Tagi milena

1 posta

Milena – cz. I #opowiadanie

O co ja się z nią kłócę ciągle? Od trzech i pół roku. Choć w początkach nie spieraliśmy się jeszcze. Byliśmy powściągliwi, nieśmiali, niewinni, zależało nam na robieniu dobrego wrażenia.
Teatr?
Zgodziła się, choć przez sekundę miałem wrażenie, że odmówi.
Idziemy warszawską nocą, wśród lwowskich kamienic, pachniemy ładnie, mówimy inteligentnie, staramy się być zabawni. Średnio to idzie, więc zapalam papierosa.
– Palisz? – pytam.
Nie pali. Prawie w ogóle jej nie znam.
I teraz dopiero widzę jak chodzi. Widziałem wcześniej na wydziale, ale nie chciałem w to wierzyć. Że ona tak chodzi normalnie-nienormalnie. Z twarzą w szalu, karkiem ze złamaną głową spoglądającą zdałoby się tylko w ziemię. Nogi  ma z pozoru mocne, ale w swej istocie chwiejne. Jakby zaraz miała przewrócić się, upaść niczym przedwcześnie ścięta sekwoja. Może to przez obcasy, bruk nierówny, lub jakiś niedowład. Nie piliśmy nic tego wieczora.
Teatru nie znajdujemy. To teatr undergroundowy. Idziemy do innego budynku, piękniejszego. Lekko spóźnieni wkraczamy na deski Czechowa. Grają studenci. Dobrze nawet. Teatr piąte piętro.
Niech studenci grają Czechowa, ale błagam, wy teatry komercyjne i drogie, przestańcie już. Nie ma kurwa nikogo lepszego? Kogo żyjącego, kogo z Polski? Bez tych wszystkich sióstr, generałów, cherlawych ojców, strzelb wiszących na ścianach?
Studenci grają nieźle, przerwa, palę, prawie nic nie mówimy, wchodzimy, śmierdzę, grają, śmiech, grają, śmiech, w końcu beng! Strzelba wypala!
Któż to mógł przewidzieć.
Wychodzimy. Nie mam pieniędzy zabierać jej, to tu to tam. Chcę całować, ale jej głowa ciągle w szalu, jak szczelnie owinięte trawą jajo. Czy ona jest aligatorem, żółwiem, a może ptakiem?
Żegnamy się.
Muszę coś o niej dopowiedzieć. Ma piękną twarz, długie blond włosy, świetny tyłek i zgrabne ciało. Tylko ten chód i te ruchy, zupełnie nieprzystające do jej nadkobiecej urody.
Nigdy więcej nie zaprosiłem jej do teatru.
Od nieszczęsnego Czechowa zaczęła się między nami pleść długa nić, lina okrętowa nieporozumień.
Nie zagadywałem do niej przez jakiś czas. Na wydziale mijaliśmy się obojętnie, patrząc po ścianach, podłodze, po oczach innych ludzi.
Po roku mi to wypomniała, bo chciała bym zagadywał.
Zawsze dawała sprzeczne sygnały. Gdyby była nawigatorem morskim okręty wielkie jak lodowce zaczęłyby wpadać w kolizje, a łodzie podwodne wypływać na plaże jak dogasające wieloryby.
Od Czechowa minęły tygodnie, zbliżały się Święta, miasto pustoszało. Widziałem z okna jak pustynnieje, jak klapnie, jak błotnieje, jak się cofa estetycznie do czasów Kontrolowanej Republiki Chaosu.
I wtedy ona zadzwoniła. Ucieszyło mnie to. Jest na dworcu i czy jej pożyczę na bilet, bo zgubiła portfel. Wsiadłem na rower, pojechałem na dworzec i dałem jej na ten bilet. Chciałem ją pocałować, ale głowę miała w kapturze i szalu. Wróciła w nowym roku i oddała mi za ten bilet pełna wdzięczności.
Nasze relacje polepszyły się. Rozmawialiśmy i pisaliśmy śmielej. Także publicznie, bo takie się robi rzeczy na zajęciach z literatury.
Wyszliśmy po nich na piwo w deszczowy, ciemny dzień z moim przyjacielem Emem.  Zasiedliśmy w najgorszej studenckiej spelunie z szafą grającą. Piliśmy tanie, dobre piwo. Kręciliśmy papierosy z resztek tytoniu paczkowanego i mieliśmy już ostro w czubie. Ona pożyczyła nam na dalsze picie i wyszła. Nie zaniepokoiło mnie to. Emem oddał jej ten hajs dopiero po dwóch latach.
Gdy wiosna zaczęła rozkwitać, rozkwitła znów nasza znajomość. Mogliśmy chodzić do pobliskiego parku i tam niby rozmawiać o czymś ważnym, albo zupełnie doraźnym. Ja robiłem pompki, i ona też zrobiła kilka. Założyliśmy się o trzysta złotych, z jej inicjatywy, że do maja schudnie pięć kilogramów, choć naprawdę nie miała ich wiele. Powiedziała:
– Jesteś jedyną, tak bezwzględną osobą, że wydusisz ze mnie ten hajs. Chcę abyś to zrobił.
Nie schudła. Na kilka dni po terminie zakładu zacząłem cisnąć ją o pieniądze. Oddała z grobową miną. Potem żywiła się jedynie bezglutenowym makaronem. I może dzięki temu schudła.

 

rysunek. Phil Ostojski