Tagi kajet

3 postów

Budując z atomu

Brodząc palcami w nadmorskim piachu wyobraziłem sobie Boga, czego nie robiłem od lat.

Boga który jednym, idealnie uczynionym gestem tworzyłby różnorodne tkanki, komórki i owady, tworzywem Jego byłaby zaś masa podobna do piachu, sypka, lecz bardziej plastyczna, tak że gdyby ulatywała z dłoni, ziarna zastygałyby w czystej przestrzeni tworząc wieże i trójwymiarowe kształty zgodne z wolą Kreatora.

Bóg Kreator jednym tylko zanurzeniem dłoni (o niezliczonej ilości palców, trąbek, porów, wypustek i przyssawek) budowałby organizmy doskonałe w swej funkcji, pięknie i przeznaczeniu a jedno z miliarda ziarenek plastycznego piachu decydowałoby o sukcesie, lub porażce projektu.

W swej niezmierzonej intuicji, instynktownym wyczuciu dobra i piękna, wobec której najlepszy ludzki architekt byłby niczym dziecko na pustyni, lub pył, Bóg Kreator tworzyłby organizmy jeden za drugim a przerwa między stworzeniem jednego i drugiego wynosiłaby miliardowe części sekundy; ilekroć Bóg Kreator uznawałby swe dzieło za skończone, materializowałoby się ono we właściwym swym miejscu na Ziemi, lub w sferze Idei, a Bóg nie zmieniając wcale piaskowego tworzywa, budowałby dalej płynnymi pociągnięciami kosmicznych dłoni. Nie odczuwałby przy tym upływu czasu, bowiem czas nie dotyczyłby go wedle ludzkiej miary: zamiast skończonej osi, czas jest dla Boga niczym koło, po którym może poruszać się wedle swej woli i w każdej z chwil znajdować się na początku, lub na końcu stworzenia, (choć przecież koło nie ma swego początku i końca) żyje w związku z tym wiecznie, lecz gdyby uznał to za stosowne mógłby sam siebie unicestwić wraz ze Wszechświatem. Ludzkość nigdy tego zniszczenia nie ujrzy, bowiem nasze miliardy lat są dla Niego niczym minuty, a nasz gatunek skazany jest na zagładę naturalną, nie kosmiczną.

Dla człowieka kreacja byłaby procesem niepojętym, i nie istnieje nawet drobna szansa aby jakakolwiek istota ziemska mogła być świadkiem tego cudu. Gdyby jednak hipotetycznie dojrzała dzieło stwarzania to ujrzałaby jak wokół istoty niepojętych rozmiarów, form, światłości i fal dźwięku zdolnych jednym westchnieniem unicestwiać planety, zaroiłoby się od miliardów stworzeń, w których człowiek (gdyby Bóg Kreator zezwolił) ujrzałby muchy, pszczoły, karaluchy, źdźbła trawy i lipowy pył, a także istoty całkiem nieznane o barwach i kształtach niepojętych dla oka, które strwożyłyby i uśmierciły jego serce nagłą świadomością własnej marności.

Dlatego podkreślam: opis z perspektywy antropologicznej musi być z natury swej ułomny, niepełny, posłuszny ludzkiemu doświadczeniu i ograniczonej mocy poznawczej, bowiem tak jak mrówka nie jest w stanie zrozumieć i ujrzeć procesu tworzenia energii atomowej, tak człowiek nie byłby zdolny ujrzeć procesu kreowania istot; sama bowiem bliskość i nieskończona moc Boga Kreatora byłaby dla człowieka destrukcyjna aż do rozkładu i rozpadu w nicość atomów jego duszy.

I kiedy tak moje dłonie zanurzały się i rozgarniały atomy nadmorskiego piachu, a myśli płynęły powyższym rytmem natchnione rzadkim odczuciem metafizycznym, ujrzałem, że palce me kreślą w piachu kształty kobiece. Dłonie kształtowały biodra a przesuwając się w dół zaczęły zaznaczać kontury ud. Następnie opuszki palców wsunęły się między te ciągłe linie i utworzyły kontury wewnętrzne, kreśląc delikatnie szczegóły anatomiczne. Później utworzyłem tułów, (lekko tylko węższy od bioder), palcem oznaczyłem pępek, a dalej wnętrze dłoni zaczęło usypywać i gładzić piersi.

bógkreator

I oto pomyślałem, że jedną tylko istotą nad którą Bóg Kreator musiał zastanawiać się długo, i przy której nawet jego niepojęta intuicja okazała się niewystarczająca – była kobieta. Harmonijna, lecz zaskakująca w swych kształtach i jakże skomplikowana a subtelna w psychice. O ile wszystkie kształty poprzednie i organizmy rodziły się jakby natychmiastowo, bez zastanowienia, o tyle kobieta musiała być projektem nawet dla samego Boga bardzo długim i wyczerpującym. Czerpiącym nie tylko jego natchnienie, ale i emocje, a także zasoby mądrości i inwencji. Sytuacja ta przypominała pracę stolarza, który po cięciu desek na równe długości (poza obszarem świadomości), nagle stanął przed zadaniem zbudowania z nich mostu, świadom, że most ten musi być wykonany; inaczej wszystkie jego wyroby i talenta nic nie będą warte.

Tak o to powstała kobieta i tak powstało życie, i tak powstał nasz świat. Od Boga Kreatora, który usiadł na kosmicznej materii nasyconej idealną proporcją atomów i zanurzył w nią dłoń.


#CZARNY KAJET

*Autor nie jest kreacjonistą.

**Nie jest nawet teistą.

JA JA

7 sierpnia 2017

Biceps mi zmalał, dusza maleje, przełyk się kurczy, ręka drętwieje.

Zamęcza mnie „JA”, ciągłe o nim myślenie, męczy mnie lekki niepokój, ból gardła – myślę, że rak krtani. Męczy mnie zapętlona myśl, która odchodzi i wraca, jakby zapięta na linie bungee, odbija ze zdwojoną siłą, bije mnie w twarz.

Zamiast myśleć o innych, o czymś myśleć: o sztuce, o literaturze, o głazach i porostach, o procesach umierania klifów i świetlików, ja myślę głównie o JA. O JA, JA, JA. Bardzo to JA już poznane i przejechane, a jednak wciąż co dzień odwiedzane i rozpatrywane, jak kraina dzieciństwa i dorastania, jak Warszawa, do której się zawsze w końcu wraca, jak osiedle przy ulicy imienia architekta Stefana Bryły, przy którym mieszka matka mojej matki, na którym to osiedlu się wychowałem, i na które wciąż wracam aby odwiedzić babcię, zanieść jej wody. Takie jest to JA. Już nudne trochę i znane, a jednak wciąż, wciąż powtarzane jak mantra. Nie twierdzę, że moje JA jest już do końca wyczerpane, i nic nowego sobą nie zaprezentuje, ale niechże te JA mnie zaskoczy jakoś, pokaże coś nowego. Niechże te JA nie zapali pierdolonego papierosa przez miesiąc, niech się zajmie sprawami istotniejszymi, niech te JA się zachowa raz czule, a raz ostro i niech to JA poczuje coś nowego, niech JA przeleje 100 zł na fundację, zamiast przelewać na bar, niech JA nie pije tyle i niech JA pobiega raczej, niech to JA się wykaże, niech pokaże, to wtedy może przyznam mu znów nieco uwagi i zainteresowania, bo póki co to tylko banał, banał, banał.

 

#CZARNYKAJET

 

 

 

połamanie

palę papierosy o pierwszej
nie są to moje pierwsze
nie są to moje wiersze
i chwile

najlepsze

nie zaciągam się już
bo wszędzie wyczuwam smród
błoto i kurz, gówno i busz
z cipki jej nienajświeższej

ale chętnej

możliwości ścieram jak kurz
chciałbym napisać, że je rucham jak ciebie
ale to byłby fałsz, cóż

popiół i piwo, butla i wino
goryczki smak twych ust

nie otwieram się już
odpalam szluga i robię dym
paru ochrzciło mnie „skurwysyn”

płynie dym
płynnie dymam
topię się gdy dumam
dymanie i dumanie nie idą w parze
jak król
i królowa
związek, monarchia, zaczynam od nowa
hejter się chowa
obmowa za plecami jak nóż plastikowy
wypierdalaj, idź pokrój lody

a ona na tylnym siedzeniu
nie ma nic do powiedzenia prócz otwarcia ust
O!
lubię ten luz
białą skórę na skórze czarnej
kota skaczącego w pięć sek. do stu
i choćby chujów było stu
*sto

to was obcinam i ścinam i kurczę do zup

i choćby było sto dup
to chuja mentalnie wam wbijam
potem rodzi się trup
zgarniam łup, i idę po swoje jakby mnie było stu

jebać tu, jebać tam i wszędzie
życie się zaczyna kiedy tworzysz sobie przejście
wśród bzdur i bruzd

jebać konwencje i twoje oczekiwania
nie daję róż, nie daję już
biorę ze świata co moje
gibona odpalam jak stoję

w dymie cię żegnam jak Magik
piętro dziewiąte
jestem dla siebie
„nie ma mnie dla nikogo” już.