Tagi marcin wicha

1 posta

Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem – recenzja

Życie zamienione w anegdoty

Przeprowadzaliście się kiedyś? Ja wielokrotnie. Z każdymi przenosinami coś się zatraca; to sztuka kompromisów, wyborów. Jedno decydujemy się zostawić, drugie wyrzucić, trzecie oddać komuś gdzieś. Lżejsi o rzeczy, ciężsi o wspomnienia podróżujemy w kolejne Nieznane. Sami, czasem z kimś. Zwykle sami.

Taką mam zasadę: „wszystko ma wejść do kombi”. Dlatego kupiłem kombi. Zasada wyklucza meble; jeśli są, to podlegają kategorii przedmiotów „domowych” nie „osobistych”. Wśród osobistych, są na pewno książki. Lekkie, ciężkie, grube, cienkie, małe, wielkie, przeczytane i te „na kiedyś”, w oprawach twardych i miękkich, nowe – błyszczące oraz stare poszarzałe, kupione na bazarze zmarszczone. Trzeba to do kartonów pomieścić. Czasem, jak pakuję, mam ochotę zostawić na ulicy. Wyrzucić z rąk ważący pięćdziesiąt kilogramów karton i powiedzieć: pierdolę was! pierdolę papier, literaturę, obwoluty i pogięte rogi! Zostaję nomadem. Nomadem z ebookiem.

Ale potem przychodzi moment skruchy, przeprosin. Gładzę, układam kolorowe grzbiety na nowej półce, chucham, prostuję i jestem wdzięczny. Wdzięczny, że je mam, bo przesuwając wzrok po obwolutach to jakbym oglądał przyjaciół dawnych lat, kompanów, którzy nadali sens (i liczny bezsens) mnie dzisiaj. W książkach się człowiek odbija (Encyklopedia Polskiej Psychodeli). Jak ma na półce wszystkie wydania Gombrowicza i Białoszewskiego, o tak, na wyciągnięcie ręki, to jednak co innego niż gdyby tam stały świeczki i czytnik amazona.

Ja jeszcze nie mam Gombrowicza i Białoszewskiego wszystkiego, ale mam Marcina Wiche. Dużo poręczniej, bo wydał dwie – łatwiej być na bieżąco. Czy go stawiam obok tych powyżej? Tak. Bo mam wąską półkę. Czy tak jakby znaczeniowo, doniośle? Nie. Nie ta półka, inna kategoria, liga. Ale też bardzo dobra. No i książka ładnie wydana. Taka szara eminencja, z granatową podwiązką. Ma coś w sobie.

Książka Marcina Wichy, Rzeczy, których nie wyrzuciłem postuluje, że jako ludzie z przedmiotami się łączymy i gdzieś, czy tego chcemy czy nie, na zawsze w nich pozostajemy (dlatego warto je czasem przez życie nieść). One stanowią odbicie tego kim jesteśmy, kim byliśmy (kim się staniemy?).

Autor – skończony esteta – brodzi wśród materii: książek, ładowarek, lamp i zakurzonych półek, sięga po rzeczy bezpańskie i osamotnione. Nie jest to podróż bez celu; przyszło mu sprzątać mieszkanie po zmarłej przyjaciółce. A tak się ułożyło, że ta przyjaciółka była jednocześnie jego matką.

Nie mówiła o śmierci. Tylko raz. Nieokreślony ruch ręką, machnięcie w stronę półek:

– Co z tym wszystkim zrobisz?

A więc on teraz robi. Sprząta, układa, porządkuje. Rzeczy się stają wzmacniaczem wspomnień: zaczytane przez matkę powieści – przekaźniki obrazów i zachowań – barwnych, wyrazistych, takich „tylko jej”. Bo z tego obrazu, który kreśli syn wyłania się postać bezkompromisowa, zadziorna i ironiczna.

– Pamiętasz Mariuszka z naszej szkoły?

– Bardzo miły – odparła, ponieważ pamiętała, że go nie lubiłem.

Matka. Żona. Polka. Żydówka. Pedagog. I bohaterka. Taka w prawdziwym sensie, nie tylko historii. Bohaterka w oczach dziecka, które uczyła jak się zdobywa książki w PRL, jak się walczy o swoje, jak się trzeba szarpać, żeby wyszarpnąć i jak mówić prawdę, by nas szanowali.

Miała słowa na każdą okazję. Posługiwała się nimi jak zestawem narzędzi. Śrubokręt do każdej śrubki. Klucz do każdego zamka.

Wyrasta z tej postaci autorytet kobiety silnej. Nie nieskazitelnej. Po prostu takiej, którą być mogła w trudnych powojennych czasach. Przedstawicielka pokolenia, któremu obiecywano piękne życie, a które dostało kartki, kolejki i przepisy na królika w śmietanie. Ale zrobiło to co mogło.

 

Niezasadnie ten zbiór klasyfikować gatunkowo. Nazwanie „esejem” może odstraszać, mówienie, że to opowiadania, pamiętnik czy powiastka filozoficzna byłoby nadużyciem. Jest to wszystkim po trochu, gatunkowym synkretyzmem, który czyta się z zaskakująco lekko, bez ckliwości i bez wyrachowania. Mikroopowieści, duże na pół strony czasem na kilka, przecinają kilka porządków i czasów. Są kolorowe lata 60-te, dogasający PRL, początki wolnej Polski i współczesność – zakurzona i matowa wobec śmierci, która nadeszła. Układa się to wszystko w luźnej chronologii, która płynnie prowadzi nas do… do końca.

Wicha wytyka, że Europejczyk XXI wieku nie potrafi mówić o śmierci. Nie chcemy jej widzieć, myśleć. Brakuje słów.

– Zaczęło się już to [mówi lekarz]. Pan rozumie? Zaczęło się to. Pan rozumie? To.

Uczymy się jednak głębiej rozumieć, a to już wiele. Rzeczy, których nie wyrzuciłem są pochwałą codzienności oraz instrukcją pożegnań, tych ostatecznych. Instrukcją pamięci o tym jak chcielibyśmy zapamiętać swych najbliższych, a także jak sami będziemy zapamiętani. Nie bije z tej książki żal niewyjaśnionych spraw, obcości. Pozostają ciepłe i zabawne anegdoty. Te anegdoty, która chcemy opowiadać przy rodzinnym stole. Bez dat i szczegółów. Impresje po prostu, powtarzane wielokrotnie to tu, to tam.

I choć śmierć to niby nie temat do rozmów Wicha pokazał, że można. Że można z szacunkiem, przekąsem, nieraz uśmiechem, mówić o tych, którzy odeszli. Tego się warto nauczyć.

***

 

Przypis: Książka „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” została w tym roku nagrodzona nagrodą im. W. Gombrowicza, Paszportem Polityki oraz Nagrodą Nike. Autor Marcin Wicha (ur. 1972) jest grafikiem oraz eseistą.

Za nadesłanie książki dziękuję wydawnictwu Karakter.