Tagi narkotyki

3 postów

CZARNY KAJET vol. 3

CZARNY KAJET vol. 3, 27.07.2019

Pieniądze wydaje się zbyt łatwo, trzeba ich mieć dużo by nie zabrakło. Na dobro pracujesz z mozołem tygodniami, do skoku w przepaść wystarczy chwila.

Kac sobotni, poranek wilgotny witany promieniami słońca odbitymi w kroplach deszczu. Techno party, Stalowa party, o piątej był jeszcze każdy nażarty tablicą Mendelejewa, ulewa czy nie, przy 180 BPM to już wszystko jedno jest. BUM, BUM, BUM, tak szybkie, tak nałożone jak wibracje pszczelich skrzydeł uderzających w kielich orchidei. Gniecie bas twoje ciało i serce, pęka powietrze, łamie się słowo stłuczonym sensem, co skruszony opada w błotną czeluść zadeptanych w parkiecie podeszw.

Chodzę w tym wszystkim z oczami wyłupiastymi, chociaż na zdjęciu wychodzę dostojnie. Poza momentem przystojnym, wypadają liczniej te nieprzystojne. Szukam miłości, czy choćby bliskości i wiem, że nie znajdę jej tutaj. Te co są pięknie nie mają serca, te co je mają nie ciągną druta. Niby okej. Chodź mała na bok, chcę poznać cię. Znaliśmy już się – 8 lat temu. Byłaś ziomalką mej ex, wtedy mówiliśmy sobie jak do zakazanego owocu „cześć”. Teraz są takie chwile, że mam ochotę patrząc w twe oczy zbłyskane molly zjeść cię, ale potem mi mija, gdy widzę w nich nasz smutek i dekadencję #Berent #Próchno #Ozimina.

Spoglądam w telefon, gdzie prowadziłem pisanie z byłymi. Rozmowy zamierają naturalnie po dniach, one przypominają sobie, że ty je znasz i one także znają ciebie. Był taki moment, że myślały już tylko o twoim pogrzebie, a ty teraz próbujesz wjeżdżać im przez literki ze swą wyśnioną rezurekcją, stać się swoją świeższą, wyższą wersją, ale na profilu wciąż masz te zdjęcie, na którym przechodziłeś przez piekło. I one to widzą i widzą cię nowego-starego i nie wierzą w twą zmianę, tak jak ty sam jeszcze w nią nie uwierzyłeś. Zbyt wiele już razy coś cię odepchnęło od DOBREGO, abyś teraz mógł sobie zaufać na słowo.

27 dzień trzeźwości nikotynowo-alkoholowej. Ze znajomymi prędzej czy później zawsze temat schodzi na używki: kto, co, gdzie, ile, jak. Zazwyczaj: każdy, wszystko, dużo, głupio i radośnie. Czasem też na smuta. Deklaracje, mikro ciągi i mikro kuracje, makro gramy płynące nam w żyłach i mózgach, wszystkich wielkich liter i wzorów chemicznych świata; wszystkich slangowych określeń, wszystkich hyperreal odniesień, wikipedii z działu „chemia” hiperlinków. Mazury: LSD, morze: wódka, klub: tabletki połówka, praca: speed, na chęć życia: prozac, na codzienność kicz.

A potem roll, roll Kazimierz Wielki, Jaśnie Pan pozwoli Zygmuncie Auguście Stary – proszę być tak dobrym i przez swój portret dostarczyć w nasze nosy sproszkowanego, białego szczęścia opary. Absurdu.

Trzeźwy czy nie, kończę na muruku. Czuję się tylko inaczej już dzisiaj i większy, pewniejszy, okrzepiony, wiedząc, że to co płynie mi w mózgu i żyłach to już bez wódki i papierosów atomy. Demonów mniej o dwa, więcej o dwanaście. Są takie ranki, że leżysz w łóżku i wiesz, że prędko nie zaśniesz.

 

TURBOT

Dzień, rozpoczęty notabene obiecująco, bo już o godzinie 8.00, z jedynie lekkim, półgodzinnym zaspaniem zatruł mi turbot z zamrażarki.

Dzień o potencjale rosnącym – rozpoczęty anapaną (zarówno wczoraj jak i dziś ostatnia myśl medytacji nie tyczyła się odczucia ciepła lub wyładowanie na wąsie, a którejś z dawnych kobiet, czy może precyzyjniej mówiąc *********), przez kawę zbożową marki Inka (którą wczoraj mi obrzydził nieergonomiczny [strasznie trudno się z nim poruszało; obok niego] Em. informując, że inkę podają na Kolskiej „taką zimną i ohydną nad ranem” [nie wiem skąd to wiedział]. Coś co do tej pory kojarzyłem jedynie z czystą atmosferą Dziadowieckiej kuchni Dhamma Pallavy, Em. musiał mi zohydzić wizją alkoholowej degradacji)

A potem decyzja szybka, w ułamku sekundy – na śniadanie zamiast owsianki zjem gnocchi. Wtedy też konstatując, że skoro gnocchi na śniadanie, to już nie na obiad, postanowiłem rozmrozić turbota. Jacek przywiózł znad morza chyba z 10 kg. Jestem przekonany, że podróż ta odbyła się z wszelkimi uchybieniami względem sanepidowskich norm przewozu żywności. Jedynie domniemany mróz lub temperatury lekko powyżej zera panujące na pace opla vivaro mogły działać na korzyć rozmrażającej się ryby.

Owszem, 2 tygodnie temu prezentowała się jeszcze całkiem nieźle, o ile wielka, zbita, różowa kula rybich, trójkątnych tusz może wyglądać nieźle. Turboty są tak zmrożone, że niemożliwością jest oddzielać je we właściwych kawałkach; zbita masa różowości może być cięta na wskroś bez zważania na to, gdzie przebiegają naturalne granice ości i kręgosłupów. Może być, ale nie tnę, bo rwanie mięsistych tkanek zamrożonych zbyt ohydne mi się wydaje. Szukam, więc tusz samotnych, odrzuconych od beznamiętnego, a twardego stada kuli, coś jakby dusz odepchniętych od społeczeństwa. Szukam ich i podaję im pomocną dłoń. Oferuję rozgrzanie, uwagę, trochę przypraw. Najważniejsze: sprawiam, że znów mogą stać się przydatne, przysłużyć się komuś – wyższej sprawie. Sprawie mojego żołądka.

Znajduję samotne, poza nawiasem folii, wygięte tuszyczki. Jedna ma na sobie szron, druga jakby – płatki śniegu.

Wyciągam wspaniałomyślnie dłoń i wtedy już czuję ich swąd. Nie powinny śmierdzieć skoro są w głębokiej hibernacji. Może to tylko zapach. Tak, zapach.

Zbliżam turbota, czy raczej to co z niego zostało pod drżący jeszcze anapaną nos i wtedy, i wtedy robię: „łue, łue e ehk!”.

A mimo wszystko kładę to na talerz, obok drugiego trupa i wkładam na górną półkę lodówki. Tak dziś wielka jest we mnie chęć pomocy bliźnim i darmowego napełnienia żołądka.

Staję się jednocześnie oprawcą i ofiarą, przedmiotem i podmiotem, mecenasem, beneficjentem.

* ostatecznie obiad skończył się na pizzy

notowane pierwotnie w Czarny Kajet FALL 2018

 

 

ALEJE 44 odc. 1

ALEJE 44 to moja pierwsza próba stworzenia dłuższego cyklu opowiadań/anegdot. Powstała 2 lata temu, we wrześniu 2015 roku, i liczy do tej pory 4 „odcinki”. Mieszkałem wtedy w powojennej kamienicy zlokalizowanej w samym sercu Warszawy – na Alejach Jerozolimskich, koło Rotundy. To było świetne, wielkie mieszkanie, odziedziczone przez ciotkę mojego kumpla po zmarłym redaktorze magazynu teatralnego (bodajże „Teatru”). Dysponowałem ogromnym i wysokim salonem, kilkoma obrazami, potężnym gdańskim biurkiem ozdobionym ołowiową figurką Małego Powstańca i widokiem na Aleje poprzez zasłaniający mi okno, szary, siatkowy baner.
Rozpoczynałem wtedy studia filologiczne i aby połączyć koniec z końcem sprzedawałem po znajomych zioło. Byłem kiepskim dilerem, za bardzo „schizoidalnym” jakby to określił Witkacy. Któregoś dnia mój hurtownik został zatrzymany przez policję i tak zakończyła się moja kariera w tej branży.  ALEJE 44 są zbiorem ludzi, wydarzeń, przemyśleń i fikcji tamtego okresu.
ALEJE 44 odc. 1

– To wszystko kurwa, sensu nie ma najmniejszego.
– Daj macha.
– Chciałbym nie palić zupełnie. Niczego już nigdy. Dłonie mam o 5 lat starsze. Czerwone jak cegła (wiesz skąd to tekst?), płuca smołą okryte, umysł rozproszony jak światło w pryzmacie.
– Ostatnio Aśka się porzygała na melanżu po mefixie.
– Czytam właśnie Eneidę. Przestać muszę bo mnie twórczo kastruje. Wiek przed Chrystusem, pisano podwaliny europejskiej kultury, umysły tak doskonałe jakich dziś już nie ma.
– Dasz mi dwójke w kredo?
– W kredo nie daję. Nie stać cię choć jesteś za legalem. Nie ćpaj wcale chciałbym ci powiedzieć, ale rozumiesz, że mi profesja na to nie pozwala – moralność, etyka dilera.
– No weź, kurwa myślisz, że ci nie oddam?
– Ta rozmowa, jest już zakończona. Zakończyła się nim się zaczęła. Nie ma już dróg między nami, nie ma słów, jest tylko to zielone gówno w srebrnej folii i wspomnienia, jak razem chodziliśmy do klasy 6c.

Wychodzi burczący, skryty w cieniach przedpokoju. Siema, siema, to nie ściema wcale, choć uraz pozostał niemy. Między tym co zostało powiedziane wprost i tym co między wersami, między machami tlącej się w pokoju zieleni. Znów sam. Na chwilę fizycznie, od lat dwóch metafizycznie, bez perspektyw na zmianę. Przez bogów opuszczony, bez filozofii i wartości jakiś większych, głębszych. Osamotniony człowiek w przepastnym Wszechświecie, to znaczy ja. Nie tylko ja, lecz ja ze świadomością. Nie tylko oni bez świadomości.
I znów się rozlega telefon, co niesie przyspieszony puls, już sam nie rozróżniam czy z nerwów czy ekscytacji łatwymi pieniędzmi. Tak jestem dostępny, tak jasne, wpadaj. Za 20 minut? Super. Znasz kod? Do zobaczenia.
Moja była, ta miłość co była, co się skończyła, uleciała, rozpierdoliła na drobne cząsteczki, odłamki pod moją i jej skórą. I tylko ten uśmiech, historia z facebooka, kroniki codzienności i relacje świadków naocznych dowodzić mogą, że jakaś miłość istniała tam, gdzieś, kiedyś faktycznie między dwójką ludzi. Teraz zależność się zmieniła. Bo ona ćpa a ja jej sprzedają i to raczej wrogość pod płaszczykiem przyjaźni jest niż miłość, choćby to słowo różnie interpretować.

Mija pięć minut i telefon rozlega się kolejny, od G. To oznacza, że dziś zarobię, a potem zaspokoję rządzę niepamięci, oderwania się i czucia przez chwilę jakbym był bogaty. Elość morda. Za kwadrans? okej.
Aż w końcu ta się zjawia, persona trzecia, bliżej mi nieznana o blond włosach, kolczyku w ustach i w metryce mająca lat co najmniej osiemnaście. Cześć. Buzi. (Wietrzę pokój) Rozmowę prowadzę nad wyraz swobodnie zza przeciwsłonecznych okularów. Choć jest listopad a słońca nie widziano w tym mieście od dawna. Czego się napijesz, zjesz? Pierwszy raz u mnie jest i to co dostrzega w mieszkaniu, którego okna z jednej strony padają na Jerozolimskie Aleje, z drugiej strony na ulicę Widok, mieszkania, którego ściany zdobią obrazy, teatralne plakaty z lat Gomułki, biurko gdańskie i gramofon dostrzega jedynie, że pachnie tu starym człowiekiem. Tak, był tu taki jeden. Widzisz, w tym regale są książki, które napisał, ale masz rację był stary. Tak stary, że już go nie ma.

Więc tylko YOLO, buzi, buzi, ręka pod bluzkę i nic się nie liczy. Prócz hajsu co właśnie dzwoni domofonem. Przepraszam więc kolczyk na ustach, każę zostać w pokoju numer 3 i kieruję kroki ku kuchni, gdzie w lodówce ktoś ciekawski znalazłby keczap pudliszki, ser pleśniowy i pudełko po cukierkach. Z pudełka wyjmuję cztery gramy marihuany, rozdzielam na dwa zawiniątka, za pomocą wagi jubilerskiej zakupionej na ulicy Ząbkowskiej (jest paragon!).

Jestem dilerem uczciwym, bo ułudę doznań odmierzam równo co do liczb dziesiętnych. Folia aluminiowa, bo samary to przypał w razie wjazdu organów porządkowych i pakuję już i już schodzę z ta odrobiną adrenaliny, bo zejście każde może okazać się ostatnim. ,,Widzimy go” – szepce w windzie umysł, imaginując obrazy policjantów, furgonetek, lornetek i wymówek na komendzie. Zaimplikowane wizje wyobraźni dilera, nieodłączne jak słońce, które zaćmił DZIŚ* księżyc.
Czeka ziom, idzie Ona. I z każdym z nich chciałbym porozmawiać bardziej, niż z tą co czeka na górze całego procederu nieświadoma, lecz sytuacja liryczna wyklucza takie możliwości. Więc tylko szybkie powitania, znaczące uściski dłoni, wymiana walut. Się żyje, co S.? – zanuca ziom z uśmiechem i jest to uśmiech z tych szczerych, aprobujących. Ona znaczącego nic nie mówi, ja tylko byśmy się kiedyś spotkali co się do DZISIAJ od tamtej pory nie wydarzyło.
Bogatszy o złotych sto, zarobionych w minut pięć, stresów, myśli tysiące, wracam na górę schodami, z ego wybrukowanym marmurowymi kafelkami.
Czeka na kanapie, tam gdzie ją zostawiłem jak psa, bo niczym więcej nie jest, jak tylko psem do głaskania i posuwania, choć to może nie najlepsza katachreza. Wracamy do zajęć porzuconych, ona nie pyta o nic, więc dłoń pod koszulką mocuje się ze stanikiem, druga z guzikiem w dżinsach. Wargi łączą się w chaotycznym tańcu, obcych sobie ludzi, lecz soki organizmów na stopnie pokrewieństwa zdają się nie zwracać uwagi. Gdy już naga cała pod swetrem leży tak bezbronnie na białym prześcieradle, to chcę jej skosztować choć już nie raz, nie dwa się na tym przejechałem posunięciu. I tu do trzech razy sztuka. Choć to nas wyrzuca z całej opowieści, to jednak dygresja warta zanotowania.

Kobiety szanowne, proszę Was bardzo w imieniu męskiej populacji: myjcie cipy! Tak, myjcie je zawsze a już zwłaszcza wtedy, gdy na procent choćby pięćdziesiąt możecie przypuszczać, że ktoś ich wkrótce dotknie ustami, wrażliwymi jak łechtaczka na bodźce kubkami smakowymi, czerwonego języka!

Biorę więc gryza tej cipy oszczanej a fiut, strzegąc chyba godności, odmawia chwilowo współpracy. Kładę się więc obok i całuję tę blond w usta by posmakowała siebie, by się dowiedziała jak paskudnie smakuje i cierpiała razem ze mną. Ona, one. Zawsze udają, że nie wiedzą o co chodzi, i wkładają ten jęzor, bezmyślnie, jakby nigdy nic, jakby się delektowały lodem z mcdonalda. Zabiera się osiemnastka do robienia laski i tu kolejne moje niewidoczne odruchy zażenowania, jak się trudzi, jak się dusi i kaszle a ledwo co połknęła napleta. Ciągnie nieudolnie, doi mnie jak krowę, jak to pewnie robiła rok wstecz nim przyjechała do Warszawy. Czekam więc chwilę by jej nie robić przykrości, coś tam nawet wzdechnę, aż w końcu łapię za włosy, patrzę głęboko w te oczy krowie, co się odbijają blaskiem mych źrenic i sadzam ją na sobie. Oh, ciasna jak metro Świętokrzyska. Już mnie znudził ten wątek. To nie pisemko erotyczne jest, więc każdy niech sobie dopowie jak to dalej po wsadzeniu jest.
Palimy potem papierosy, ona się tuli łapczywie i pyta czy status może zmieniać na facebooku. Ja mówię, że zaraz muszę wychodzić, i że słuchałem ostatnio fajnego rapu, wiesz PRO8L3M taka grupa, trupa, dupa. Ubieram się pierwszy, odprowadzam przed kamienicę i pytam gdzie idzie, ona tam, a to wiesz? ja w przeciwną akurat, no cóż, fajnie było, musimy to powtórzyć! Odchodzę kawałek i wracam wstukać, dobrze znany kod, gdy jej już na horyzoncie nie ma. Na SMSy od niej nie odpisuję już nigdy.

* DZIŚ – w dniu, w którym to pisałem było zaćmienie Słońca


rysunek: Phil Ostojski http://faser175.tumblr.com/

Chcesz przeczytać kolejny odcinek? Polajkuj ten post i pokaż go znajomym! Zostaw mi także znak w komentarzu, czy Ci się podobało, czy też było zupełnie obleśne!

Śledź mój profil na fb: https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

#czarnykajet #elo