Tagi literatura

7 postów

WARSAW DŻUMANDŻI DAYS – sobota

WARSAW DŻUMADŻI DAYS

Dżuma – (także: dżumka, zadżumienie)- ogólny stan rozkojarzenia i kiepskości wywołany czynnikami zewnętrznymi takimi jak choroba, używki. Może prowadzić do serii nieprzemyślanych, prowadzących do katastrofy czynów.

SOBOTA

Ulicą okrążam pasma dziesięciopiętrowców, w których nie widzę już nic poetyckiego. Korale aut połyskują w żółtym świetle wydobywającym się z forda. Mego forda. Światło i rytmiczne bulgotanie silniku diesla, harmonizującego z wersami rapującego Oskara. Jadę, jadę i wypatruję miejsca odpowiedniego by w końcu ustać, zaparkować, wyjść, dojść gdzieś, opuścić ten fotel. Ale wnęk przestrzeni brak, wszystkie zostały zajęte przez tubylców ich śmiesznymi puszkami blaszek na gumach. Robię, więc koło, bo ulica jest jednokierunkowa i trzeba całą długą zjechać, by się zeń w końcu wydostać. Ulica imienia Stefana Bryły.

Wiem, że nie znajdę tu nic sensownego, zatem taktyka zmieniona i zaparkuję przy ulicy prostopadłej. I wtedy czuję lekki wstrząs, na wąsie swąd, dym się unosi znad maski i wiem, że właśnie wydarzyło się memu autu coś niedobrego. Parkuję ostatecznie, zaciągam ręczny i wychodzę by zbadać sytuację. Z zawieszenia, ciurem leje się rudy płyn i leje się jakby nigdy miał się nie skończyć.
– Cholera.

Ford został ranny. Ale nie mam tu tego za złe. Pięć miesięcy od zakupu służył mi wzorowo. Nie wiem, co to za płyn, więc dzwonię do PeKa by mi telefonicznie objaśnił meandry samochodowych ustrojów krążenia. Ten fachowo, poprzez serię odpowiednich pytań, zaocznie dochodzi do wniosku, że oto wycieka płyn chłodnicy.
– Puścić zapewne musiała uszczelka. – stwierdza.

Rekomenduje zakup wody litrów 5 i ostrożne wlewanie jej do miejsca właściwego płynowi chłodniczemu. Jest tylko jedno ale! Możliwe ujemne temperatury naszego klimatu, które taką wodę płynną mogą zamrozić, co doprowadzi do natychmiastowego zniszczenia chłodnicy. Na szczęście klimat jest tej nocy łaskawy, a termometr wskazuje całe osiem stopni, a więc wodę zakupioną w pobliskim sklepie (wraz z dwiema babeczkami kajmakowymi), leję śmiało. Potem idę do babci.

Babcia jaka jest każdy widzi. Moja jest taka właśnie, choć przejawiać musi także rysy indywidualne. Babcia ma czyraka, albo tętniaka, albo jeszcze coś innego, co sprawia, że twarz jej i ciało jest pokryte czerwonymi plamami, dla mnie już równie przezroczystymi i niewidocznymi jak plama na oknie w dzień pochmurny. Ona jednak widzi, na niej to jest i każdy tak mocno przejmuje sobą się. Ja plamą na nosie, inni plamą w kosmosie, a większość swymi wągrami i pryszczami, bo myślą, że cały świat patrzy na nich i patrzy im właśnie w czuły, brzydki i czerwony punkt ich twarzowego bytowania. Moja babcia jest dobra i jest miła i tylko takie epitety mogą do niej pasować.

Nie powiem, że babcia jest aniołem, albo „osobą fascynującą”, „atrakcyjną towarzysko”, że babcia jest „wyrachowana w swej inteligencji”, że babcia to jest „gracz”. Nie. Babcia jest dobra i miła, i kocha mnie, za co należy się jej podziw. Babcia wychowała mnie, stworzyła subtelnymi maźnięciami swego babcinego pędzla, podmuchami papierosowego dymu marki Caro, swoimi zadaniami pisanymi czarnym długopisem w kratkowanym zeszycie. Przy babci napisałem pierwsze w życiu słowo, i pamiętam tę sytuację do dziś. Było to słowo „koc”. Ze znanych literek układałem dowolne ich kombinacje np. „ABHAST” i każdorazowo, po postawieniu ostatniego znaku pytałem babci, „czy jest takie słowo?”. A ona cierpliwie odpowiadała.

Koc był słowem napisanym na szklanej tafli blatu okrywającej stół a’la dębowy, fornirowany, koc był słowem stworzonym w dużym pokoju trzeciego piętra bloku rosnącego na ulicy Stefana Bryły 3 i pamiętam, że było wtedy pochmurno. Pisząc, koc nie spodziewałem się, że w przyszłości przyjdzie mi tworzyć jeszcze „kocykarium”, „kocykowo”, „kocenie”, a nawet „kochanie”.

Jak jechaliśmy windą to babcia polecała mi wskazywać liczby parzyste i nieparzyste na przypalonych zapalniczką, nadtopionych guzikach dźwigu. Babcia czytała mi i chodziła ze mną i babcia była i sprawiła mnie, choć dzisiaj już tak niewiele może sprawiać.

Kiedy przychodzę, częstuje mnie kawą i zaznajamia ze sprawą następującą: sąsiadka jej z góry – Pani Iwona, poprosiła ją by sprawdziła stan mieszkania po lokatorach, którzy kilka dni temu opuścili Iwonowe lokum lokujące się na szóstym piętrze, tuż nad babci głową. Czy ja mogę pomóc jej otworzyć tam drzwi? No w tym mieszkaniu… bo ona nie ma siły w dłoni klucza przekręcić.

Ależ oczywiście, że mogę droga babciu, chodźmy zatem i te mieszkanie sprawdźmy, po tych nicponiach, lokatorach, co pewnie jakiś bałagan mniejszy, lub większy po sobie zostawili. Wchodzimy piętro wyżej, po betonowej klatce, zawsze lekko zsypem zalatującej i oboje się czujemy teraz jak para złodziei, niezręcznie jakoś, żeby nie popełnić żadnego faux-pas podczas obcowania z czyimś, powierzonym nam mieszkaniem. Odkluczam drzwi na korytarz – „Im in” – chciałbym nadać babci przez mikrofon zapięty na golfie, podczas gdy ona obserwowałaby całą akcję z dołu, na trzech monitorach, siedząc w fotelu i paląc fajka. Tymczasem ona wchodzi ze mną i „We’re in”. Zabieram się za dolny zamek, poszło gładko. Teraz górny. Cholera, coś nie idzie. Naciskam klamkę, nie idzie! Nie idzie! Babcia traci nerwy:
– Chodźmy, trudno, innym razem, jutro może spróbuję jak będzie lepsza pogoda.
– Poczekaj, no, raz się nie udało i już chcesz odpuszczać! – Próbuję jeszcze raz i drzwi się otwierają. Przybieram minę szelmy. Babcia czyni wydech. Wchodzimy.

Mieszkanie okazuje się pozostawione w stanie dobrym i przyzwoitym, doprawdy, pomimo szczerych chęci trudno się dopatrzyć jakiś uchybień w kwestii jego sterylności. Spisuję trzy liczniki: wody, gazu i prądu, wychodzimy, zamykamy i nasza misja kończy się powodzeniem. Na dole, już w pokoju babci, kiepsko oświetlonym o układzie mebli niezmiennym od lat, babcia próbuje mnie nęcić jeszcze ciastami, rosołami i kotletami, ale już moją głowę zaprząta rozwalony w dole i krwawiący brązem ford, dlatego skupiać się i znosić spokojnych rozmów dalej nie mogę. „Do widzenia babciu, czas ruszać w drogę!”, żegnam ją dwoma całusami w oba policzki, lecz tym razem głaszczę ją jeszcze po głowie, na co ona się śmieje ze swej postępującej nierosłości, a mej rosłości i żegnamy się szybko, a czule.

Pośród blokowisk ciemnych jak dusze ich mieszkańców, oświetlonych ledwie, gdzieniegdzie punktami żółto-niebieskiego światła, zbliżam się do samochodu mego – skupionego Forda rocznik 2000 kolor violent fiolet i odpalając latarkę telefoniczną zerkam mu pod nogi, koła znaczy, patrzę czy ciecze jeszcze, nie ciecze, szczęście. Nie ma z czego ciec ciecz wycieńczona zaciekłością swej grawitacyjnej dociekliwości. Dolewam zatem wody jeszcze, telefonicznie Gutka informuję, że dziś mu nie zezwiastuję już wizytą, którą odbyć mogłem, acz nie musiałem – wizyta ta miała być połączeniem biznesu jakiegoś, dilla, czegoś pół-tak, pół-nie istotnego; mogła czekać do jutra, mogła czekać do poniedziałku i poczekała. Ale Gutek jeszcze nadaje, że może pomóc mi, holować, co tak trzeźwe, pomocne i dobre jest z jego strony, że zaczyna gryźć mnie już demon wewnętrzny. Demon,

bo wcześniej Pudel pisze: „hej, wpadniesz dzisiaj?”. Pudla rok ponad nie widziałem, i się tak zbierałem tygodniami by zobaczyć w końcu, zupełnie jakbym pielgrzymkę miał odbyć do wizerunku świętego, z tym, że temu koledze do świętości brak jeszcze mil tysiąca. Anyway, już jak z Gutkiem rozmawiam, to wiem, że ta noc trzeźwo nie zakończy się, i spycham jego potencjalne hakujące, holownicze pomoce w zapomniane sobotnie noce, żegnam się i mówię „cześć”, a do Pudla: „będę”.

A tu jeszcze Dorys wzywa mnie na śmiechu kolędę, pisze, że portret Zbigniewa Wodeckiego malować będą, ale wcześniej jeszcze woda, wóda i kwasy wejdą z Szybką Wolną i kolegą jakimś.

Fordem dychającym, sfatygowanym i dziurawym od spodu, coś jakby ma dusza, durszlak zajeżdżam jeszcze do matki. Po co? Po blat do mego biurka, który został u niej i tkwił za łóżkiem drugą zimę, i na partyjkę szachów z brackim, gdzie remisujemy ostatecznie, co dość żenua pewnie jest biorąc pod uwagę jego siedmio, a mój dwudziestopięcioletni wiek.

Tu znów przejaw mego niedo bycia, mego onegdaj grania i niedogrania, czegoś tam liźnięcia, ale niedolizania i tak się ganiamy mając obaj po dwie figury i dogonić nie możemy. Potem za obliczenie dziesięciu przykładów matematycznych w zakresie odejmowania i dodawania do trzydziestu daję mu sześć polskich złotych, które on skrupulatnie z miną małego, chytrego Żyda chowa do portfela, co jest śmieszne w sumie i stanowi pretekst monologu matki na temat chwalebnych zwyczajów finansowych brata mego siedmioletniego Roberta Robertowskiego; o tym jak każe sobie wymieniać cztery dziesiątki na jedną pięćdziesiątkę, i o tym jak od ojca pożycza, ale nie oddaje, i wstydu wcale za to nie czuje. (Jeszcze siedzi i się śmieje chytrze na kanapie jak o tym z matką mówimy).

„A oddam kiedy się dorobię” – cytuję Moryca z Ziemi obiecanej i choć pewien jestem, że matka tego cytatu znać nie może (a może mylę się) to śmiejemy się długo, do łez i jest dobrze. Daje mi jakieś owoce, słodycze, ja zabieram blat, całus, całus, piona brat i lecę. Ford odpala ledwo, Pudla informuję, że zjawię się i dzwonię i pytam czy pić może, bo nie tak dawno jeszcze zarzekał się na całkowitą abstynencję i złych nawyków porzucenie, i nie tak dawno jeszcze w metrze telefonicznie z nim rozmawiając czułem trzeźwość jego przez słuchawkę, myśli uporządkowanie, ułożenie jakieś, dyscyplinę immanentną.

Teraz Pudel zapewnia, „tak, tak pić mogę i potrzebuję”, a potem pisze: „kup 0,7 i wino białe”. No to jest przesada spora, o ile 0,7 stanowi już wyraz pewnej nonszalancji, to jeszcze wino do tego jest niefinezyjnym zaproszeniem do bramy podłego alkoholizmu.

Na stacji benzynowej nieopodal wjazdu na autostradę A2, kupuję wódkę rzeczoną marki Żubrówka, płyn do chłodnicy najtańszy za 16,99, którego producent deklaruje skuteczność do -37 stopni Celsjusza, sok. Papierosów nie kupuję, choć już czuję, że pomimo 11 dni niepalenia wcześniej, to dziś właśnie przyjdzie mi zajarać znów. Ta myśl przeplata jak wianek myśli pozostałe, jak dym subtelnie w nie wchodzi i wędzi, a ja udaję, tak jak zwykle udawałem, że nie zauważam jej i pozwalam się uwodzić i wędzić jak zwierzę głupie, żaba w rondle siedząca, której kucharz podnosi temperaturę, stopniowo zwiększając płomień, a ta w swej zmiennocieplności żywcem daje się ugotować.

Płynu właściwego, różowego do forda zalewam i ruszam ku P. Puławską myśląc jak paskudne jest to miasto, o tej porze zaś szczególnie. Mijam opuszczoną „Basztę”, salony jakieś moto, niezliczone przejawy ludzkiej przedsiębiorczości i wjeżdżam w końcu w uliczki wąskie, głębokie by dotrzeć pod dom, który mnie gościł już wiele razy, zbyt wiele może.

Pudel zza bramy milcząc mnie wita z szamponem na głowie, z daleka wygląda jakby osiwiał, lub już do reszty był pomylony i chodził w jakimś czepcu, który miałby jego myśli ułożyć i zatrzymać w jednym miejscu. Czuję się trochę jak przestępca gdy tam wchodzę, jak kontrabandzista, Grek brzuszny, bo trzymam w torbie plastikowej kogo niby mającej oszukać 0,7 wódki i sok tymbark. W większości wypadków takie zestawienia są okej, ale tu nie, bo P. miał nie pić już przecież nigdy, w lato mi się chwalił przez telefon jaki jest super aktywny, jak maluje żyrafy trzeźwy jak bąk, spijając nektary życia, które do tej pory zgorzkniała mu wódka. Ukończył terapię, na którą uczęszczał też jakiś sławny aktor (nazwiska nigdy nie wyjawił) i ludzie inni, tak; na tej terapii dowiedział się o sobie bardzo wiele, dowiedział się dlaczego pije, dlaczego przestać mu trudno, dowiedział się, że ludzi krzywdził, że siebie najmocniej. Taki był mądry i oświecony, kiedy deklarował, że rzucił już gibony, że teraz tylko zdrowe flow i zdrowe tony przyniosą sens jego duszy utrapionej. I prawda, kiedy rozmawiałem z nim jeszcze czas temu jakiś to brzmiał rozsądniej, bardziej strukturalnie, jego myśl jak strumień drążyły koryto tematu i nie dawały się zboczyć kamieniom i gałęziom (o kształtach fallicznych) dygresji, które tak ochoczo do jego potoku słów ciskałem. Teraz… Pudel był znów zawartością szklanki wody rozlanej na chodniku, której strumyczki podążały wzdłuż mikrostruktur betonowej kostki, w zupełnym bezładzie, wysychając i dogasając w szczelinach piaseczkowych granic.

Jego psy obszczekały mnie, jeden ten shitshu Tommy, szczególnie, mały idiota, którego lubię denerwować, za co on odgryzł mi się kiedyś dość dotkliwie. Psy wymieniam z imienia: Tommy, Bila, Gustaw, Czopa – każdy jest inny, innej rasy, innego usposobienia. Moim faworytem jest od zawsze Gustaw – harcik włoski, koloru szarości, z rodowodem wartym 6000 złotych, niezwykle dystyngowany pies, który zamiast siadać na trawie woli siadać na poduszkach, za co go cenię, bowiem wykazuję jakąś słabość do arystokracji. Gustaw zyskał brzuszek odkąd go widziałem ostatnio, jednak wciąż pozostał fałszywie skromnym (jego maniery ukazują się dopiero po dłuższym współprzebywaniu) psem. Choć nie powiem, ten tłuszcz odbiera mu wiele fasonu.

Powołując się na znajomość z psami, głośno do nich z imienia wołając, uściski, głaski, polizania wymieniając, próbuję się uzasadnić w surowych oczach rodziców Pudlowych, którzy spoglądają z kanapy rozpraszani na szczęście telewizorem. Zawsze się czuję jakby mnie nie znali, nie kojarzyli wcale i czuję też jakby mnie posądzali o homoseksualizm, no bo któż może przychodzić do ich geja syna o 21.00 w sobotni wieczór, jeśli nie inny gej właśnie, z flaszką i tymbarkiem, w białej, foliowej torbie, która kogo ma niby zmylić? Nie dość więc, że jestem obcym pedałem, to jeszcze rozpijaczem syna, zdrajcą, Grekiem trojańskim, co pod ich strzechami będzie prowadzić synka ku zgubie.

Ale przecież to nie pierwsza flaszka Pudla w tym miesiącu. Ja pić jeszcze mogę i sorry, ale wyrzekać się nie będę, to znaczy mógłbym, ale chyba nie w tym układzie, a zresztą takie picie tajemnicze, wbrew, ma w sobie uroki minionej dawno niepełnoletniości.

Z matką P. wymieniam kilka konwencjonalnych, acz staram się je zabawnymi uczynić, zwrotów, po czym zostaję skierowany na górę do pokoju przejściowego, ładnego, świecami osmolonego, w którym to pokoju można palić, a mimo tego nigdy tam papierosem nie czuć. Jest tam biblioteczka dość spora (jedna z kilku w tym domu), zawierająca ciekawe pozycje np. „Wychowanie seksualne dla dzieci lat 7-9”, czy „Zbiór fraszek na każdą okazję”. Są tam książki tak rozmaite i antologiczne, o których ja nigdy bym nie pomyślał by je kupić, bo są czymś bez czego się można obejść absolutnie, ale i przez swą lekkość, różnorodność i często zbiorową formę są właśnie ciekawe i zapraszające do pobieżnego przeglądania.

Czekam, więc w tym pokoju cierpliwie aż P. zmyje ze łba pianę, a zza drzwi słyszę utyskiwania jego matki, jego uspokajania, które (mogę się tylko domyślać) dotyczą mojej tu obecności.

– Chodźmy na górę. – Pudel komenderuje, więc idziemy do studia nagraniowego i chlejnego, studia, w którym się raczej pije, pali i słucha muzyki, niż cokolwiek nagrywa, choć Pudel z konsekwencją twierdzi, że jest inaczej, w dowodzie pokazując strzępy jakieś, nigdy niedokończonych sprzed miesięcy nagrań.
– No to polewaj.

Tak, jakby o to głównie chodziło. Pokazujemy sobie piosenki, lepsze, gorsze. Mój rap ściera się z jego dawnym popem, czas płynie, wódka płynie, nasze sylwetki w dymie.

Zapaliłem.

Ot jakoś tak wyszło; „wódka lubi dym”, tak sobie mówię cytując genialną Siekierezadę, choć już nie tak genialnego bohatera i palę teraz niebieskiego camela i czuję się dobrze, jakbym się wcisnął w kolejkę, jakbym oszukał celnika i przemycił za granicę coś. Celnikiem jestem ja, granicą moje ciało, kolczaste druty postanowień składanych pisemnie, do luster (patrząc w oczy), składanych na nagraniach audio i wideo, składanych w pamiętnikach, w notatnikach w niezliczonych formach, miejscach i czasach, a pomimo tego chuj. Palę sobie i tak. I jak cudownie oszukać siebie, przynajmniej przez pięć minut, bo po sześciu sumienie i słabnący dech dają o sobie znać.

Siedzimy z P., gra jazz, wspominamy znajomych minionych; dawne dziewczyny moje, dawne przyjaciółki nasze, dawnych kolegów jego. Rzewnie to wszystko i zmierza ku niczemu, wiem to. Nie chcę niczego, chcę czegoś, skoro już wódkę piję, fura się psuje, ja się wędzę, to chcę z tej nocy wytłoczyć olej, paskudny, pełen smogu i lichych gwiazd, chcę czegoś, bo NIC niczego mi już nie może dać!

Tarabani Dorys dobija się, kolejny i kolejny SMS: „siema, wpadajcie, jestem z nią i z nim, będziemy malować portret Wodeckiego, ale najpierw kwasy i chill”. I to mi brzmi jak dobry dill, czuję, że tam już czeka na mnie COŚ, mięso, konkret, że tam się zadzieje. Delikatnie, aby nie spłoszyć, zaczynam Pudla drenować sugestiami, kusić większymi butelkami, pokazywać przypadkiem niby zdjęcia Dorys (te najkorzystniejsze), wspominać o jej otwartych i rozległych poglądach, szczerej względem gejów i Żydów sympatii. Polewam ofiarnie, zaznaczam, że o! Butelka 0,7 właśnie sięgnęła dna, jakaż to szkoda, a skoro już taksówkę bierzemy na stację, to może i na stację centrum? i jak to dawno, dawno nigdzie razem nie byliśmy, a człowiek socjalny przecież jest i powinien drugiego poznawać!

Pudelek daje się przekonać w końcu, obaj jesteśmy w sztorcu i wyczuwamy nieprzyjemne tu fale od jego trzeźwej familii, psów szczekających i faktycznie dobrze opuścić te miejsce, odświeżyć się, wyruszyć w świat. Na stacji bierzemy litra, ja przeglądam bajki, które tam sprzedają (kiepsko wydane, obrazki czarno-białe w środku). Z taksówkarzem się schodzi na Biedronia, Pudel się spierać próbuje, ale się okazuje, że taksówkarz jest wyważony bardzo, prezydenta Słupska popiera, choć nie w każdym punkcie i tak rozmowa rozbija się o falochrony ogólności.

Dojeżdżamy na miejsce wreszcie, jest wcześnie jeszcze, ziomek kontynuuje te brednie śmieszne, ja mówię: „daj szlugę”. Daje mi, ja w myślach liczę kwit, jest parę stów jeszcze, a więc wyjątkowo git, jak na warunki domówkowe, styknie z nadmiarem jak nic. Zerkam w esemesa, tam dokładny adresat naszego zajścia: „mieszkania 98” – ten sam numer co moja babcia, super, wchodzimy. Dochodzi północ.

***

Napisz komentarz jeśli dotarłaś/dotarłeś aż tu.

ŁDZ toczas dla nas. PART 1

ŁDZ to czas dla nas. PART 1

Obudziłem się w moim mieszkaniu, które nie jest moje (bo je tylko wynajmuję), lecz czuję się tu względnie dobrze. Dobrze jeszcze przez 10 dni, bo wtedy znów przeprowadzka, wyjazdy, elo Warszawa! elo Bałtyk! taki los prekariatu, że się nosi co rok ze starymi gratami i nowymi zamiarami, które może wyrosną, a może zarosną je chwasty.

W pokoju panuje rozgardiasz: torba uber eats, rower, biurko, szklanko-gacie, stosy książek i pamiątek po wiedźmo-księżniczkach.

Telefon dzwoni:

– Kocie to dziś. W końcu dziś.
– Nie jadę.
– Jak to?
– To nie dla mnie. Zostaję stolarzem.
– Przestań się wygłupiać. Zakładaj buty i widzimy się na Wschodnim. Ja się jeszcze muszę umalować. Pa.

Sprzeciwiałem się wezwaniu, lecz nie miałem wyboru. Kasia odwróciłaby się ode mnie, gdybym teraz zawiódł ją po raz kolejny. Oczywiście zamierzałem jechać, ale chciałem sprawdzić jak zareaguje na moje droczenie się, czy weźmnie mnie na serio.

Nie wzięła.

Próby prasowania koszuli od razu zarzuciłem, przypomniawszy sobie, że deska do prasowania, a właściwie jej nogi pękły pod ciężarem Weroniki, która z deski chciała mieć krzesło. Jak trzeba być nieroztropnie pijanym i łaknącym wyzwolenia, ażeby siadać na desce! I to jeszcze kobieta. Dziś nie potrafią, ani prasować, ani gotować, ani…

Ale już nie marudzę, bo zegar wybija 6:20, woda prysznicowa stopni 20 – co najwyżej, orzeźwia, poprawia krążenie, wygładza cerę, wkurwia mnie; wyskakuję, look w lustro dumny, w tył zaczeska i na goleska się wybijam jak antyczny pomnik na piedestał.

– Brunon?
– o, hej, Paula, o sorry, wiesz, brałem prysznic zimny, o, no..

Dziewczyna współlokatora. Jedna z trzech. Kurwa i akurat teraz wyjść musiała, kiedy moja pa… męskość przypomina raczej chłopięcość (to przez zimny prysznic!).

6:27, pociąg, odjazd za 22 minuty. Zgarniam z łóżka byle ciuchy, śniadania nie jadam, dobra typie, zbieraj się! tam rozmowa życia czeka cię!

6:33 – wezmę rower, jestem gotów, telefon jeszcze… gdzie… okej. Dobra, wybita. Kurde, brak klucza… 6:37 – dwanaście minut. 6:38 kurde, gdzie on jest…

– Damian! Wchodzę!
Wchodzę do pokoju współlokatora, Paula już na właściwych sobie torach, czyli na nim, wow, teraz dostrzegam, w górę i w dół, w górę i w dół, za co ją tak… kocha.

– Człowiekiem jestem! – krzyczę – i nic co ludzkie nie jest obce mi!
– Kurwa, Brunon, puka się!
– No właśnie widzę, ale ja muszę wyjść! Wychodzę tarasem, zamknijcie za mną. Paula wiesz, to naprawdę była zimna woda… dobrego dnia! pa!

Dobiegam pędem na stację Veturillo, wypożyczam rower z ruchomą w pionie kierownicą, wrzucam bieg trzeci i pędzę pośród praskich kamienic na pociąg do Łodzi, który odjedzie za 7 minut z Dworca Wschodniego.

***

Część druga już za tydzień. Wypatruj i śledź mnie na instagramie i fejsie!

 

Opowiadanie „Drugi dzień świąt”. Napisane w trzeci, a publikowane teraz

DRUGI DZIEŃ ŚWIĄT

#opowiadanie

Siadam.  W domu swoim w końcu. To znaczy, nie w swoim, a wynajmowanym. Mieszkaniu nie domu. Pokoju nie mieszkaniu.

Ale pokoje mamy trzy. A lokatorów jedynie dwóch, zatem znać pewne znamiona bogatości. Nie jest to typowa studencka melina. Bo Pablo nie studiuje. Ja w sumie też już nie. Czyli dwóch dorosłych typów wynajmuje dwa pokoje, w trzypokojowym mieszkaniu. Trzeci pokój jest zamknięty i należy do Szmuela, który powtarza, że urządzi tam swoja „ruchalnię”, ale póki co jedynie wstawił tam karton z książkami.

Święta dogorywają, jak dobrze. Po Bożym Narodzeniu zostały mi dwie nudne książki, stówa w portfelu, trochę pieczonej kaczki i kawał makowca. Jestem już sam, w końcu. Postanawiam przestać pić. Na kilka dni. I przestać palić. Od jutra. Więcej pisać. Od teraz.

Siadam. Otwieram pokrywę laptopa, chcę pisać. Nie wiem jeszcze o czym.
Dzwoni telefon:
– Siema, co robisz wariacie? – odzywa się Szmuel.
– Właśnie wróciłem od rodziny. Piszę.
– Dawaj, napij się z nami!
– Masz towarzystwo?
– Tak, ale nie tak liczne, jak możesz słyszeć w tle. Moje towarzystwo aktualnie milczy.
– No nie wiem, chciałem popisać.
– To jutro popiszesz, nie daj się prosić.
– Dobra, wpadajcie.

Wstaję. Trzeba tu posprzątać. Sprzątam, wstawiam pranie, układam równo prześcieradło, porządkuję biurko, rozpakowuję plecak, który leży w kącie odkąd wróciłem znad morza. Pokój wygląda przyzwoicie. Teraz ja. Zakładam bluzę PROSTO. Albo nie, czarny longsleeve. Tak lepiej. Lekkie perfumy. Jest dobrze. Siadam. Chcę popisać. Pukanie do okna tarasowego. Otwieram.
– Siema.
– Elo mordo.
– Poznajcie się, to jest Marianna, Marianno, to jest Tadeusz.
Poznajemy się. Marianna ma wysokie buty, za kolana, ciemne rajstopy, czarny płaszcz odsłaniający uda, burzę ciemnych włosów i ładny uśmiech. Jest naprawdę ładna, za co w duchu chwalę Szmuela.
– Przynieśliśmy ci piwko.
Mają całe ręce piwek. 9 butelek. To mi się podoba. Bo jak już pić to porządnie, a nie z jakimś niedosytem, połowicznie. Po co budzić demona, skoro potem tak trudno go uśpić.
Siadamy przy biurku. Ja znów narzekam, że tak mało tu miejsca i, że nie ma gdzie siedzieć, i powinienem tu wstawić jakąś kanapę, albo fotel, na co Szmuel odpowiada, że zawsze tak mówię, i to jest prawda.

Kolejnego dnia znajduję w bramie nieodległej kamienicy, kilkadziesiąt czerwonych skrzynek po butelkach coca coli. Zabieram cztery – to będą moje przyszłe taborety. Niosę je pewnie przez praskie ulice. W końcu wstawiam na taras i śmiejąc się zasiadam na fotelu, odpalając papierosa i podziwiając zdobyte okazy. Zastanawiam się jak przymocować do nich sklejkę, i czy sklejkę w ogóle. Tak, należy na czterech rogach, które są wykonane z grubego, czerwonego plastiku wywiercić otwory, następnie włożyć w nie znaczniki, czyli metalowe „pineski”, przyłożyć co tego kawał sklejki. Obrysować od skrzynki pożądane wymiary, na powierzchni sklejki, wyciąć wyrzynarką (zeszlifować), w miejscu śladów po znacznikach wkręcić śruby o odpowiedniej średnicy, następnie te śruby umieścić w wywierconych uprzednio otworach w plastykowej skrzynce. Sklejka powinna być z drzewa liściastego, najlepiej buku. Przetwory drzew iglastych uwalniają po czasie drzazgi, a przecież nie chcę aby mój gość miał podarte rajstopy. Np. Marianna, która zasiada teraz na jasnym lipowym krześle, naprzeciwko mnie.

Rozmawiamy dalej, wydobywamy z siebie pokłady męskości i kobiecości. Nawet nieźle nam idzie. Marianna mówi o swoim byłym chłopaku, przewodniczącym jakiegoś studenckiego sejmiku, czy innego gówna, a ja dopowiadam:
– A to o Tobie opowiadał Szmuel.
Ona droczy się, że jak to opowiadał, i jak on tak może opowiadać o niej ludziom nieznajomym. Szmuel uzupełnia, że owszem, to ta Marianna. Ta dziewczyna co zrobiła karierę w samorządzie przez łóżko. Szmuel uwielbia prowokować, jakby to nie było jasne.
– To nie było tak. Po prostu poznałam ludzi z tego samorządu, znajomych Marka, a, że oni mnie polubili, to już przecież kwestia niezależna.
– Powodowana twym osobistym urokiem – dopowiadam.
– Właśnie.
Otwieramy kolejna piwo.
– Jak się zaczęła spotykać z Markiem to on już był tym przewodniczącym, a potem ona zajęła jego miejsce, czaisz? Ona lubi takich dominujących samców, przewodników stada. Wiesz, Tadeusz też był redaktorem, redaktorem naczelnym gazety uniwersyteckiej.
– Naprawdę? Mogę zobaczyć?
Wręczam jej gazetę. Szmuel ma rzadki dar, chwalenia mnie przed kobietami w odpowiednich momentach. Reszta moich ziomków tego nie robi, albo bez wyczucia. Np. kiedy do Maliny wpada panna mówiąca, że lubi literaturę, i, że lubi pisać, a tak w ogóle to jest aktorką, Malina mówi:
– A wiesz, Tadeusz chce iść na scenariopisartswo, na łódzką filmówkę. Ja ci to podpowiedziałem, co Tadeusz?
Zamiast powiedzieć jej, że kurwa napisałem powieść i kilkaset artykułów, to nie, on powie, że chcę iść na filmówkę. Ale to jedynie odzwierciedla jego ucieczki od rzeczywistości i potrzebę karmienia – siebie i innych odległymi marzeniami.
Szmuel natomiast ma wyczucie idealne, i potrafimy porozumiewać się samym tylko spojrzeniem, w towarzystwie innych osób. Staram się nie być dłużny, bo też kiedyś w barze na Ząbkowskiej jakimiś lekkimi szturchnięciami słów i przestrzeni pomogłem poderwać mu jedną pannę, w dodatku solenizantkę, która była tam razem z kilkunastoma znajomymi.

Zaczynamy rozmawiać o Pradze, jaki to hardkor, albo i wcale nie, że po co tu bywać, a po co nie i w ogóle jaki cudowny skansen dawnych obyczajów.
– Kiedyś np. siedząc z Maliną na Placu Hallera i popijając piwo, byliśmy świadkami jak dwie dresiary, podążały za gościem, krzycząc, przy czym jedna z nich była jego dziewczyną. W pewnym momencie gość się obrócił i tak jej wyjebał, że echo plasku odbiło się po kamienicach całego placu.
– Zareagowaliście? – pyta Marianna.
– Nie, kim jestem by wchodzić między burzliwą miłość dwojga kochanków? Takie kobiety lubią być bite.

Zapada krótkie milczenie. Prowokacja jest udana. Marianna nie oburza się, ale trochę wzrosła jej temperatura, a to dobrze. Rodzi się dyskusja o tym jakie kobiety się bije, a jakie biją. Ja na obronę przywołuję scenę ze „Ślepnąc od świateł”, kiedy bohater reaguje na podobny akt przemocy, a skrzywdzona kobieta zaczyna go atakować. Ona odpowiada, że może są takie przypadki, ale nikt nie lubi być bity. Ja na to, że kim trzeba być aby się wiązać z recydywistą, mającym dziary gita pod oczami, ona odpowiada, że to z braku innych możliwości. Szmuel moderuje dyskusje opowiadając się raz po jednej, a raz po drugiej stronie. W końcu mówię, że niektóre kobiety lubią być przecież bite w łóżku, na co Marianna z rumieńcami, że „w łóżku to co innego”.

– Idziemy po wódkę? Chodźmy po wódkę! – ona proponuje i niezwykle miło mnie tym zaskakuje.
Zatem idziemy po wódkę, między ciemnymi blokami, ja wrzucam tagi CK na murze i pod monopolowym, trochę żeby się popisać, a trochę dlatego, że lubię je wrzucać.

W monopolowym naćpana baba z wielkimi cyckami doradza nam sok porzeczkowy pod półlitra. Kiedy daję jej 52 złote i 50 groszy, ona przez dłuższą chwilę mętli banknot w dłoni, i jest taki moment, że naprawdę myślę, że da mi go z powrotem w ramach reszty, a jej też to przechodzi przez wykręconą metafedronem głowę, ale opanowuje narkotyk i wykłada 20 groszy na bilownicę marlboro.
W sklepie znów gadki o Pradze i Marianna, mówi, że stąd nie jest, ale bardzo ładnie. Nietaktycznie i nietaktownie, bo za nami dwóch gości w czarnych kurtkach.

Wychodzimy, kończę tag na ścianie, ale zamiast Czarny Kajet, piszę Czarny Alibaba, a Szmuel, krzyczy „psy”. Odwracam się i faktycznie jadą, zatem wchodzę znów do sklepu. Przejeżdżają, wychodzę, kończę taga i doganiam ich.
Puszczam grime na telefonie i z Sz. zaczynamy fristajlować przez całą drogę, a M. idzie w swych wysokich, szpilowanych butach środkiem Łochowskiej ulicy.

Dochodzimy do domu i tam Freestyle Szmule Session trwa dalej. Wychodzi nam nawet nieźle. Jej się to chyba podoba bo na końcu bije brawo i się śmieje, i mówi, że podziwia naszą kreatywność. My swoją też. Zapuszczamy na wieży polskie hity: „Byłaś serca biciem”, „Parostatkiem w wielki rejs”, „Czarny Alibaba”, „Chcę Ci powiedzieć”, „Czerwone korale” i dziesiątki jeszcze innych. Rozlewam wódkę, zaczynamy tańczyć we troje, na środku pokoju.

Wybija druga w nocy i  do mieszkania wchodzi Pablo, który wróciwszy od swej kochanki, miał ochotę popracować i pójść spać, ale ja polewam mu kielona i Pablo już tańczy z nami. Mam ochotę porwać Mariannę do tańca, więc ją porywam i zaczynamy kręcić sobą piruety, stykać biodra, piersi i włosy i śmiać się. Szmuel z Pablem jeszcze tańczą, ale po kilkunastu minutach już tylko siadają, a potem to już idą do pokoju Pabla, aż w końcu, koło 3.00 Szmuel żegna się z nami i wychodzi. Zostaję tylko ja i Marianna, tańczymy jeszcze i całujemy się. Ściszam muzykę, dalej się całujemy, ale ona stopuje moje dalsze zakusy, choć leżymy na łóżku. I wtedy ona pyta:
– Miałeś kiedyś złamane serce? – po czym zaczyna szlochać.
– Miałem, ale się zrosło. Nie płacz mała. Będą kolejni, a teraz jesteś jeszcze zbyt piękna i młoda, by swoją przyszłość na kamieniu budować. Tańczmy na ruchomych piaskach.

Przytulamy się długo, po czym rozłączamy i każde idzie spać wyzwolone. O 8.00 ona pyta, o której poszliśmy spać. Mówię, że po 4.00.
Zasypia, a o 10.00 słyszę jak wstaje, słyszę stuk obcasów. Wychodzę do przedpokoju, ale jej już nie ma. Wyszła po angielsku, co podoba mi się bardzo.

Śpię do 13.00 po czym wstaję, idę na spacer i znajduję stos porzuconych skrzynek po coca-coli. Śmieję się tego dnia bardzo głośno.

***

Zapisz się do newslettera w zakładce MENU – świeże opowiadania i teksty najróżniejsze raz w tygodniu.

Zobacz także moją najnowszą powieść „Bez przekazu” https://czarnykajet.com/skl3p/

 

Piekło utracone – nastroje PRL-u – o „Wniebowstąpieniu” Tadeusza Konwickiego

Piotr Sarmini

Piekło utracone

Nastroje PRL-u – o Wniebowstąpieniu Tadeusza Konwickiego

 

Wniebowstąpienie – w teologii chrześcijańskiej, o zmartwychwstałym Jezusie Chrystusie: wznieść się do nieba[1]

Zmartwychwstanie – w religiach: powrót Jezusa Chrystusa do życia trzeciego dnia po śmierci na krzyżu[2]

 

 

Warszawa lat 60-tych ukazana we Wniebowstąpieniu Konwickiego jest miastem dezintegracji. Rozpadają się budynki, ulice i płoty, z saturatorów cieknie czarna woda, na kanapkach z serem leżakują muchy. Ten rozkład pochłania także mieszkańców – cuchnących, brzydkich, a jeśli już w marynarkach to splamionych wódką i rybną przystawką. Sprzężenie zwrotne, wzajemne oddziaływanie miasta na ludzi i ludzi na miasto, zdaje się obejmować każdego, tworzyć krąg bylejakości, z którego nie ma ucieczki.

Protagonistą powieści jest typowy dla powieści Konwickiego outsider, dotknięty amnezją spowodowaną urazem głowy. Nie pamięta swego imienia ani przeszłości, jedynym co może go identyfikować jest strój, pęknięte okulary oraz neseser, a w nim dwa zdjęcia legitymacyjnego formatu. Te kilka przedmiotów konstytuuje jego bytowanie, w nowym, choć jakby widzianym wcześniej świecie. Stanisław Bereś tak określa bohaterów Konwickiego:

 

„pewien typ niezakorzenienia, obcości i kosmicznej niemalże samotności. Jego bohaterowie to także sieroty w sensie nieprzystosowania, integralnej niemożności  nawiązania ściślejszych więzów społecznych. Nie wiadomo skąd się zjawili, jakie naprawdę były ich losy(…)“[3]

 

Wrażenie obcości potęguje tu wspomniana amnezja. Może to być metafora, mitycznej rzeki i wody Lete, po wypiciu, której dusza zmarłego zapominała o swoim ziemskim życiu. Zagubiony bohater potrzebuje przewodnika by wejść w świat, ale też –wyjątkowo- przewodnik potrzebuje w równym stopniu jego aby przewidziana historia mogła się ziścić. W tym sensie postaci są „typowo“ wschodnioeuropejsko bierne – nie kreują akcji, rzadko decydują o sobie, są raczej wciągnięte w wir wydarzeń, który decyduje o ich losach i poczynaniach.

Przewodnikiem Charona staje się Lilek – drobny krętacz, szukający łatwej okazji do zarobku. Dłonie ma niepryzwoicie ciepłe, przysuwa się i uśmiecha konfidencjonalnie.

 

„Zobaczyłem  nagle tuż przed sobą jego zniszczoną w miarę twarz, ślady wyblakłych piegów, resztki starych blizn i rozszerzone naczynia krwionośne“[4]

 

Od pierwszych chwil przebudzenia świat objęty jest tajemnicą, stanowi swoiste ager hosticus zamieszałe przez nieprzyjazne istoty, chcące pochwycić protagonistę. Jeśli udaje się uciec, to tylko na chwilę, wszystkie niechciane widma wracają jak wskazówka sekundika, aż w końcu nie pozostaje nic innego jak pogodzenie się z ich obecnością i zaakceptowanie nieprzejrzystych reguł gry.

I tak po pierwszej ucieczce od Lilka, poznaniu Anny oraz nieudanej próbie dociekania swej tożsamości w urzędzie, Charon znów spotyka na swej drodze przypisanego mu Przewodnika, i ulega jego nieznoszącej sprzeciwu perswazji. Podróż taksówką na peryferie miasta implikuje wiele informacji na temat świata Warszawy lat 60-tych. Taksówkarz jest „Gruby, nieogolony (…) bez humoru“[5] Skrzypiące auto „zdobią“ kartonikowe napisy zakazów i nakazów: „nie trzaskać drzwiami, nie palić“,  szofer (warszawski „cierp“) narzeka na warunki życia: „Eszkalują, a naród się męczy. W sklepach towaru zabrakło już po obiedzie.“[6], z gazet epatują przepowiednie mającej nadejść wojny. Im dalej, tym zwyrodnienia stają się większe – prostytuujący się „zwyczajnie, przez te druty“ ułani, milicjani w dziurawych mundurach, naiwni stróżowie, elektrycy rażeni prądem, pijane barmanki i kierowcy autobusów zbaczający z trasy. Obowiązki pełni się tu byle jak, „na odwal“. Skrywane za uniformem kompetencje są w rzeczywistości kolejnymi warstwami amatorstwa. Byle jakoś przetrwać dzień, prześlizgnąć się niezauważonym, a wieczorem utopić w wódce i papierosach, w jendej z licznych knajp.[7]

 

„Wy się brzydzicie taką pracą, prawda? Każda praca was zresztą brzydzi, nie? Dlatego tak żyjecie.

–          Jak?

–          Marnie, plugawie, szaro. Sprzedajecie się”

 

Zarzuca bohaterowi Pan Niemiec – emigrant. Perspektywa przybyszów ze światów lepszych jest trzeźwa i bezlitosna. Kiedy „Cudzoziemiec“ w tweedowej marynarce wysiadł z samolotu:

 

“Zrozumiał, że ani godziny nie wytrzyma w tym mieście ogonków, prowizorki, chaosu, rozpasanej biurokracji, uniformistycznej przeciętnościi, aroganckich mężczyzn i kłótliwych kobiet. (…) Zaniedbał interesy swego mocarstw, utonął w zgubnej polskości, w eksperymentalnych teatrzykach  piwnicznch (…) Pół roku temu rzucił żonę z trojgiem dzieci (…) i studiuje Towiańskiego we francuksim tłumaczeniu Adama Mickiewicza. Wystarczy?“ (…) – Kurwa macz – rzekł z trudem cudzoziemiec“[8]

 

Czy pijaństwo i moralna degradacja, której oddają się bohaterowie stanowi wybór, czy też ucieczkę, przed brakiem lepszych perspektyw? Wydaje się, że to drugie, choć przecież zawsze można uciekać do książek, do kultury, do władzy, gdziekolwiek. Ale ten świat cały jest przesiąknięty paradygamtem zbydlęcenia jednostki, szczelnie ogrodzony, nie ma ucieczki, mądry czy głupi – obaj muszą znieczulać się tym samym sposobem, pierwszy by nie myśleć zbyt wiele, drugi by zacząć myśleć choć trochę. Ta „zgubna polskość“ – polskość wypaczona przez zaborcę i źle pojęta stanowi opium, które co dnia inchalują mieszkańcy nawiślańskiej krainy absurdu.

Tkana urbanistyczna Warszawy jest, podobnie jak system, pełna luk i tajemnych korytarzy. Dostać się można wszędzie i zewsząd można wyjść (nawet ze źle domkniętej celi), ale to tylko pozory – wolność latającej muchy w szczelnie zamkniętym słoiku.

 

“To świat, w którym we własnej łazience można pewnego dnia odkryć pokój przesłuchań, na zapleczu znajomego sklepu znaleźć komisariat milicji, przez piwnicę przedostać się do systemu atomowych schronów rozciągających się tajemną pajęczyną przejść pod Warszawą, z tunelu metra wejść do recepcyjnej sali Biura Politycznego PZPR (…) a przez dziurę w płocie dostać się na ostanie piętro PKiN. W odkrywaniu tych podziemnych światów nie ma jednak nic ekscytującego, bardziej towarzyszy mu znudzenie i poczucie bezradności.”[9]

 

W ten sposób, prowadzeni przez Lilka, odkrywamy z Charonem kolejne lokalizacje, raz nawet jedyny w powieściach Konwickiego odwiedzamy Pragę[10]. Przekroczenie Wisły przez bohatera o znamiennym imieniu wygląda na zabawę konwencją, łamanie jej. Za Charonem krążą dusze, ale on ich nigdzie nie prowadzi, nie ma świadomości swego obowiązku, a kiedy już warszawski Styks przekraczają, to nawet nie łodzią, a… polewaczką.

Z początku, tuż po przebudzeniu miasto jest oświetlane ciepłym, wczesnowrześniowym (dożynki) słońcem. Jest to zarazem czas niedojrzałości i pozornej świeżości bohatera, w którym znajdzie się czas nawet na początek miłości (poznanie Anny w parku). Wraz z nadchodzącym wieczorem dokonuje się zbrodnia – napad, potem wszystko zaczna ciemnieć – mrok zdają się rozświetlać jednie propagandowe neon i bary, nad ranem zaś w czasie rozwiązania, świat staje się dosłownie szary. Jest to sprzężenie warunków atmosferycznych z nastrojem i myślami bohatera, a może bardziej stanem jego uchodzącej duszy, która niechybnie powinna opuścić ciało.

 

„- Widzicie ten neon na dachu? W jakim kolorze świeci?

-Jest bezbarwny.

– Właśnie. A przecież wieczorem był niebieski.

– To taki czas przed świten, kiedy wszystko robi się szare.“[11]

 

Jak refren wraca warszawskie axis mundi – Pałac Kultury i Nauki. Według dawnych wierzeń na osi miało następować zatrzymanie czasu, przez co możliwy był pełny kontakt zarówno z przeszłością, jak i przyszłością. Było to miejsce najświętsze z najświętszych.[12] W świetle końcowych zdarzeń powieści, taka presupozycja zdaje się być wpisana w obraz PKiN Konwickiego.

Akcja rozgrywa się głównie na Śródmieściu, a więc punkcie prestiżowym, ważnym, to centrum daje bohaterom możliwości, pośród dożynkowych tłumów czują się bezpieczni i anonimowi. W przeciwieństwie do dalszych powieści Autora, we Wniebowstąpieniu nie odczuwamy zbyt mocno atmosfery inwigilacji, szpiclostwa czy terorru. Owszem gdzieniegdzie pojawiają się milicjancji, jednak ich działania są tak pozorne i nieskuteczne, że nie można obawiać się ich naprawdę. Wiesio i Lilek są na tyle pewni siebie, że po napadzie nie zaszywają się nawet w kryjówce, a dalej jeżdżą po mieście, piją i prowokują los. Bandyci okazują się, w końcu równie nieskuteczni co milicjanci. Worki z pieniędzmi ostatni raz widzimy przed wejściem do baru, potem znikają, a Charon nie może doprosić się swojej części. Zresztą zdobcie łupu jest poddane w wątpliwość: kiedy Charon zostaje tymczasowo aresztowany (ale nie za swoje winy, tylko za brak dokumentów) i jest wieziony milicyjnym wozem, dostrega „wymalowane wapnem rozkrzyżowane postacie i gabaryty jakichś skrzyń, albo furgonetek.“[13], dookoła stoją migające wozy, milicjant uzupełnia jego wizję, mówiąc: „Pomordowali się dla kilku worków z drukowanym papierem“. Nie „zamordowali ich“, ale „pomordowali się“ – kiedy kolejny raz pojawiają się Lilek i Wiesio, są juz bez wątpienia trupami, chociaż nie żywią do siebie urazy. Powyższy cytat poddaje w wąptliwość, czy napad faktycznie się udał, chociaż w innych fragmentach jest takie potwierdzenie. Czy to co przeżył Charon wydarzyło się naprawdę?

Odczytywanie Wniebowstąpienia jak powieści realistycznej ostatecznie wyczerpuje się w momencie kiedy docieramy na szczyt Pałacu Kultury tj. w ostatniej scenie. Od samego początku, deliryczna atmosfera i narracja każą nam powątpiewać w realność przedstawianych wydarzeń, ale w końcu wątpliwości niejako się rozwiązują. Sądzę, że warto tu przywołać skojarzenie z twórczością Julio Cortazara, szczególnie z tomem opowiadań Tango raz jeszcze, gdzie te wdarcia niezwykłości do codzienności odbywają się z równą nonszalancją i pozorną zwyczajnością co u Konwickiego. Nie jest to realizm magiczny, a neofantastyka – termin wprowadzony przez Jaimiego Alazraki – oznaczający występowanie fantastyczności w świecie realnym, ale na „innych niż w klasycznej fantastyce zasadach” – kwestionujących po prostu racjonalistyczny światopogląd.

Oto większość występujących na kartach postaci okazuje się po prostu żywymi trupami.

„Oni grają przed sobą – powiedział bardzo cicho. Oszukują się nawzajem, choć każdy dobrze wie.” Konwicki skrupulatnie zebrał szesnaście postaci[14] na tarasie PkiN, dając niejako złudzenie, że to „wszyscy”, ale wszyscy to nie są. Brak Ani, Jolki, barmanów, „majsetrków”, kelnera itd. – jednym słowem postaci „prawdziwych”, dychających jeszcze. Wchodziły one w zwyczajne interakcje z bohaterami, widziały ich i rozmawiały jak „żywy z żywym”. Znamienne, że te PRL-owskie zombie nie wyróżniają się specjalnie wśród tłumu. Piją, tańczą, kochają się i nienawidzą. Ich aparycje nadwątlone rozkładem, muszą być podobne do aparycji innych – żywych jeszcze, skoro nie budzą odrazy i niepokoju.

Doszukiwanie się związków i uzasadnień logicznych tego stanu rzeczy byłoby w tym momencie ślepą skrupulatnością, „szkiełkiem i okiem”  – w świecie przedstawionym, inność pojawia się nagle, wdziera się do codzienności, nie z hukiem i fanfarami, a bocznym wejściem – niezauważona. Czy teza, że Wniebostąpienie jest w istocie książką neofantastyczną prowadzi nas do jakiegoś „bliższego prawdy” rozwiązania? Raczej nie. Fantastyczność stanowi po prostu kolejny obok krytycznego realizmu i symbolizmu element budowy powieściowego świata. Zdejmuje logiczne chomąta z wyobraźni i pozwala na więcej – zarówno czytelnikowi jak i autorowi. Trupy są zatem żywe naprawdę. To świat, w którym nawet śmierć nie wywiązuje się swych powinności, i zamiast szybko zabierać, pozostawia duchy w gnijących ciałach. Jedyny „prawdziwy trup” w powieści to Madziar przywieziony z… Ameryki.

Jedyną „ładną” postacią jest Jolka pseud. Miss-cyc, ale jej uroda, znów nie jest czysta – stanowi instrument do oddawania się lubieży i zarabiania, jest darem pożytkowanym niewłaściwie. Jest także Anna, o jej urodzie możemy domniemywać i jest to bodaj najczystsza i najprawdziwsza postać z tego panoptikum

Czuwanie przy jego trumnie, na zmianę z piciem wódki wzmaga eschatologiczne nastroje i prowokuje do pytań nad sensem śmierci oraz istnenie Boga. Znamienny wydaje się wybrany przez Konwickiego tytuł przeprowadzonej przez Beresia rozmowy rzeki „Pół wieku czyśćca” – czyśća PRL-u. Świat Wniebowsąpienia bywa absurdalny – oniryczny, tajemniczny, objęty nieznanym prawami. Zaakceptowanie i przyjęcie tego stanu rzeczy jako normalności, świadczy o społecznym wypaczeniu i szaleństwie.

Jest więc Warszawa czyścem specyficznego rodzaju. W tym katolickim, drabina prowadzi już tylko w górę – do nieba. U Konwickiego czyściec byłby miejscem ciągłej weryfikacji, środkowym piętrem umożliwiającym wertykalne poruszanie się między piekielnym dołem a niebiańską górą. Ale czy górą? Bohaterowie w ostatniej scenie znajdują się w najwyższym punkcie miasta, ukończonej wieży Babel, jednak Boga tam nie spotykają. Co więcej, nie mogą też zjechać na dół, na poziom ulicy:

 

–          „Jezus Maria, nie stójmy tak bez sensu.

–          Niechże ktoś ściągnie windę.

–          Misiu, ty też chcesz zjechać na dół, do miasta?

–          Wszyscy chcą wrócić, co za pytanie.

(…) Ale nikt nie odchodził” [15]

 

Utkwili zatem w czyścu, sparaliżowani nieznaną siłą. Z tej perspektywy Warszawa w dole, jawi się jako piekło utracone, do którego wszysycy chcą wrócić, poza którym czują się nieswojo.

Jest w tej wielkiej metaforze eschatologicznej także odpowiednik Dantejskiego Werigliego – Bernard – twórca i przewodnik, na miarę czasów, w których przyszło mu żyć. To on śledzi Charona, ignorowany i groźny, na końcu wyjawia mu istotę rzeczy.

Główny bohater Charon – mityczny przewoźnik dusz – czy to jest imię znaczące? Raczej nie. On nikogo nie wozi, raczej sam jest wożony i bierny, wobec ludzi i zdarzeń, które narzucają mu swój bieg. W łączeniu symboliki i wierzeń różnych porządków religijnych, Koniwcki okazuje się cynkiem. Nie drwi, ale odziera właściwe sensy i znaczenia z ich metafizycznej konotacji. Czyściec, niebo, piekło, Charon, axis mudni – to wszystko są elementy konwencjonalnej (wytartej już) układanki, która ma stworzyć zagmatwaną, niejednoznaczną eschatologiczną wizję. Trudno uwierzyć, aby Autor umieszczając dusze na tarasie widokowym, na serio przyjmował taki obraz zaświatów. Jest to próba odpowiedzi na odwieczne pytanie: „co będzie po śmierci?” – ale kiedy nie udaje się jej znaleźć, bo znaleźć się nie da, pozostaje już tylko quazi-uduchowiony symbolizm, ciekawy myślowy wybieg.

Bezlitosny jest Konwicki w przedstawieniu polskiej rzeczywistości końca lat 60-tych. Republika absurdu, zamieszkała przez żywe trupy – miejsce, którego nawet po śmierci nie można opuścić. Nie będzie zbawienia, nie będzie spełnienia i miłości, nie będzie bogactwa ni sławy. Nie ma czegoś takiego jak „wniebowsąpienie”.

 

***

BIBLIOGRAFIA

 

  1. Arlt Judith, Mój Konwicki, TAiWPN UNIVERSITAS, Kraków 2002
  2. Bereś Stanisław, Szuflada z Atlantydy, Dolnośląskie wydawnictwo edukacyjne, Wrocław 2002,
  3. Eliade Mircea, Święt obszar i sakralizacja świata [w:] Antropologia kultury, pod red. Andrzeja Mencwela, Wydawnictwo UW, Warszawa 2001.
  4. Konwicki Tadeusz, Wniebowstąpienie, Agora, Warszawa 2010.

 

 

[1] Internetowy Słownik języka polskiego, http://sjp.pl/Wniebowst%C4%85pienie

[2] Internetowy Słownik języka polskiego, http://sjp.pl/zmartwychwstanie

[3] S. Bereś, Szuflada z Atlantydy, Dolnośląskie wydawnictwo edukacyjne, Wrocław 2002, s. 215.

[4] T. Konwicki, Wniebowstąpienie, AGORA, Warszawa 2010, s. 7

[5] T. Konwicki, op. cit., s. 12

[6] op. cit. s. 13

[7] Chciałoby się dodać Witkiewicza: „ciągłe szukanie byle jakiego towarzystwa, niepokój kwaśny i gorzki, bezsenność w nocy i ciężki sen poranny” – S. I. Witkiewicz, Narkotyki, dostęp: https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/witkacy-narkotyki.html

[8] T. Konwicki, op. cit. s. 143

[9] S. Bereś, op. cit., s 227

[10] J. Arlt, Mój Konwicki, TAiWPN UNIVERSITAS, Kraków 2002, s. 35

[11] T. Konwicki, op. cit., s. 150

[12] M. Eliade, Święt obszar i sakralizacja świata [w:] Antropologia kultury, pod red. Andrzeja Mencwela, Wydawnictwo UW, Warszawa 2001, s. 123.

[13] op. cit., s. 150

[14] Urzędnik paszportowy, Bernard, Ciocia Pola, Lilek, Schlebiacz, milicjant w dziurawym mundurze, Wiesio, uczeń, pan Niemiec, niedoszli rozwodnicy, mężczyzna w wyszmelowanej wiatrówce, wiedźma z komisariatu, harmonista z rosyjskiej restauracji, łysy Leszek.

[15] T. Konwicki, op. cit., s. 181

 

 

 

Kurki i borowiki #opowiadanie

Siedziałem nad otwartym edytorem tekstowym i zastanawiałem się, co napisać. Niby dzieje się tyle niesamowitych rzeczy, i tyle jest historii dookoła, a ja ich słucham i dopowiadam swoje, ale jestem głupi, bo nie zapisuję tych cudzych, a i swoje niezbyt często.

Gdy tak siedziałem na twardym krześle, plując sobie w brodę, że swe powinności pisarza wykonuję niechlujnie i nie pełnoetatowo, ktoś zapukał do moich tarasowych drzwi. Tak, owszem, posiadam taras o imponujących rozmiarach 2×8 metrów, co daje oszałamiającą liczbę 16 metrów kwadratowych, w jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic Warszawy – Pradze Północ.

Pukanie rozległo się ponownie, a ja przepełniony ciekawością i lekkim przestrachem, któż to może być o godzinie 22:35 zbliżyłem się do okna. Uchyliłem papierowe żaluzje, lecz nikogo nie zastałem.

Z powrotem zasiadłem przy biurku i w tem pukanie rozległo się znów. Tym razem podbiegłem do okna kuchennego, które również wychodzi na taras, aby na gorącym uczynku przyłapać żartownisia. Jednak i tym razem nie ujrzałem nikogo, a pukanie o szybę nie ustawało. Wróciłem więc do pokoju i zaopatrzony w czerwony flamaster, którym zamierzałem skrzywdzić ewentualnego napastnika, mężnie otworzyłem tarasowe drzwi. Nikogo tam nie było, i kiedy już chciałem domykać okiennicę, by następnie zadzwonić do swojego przyjaciela Ema z prośbą o polecenie dobrego psychiatry, rozległ się piskliwy głos:

– Tu jestem frajerze, na dole!

Koło moich stóp przybranych w stylowe klapki Kubota stała salaterka z parującą zupą grzybową.

– Czy to pani mówiła, pani zupo?
– Nie jestem kurwa panią, tylko facetem, nie widzisz? – zabulgotała zupa
– Proszę wybaczyć, nie często widuje się zupy rodzaju męskiego.
– Nie przyszedłem tutaj na pogadanki o gender. Zresztą kurwa spójrz na siebie, jak ty kurwa sam wyglądasz.
– Przepraszam, ale jak w ogóle, żeś pan tu zapukał panie zupa grzybowa?
– Nie interesuj się, bo kociej mordy dostaniesz- zupa zawrzała a z jej bulgocącej tafli wyskoczył gorący kawałek borowika i wylądował na mojej białej skarpetce.
– Uważaj pan panie, z tym bulgotaniem, skarpetkie, żeś mnie pan pobrudził!
– Słuchaj młody, jest taka sprawa, nie miał byś może pieprzem trochę poratować?
– Czy nie można było tak od razu? Kulturalniej. Ależ oczywiście, że mam pieprz, proszę tu poczekać, zaraz przyniosę.

Skierowałem się do kuchni, z ulgą, że zupie chodziło tylko o pieprz, jednocześnie zastanawiając się jak mogła zapukać, skoro nie widziałem u niej żadnych członków. Ale może zapukała brzegiem salaterki, tak to było możliwe. Otwarłem szafkę i wśród naderwanych, niearomatycznych saszetek odnalazłem pieprz. Chciałbym kiedyś dorobić się plastykowego młynka i mieć pieprz świeżo mielony, ale póki co mam ważniejsze wydatki, jak papierosy i chleb. Kiedy wróciłem do pokoju, pan zupa grzybowa stał na moim łóżku i uśmiechał się bezczelnie. To znaczy, pływające w przeźroczystej salaterce grzyby, przybrały taką formę, że rydze tworzyły oczy a dwie kurki wstrętny, żółty, nikotynowy uśmiech.

– Hej, panie, uważaj pan! Zaraz się pan tu wylejesz, a to jest kurwa biała kołdra. I gdzie z tym brudnym spodem z dworu, dopiero, co no?
– Dobra, facet, masz ten pieprz? Weź mnie dosyp od góry, o tak, bo mnie strasznie suszy ziomek.
– Dobrze, ale potem pan sobie pójdzie tak?
– No a jak, po chuj mam tu siedzieć, patrzeć jak se konia walisz?
– Nie waliłem konia, tylko pisałem, to znaczy chciałem coś napisać.
– Ta, jasne, He He He, ja tu trochę dłużej pod tymi drzwiami stałem. Weź no mnie dosyp od góry, tak od serca.

Spięty zbliżyłem się do łóżka, modląc się aby pan zupa nie stracił równowagi. Poczułem parującą woń grzybów i sfermentowanego alkoholu. Ostrożnie rozwarłem saszetkę i zacząłem sypać, w pełnej koncentracji, aby nic nie uszczknąć na łóżko.

– O tak, o kurwa, o tak! Tak dobrze, dosyp jeszcze młody! O kurwa, tego mi było trzeba!
– Panie zupa, zaraz pan będziesz niezjadliwy, może już wystarczy?
– Weź mi nie pierdol, co tam jeszcze masz? Rozmaryn? Ziele angielskie? Lubczyk? Weź mnie to wszystko wpierdol młody. O! I liścia laurowego daj!
– Czy pan oby nie przesadzasz?
Odwróciłem się i zdecydowanym krokiem wszedłem do kuchni celem odnalezienia łyżki. Wysunąłem pierwszą od góry szufladę i wyjąłem jedyny sztuciec, niosący w dodatku ślady dawnych zacieków. Kiedy odwróciłem się, pan zupa stał na kancie kuchennego stołu. Żołądek stanął mi w gardle.

– Odłóż tę łyżkę, bo skoczę!
– Nie skacz pan, dzisiaj myłem podłogę!
– Odłóż łyżkę, powoli, tak abym widział twoje rączki. Dobrze, spokojnie… A teraz sięgnij po te przyprawy co je masz za sobą.

Ale ja nie zamierzałem, dać za wygraną, w ostatniej chwili odwinąłem się i wbiłem łyżkę w pana zupę. Krzyknął przeraźliwe i zakaszlał. Salaterka zatrzepotała chwilę na rogu stołu, po czym z impetem uderzyła o kremową posadzkę. Grzyby ułożyły się na kształt krzyża, a z bulgocącej, dogasającej masy dało się usłyszeć, ciche, coś jakby
–Ty skurwysynu…

O nie, ja już sprzątałem w tym tygodniu. Nie mam siły robić tego drugi raz. Wróciłem do pokoju, usiadłem na krześle, przed edytorem tekstu i zacząłem zastanawiać się o czym mogę napisać opowiadanie.

**

– Niezłe. A nie mogłeś po prostu napisać, że wróciłeś najebany  i się porzygałeś?
– Nie.

***

Podobało się? Polub Czarny Kajet na facebooku i obserwuj blog, zapisując się do newslettera w zakładce MENU.
https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

Dwutysięczniki (wiersz)

#tbt #Karpaty2015
Na nizinach zabijałem
i chłonąłem żniwa śmierci
dokładając swym pacnięciem muchę
do muszego tańca śmierci.

Im wyżej tym mniej do zabijania
trawa się strzeli do podeptania
kwiat niebieski do zerwania
mech zielony do spalania

Wyżej już tylko łyse głazy
i szczyt. chcę szczytu.

I teraz ja do podeptania
ja do spadania
do kostki złamania
wicher do przeziębiania
do ognisk mi zdmuchiwania
słońce do zanikania.

Wierch. sterta kamieni.
ale ja. TU. widzicie?
Nikt nie widzi. bo nikogo tu nie ma
tylko głazy kamienie porosty
wiatr ciszy
O! Orzeł! czarny przepiękny dryfuje z rozpostartymi skrzydłami w przestrzeni

tylko on i ja
świadkowie swej krótkiej wielkości
na wysokości. chwała.

Schodzę.
Urwiska zapraszają do spadania,
błoto do ześlizgiwania
tytoń do spalania

Nie nie skuszę się bo widzę zieleń w dole
trawę do odpoczywania
drzewa do się wspinania
kwiaty do powąchania

Schodzę.
bo to naprawdę duża góra
O! Oso! Coś zabrzęczała koło ucha!
Stałaś mi się teraz

najbliższą przyjaciółką.

***

Karpaty ukraińskie
wrzesień 2015

Co dzisiaj robisz?

Co dzisiaj robię?
Dzisiaj sobie z wolna umieram
niewiele jem, niewiele piję
palę papierosy przy biurku
sabotuję pracę
masturbuję się dwa razy
wspominam dawne kobiety
trochę się kryję pod kołdrą
czczę lęk
olewam gdzieś tam pojechanie
na cały dzień zostaję w domu
oglądam wyścigi ducatti i lambo
oglądam 25 najlepszych zagrań Ronaldinho
oglądam analizę mapy w CS:GO
oglądam swoje dłonie
wydobywam z podświadomości koszmary senne
jem ciasto od mamy
żuję gumę
myślę o dziurze w zębie
i myślę, że jakoś to będzie
bo jeszcze trzy tygodnie temu świat był
cały mój
a dzisiaj obaj udajemy, że się nie znamy
niezręczne spotkanie
grudy złota w skale

 

***

polub czarny kajet na fejsie: https://www.facebook.com/czarnyKAJET/
zapisz się do mailowej subskrybcji w zakładce MENU