

W Interwizji coś mówili, że ciemnogród, że z duchem czasu nie idziemy. Potem o nowej grze, nowej celebrytce, która się wsławia graniem w nową grę, no i umarł ten aktor, no, ten taki znany, co grał w tym, no, filmie takim. Co za smutek! Co za strata dla polskiej kinematografii, a przede wszystkim co za zdziwienie, że oto człowiek żył i człowiek umarł, co jest przecież przypadkiem niezwykłym, choć ponoć nieodosobnionym. Cała Polszawa płacze, w oknach światła pogaszone. Rano do roboty przecie wstać trzeba.

A drzwi? Kto by już o tym pamiętał? Po prostu pewnego dnia puk, puk, dla niektórych już knock, knock:

– Dzień dobry, w dźwiach dziurę wiercimy, z polecenia dyrektywy.

Ci nieprzekonani, że to dla ich dobra, słyszeli tylko od sąsiadów:

– A czego tak się boisz, panie Satjawati, co? Masz pan coś do ukrycia, że się boisz europolicji?

– Nie, nie, kochany pan Kowalski!

– To sam pan widzisz, czyste sumienie masz, niegroźna ci Federacja Gwiezdna, a gazetkia darmowa będzie?

No, będzie.

– No to czego chcieć więcej, panie? Jeszcze dotacje nam dają na te drzwi, a to mówię panu, nie żaden polszawski badziew, tylko saturniane, porzondne.

I tak jakoś drzwi były teraz z dziurami, a gazety szybkorozkładalne za drzwiami. Na śmiesznym portalu czasem dają memy ze zdjęciem drzwi bez dziury z podpisem: „Dzieciaki nie znajo He He” i wszystko spoko jest, gazeta „Retro” niesie treści też.

Ale wróćmy do tego klubu, tam łubu-dubu, dubu i to piwo, i kubek EKO.

– Często tu bywasz? – Maciej pyta – ten chłopak, co piwo stawiał, pamiętacie? A że stali blisko głośnika, to dwa razy musiał powtarzać, bo akurat „drop dat bejs” mu przerywało po „często”.

Ona, a zwali ją we wsi Iwona, mówi:

– No – bo to tak trochę po polsku, a trochę po angielsku, światowo i w ogóle, lubi takie słowa, bo są takie, no, uniwersalistyczne i się z każdym można dogadać za ich pomocą.

– To fajnie – szarmancko Maciej odpowiada, pewniaczek, bo kto jak kto, ale on to potrafił zagadać, i w jego rodzinnej okolicy takie teksty się zawsze sprawdzały. Stoją tak chwilę z nietęgą miną, głową bujają, Iwona nuci po cichu „drop daaat bejs, bejs, bejs. Smoke dat hejz, hejz, hejz”.

Maciek się pyta „co?”, a ona, że „nic”, że sobie śpiewa tylko, bo lubi śpiewać, i że kiedyś na pewno będzie piosenkarką, bo śpiew to jej wielka pasja. A najbardziej to lubi, no, tą Ruhanne i Marie Kiri. Maciej tylko się uśmiechnął, bo był trochę pod wrażeniem, że ledwo co przyjechał do Śródmieścia i już ot tak poznaje artystów.

Po łykach kilku, milczeniu nad miarę wydłużonym do Iwony podchodzi ten, ten nie powiem kto, ale wygląda jak homo! Nie bym był nietolerancyjny, w szkole przedmiot tolerancja miałem na 4-, myśli sobie Maciek, no ale kur!

Kto takie spodnie nosi normalny? To znaczy są normalni geje, ale jak na religii mówił katecheta: po spodniach ich poznacie. Już ma interweniować nasz bohater, ale co to? Ten homo Iwonkę do tańca porywa i jakby mało było zniewag, to jego piwo z kubka EKOo pije, wąsem swym gejowskim dobre piwo bąbluje, zawłoszcza.

– Nie będzie sobie promili we krwi podbijał śródmieszczyk homoś jeden moim kosztem! Koniec tego tańcowania! Hola, hola, koleżko, odczep się od niej! Ja jej to piwo postawiłem, to własność moja jest!

Tamten tylko patrzy na Iwonę, by spór rozsądziła, na co ona wzrokiem poczyna lustrować i się odsuwa na krok, by mieć rozpoznanie szersze. Co chwila ją ktoś potrąca, do tańca chce rwać, lecz ona #Salomon i wyrok musi wydać. Maciek buty ma trochę przetarte, pedałki takie, jak to się mówi. Zawstydzony ekoskóry widocznymi brakami udaje, że go łydka swędzi, więc trze tym przetartym napięte mięśnie, uśmiechając się napięcie. Twarz niczym nie wyróżniona przez Pana Boga, włosy krótkie koloru blond, nos kartoflowaty, zarost nietęgi, lekko od nikotyny pożółkłe zęby, no i ten swetr, sweter do klubu kto dziś zakłada? Hipsterstwa już nie ma, są neohipsterzy, a więc i ta część Maćkowa nieatrakcyjna Iwonie zdała się. Dla niej się nie liczy, że dobry z niego chłopak.

Za to ten drugi: no owszem, trochę jak homo, bo te spodnie, ale jakie ma powietrzne Maxy! No i ta koszulka z napisem „Ssij fiuta” taką ładną czcionką napisanym, co ją od razu trochę ujęła. No i ta broda, mmm, taka druciasta, co prawda zeza trochę ma i z nosa mu cieknie, ale to nic, nic! Z tej brody będą jeszcze ludzie!

– No to cześć, człowieku, no, dzięki za piwo, no, pozdrawiam – Iwona rzecze do Maćka i łapie tamtego za rękę roześmiania, z ekokubkiem w dłoni, już są na parkiecie, już wtuleni zapoznają swoje bakterie i pot ze sobą.

Maciek zezłoszczony, że życiowy parkiet bywa śliski, znów był bliski dla niebliskich, znów się przejechał. Światła kolorowe, ludzie tańczą, „bloł mi bloł mi bejbi” – hit nowy zakłóca tu okrzyki dramatyczne. Tylko zimna wódka może ochłodzić krew gorącą, a więc bar i kolejka długa nasiąknięta papierosowym dymem. To czas do złości, ale i refleksji, bo zagubiony i zraniony się Maciek czuje takimi obyczajami śródmiejskiej Polszawy. Niby to wszystko jedno państwo–miasto, jeden ród Piastowy (kim byli ci piastowie, piaści?), ale jeszcze różnice nie zostały zatarte i da się rozpoznać, kto przyjezdny, kto zamiejscowy.

„To jeszcze musi potrwać, wszystko jest procesem, popracuję na Śródmieściu i też sobie kupię powietrzne Maxy, a Iwon takich to będę miał na pęczki, i basta!”

Maciej z dzielnicy Radom, sto kilometrów od Śródmieścia, pociąg szybkich kolei polszawskich go woził do serca, godzina jazdy w jedną stronę. Może zapytasz: jak to dzielnicy? Ano normalnie. Mówiłem przecie, że państwo–miasto Polszawa, bo nie ma już miast odrębnych i wsi. Jest jeden wielki organizm, zurbanizowany – Polszawą zwany. Zapytasz, a co z Wrocławiem, co z Gdańskiem? To też Polszawa? A noga krowy, albo ogon krowy to też krowa?

Zastanów się nad tym, a ja tymczasem Ci opowiem bajkę: Polska od 2005 roku rosła w siłę. Siłę nowych dróg, muzeów i gładkich, klimatyzowanych autobusów. Siłę estetyczną głównie, ale siłę jednak widoczną gołym okiem. W Warszawy dawnym Śródmieściu stała tablica z cyferkami, skakały, śmiały się, podnosiły. Naokoło reklamy bajek, kreskówek, o, jak wesoło jest! Pod tymi cyferkami tylko napis brzmiał niby niechciane widmo: „dług publiczny na obywatela” #upiórwplenerze. Ale jaki dług? Skoro w portfelu każdy miał, nic nie parowało, za wyjątkiem karku spoconego z soboty na niedzielę, kałuży pod blokiem i e–papierosa. Cyfry wielkie są iluzją dla mas niezrozumiałą, dla inteligencji niezrozumiałą także, dla elit obojętnością, dla rządów rozbitą zastawą porcelany od pokoleń rodzinnej. Szybko znaleźć duży dywan, dużą miotłę i szur, szur pod spód, przyklepać nogami.

Niewielu zatem wiedziało z wielu powodów o stanie realno-ekonomicznym państwa polskiego, a życie biegło po ruchomych schodach lewą.

W podziemiach Warszawy coraz gęściej się robiło, na siedzenia w metrze wprowadzono abonamenty – kartę „Premium Warszawiaka”, już nie szło rozpoznać, czyj dziad tu od pokoleń bezpośrednio od Syrenki i Warsa, uchowan w trzcinach nadwiślańskich, a kto od Czecha, Rusa i Hindusa.

Na powierzchni gęściej jeszcze, korki na chodnikach coraz częstsze, zderzenia, notoryczne potrącania, zadeptywania pantoflami, szpilkami, biegówkami. Z wolna zaczęto malować pasy ruchu pieszego, przy chodnikach stawiać znaki, kto ma pierwszeństwo w danej sytuacji: podczas gdy tym idącym prosto zaraz winda odjedzie, a tym z prawej tramwaj. Kolizje jednak wciąż występowały, a nawet liczniej dochodziło do pokolizyjnych rękoczynów, bo sfrustrowany obywatel nadchodzący z pierwszeństwa, w razie potknięcia o tego z podporządkowanej drepcącego, mógł teraz całkowicie legalnie mieć pretensje i mieć krzyki. Wcześniej byłoby „przepraszam”, lub „jak leziesz, baranie?” i tyle, ale kiedy prawo poczęło określać ruch pieszy, frustraci całej Polszawy zatarli ręce od uciechy, od imaginacji, ileż to afer, ileż telefonów i impertynencji będą mogli wypruwać z siebie dnia każdego, ile pomyj wylać z rana na łeb bliźniego.

Ubezpieczyciele także wywęszyli okazję do korzyści: programy ochrony: „Czysty but”, „Ała! Mój palec”, „Co się wozisz, prostaku?” i „Bezpieczna tkanina”. Szczęśliwie dla Polszawian projekty modernizacji dalszych chodników zarzucono. Nikt nie pytał ani nie wyjaśniał dlaczego.

Wszystko w świecie krąży i się przeobraża, filolog Stefan w Stevena murarza, technik Wacław w „Jak mogę pomóc?” sklepikarza, bo jeden do UK poleciał, drugi do Warszawy, obaj ze światów gorszych do nowych, w poszukiwaniu szans. „Go getter”, tak to się nazywa. Kto nie ryzykuje, ten piwa nie pije, kto nie ryzykuje, temu pralka się zepsuje, kto nie ryzykuje, ten w sierpniu nad Bałtyk nie wyjedzie.

Już każdy znał taką, co pojechała za granicę, i każdy znał taką, co za gminę, do Warszawy. Wszystko było okej, proporcje na rzut oka się zgadzały, bo przecie świat, jak wiemy, jest mały, i chyba niewielka różnica, że tu czy tam. Tylko wsie jakby coraz bardziej pustoszały, pola z samolotu okien już nie tak obficie wyglądały, a nawet z miast mniejszych choć przecie niemałych: Lublina, Olsztyna, Koszalina, też emigrowano na zmianę: jedna za granicę, na zmywaku szukać kariery, drugi do stolicy składać burgery.

W kraju i mediach afery, cały czas, niesprzyjające koniunktury, lewe faktury, duże cyferki zysków i strat, rosnący VAT, w barze mlecznym droższy schabowy. Jednak najgorzej nie było, a nawet całkiem spoko, bo z funduszów Federacji Gwiezdnej ufundowano nagrody w „1z10”, autostradę małopłatną, długopisy w urzędach i basen klimatyzowany w Zabrzu.
Z czasem coś tylko zaczęło się psuć, prócz przyjemności także obowiązki, „najpierw drugie, potem deser”. Obowiązkowe baterie słoneczne tu i tam (choć przede wszystkim na dachach), obowiązkowe mleka małorobienie, imigrantów i uchodźców odgórne rozmieszczanie, więc i czasem wysiedlanie, rosnące odsetki kredytów, zadłużenia, samobójstwa, i w końcu wiek emerytalny do 70. roku ledwożycia. Tak dla dobra. Dobra Polski, bo inaczej się nie da. Niby były w tym kraju jakieś afery, stadiony drogie, prywatyzacje tajemnicze i Komitety ds. Sztucznych, mercedesy służbowe i drogi dziwnie drogie. Ale kto by tam drążył, kto się doszukiwał, to oszołomstwo jawne jest.

To u nas należy szukać pieniędzy, nam podatek podnieść, żebyśmy za daleko nie zajechali, żebyśmy się nie napalili za bardzo nevadami, żebyśmy z firmy rozkręceniem nie przesadzali. I w sumie spoko, każdy jakby wkurwiony chodził, ale mało kto cokolwiek robił, aż tu nagle, pewnego dnia kwietniowego, bodajże dziesiątego, roku dwa tysiące trzydziestego piątego mówią: że beng! Że koniec i zbankrutowała Polska! Że się zadłużyła u Saturna i u Słońca, że każdy obywatel sześć zer ma do spłaty, a przecież osobiście brał tylko lodówkę na raty. Ludzie wyszli na ulice z lampkami ogrodowymi słonecznymi, nożyczkami i nogami od stołów z IKEI, strajki wielkie na ulicach. Janek z wiśniówką padł! Prędko się lampki wyczerpały, nożyczki zbyt tępe okazały, nogi połamały, tylko kule gumowe i gazy łzawiące nad głowami świstały, a i to dobrze, że nie amunicja ostra czy cyklon B.

Wojsko, policja, przez Janka z wiśniówką, jednodniowa prohibicja, a potem obniżka nagła cen alkoholu. Ze smutku i zadłużenia pije cały naród od bankiera po kasjera. Po tygodniu strajki ustały…

To już było w czasach, kiedy w Krakowie żyło sto tysięcy ludzi, w Poznaniu takoż. Wsie wyludniły się w 60% i teraz stały smutniejsze niż zwykle, już nawet koguty z depresji nie piały.

Za to w Warszawie? W Warszawie dziesięciomilionowy przyjezdny otrzymał wśród blasku fleszy klucze do miasta od samego prezydenta. Owszem, było już ciasno, ale jednak własno, i tutaj pomysł, jakiż to pomysł zrodził się w Brukseli! Umórzmy Polsce długi! Taaak! Krzyknęli wszyscy, wielce ucieszeni. Zaczniemy od nowa ten kraj budować, na starych wartościach, na religii i pamięci błędów, na nowej silnej gospodarce, „Polska stronk! Polska stronk!” – skandowano. Posłów wysłano do Islamskiej Republiki Belgii, by tam warunki dla nas wygadali jak najkorzystniejsze. Narada, stół okrągły za księżycowymi drzwiami i wywalczyli nam, ugadali. Państwo nowe – Polszawę – oficjalnie otwieramy!

Cieszą się obywatele, szykują paszporty emigranci, no, tylko że w drugiej minucie przemówienia premier z zielonymi łzami w oczach oświadcza:

– Wymaga to od nas, od nas wszystkich, determinacji! Wymaga siły! Wymaga cięć terytorialnych na rzecz Saturna i Słońca, by tam, gdzie było Opole, gdzie stały Kielce, mogło teraz bardziej świecić słońce i asteroidy gęściej padać.

Rozległ się szum na sali, rozległy „kurwy przed telewizyjnymi odbiornikami. Co to znaczy, mów, premierze?!

Drodzy rodacy, wszystkie województwa poza mazowieckim są nierentowne i zadłużone na 58 biliardów bitcoinów.

Oł maj Gasz, o kurwa, jak to wiele jest, przecież poł bitcoina to jeden chleb!

– Dlatego też wspólnie z naszymi przyjaciółmi z Federacji Gwiezdnej zadecydowaliśmy, że dla nas wszystkich, dla obywateli Polski najkorzystniej będzie je zamknąć. Wszystkich, pozostałe dziesięć milionów obywateli z tych rejonów zapraszamy na wielki festiwal piwa do Warszawy! Wraz z całymi rodzinami! Pakujcie graty, drzwi nie zamykajcie! Piwo i wódka dla każdego, kto w ciągu miesiąca przeprowadzi się do Polszawy! Polszawa, nasz kraj nowy, zostanie umieszczona na terytorium województwa mazowieckiego i będzie jednym, scalonym miastem-państwem! Wywalczyliśmy, dla was, Polacy, nowe bloki 30-piętrowe, już wkrótce rozpoczynamy budowę na obrzeżach dawnych miast mazowieckich, w tym stolicy zwanej od dziś Śródmieściem! Cieszcie się, ludziska, albowiem już nie musicie swoich milionów spłacać! Na każdego w nowej Polszawie czeka świetna praca! Mało tego, dobrych wiadomości ciąg dalszy! Przy Ostrołęce wykopiemy drugi Bałtyk! Federacja stawia nam kanał i wykopy, i zrobimy tam sobie drugi Balaton, to będzie Polski, znaczy się Polszawy hit turystyczny! Tysiące miejsc pracy! Z tej ziemi, co ją wykopiemy, od Lipska po Szydłowiec wam góry usypiemy! Piękniejsze od Tatr, wyższe od Giewontu! Polska będzie Polską nadal, tylko taką w miniaturce. Uwierzcie, obywatele, wspólnymi siłami uda nam się, będzie tak great, jak nigdy wcześniej! To tyle i przypominam o darmowej skrzynce wódki dla każdego! Wypijmy zdrowie, zdrowie na budowie, naszego nowego kraju – Polszawy! Z uszanowaniem, wasz premier – Paweł Rak.

Tak to było w skrócie, ale teraz co się w tym klubie dzieje? Ktoś po mordzie wali DJ-a, ten mu odpowiada disco polo na prędkości włączonym kawałkiem, tamtego ucho lewe rozbolało i odpuszcza, za to cała sala tańczyć i śpiewać zaczyna, kieliszki w górę idą. W tym rozgardiaszu Maciej wciąż w kolejce stoi, czas cenny trwoni, gdy tymczasem Iwona z tym pajacem na parkiecie się całują, co w sumie szokującym niczym nie jest, gdyż obyczajowość znaczne postępy poczyniła, i teraz to nawet wypada, jest dobrze widziane, by po siedmiu minutach znajomości się z kimś zaprzyjaźnić bliżej.

„Wstrzemięźliwość cielesna w miejscach rozrywki jest źle widziana, a czasem może zostać poczytana nawet za obraźliwą. Tak zwana katolicka moralność zbyt wiele już szkód w reprodukcji wyrządziła, zbyt mocno nas trzymała na uwięzi. Wyobraź sobie, Maćku, że tańczysz z dziewczynką całą dyskotekę, a ona po zakończeniu zabawy odmawia ci nawet pocałunku. Miło byś się czuł? Dobrze by ci było?” – pytała retorycznie Pani na przedmiocie szkolnym tolerancja w maćkowym gimnazjum. Czyste zasady empatii, ogólnoludzkiej życzliwości nakazywały, by zapoznawać się bliżej.

Tym dotkliwsze było odebranie piwa i odejście Iwony z tym typem ni to homo, ni to trans, ni to elektro. Ale już ma gasić nerwy, bo zbliża się koniec kolejki, i w momencie gdy Maciek kolejkę chce zamawiać, dziewczynie obok kolejne piwo stawiać, to barman, bezczelna łachudra, sobie smartfona chwyta i dzwoni sobie gdzieś, gdzieś tak po prostu, i niczym się zdaje nie przejmować. Nakazy życzliwości, obsługi miłej łamie, bo dyrektywa taka weszła, że obsługa ma być miła i były z tego nawet szkolenia ogólnopolszawskie. „Tacy wywrotowcy doprowadzą ten kraj do ruiny” – myśli Maciej.

Ale barmanowi szkolenia są obojętne. To Toczek, co zastępuje tu kumpla na noc za barem, bo tamten miał jakąś nieprzyjemną przygodę bodaj z mefedronem, nie w tę dziurę poszło czy coś, i się obudził ponoć na granicy z Królestwem Słońca na północy. A prawie wszyscy wiemy, jak to jest mieć zjazd na pełnym słońcu – nieprzyjemnie jest. Nie mógł przyjść, reasumując, i po Toczka zadzwonił, o nim własnie pomyślał, bo tylko on miał tak dużo tatuaży, by zadaniom barmańskim sprostać. Jak bowiem powszechnie wiadomo, umiejętności barmana mierzymy ilością tatuaży, im współczynnik tuszu na centymetr kwadratowy ciała wyższy, tym barman lepszy.

Możesz nawet roczniki win językiem rozpoznawać, kręcić spirale szejkerem i wyłapywać na czoło, ale sory, jak nie masz dziary, to nie ten klub, tu nie znajdziesz pracy, młody, bo wiesz, barman z dziarami ma u nas lepsze chody.

Toczek mimo dziar na drinkach za bardzo się nie znał, w sumie to wszystkie robił na wódzie, nawet tequile sunrise tej nocy, ale nikt nie oponował, jego tatuaży autorytetem porażony. Coś tam stłukł, kogoś oblał, ale w sumie to git, manadżer był zadowolony, Toczek też, bo połowę hajsu do kasy, połowę do kieszeni pchał, a teraz stwierdzil, że przerwa, fajrant i do ziomka powinien zadzwonić, go tu ściągnąć, bo jest dobra wixa. Smartfona musiał wyciągać z plecaka, co było fatygą dość sporą, bo generalnie teraz wszyscy je nosili przylepione do dłoni. Kojarzycie takie stare zdjęcia z Wall Street, ci brokerzy w garniakach mieli takie wielkie, prymitywne tablety z paskami na rzepy przyczepione do lewicy, by tam wszystko kontrolować, akcje lamusom sprzedawać? To coś w tym stylu, tylko już bez pasków, bez rzepów starej technologii, dzisiaj wszyscy noszą smartfony, co działają na pole siłowe dłoni i one się trzymają jak przylepione, dopóki tej opcji domyślnej nie wyłączysz. Widok dwóch dłoni wolnych, zwłaszcza w miejskiej komunikacji należy już do rzadkości. Raz nawet do roku przyznaje się za to nagrodę w postaci uścisku ręki prezesa.

Te–te–tele–fon!

– Siema Kajetan, barmanię dziś w 66, wpadasz? Jest dobra wixa, ostry melanż leci po pixach!

– Piszę teraz tekst, człowieniu, rozumiesz, jestem w trakcie pracy artystycznej.

– Weź nie pierdol, i co masz taki głos inny? Chodź, mam dla ciebie darmową wódeczkę, przecież wiesz, że każdy artysta potrzebuje swojej muzy.

– Moją muzą jest muza właśnie, mordo… są jakieś fajne laski?

– Człowieku! Zatrzęsienie! Cały sklep z laskami, wszystko dla pań i panów jak u Zoli! Co sobie życzysz? Już mam taką jedną upatrzoną dla ciebie, jej mówiłem, że mam takiego znajomka rapera wschodzącego, chodź, chodź, będzie numer z tego!

Kajetan już dłużej nie daje się namawiać, to nie wypada kumpla samego w klubie zostawiać. „Niewidzialne ziomki” zostają w zeszycie już tylko wpół niewidzialne, bo coś tam naskrobał, lecz raczej średnio mu ta tematyka siedzi, pierwszy gibonowy entuzjazm poszedł z dymem i pozostała teraz niepewność, czy to sens ma jakikolwiek:

 

NIEWIDZIALNE ZIOMKI

By by by byli
i się zawinęli
do celi
kto cweli
ten tu nie będzie miał przywilei
wileńskiej kolei opóźnień
są tacy
których świat nie zmienił
ocenił
i skazał
na życia
przegraną
przy butli i kiepie
gdzie się podziali
ci moi przyjaciele
poszukam ich pod sklepem

Wychodzę piruetem przez drzwi
w tym balu wirując coraz prędzej
a kysz!
Biesów w chuj mnie prześladuje dziś
wodą ognistą je zmażę:
ognistą i świętą jak krzyż
haczyk sobie zakładam na ryj
łowca stał się tu przynętą, idę się utopić dziś

***

                  To wszystko w zeszycie zostaje samotnie, Kajtek łapie palto, w sensie katanę, kurtałę z krzesła. Mija butelki jakieś, nogą roztrąca stos winyli, by po chwili zawrócić, ułożyć równo: Sokół Solo, John Coltrane, Joy Division, Kuba Knap, Maryla Rodowicz, Irena Santor, 2PAC i jeszcze koło setki tego typu oldschoolu, na wierzchu Popek „Gang Polszawy”, płyta specjalna na objęcie tytułu premiera.

Zamyka drzwi na klucz i wychodzi po chwili na Aleje Jerozolimskie przy nowej Rotundzie, gdzie kiedyś były ulice, tramwaje górą jeździły. Teraz jest deptak wielki od palmy po plac Nowej Konstytucji pod PKiN. Wyłączone zostały Aleje z ruchu samochodo–torowego aż po JPII. Obecnie jest park i ścieżki rowerowe, park wiecznie zielony, gdzie od Arabów można dostać kokę i gibony. Ruch został przeniesiony do podziemi, w Centrum, inwestycja wielka jak Kanał Sueski, ale jakże przyjemne, jakże ładne jest teraz Śródmieście! Może i dziesięć lat sparaliżowane stało, może i sklepy w końcu pozamykano, mieszkańców powysiedlano, bo czynsze wzrosły, no ależ kurde! Teraz te drzewa i ławki, a każda z logiem FG przypominająca, kto sponsorem był tej inwestycji, na szczebelkach wygrawerowane logo Saturna i Słońca przypominające, kto drzewa zasponsorował promieniami, kto dał metal asteroidowy na poręcze.

Ach, piękne jest nocą Śródmieście, każdy tu może czuć się bezpiecznie. Patrole co chwila przechodzą europolicji, monitorują, czy wandale gum nie przykleili pod ławki, jeśli tak, to cyk do próbówki i zaraz się dowiedzą, na czyje DNA mandat przez otwór bezpieczeństwa w drzwiach przysłać należy (zawsze doręczone przez otwór protekcyjny). Ale dziś noc spokojna, gumy w koszach grzecznie recyklingowych czekają na przerobienie w kondomy. Kajtek idzie i mija patrol jeden, już bez strachu, bez nienawiści, jak kilka lat temu jeszcze, gdy jointy były nielegalne, co stanowiło łówną i ostatnią zarazem przyczynę buntu przeciwko systemowi babilońskiemu. Dziś marihuana jest legalna, Popek sobie zapewnił ustawą drugą kadencję, naród wyzwolony, raperzy potracili połowę tematów.

Tak sobie myśli Czarny Kajet, podbija do grupy Arabów, żeby użyczyli ognia do szluga.

– Ej, chłopaki, macie ognia?

Oni tylko spojrzeli po sobie, śmiechem drwiącym zarechotali, jeden wziął gryza kebsa i nic nie gadali.

– To spierdalajcie – im Kajtek odpowiada i wnet se uświadamia powagę sytuacji. Te jointy zbyt mocno jednak go wyluzowały, pamięć o zasadach świata zredukowały, i o ile Arabowie o zapalniczkę nie rozumieli pytania, o tyle słówko „spierdalaj” znali doskonale.

I co? I teraz myślisz, podły rasisto, że go gonić zaczęli? Że go pobili i się jeszcze pewnie pod sejmem wysadzili? Że na wielbłądach tratowali niewinne białogłowe? Otóż nie, bo „sam spierdalaj” odpowiedzieli, też najarani byli i na sport akurat nie mieli ochoty. Jedyna strata, że papieros nie odpalony, że gryz kebaba zbyt szybko połknięty. Z tego zgaga może być, a to już rzecz niemała, więc w sumie to Kajtek ich trochę bardziej pobił, niż oni jego. Amir – gej zadeklarowany, lekko zszokowany, też falafela popuścił, Anna Jantar mu wypadła z ucha pod postacią czopkosłuchawki, oburzony był agresją młodzieży polszawskiej, co zaraz swoim kolegom oznajmił:

– Jaka to dzicz, ta Polszawa, siedzieć nie można, żeby człowiekowi nie poczynili afrontu.

Powiesz może, że to nie może być prawda, a ja ci powiem: patrz trochę szerzej, ty mentalny Sarmato. Pojedź sobie do Paryża, a jak nie możesz, to film obejrzyj z roku starego 2015, jak tam robili sondę uliczną i pytali na wyrywki o cytaty z Balzaca, jak kazali wskazywać na podstawie dwóch obrazków, który do Paula Gaugina należał, a który do Clauda Moneta. Ty powiesz może, że to łatwe zadanie, że to każdy umie odróżnić prymitywistyczny postimpresjonizm od impresjonizmu, ale ci Arabowie też się nie mylili, jeden nawet datowanie znał, a to, że jakiś prowokator, islamofob zakrzyknął z tyłu, że Allah to jednak Akbar, to się przecież zawsze zdarzyć może.

Kajtek szedł tymczasem niepocieszony, wydarzeń kanwą zaskoczony, obmyśla sobie plan na lachony, bo raper bez dupy to jak gej bez dupy, czyli trochę lipa. Tak, nie miał już kobiety dawno, choć przecież niczego mu nie brakowało. Wysoki był całkiem o twarzy inteligentnej, wąs ciemny, oczy zielone, ciało szczupłe, przybrane w ciuchy dobrego sortu, co na nie wziął kredyt szybki, chwilowy. Myślał, że spłaci, bo miał jechać na Kempa koncert grać, ale go odwołali, w ostatniej chwili go zastąpił ten lamus, ten, co go wszyscy teraz śpiewali, Tortilla Hemingway. I wybił się, wybił się na Kajtka miejscu, a przecież on przemyślenia miał takie same, tylko inaczej trochę ubrane, nie tak częstochowsko, tak prymitywnie nie zrymowane. Okej, może i jeszcze nie nagrane, może nie napisane, bo pisał w tym czasie coś o europolicji jebaniu, no ale wciąż, wciąż to były jego pomysły i jego zysk tak na dobrą sprawę. Po tej porażce grał jeszcze koncertów parę z tym jeszcze starym, nieco żeńskim wokalem, nim zaczął ćwiczyć głos, to był czas, gdy zaczął walić w nos i staczać się jak Kate Moss. Upijał się często do nieprzytomności i w SWAGu szukał życia radości, w używkach, z dewizą YOLO na twarzy i na koszulkach. Takie miał wartości również w sercu. To było trochę zagubienie, jak dziś sam przyznaje w programie „Magnez na śniadanie”, kiedy sobie imaginuje rozmowę z Jarzębiną Biegagowską. Lecz czy można mu się dziwić? Czyż nie każdy się czasem pogubi? Jeden w lesie, drugi w metrze, trzeci w miasta kanale #powstanie.

Rodzice? Gdzie byli rodzice?! Mama w UK robiła fakultet na kuchnię, komórka jej wpadła do zupy i już jej odratować w ryżu nie zdołała. Internety here w London bardzo expensive, to i rzadko się łączyła, aż w końcu kawiarenkę zamknięto i już nie zadzwoniła. Kajtkowi pozostało zdjęcie, ściągnięte z Facebooka jeszcze, mamy solo we framudze drzwi, i jedno z tatą cyknięte w klubie. Miał je zapisane na dysku, miał je drukować, ale w końcu dysk twardy się stał al dente i nie uruchomił się więcej. Mama przepadła, wizerunek mamy przepadł i z czasem pamięć o mamie przepadła, wyparta poniekąd innymi wrażeniami. To znaczy wiadomo, że mama była, tak jak wiadomo, że istniały dinozaury, po nich pozostały kości, a po niej człowiek i stara konsola, czyli kości i śmieci.

Tata. Ojciec był spoko, luzak Romek. Na trzecie urodziny sprezentował tablet, kupił w kiosku jak wyszedł z pracy. Nie wymagał wiele, wiele nie mówił, o wiele nie pytał. Miał swoje sprawy i swoje życie. W tym życiu było dziecko. Lubił o nim myśleć jak o rybce w akwarium, które zawsze jest w domu, gdy się do niego wraca, bez znaczenia, ile czasu to zajmuje, czy to dzień, czy dwa. Ryby przeżyją. Akwarium, do którego należy wsypać pokarm, ale można też inne rzeczy: słowa, złość, złotą monetę na szczęście wrzucić. Wszystko wchłonie woda i zbombluje filtr. Szkło stoi w rogu i można do niego mówić, ale wcale nie trzeba. Gorzej, kiedy ono zaczyna mówić, wtedy można udawać, że się nie słyszy, „dzieci i ryby głosu nie mają”. Tak, to był jego największy cytat, najgłębsza myśl, odziedziczona zresztą po własnym ojcu.

„Tyle dać mogłem Kajtkowki, ile mnie w domu nauczono, nie to, że go nie kochałem. Kochałem. Ale ktoś musiał zarabiać na szamę. Patrycja mnie opuściła, bankowo z jakimś brytolskim gachem się puściła, a mnie zostawiła dzieciaka, błąd, owoc pękniętej, truskawkowej gumy. Trudno jest samemu chłopaka wychować, nie mogłem nad nim czuwać, all day all night. A młody mężczyzna ma swoje potrzeby. Samemu utonąć, aby jego na powierzchni utrzymać? Nie, tak się nie robi”.

A był to czas kolejnej seksualnej rewolucji i w końcu się ojciec mógł wyszaleć. Pamięta Kajtek, jak na szóste urodziny tata mu zaprosił gości – dwie dziewczyny, z tym że żadna nie była Kajtka koleżanką. Dały mu buzi, we dwie na dobranoc, potem nie mógł spać długo, czując dziwne mrowienie z obrzydzeniem zmieszane, gdy je słyszał, jak z tatą jęczały za ścianą. Wtedy się bał, bo nie rozumiał. Myślał, że tata robi im coś złego, a później kiwający się przyjdzie także po niego i go zje. Ale tata nie zjadł. Tylko we śnie.

Rano ujrzał szczupłą brunetkę, ładną, jak mu się zdawało, nago wodę na herbatę wstawiała i był to pierwszy raz, gdy kobietę widział nago, obrazek zapadł głęboko w pamięć i zbieg okoliczności lub nie, ale do dzisiaj preferował szczupłe i ciemne.

Ojciec zmarł parę lat później na zawał, miał lat 34, zostawił Kajtkowi dwupokojowe mieszkanie przy Alejach i trochę długów. Kajetan miał wtedy piętnaście lat, sąd zarządził opiekę babci – matce matki, która podobnie do córki nie przykładała większej wagi do wychowania chłopca. Właśnie wtedy postanowił, że wzorem swych idoli – Chady, Chief Kiefa – zostanie raperem. Żył samotnie w sercu wielkiego miasta, już wtedy Śródmieścia.              Samotność nie trwała zresztą długo, bo kumple zaczęli wpadać zajarani non–stop wolnym kwadratem i to właśnie wtedy na szesnaste urodziny, w wakacje ktoś przyniósł pierwszą torbę białego proszku. Do dziś pamięta skrystalizowane uczucie, okrzyk: „Jestem bogiem!”, nikt nie wyobraził tego sobie, tarcie zębami. Rozmowy długie z kolegami, jakby się wtedy dopiero poznali: marzenia, zwierzenia, wcięcia pamięci. Przerażał go ten stan, ale i upajał, bo było tylko tu i teraz. Dzika chęć życia i ciągnięcia dalej.

Okres nosów trwał z drobnymi przerwami do osiemnastki, a do tej historii wrócimy za czas jakiś, bo teraz już balet, już głośników serpentyna po Parkingowej ulicy niesie się, swądem spoconych wagin przywołuje do działania, do zaprzestania myśli o życiu, o sztuce, o jakiejś karierze i o nauce, joł!

Kajtek wbija na prom, wbija się ziom do klubu 66, zarzuca na bramce, że koleżka barmanem tu jest, że taki w dziarach i wszystkofest. Kajtek jakby na dowód swój tatuaż bramkarzowi pokazuje, na lewym przedramieniu HWDEP i już polubili się, no bo każdy, kto kiedy za gumę pod ławką został spisany wie, co, to jest za organ z tej europolicji jebany.

Zszedł do podziemia krętymi schodami, rapu dźwięki się niosły ponad parkingami.

                  To są te kluby, które dają nam światło, jest tu alkohol, który daje nam zasnąć, są tu dziewczyny, które dają nam miłość. Jesteśmy tu, chłopaku, w weekendy żyjąc[1].

Na parkiecie tłok jak w środku peletonu, zmęczenie podobne, nie kolarstwo, lecz picie wyczynowe, takie tu się bije rekordy. Kajtek zna te klimaty, przecież ma je koło chaty – same imprezownie, a tę nadzwyczaj dobrze zna, bo to miejsce popularne na melanżowej jego mapie Polszawy. Elo! Elo zbija piątki z typami znajomymi z pół-widzenia, pół-kiedyśimprezy. Pajacowaty Jarek jeszcze z liceum, obok inny jakiś ziomek, nie chce mu się gadać z nimi, konwenasów głupich realizować.

Kajtek idzie, w oczy mu się rzuca para taka: laska gumą ciumkająca tańczy z typem jakimś takim gejowatym nieco, co ma koszulkę „Ssij fiuta”, a ona się zdaje ulegać tej retoryce. Głupia krowa. W ogóle panny dzisiaj to porażka, myśli sobie K., ale już oczy gdzie indziej ma, na dziewczynie pięknej, prężnej, polszawskim słońcem opalonej i solarium, okutej jedynie w te szorty dżinsowe cięte w połowie pośladka. Włosy, długie, czarne i proste opadają swobodnie na młode plecy, pośladki podskakują w rytm kroków. „Ależ widoki piękne oj, mała, jakbym cię wziął na kolana”. Zniknęła w toalecie.

Kajtek chciałby tutaj grać, po głośnikach napierdalać swoje rapsy, piosenki, salę bujać. „Lewa stona mówi: ELOOO, elooo!” Ale poczekać chwilę jeszcze musi, bo wie: że kariera rapera to od zera do bohatera, od łaka do lesera, od zapomnienia do wydobycia się z cienia, #exegimonumentum. Elo.

Tak więc i na Kajtka przyjdzie czas, co kwestią czasu jest, o ile nie odpuści, o ile nie powie muzyce „precz!”. Być wytrwałym to podstawa sukcesu. Nie, nie powie „precz”, bo to jego rzecz: mieć, być. „Tak, kurwa! Gdzie ten Toczek?”

Dygresja mała na marginesie, ileż to się potrafi zadziać na ułamku schodów, w ułamku myśli. Ty może myślisz, że długo to czytałeś, że to kawał czasu już minął, ja myślę pisząc, że nawet więcej, długi ten fragment mnie się wydaje. Ale weź tak pomyśl: jak ty myślisz, ile wariantów w sekundę ogarniasz:

Wejście przez ochronę, ukazanie tatuażu, muzyka – Małolat, tłok jak w środku peletonu, kolarstwo #LanceArmstrong. Chwilowe ogłuszenie, nic nie myślenie, znajome twarze, ręki wyciągnięcie, nie chcę mu się gadać z nimi. Przerzutnia na parkiet, skupienie na obiekcie najwyraźniejszym – parze zabawnej, ocena pejoratywna kobiety. Przejście do kolejnego widziadła wzrok przykuwającego, ocena tym razem pozytywna.

Bodziec: muzyka – jestem muzykiem. Kariera – uda mi się, o ile nie zniweczę. Jakaś złota myśl, ugruntowanie. Przypomnienie sobie celu – Toczka.

Tak ja myślę, że on myślał, a jeśli ty myślisz inaczej, że Kajtek inaczej myślał, to wymyśl jak, wymyśl odpowiedź, prześlij mi już tak naprawdę, nie na wymyślanie, na skrzynkę pocztową nr 5 Hugo Poland sp. z o.o.

Kajtek w klubie odnajduje się, lecz nie ma ochoty dzisiaj na balety, na picie, jaranie, broń Boże ćpanie. Dobry chłopak jest, więc wpadł do ziomka, żeby z nim pogadać chwilę. No może jedno piwko, można sobie strzelić, w końcu Toczek dziś na barze, to sobie pogadamy chwilę.

Toczek istotnie na barze piwo leje, z miną zblazowaną, choć dziewczynie leje całkiem ładnej, ale dziś ona uwagi nie zwraca na niego wcale. Dziś on jest epsilonem, ona alfą i nie ma równości między nimi. On pracuje dla niej i ma lać to piwo szybciej! Nie mam czasu! Nasz klient nasz pan! Jutro, nawet o tym nie wiedząc, zamienią się rolami – ona zadzwoni do niego z call center, kartę kredytową chcąc mu sprzedać, a on jej skacowany powie przez słuchawkę:

– Pojebało was? O dwunastej ludzi budzić? Proszę do mnie więcej nie dzwonić!

Tak jest, proszę pana, już notuję, przepraszam i życzę miłego dnia.

Od alfy do epsilonu, od epsilonu do alfy, codzienne przeobrażenia Polszawian.

– Elo, typie!

– O, elo, Kaj! How are you, ołrajt?

– Ołrajt, men, fenks, co tam, mordo, mi lejesz dobrego?

– To dla tej pani: drink na wódce z sokiem. Dla ciebie mam drink z wódki z wódką.

– Nie człowieniu, ja dzisiaj lajtowo jedno piwko.

– Dobra, to piwko i wódeczka. No ze mną się nie napijesz?

– A Ty możesz tu pić?

– No pewno! I tak jestem tylko na zastępstwo. Dwadzieścia PLN. Panie poczekają chwilę, pozwolą, że się z kolegą napiję? Zdrowie, Kajtek!

Elo, i zdrowie! Polszawa w przebudowie i remoncie. Za to się napijmy, za Polszawę żyjmy, bo było już tak blisko jej ponownego utracenia, #StanisławAugustIV, znów leci afera na mieście. Teraz Warszawa to Śródmieście, Radom to przedmieście, Ostrołęka deptakiem nadmorskim Sopotem Polszawy. Bawić, się bawić! Zachlewać na pałę, potem rano na biegging i do robo, takie zwyczaje.

– Zdrowie, Kajtek!

– Zdrowie, Toczek! Kurwa, nieśmiertelność sobie zapewniamy! Gdyby tak toasty choć w jednej trzeciej się sprawdziły, to żylibyśmy ponad sto dwadzieścia lat. Cały świat do ogarnięcia wtedy, szybkie koleje, samoloty, potrzeby. Tuzin łatwych panien, albo i seta! Póki co seta na stole, nie ma na co czekać!

– Halo, halo, panowie!

– Ooops, dzwonią do mnie – Toczek mówi – To menago, chyba.

Chwyta znów telefon, od pracy się odrywa.

– Tak, ta, szefuniu, wszystko okej. Tatiana pozmywa.

Rozłącza.

– Wiesz, Kaj, nie chce mi się tu siedzieć. Przed nami jest all night. Ostatnie ładne dni, ostatnie dni, najpiękniejsze uciekają nam właśnie dziś. W spelunach, ciemnościach, na wyuzdanych przyjemnościach. Napijmy się jeszcze, za Śródmieście!

Kajtek wychylił kielona i musiał chwilowo zostawić kolegę, bo tam szła jego przyszła żona, albo żona do kielona, albo nałożnica, albo nic nie znacząca bicza. A czemu nie szła tam zakonnica, albo myślicielka wybitna? Bowiem obie teraz spały w domach, a nie o nich jest ta opowieść.

***

[1] Małolat & Ajron, W weekendy żyjąc, [w:] W pogoni za lepszej jakości życiem, Prosto, 2004.

Fragment mającej się ukazać na jesieni powieści Piotra Sarminiego, „Bez przekazu”

Jeśli Ci się podobało, podeślij link znajomym i obserwuj tego bloga. ELO!

7.06.2017

Prokrastynacja – (z łac. procrastinatio – odroczenie, zwłoka)

Sesja,

pierwsze ciepłe dni czerwcowe. Ludzie, nieliczna roślinność, jeszcze mniej liczna zwierzyna budzą się do życia właściwego.

Ale co to?

Ktoś mi próbuje życie odbierać, sterować, nakazywać! I tak zamiast nago biegać po łące, wąchać paprocie, śledzić trasy polnych żuków, MUSZĘ robić coś innego. Jakże bezzasadnie!

Szkoła, praca, dom – a fe! Pierdolić to wszystko.

Pierdolić najmilej jest na świeżym powietrzu, choć i domowy fotel ma pewne uroki.

Zapomnieć się w tym pierdoleniu, przestać myśleć na chwilę –  i jeśli czytać, to dla przyjemności, nie dla wymiernych korzyści w postaci oceny w indeksie.

Studia – toż to dziecinada! Im dłużej na nich jestem, tym lepiej to rozumiem.

I doprawdy, dużo dojrzalej jest wypić wino na łące

niźli przed komputerem uzupełniać luki w podziurawionych zdaniach.

Zaślinieni w absurdzie cz. I

– Andrzej – jej cienki głos przeciął kuchenne powietrze.
– Tak kochanie?
– Chodzi o Bazyla.
– Co z nim?
– Ostatnio zachowuje się jakoś dziwnie. Nie zauważyłeś?
– Nie.
– Chodzi o to, że kiedy do niego mówię, on jakby przestał reagować, w ogóle mnie nie słucha.
– Wiesz, że zawsze miał problemy z dyscypliną. Ta szkółka, w której byliście… no cóż, na pewno nie była warta swoich pieniędzy. – odparł stawiając kawę na stole.
– Gdybyś zobaczył, co było wcześniej! W ogóle nie dało się go kontrolować. Przez chwilę było lepiej, ale teraz…
– Wszystko z nim w porządku, spójrz: Bazylku, chodź do panka!

Chudy, pręgowany bokser przybiegł do kuchni merdając ogonem z częstotliwością sekundnika, obijając cienkim bacikiem pobliskie meble i futryny.

– Tak, dobry piesek. Kto jest moim Bazylkiem fazylkiem? Kto jest takim ślicznokiem czarnookiem?

Pies rozentuzjazmował się jeszcze bardziej. Zaczął bić ogonem o wystający róg szafki i jednocześnie rozglądać się za zabawką. Po chwili wypatrzył leżący w salonie węzeł. Doskoczył do niego dwoma susami, zupełnie jak wielki kot; przednie łapy rozpostarł dookoła zdobyczy i pochylił mordę wraz z grzbietem, tylną część tułowia pozostawiając jednakże w pozycji wyprostowanej. Nie przestając machać ogonem, pochwycił węzeł, ze szczęścia wykonał w miejscu dwa obroty i biegiem zawrócił do właściciela, lekko ślizgając się po kuchennych kaflach.

– Kto, ma taki węzełek, no kto? – Pies podskakiwał z radości, świadom że to on ma węzełek.

– Daj! No daj! Bazyl! Puść! – niechętnie, mieląc pyskiem resztki błękitnych strzępków, wypuścił zabawkę i w najwyższym skupieniu zaczął obserwować jej dalsze położenie. Niebieski węzeł został podniesiony przez samca. Teraz był już wysoko, w jego dłoni. Wysoko, ale nie na tyle wysoko,  aby Bazyl nie mógł doskoczyć. Mógł, ale czekał, był grzecznym piesiem, chciał tylko swoją zabawkę. Nikomu nie stanie się krzywda, jeśli tylko ją dostanie. Już za chwilę… Oh! Choćby ostatni raz poczuć ją między zębami, delikatnie pobudzić zwisającego, mokrego fafla… ten jeden ostatni raz! Czy to tak wiele?

Pan wykonał ruch i wyrzucił węzełek gdzieś daleko! Ale gdzie?! Ale czy na pewno?!

Bazyl rozejrzał się uważnie po kuchni i salonie, ale węzełka nie było nigdzie, jak okiem sięgnąć. Zaczął, więc węszyć. Wyczuwał podstęp. Samiec i samica, coś mówili, ale on nie miał teraz czasu się temu przysłuchiwać. Najważniejszy był węzełek. Piezu! A co jeśli już nigdy go nie odnajdzie?! Ta myśl wydała mu się straszna i czarna. Podwoił wysiłki! Już nie tylko wąchał, ale i rozglądał się naprzemiennie na boki.

– Patrz jak szuka głupiutki.
– Gdzie to schowałeś?
– Na blacie leży.

Wyczuł spisek. Jasno i wyraźnie. Z podejrzliwym wzrokiem skierował się ponownie w stronę samca, zdecydowany, by tym razem rzetelnie i dokładnie przeszukać całe jego otoczenie. Zaczął od stóp. Pachniały znoszonymi butami i mokrą skarpetą. Cudownie. Ale to nie był czas na kontemplację, to był czas na akcję! Sztachnąwszy się stopą dłużej niż wypadało począł szukać dalej.

Samica – ma podejrzany wyraz twarzy, na pewno coś ukrywa! Czy za plecami? Nie. Jest pusto. Zatem w wodopoju!

Podskoczył zgrabnie i przednie łapy oparł na brzegu zlewozmywaka. Brudne naczynia i śmierdząca chemią gąbka, jednak węzełka ani śladu.

Osobniki zapiały radośnie. Z pewnością coś knują. Ponownie obszedł samca i wykonał skok. Tak! Na blacie znajdował się piękny, ponętny, obśliniony i nęcący węzełek!

Bazyl chwycił go łapczywie, po czym zadowolony opadł na ziemię i oddalił się w bezpieczne miejsce – okolice kanapy.

Więcej, nie straci go w tak nieroztropny sposób. Osobniki zupełnie nie potrafią obchodzić się z tak delikatną i pyszną materią. Węzeł pachniał i smakował tak pięknie.

***

Część II już wkrótce. Sprawdzaj na czarnykajet.wordpress.com