Tagi esej

3 postów

Portret warszawskiego polonisty, warszawskiej polonistki 

Poniższy tekst przeznaczony był na ogłoszony przez polonistyczny portal „nie?WINNI czarodzieje” konkurs pod poniższym tytułem. Został ogłoszony, jak to przy konkursach regulamin, który organizator złamał dwukrotnie: nie przestrzegając terminu rozstrzygnięcia oraz odwołując przyznanie nagrody.

Ja pewien, jak się zresztą sprawdziło, tego, że nikt prawie w tym konkursie nie wystartuje, pozwoliłem sobie na napisanie tekstu prowokacyjnego, miejscami wulgarnego, ale nie pozbawionego sensu, bo własnie wyłuszczającego tę bierność i niemoc twórczą studentów wydziału polonistyki. Jeśli na konkurs została zgłoszona nawet jedna praca, to powinna być ona, walkowerem uznana za najlepszą i to własnie byłby zamierzony jej cel. Ale niestety, znów się okazuje, że zasady mają służyć tylko tym, którzy je ustalają! Zachęcam do lektury!

 

Portret warszawskiego polonisty, warszawskiej polonistki 

nieżyczliwem pędzlem malowany przez oddanego kochanka Erato, a niepokornego sługę Jej Królewskiej Polonistycznej Mości.

JA

Nie pasowałem, chciałem się zająć spokojnym układaniem mojego szczęścia
Ale ja kurwa się czułem jak puzzel z innego pudełka
Matki i dziewczyny moich kolegów prosiły ich, by nie ufali mi nigdy
Że ja zmutuję
1 ich krzyki ambicji, ogólnie, że ja jakiś radioaktywny
Polon
2

TY

Lepiej nie podchodź, lepiej nie pochodź
Bo czekają tu nieodwracalne zmiany
Dziwko to Polon, dziwko to Polon
Właśnie zostałeś napromieniowany3

Białas, Polon

ONA

Ona jest stamtąd. Tam skąd wstyd jest trochę mówić, nie warto. Ona jest z „obok”, „w pobliżu” z „za” „i tak nie znasz”. Wychowała się „o tam”, za Szkolną ulicą, przy szosie błotnistej jesienią i wczesną wiosną, pod bilbordem Wielkiego Zaimka. Szkoła wiejska to było piekło, nieomal jak w Owczarach i dzieci te straszne wyrugowane z uczuć. Kiedyś na jej oczach skrzywdziły niewinnego psa. A ona nic, a ona nic, a ona „pa!”.

Czasem jest też z Krakowa lub Gdańska, ale wtedy to jest inna bajka. Wtedy to jest bajka opowiadana w kręgu przez starego Gadamera i się zapętla, wraca do punktu wyjścia zaklęta w powtarzalności przyjazdów i odjazdów, w końcu odjazdu ostatecznego, czy raczej ostatecznego powrotu.

I co z tego, że wyjechałaś, no co? Skoro i tak wracasz myślą, słowem, czynem do tego co cię stworzyło, wracasz do Gdańska jak Huelle, do maminego gniazda, wracasz, kiedy denko słoja klaska.

Czasem z Przasnysza. Boże, gdyby się tak udało tam wrócić i tam nauczyć. Ma taką szczerą nadzieję, że się uda. Że się uda. Że się uda. Rozłożyć w czasie jak Ewa Pobratyńska? Nie! Wszystko w rękach ekhm… Boga. Do kościoła chodzę mamo, tak. Tak, co niedzielę, tak. Piękne tu mają kościoły. Tak, co tydzień do innego. Tak. Pracę mam, tak. A w dużym sklepie. Ciężko jest, ale daję radę. Do Marcela piszę też. Podpisano: Denise.

Czy to persona w ogóle „warszawska”?

Dawniej w soboty oglądało się „Familiadę”, a w niedzielę szło do Domu Boga. Były pieśni, znak pokoju z Maciejem (dłonie miał mocne i białe), a potem się wracało, mówiło o roli roli, serialu, sądach, sąsiadach. Na obiad był schab, ziemniak, kapusta i kieliszek wódki (dla chłopów). Na deser telewizor.

Tu była dwa razy, w tym, no Jezu… W Najświętszej Widzenia Nawiedzenia Serca Miłościwego Maryi Jezusa Podziemia Parafii, ukrytej wśród bloków wysokich jak sto chałup. Ale nie chodzi raczej. Samej niefajnie. Wierzy, ale nie praktykuje, jak twierdzi.

No bo no nie wie, jakaś jest mętna atmosfera wokół tych kolumn, obrazów i rzeźb, coś stamtąd wraz z kadzielnicą ulotniło się. Kościół tu jest passe. „Jesus is my sugar daddy” – taki ostatnio widziała tatuaż na udach jednej dziewczyny w tramwaju. Dziwki z pewnością jak Nana. Jej daddy jest jej daddy i nie ma to podwójnych kontekstów, pamięta jak ją przywiózł dnia pierwszego do miasta pełnego kompleksów.

Jezu, ale tu wszystko wielkie jest! No owszem, byłaś wcześniej też, ale hej! ten wieżowiec nie stał tu wcześniej. Ah, piękne jest nocą Śródmieście, każdy tu może czuć się bezpiecznie. Niestety ty nie w Śródmieściu – za drogo trochę, a na Stegnach przyjdzie ci toczyć żywot, tuż obok stacji gdzie nocą leją browar i paliwo. Jakoś tak, mieszkanie, pokój, zwykły, w zwykłym bloku, tyle, że odnowionym i znikają tu wszelkie indywidualności pozory, bo oto koleżanka ma torbę tę samą a i może jest nawet od ciebie ładniejsza? Tam skąd pochodzisz uchodziłaś nawet za ładną, jednak w stolicy jesteś przeciętną panną. Trochę mina rzednie, co? Bo tam gdzie miało być pięknie, miejsko, rześko, nowe życie, high-life, dream team i chłopaki, nagle jesteś znów ta sama, tylko, że bardziej samotna niż zwykle, zdana na siebie, wkopana w dorosłe życie, a nikt ci nie powiedział jak ten ciężar nieść.

Ale póki rodzice płacą za czynsz i chleb, nie przejmuj tak mocno się! O nie! Korzystaj, korzystaj dziewczyno, bo trafiłaś do najpiękniejszego i najbarwniejszego miasta w tym kraju! Przed Tobą Warszawa! Nasza duma i sława, Syrenka i jej pierś wydęta, jej miecz tępy a wielki, jak co drugi chłopak tu, oto są bulwary skrzące lampionami, radością i pijackimi śmiechami, oto są szkła i betony skomponowane pod architektoniczne nagrody, są grube, żółte tomy ksiąg i rzędy żółtych zębisk do obejrzenia, na twoich nowych papierosowych, przerwach. Oto jest Warszawa, i powaga i czar kampusu, i radość wiosennego przedmieścia, bierz i korzystaj, bo to co na powierzchni to (prawie) wszystko Twoje i święć się imię Twoje – Iwona, Ilona, Anita, Dominika, Ola – jakkolwiek masz, tak możesz zaistnieć, tylko o jedno cię proszę, o jedno – w tym mieście nie bój się błyszczeć!

Ale ty co? Hej, hej! Czemu się tak zamykasz w tym pokoju, no? Byłaś na wykładzie, jednym, drugim i twierdzisz, że zmęczona już jesteś? A teksty na kolejne ćwiczenia to kto przeczyta? Czemu nie czytasz? I, co, i ja mam wszystko na zajęciach mówić, sam z profesorem rozmawiać?

Do klubu też nie wyjdziesz – wszak musisz się uczyć. Nie chcesz nawet. Co w tych klubach robią. Narkotyki i seks, to obleśne jest. I drogie. Bydło. Napisałaś kiedyś o tym wiersz?

Musisz się uczyć. I obejrzeć ten filmik na jutubie i ten serial nowy, ponoć super. O prawnikach. Prawnicy to mają. Mogłaś pójść na prawo, na prawie pieniądze byłyby lepsze. Ale rodziców nie byłoby stać by cię tu utrzymywać pięć lat. Rodziców Marioli stać, kupują jej wszystko, nawet samochód. A twoi? No wstyd, aż wstyd chłopaka jakiegoś tam zaprosić, bo ojciec zacznie wypytywać jakie plany, matka, kiedy wnuki, a potem włączą jak zwykle telewizję i przez chwilę tylko będzie dobrze, kiedy Starsburgera głos zagłuszy głosy duszy.

Muzeum? Nie, sztuki plastyczne nie interesują cię. Nie muszą. Ty studiujesz LITERATURĘ. Nie ma sensu się rozdrabniać, co te obrazy, tam jakiś Witkacy, Malczewski, Gerstl se wisi, niech wisi. W gablocie Zwrotnica i nóż jakiś z brzucha, a dalej meble, które wspierały obfite morale takiej Ćwierczakiewiczowej, biedermeier wyjęty z salonu literackiego wprost, ale nie! Ty nie jesteś jakąś kioskarką czy stolarzem ani stolarką! Muzea są drogie. Oj, bardzo drogie! Tak słyszałaś: „że studenci uczelni artystycznych mają za darmo, a my mamy jak normalnie. Studenci tego PA SE PE.” – „ASP – poprawia cię koleżanka.” „Tak. My drogo”4.

Nie wiesz ile dokładnie, bo nie byłaś by sprawdzić. Pytasz koleżanki: „czy żeby wejść do Muzeum Narodowego trzeba się jakoś wcześniej zapisać, by wejść?”. Ona odpowiada: „Nie, nie trzeba, można o tak”. „Byłaś?”. „Nie, jeszcze nie (studiuje III rok). Trudno się z kimś tak umówić, a samemu to nie.5

Samemu nie! Nigdy nic samemu, nie! Bycie samemu jest w ogóle passe, nie po to jest na Ziemi 7 i pół miliarda ludzi by być samemu. Kiedyś, w czasach Abrahama to może uchodziło. W czasach Miłosza jeszcze wśród jakiś wysychających jezior Wileńszczyzny, gdzie wodne węże plaskały czmychając przed ciskanymi z brzegu kamieniami. Ale dziś? Sama nie możesz wybrać się już, ani do biblioteki, ani na spacer, ani do muzeum, ani też postać na korytarzu. A, że koleżanek masz w sumie bardzo mało, to wybierasz głównie ten numer do mamy.

Samotność. Artysta powiedziałby „metafizyczna”. Ale ty nie jesteś artystką, więc tak nie powiesz. Takie słowa tylko na zajęciach, poza nimi jest wielkie zapomnienie i umyślne nie-kojarzenie. W opisie na tinderze jesteś tą, która „czas kocha spędzać pod kocykiem, z herbatą w ręku i dobrą książką w dłoni”. A ja Ci dobrze radzę: zrzuć ten kocyk, herbatę zamień na wiśniówkę, a zamiast książki chwyć lepiej jakiegoś chłopaka za rękę, i życie poznaj w końcu mięsiste i krwawe jak stek, a nie tylko tymi pierogami ze stołówki żywisz się!

ON

On jest stąd. A jeśli jeszcze nie jest, to się stanie. Nie jechałby jak głupi studiować polonistyki do innego miasta, aż tyle warte to nie jest. Jeśli już przyjechał, to nie tylko studiować, ale i żyć. Polonistykę wybrał, bo w liceum pisał wiersze. Jedne spaliłby dziś ze wstydu (gdyby miał piec) inne były udane. Julii się podobały. Julii się podobały i być może śmielej otwarłaby swe serce, wydarła dłonią nagą i ci je przed twarz (bijące jeszcze) wystawiła, gdyby nie ten wyjazd. Te twoje marzenia, mówienie, mówienie, mówienie, o tym co będzie, a za mało o tym co jest. O tym co było już. No i akcja z Agatą na tym sylwestrze. Tak, to na pewno też Julię odstręczyło. Ale ona nieważna już, bo tu w tymże gmachu czeka na ciebie kordon dup. Tak, to wulgarne i banalne, ale chuj, tak sobie myślisz, a tego nikt sprawdzić ci i ocenić nie może. Zapominasz jednakże, że myśli są panewką słów, a te wystrzałem czynu.

Nieważne są te przeszłe wydarzenia, tu zaczniesz się na nowo jak Rastignac. W oczach kobiet rozpalając blask. Ale zapominasz, a może nie wiesz tego jeszcze, że oczy ludzkie odbijają i na twarz przenoszą to co widzą, a ty jesteś ubrany na szaro dziś. Jakże chcesz świecić spod papierosowego dymu, smogu, deszczu, zatęchłych od wiśniówki bram? Jak chcesz… cholera! świecić z tą dziurą w płaszczu wypaloną nieudolnie strzepniętym popiołem i plamą od piwa na nowych butach?

Ah! Przecież cię przyjęto do szkoły poetów! Tak, w pamięci masz słowa Adama, he he, ty już wiesz, że to nie komedia a dramat jest, ale jednak odległy w czasie jak od renesansu Pierwszy Wieszcz. Ciebie to zresztą spotkać nie może. Ty wiesz kto dobrze pisał – Bukowski! On znał się na życiu. Znał, chlał, używał, brał. Tak, to jest to! Warto spróbować chociaż, dłoń wyciągnąć i się przekonać, liznąć artyzmu. Wszak pisarz bez papierosa istnieć nie może. Oh, Świetlicki! Palił. Herbert, Białoszewski, Miłosz, Szymborska, Lem, Konwicki (czy Gombrowicz?) Wszyscy ze szlugiem! Mnie zatem też wypada te pieniądze przeznaczone na ostatnią bułkę, przeznaczyć jednak na papierosy marki Camel.

Budzisz się po dziesiątej i oczy masz podkrążone. Nie zdążysz już na te ćwiczenia, miał być jakiś Sępa-Szarzyńskiego sonet. Brodacz będzie zły, o ile w ogóle twoja obecność, lub nie cokolwiek zmienia w jego stoickiej (wzorcem Kochanowskiego w posążku zaklętego) egzystencji. Poruszasz się, wstajesz, i pierwsze co, to brakuje fajek. Nogą nieuważną potrącasz wino z wczoraj, rozlewa się na bok, barwi blok, na ten rok, robisz skok, szmatą blok, lecz notatki zniszczył już ten winny sok. No i trudno, w pokoju jest brudno, Bukowski flow wjechał na grubo, wczoraj była jakaś lejdi, dzisiaj wiesz, że bolą cię zęby, zbierasz myśli rozrzucone jak skarpety, ale nic nie rzuca na nie nowego światła; czy przez rolety? Warszawa jest szara, brudna, zamknięta. Chodząc ulicami w czarnym płaszczu sam na siebie sprowadzasz Małą Apokalipsę, poprzez szlugi i tyskie schowane gdzieś za winklem, a teraz łamiące strukturę materiałową płaszcza. Wszystko się rozkłada: sens, ona na kanapie brudnej od wesz (chciałoby się rzec, ale aż tak, źle jeszcze nie jest), książki niedokończone, i ten z wczoraj wiersz – kartka niosąca krwawy ślad dosychającego pióra, zroszona kroplą brudnej śliny i papierosowego próchna, świadectwo myśli zgubionej i roztrwonionej. Postępujesz tak jakbyś miał się nigdy nie skończyć, jakby oderwany fragment miał odrastać natychmiast, jakby trwanie wiecznie w pięknie, dyspozycji, wenie, było naddane. Ale teraz gdy patrzysz w lustro i oczy zmęczone jak Muńka to już odwracasz wzrok, w bok, nie chcesz widzieć tego, co sprowadza cię tu – na dno.

Do dna!

Mija miesiąc, ogarniasz się, ogarniasz się – dziękuję, nie piję – dziwnie i pretensjonalnie to brzmi w ustach jeszcze młodych od krwi, ale tak trzeba robić jeśli mają się przyśnić jeszcze kiedyś jabłonie i nimfy z harfami, strunami trącanymi delikatnymi palcami wibrujące falą górskiego strumienia.

I teraz jeśli masz szczęście i determinację to odrzucasz złe nawyki trwale by wstąpić na ścieżkę z dala od bierhalle, a ta cię zaprowadzi w doliny między wysokie półki, z których potrafią spadać jak głazy zdradzieckie tomiszcza na temat ekfrazy i zgnieść ci głowę, ale też ujrzysz cudowne wzloty Wergiliańskiej epopei, tysiące ptasich skrzydeł utkanych z bawełny czerwonej i niebieskiej, białe jak śnieg skropiony krwią beenki i ujrzysz słońce po długiej zimie przez BUW-owski dach i w jednej chwili cała myśl ludzka nabierze kości, ścięgien, mięśni, tłuszczu i skóry i ujrzysz, na chwilę ujrzysz Sens Ludzkiej Myśli cały i cień tego Sensu będzie ci towarzyszyć, już do końca twych dni.

A może też oślepniesz.

MY

Odkryjemy tego drugiego Polaka gdy zwrócimy się przeciwko sobie. A zatem przekora powinna stać się dominantą naszego rozwoju. Będziemy musieli na długie lata oddać się przekorze, szukając w sobie tego właśnie, czego nie chcemy, przed czym się wzdrygamy. Literatura? Literaturę powinniśmy mieć akurat przeciwną tej, która dotąd się nam pisała, musimy szukać nowej drogi w opozycji do Mickiewicza i wszystkich królów duchów. Literatura owa nie powinna utwierdzać Polaka w jego dotychczasowym pojęciu o sobie, lecz właśnie wyłamywać go z tej klatki, ukazywać mu to czym dotąd nie ośmielił się być.6

Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1956

WY

(…) Ja wierzę w raportowanie nowe, świeże, przełomowe! A pan by chciał nas zaprząc do pługu i kazał to samo orać, i orać w nieskończoność. Wy nie macie tu monopolu na prawdę, choć bardzo byście chcieli!7

Piotr Sarmini, Bez przekazu

ONI

– Mordo, mordo, mordo…

– Łe kurwa, mordo, mordo?

– Ale mordo!

– Mordziasto.

– No mordo.

ONE

– Miałam zajęcia z profesorem Nowakowskim i on kazał nam czytać tę, no…

– No kogo?

– Tę – ścisza głos – Masłowską.

– Masłowską? I jak, przeczytałaś? Ja jej nie czytałam, nie chcę tego czytać.

– Ja ci powiem zaczęłam tę „Wojnę polsko coś tam”, ale musiałam często przerywać. Bo mi się niedobrze momentami robiło. Niedobrze.

– Mój kolega to czytał jeszcze w liceum, bardzo mu się podobało, polecał. Ale ja nie chcę tego czytać. Nie. To ohydne jest. 8

Milczą znów. Długo. Nikt się nie poruszy, by drugiego nie spłoszyć.

*KONIEC*

PIOTR SARMINI, 29 XII 2018

1Zmutuję od (ang.) mute – dosł. wyciszyć.

2Białas, Polon, [w:] POLON, SB Maffija, 2017.

3Białas, op. cit.

4Sic! Autentyczny dialog podsłuchany w podziemnej, polonistycznej kawiarence w grudniu 2018 roku.

5Jak wyżej. Dialog autentyczny.

6Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1956, Wydawnictwo Literackie, Kraków – Wrocław, 1986, s. 173.

7Piotr Sarmini, Bez przekazu, Czarny Kajet, Warszawa 2018, s. 254.

8Dialog autentyczny podsłuchany w kawiarence „Lalka”, choć lingwistycznie może ładniej oddany niż w rzeczywistości przebiegał.

Piekło utracone – nastroje PRL-u – o „Wniebowstąpieniu” Tadeusza Konwickiego

Piotr Sarmini

Piekło utracone

Nastroje PRL-u – o Wniebowstąpieniu Tadeusza Konwickiego

 

Wniebowstąpienie – w teologii chrześcijańskiej, o zmartwychwstałym Jezusie Chrystusie: wznieść się do nieba[1]

Zmartwychwstanie – w religiach: powrót Jezusa Chrystusa do życia trzeciego dnia po śmierci na krzyżu[2]

 

 

Warszawa lat 60-tych ukazana we Wniebowstąpieniu Konwickiego jest miastem dezintegracji. Rozpadają się budynki, ulice i płoty, z saturatorów cieknie czarna woda, na kanapkach z serem leżakują muchy. Ten rozkład pochłania także mieszkańców – cuchnących, brzydkich, a jeśli już w marynarkach to splamionych wódką i rybną przystawką. Sprzężenie zwrotne, wzajemne oddziaływanie miasta na ludzi i ludzi na miasto, zdaje się obejmować każdego, tworzyć krąg bylejakości, z którego nie ma ucieczki.

Protagonistą powieści jest typowy dla powieści Konwickiego outsider, dotknięty amnezją spowodowaną urazem głowy. Nie pamięta swego imienia ani przeszłości, jedynym co może go identyfikować jest strój, pęknięte okulary oraz neseser, a w nim dwa zdjęcia legitymacyjnego formatu. Te kilka przedmiotów konstytuuje jego bytowanie, w nowym, choć jakby widzianym wcześniej świecie. Stanisław Bereś tak określa bohaterów Konwickiego:

 

„pewien typ niezakorzenienia, obcości i kosmicznej niemalże samotności. Jego bohaterowie to także sieroty w sensie nieprzystosowania, integralnej niemożności  nawiązania ściślejszych więzów społecznych. Nie wiadomo skąd się zjawili, jakie naprawdę były ich losy(…)“[3]

 

Wrażenie obcości potęguje tu wspomniana amnezja. Może to być metafora, mitycznej rzeki i wody Lete, po wypiciu, której dusza zmarłego zapominała o swoim ziemskim życiu. Zagubiony bohater potrzebuje przewodnika by wejść w świat, ale też –wyjątkowo- przewodnik potrzebuje w równym stopniu jego aby przewidziana historia mogła się ziścić. W tym sensie postaci są „typowo“ wschodnioeuropejsko bierne – nie kreują akcji, rzadko decydują o sobie, są raczej wciągnięte w wir wydarzeń, który decyduje o ich losach i poczynaniach.

Przewodnikiem Charona staje się Lilek – drobny krętacz, szukający łatwej okazji do zarobku. Dłonie ma niepryzwoicie ciepłe, przysuwa się i uśmiecha konfidencjonalnie.

 

„Zobaczyłem  nagle tuż przed sobą jego zniszczoną w miarę twarz, ślady wyblakłych piegów, resztki starych blizn i rozszerzone naczynia krwionośne“[4]

 

Od pierwszych chwil przebudzenia świat objęty jest tajemnicą, stanowi swoiste ager hosticus zamieszałe przez nieprzyjazne istoty, chcące pochwycić protagonistę. Jeśli udaje się uciec, to tylko na chwilę, wszystkie niechciane widma wracają jak wskazówka sekundika, aż w końcu nie pozostaje nic innego jak pogodzenie się z ich obecnością i zaakceptowanie nieprzejrzystych reguł gry.

I tak po pierwszej ucieczce od Lilka, poznaniu Anny oraz nieudanej próbie dociekania swej tożsamości w urzędzie, Charon znów spotyka na swej drodze przypisanego mu Przewodnika, i ulega jego nieznoszącej sprzeciwu perswazji. Podróż taksówką na peryferie miasta implikuje wiele informacji na temat świata Warszawy lat 60-tych. Taksówkarz jest „Gruby, nieogolony (…) bez humoru“[5] Skrzypiące auto „zdobią“ kartonikowe napisy zakazów i nakazów: „nie trzaskać drzwiami, nie palić“,  szofer (warszawski „cierp“) narzeka na warunki życia: „Eszkalują, a naród się męczy. W sklepach towaru zabrakło już po obiedzie.“[6], z gazet epatują przepowiednie mającej nadejść wojny. Im dalej, tym zwyrodnienia stają się większe – prostytuujący się „zwyczajnie, przez te druty“ ułani, milicjani w dziurawych mundurach, naiwni stróżowie, elektrycy rażeni prądem, pijane barmanki i kierowcy autobusów zbaczający z trasy. Obowiązki pełni się tu byle jak, „na odwal“. Skrywane za uniformem kompetencje są w rzeczywistości kolejnymi warstwami amatorstwa. Byle jakoś przetrwać dzień, prześlizgnąć się niezauważonym, a wieczorem utopić w wódce i papierosach, w jendej z licznych knajp.[7]

 

„Wy się brzydzicie taką pracą, prawda? Każda praca was zresztą brzydzi, nie? Dlatego tak żyjecie.

–          Jak?

–          Marnie, plugawie, szaro. Sprzedajecie się”

 

Zarzuca bohaterowi Pan Niemiec – emigrant. Perspektywa przybyszów ze światów lepszych jest trzeźwa i bezlitosna. Kiedy „Cudzoziemiec“ w tweedowej marynarce wysiadł z samolotu:

 

“Zrozumiał, że ani godziny nie wytrzyma w tym mieście ogonków, prowizorki, chaosu, rozpasanej biurokracji, uniformistycznej przeciętnościi, aroganckich mężczyzn i kłótliwych kobiet. (…) Zaniedbał interesy swego mocarstw, utonął w zgubnej polskości, w eksperymentalnych teatrzykach  piwnicznch (…) Pół roku temu rzucił żonę z trojgiem dzieci (…) i studiuje Towiańskiego we francuksim tłumaczeniu Adama Mickiewicza. Wystarczy?“ (…) – Kurwa macz – rzekł z trudem cudzoziemiec“[8]

 

Czy pijaństwo i moralna degradacja, której oddają się bohaterowie stanowi wybór, czy też ucieczkę, przed brakiem lepszych perspektyw? Wydaje się, że to drugie, choć przecież zawsze można uciekać do książek, do kultury, do władzy, gdziekolwiek. Ale ten świat cały jest przesiąknięty paradygamtem zbydlęcenia jednostki, szczelnie ogrodzony, nie ma ucieczki, mądry czy głupi – obaj muszą znieczulać się tym samym sposobem, pierwszy by nie myśleć zbyt wiele, drugi by zacząć myśleć choć trochę. Ta „zgubna polskość“ – polskość wypaczona przez zaborcę i źle pojęta stanowi opium, które co dnia inchalują mieszkańcy nawiślańskiej krainy absurdu.

Tkana urbanistyczna Warszawy jest, podobnie jak system, pełna luk i tajemnych korytarzy. Dostać się można wszędzie i zewsząd można wyjść (nawet ze źle domkniętej celi), ale to tylko pozory – wolność latającej muchy w szczelnie zamkniętym słoiku.

 

“To świat, w którym we własnej łazience można pewnego dnia odkryć pokój przesłuchań, na zapleczu znajomego sklepu znaleźć komisariat milicji, przez piwnicę przedostać się do systemu atomowych schronów rozciągających się tajemną pajęczyną przejść pod Warszawą, z tunelu metra wejść do recepcyjnej sali Biura Politycznego PZPR (…) a przez dziurę w płocie dostać się na ostanie piętro PKiN. W odkrywaniu tych podziemnych światów nie ma jednak nic ekscytującego, bardziej towarzyszy mu znudzenie i poczucie bezradności.”[9]

 

W ten sposób, prowadzeni przez Lilka, odkrywamy z Charonem kolejne lokalizacje, raz nawet jedyny w powieściach Konwickiego odwiedzamy Pragę[10]. Przekroczenie Wisły przez bohatera o znamiennym imieniu wygląda na zabawę konwencją, łamanie jej. Za Charonem krążą dusze, ale on ich nigdzie nie prowadzi, nie ma świadomości swego obowiązku, a kiedy już warszawski Styks przekraczają, to nawet nie łodzią, a… polewaczką.

Z początku, tuż po przebudzeniu miasto jest oświetlane ciepłym, wczesnowrześniowym (dożynki) słońcem. Jest to zarazem czas niedojrzałości i pozornej świeżości bohatera, w którym znajdzie się czas nawet na początek miłości (poznanie Anny w parku). Wraz z nadchodzącym wieczorem dokonuje się zbrodnia – napad, potem wszystko zaczna ciemnieć – mrok zdają się rozświetlać jednie propagandowe neon i bary, nad ranem zaś w czasie rozwiązania, świat staje się dosłownie szary. Jest to sprzężenie warunków atmosferycznych z nastrojem i myślami bohatera, a może bardziej stanem jego uchodzącej duszy, która niechybnie powinna opuścić ciało.

 

„- Widzicie ten neon na dachu? W jakim kolorze świeci?

-Jest bezbarwny.

– Właśnie. A przecież wieczorem był niebieski.

– To taki czas przed świten, kiedy wszystko robi się szare.“[11]

 

Jak refren wraca warszawskie axis mundi – Pałac Kultury i Nauki. Według dawnych wierzeń na osi miało następować zatrzymanie czasu, przez co możliwy był pełny kontakt zarówno z przeszłością, jak i przyszłością. Było to miejsce najświętsze z najświętszych.[12] W świetle końcowych zdarzeń powieści, taka presupozycja zdaje się być wpisana w obraz PKiN Konwickiego.

Akcja rozgrywa się głównie na Śródmieściu, a więc punkcie prestiżowym, ważnym, to centrum daje bohaterom możliwości, pośród dożynkowych tłumów czują się bezpieczni i anonimowi. W przeciwieństwie do dalszych powieści Autora, we Wniebowstąpieniu nie odczuwamy zbyt mocno atmosfery inwigilacji, szpiclostwa czy terorru. Owszem gdzieniegdzie pojawiają się milicjancji, jednak ich działania są tak pozorne i nieskuteczne, że nie można obawiać się ich naprawdę. Wiesio i Lilek są na tyle pewni siebie, że po napadzie nie zaszywają się nawet w kryjówce, a dalej jeżdżą po mieście, piją i prowokują los. Bandyci okazują się, w końcu równie nieskuteczni co milicjanci. Worki z pieniędzmi ostatni raz widzimy przed wejściem do baru, potem znikają, a Charon nie może doprosić się swojej części. Zresztą zdobcie łupu jest poddane w wątpliwość: kiedy Charon zostaje tymczasowo aresztowany (ale nie za swoje winy, tylko za brak dokumentów) i jest wieziony milicyjnym wozem, dostrega „wymalowane wapnem rozkrzyżowane postacie i gabaryty jakichś skrzyń, albo furgonetek.“[13], dookoła stoją migające wozy, milicjant uzupełnia jego wizję, mówiąc: „Pomordowali się dla kilku worków z drukowanym papierem“. Nie „zamordowali ich“, ale „pomordowali się“ – kiedy kolejny raz pojawiają się Lilek i Wiesio, są juz bez wątpienia trupami, chociaż nie żywią do siebie urazy. Powyższy cytat poddaje w wąptliwość, czy napad faktycznie się udał, chociaż w innych fragmentach jest takie potwierdzenie. Czy to co przeżył Charon wydarzyło się naprawdę?

Odczytywanie Wniebowstąpienia jak powieści realistycznej ostatecznie wyczerpuje się w momencie kiedy docieramy na szczyt Pałacu Kultury tj. w ostatniej scenie. Od samego początku, deliryczna atmosfera i narracja każą nam powątpiewać w realność przedstawianych wydarzeń, ale w końcu wątpliwości niejako się rozwiązują. Sądzę, że warto tu przywołać skojarzenie z twórczością Julio Cortazara, szczególnie z tomem opowiadań Tango raz jeszcze, gdzie te wdarcia niezwykłości do codzienności odbywają się z równą nonszalancją i pozorną zwyczajnością co u Konwickiego. Nie jest to realizm magiczny, a neofantastyka – termin wprowadzony przez Jaimiego Alazraki – oznaczający występowanie fantastyczności w świecie realnym, ale na „innych niż w klasycznej fantastyce zasadach” – kwestionujących po prostu racjonalistyczny światopogląd.

Oto większość występujących na kartach postaci okazuje się po prostu żywymi trupami.

„Oni grają przed sobą – powiedział bardzo cicho. Oszukują się nawzajem, choć każdy dobrze wie.” Konwicki skrupulatnie zebrał szesnaście postaci[14] na tarasie PkiN, dając niejako złudzenie, że to „wszyscy”, ale wszyscy to nie są. Brak Ani, Jolki, barmanów, „majsetrków”, kelnera itd. – jednym słowem postaci „prawdziwych”, dychających jeszcze. Wchodziły one w zwyczajne interakcje z bohaterami, widziały ich i rozmawiały jak „żywy z żywym”. Znamienne, że te PRL-owskie zombie nie wyróżniają się specjalnie wśród tłumu. Piją, tańczą, kochają się i nienawidzą. Ich aparycje nadwątlone rozkładem, muszą być podobne do aparycji innych – żywych jeszcze, skoro nie budzą odrazy i niepokoju.

Doszukiwanie się związków i uzasadnień logicznych tego stanu rzeczy byłoby w tym momencie ślepą skrupulatnością, „szkiełkiem i okiem”  – w świecie przedstawionym, inność pojawia się nagle, wdziera się do codzienności, nie z hukiem i fanfarami, a bocznym wejściem – niezauważona. Czy teza, że Wniebostąpienie jest w istocie książką neofantastyczną prowadzi nas do jakiegoś „bliższego prawdy” rozwiązania? Raczej nie. Fantastyczność stanowi po prostu kolejny obok krytycznego realizmu i symbolizmu element budowy powieściowego świata. Zdejmuje logiczne chomąta z wyobraźni i pozwala na więcej – zarówno czytelnikowi jak i autorowi. Trupy są zatem żywe naprawdę. To świat, w którym nawet śmierć nie wywiązuje się swych powinności, i zamiast szybko zabierać, pozostawia duchy w gnijących ciałach. Jedyny „prawdziwy trup” w powieści to Madziar przywieziony z… Ameryki.

Jedyną „ładną” postacią jest Jolka pseud. Miss-cyc, ale jej uroda, znów nie jest czysta – stanowi instrument do oddawania się lubieży i zarabiania, jest darem pożytkowanym niewłaściwie. Jest także Anna, o jej urodzie możemy domniemywać i jest to bodaj najczystsza i najprawdziwsza postać z tego panoptikum

Czuwanie przy jego trumnie, na zmianę z piciem wódki wzmaga eschatologiczne nastroje i prowokuje do pytań nad sensem śmierci oraz istnenie Boga. Znamienny wydaje się wybrany przez Konwickiego tytuł przeprowadzonej przez Beresia rozmowy rzeki „Pół wieku czyśćca” – czyśća PRL-u. Świat Wniebowsąpienia bywa absurdalny – oniryczny, tajemniczny, objęty nieznanym prawami. Zaakceptowanie i przyjęcie tego stanu rzeczy jako normalności, świadczy o społecznym wypaczeniu i szaleństwie.

Jest więc Warszawa czyścem specyficznego rodzaju. W tym katolickim, drabina prowadzi już tylko w górę – do nieba. U Konwickiego czyściec byłby miejscem ciągłej weryfikacji, środkowym piętrem umożliwiającym wertykalne poruszanie się między piekielnym dołem a niebiańską górą. Ale czy górą? Bohaterowie w ostatniej scenie znajdują się w najwyższym punkcie miasta, ukończonej wieży Babel, jednak Boga tam nie spotykają. Co więcej, nie mogą też zjechać na dół, na poziom ulicy:

 

–          „Jezus Maria, nie stójmy tak bez sensu.

–          Niechże ktoś ściągnie windę.

–          Misiu, ty też chcesz zjechać na dół, do miasta?

–          Wszyscy chcą wrócić, co za pytanie.

(…) Ale nikt nie odchodził” [15]

 

Utkwili zatem w czyścu, sparaliżowani nieznaną siłą. Z tej perspektywy Warszawa w dole, jawi się jako piekło utracone, do którego wszysycy chcą wrócić, poza którym czują się nieswojo.

Jest w tej wielkiej metaforze eschatologicznej także odpowiednik Dantejskiego Werigliego – Bernard – twórca i przewodnik, na miarę czasów, w których przyszło mu żyć. To on śledzi Charona, ignorowany i groźny, na końcu wyjawia mu istotę rzeczy.

Główny bohater Charon – mityczny przewoźnik dusz – czy to jest imię znaczące? Raczej nie. On nikogo nie wozi, raczej sam jest wożony i bierny, wobec ludzi i zdarzeń, które narzucają mu swój bieg. W łączeniu symboliki i wierzeń różnych porządków religijnych, Koniwcki okazuje się cynkiem. Nie drwi, ale odziera właściwe sensy i znaczenia z ich metafizycznej konotacji. Czyściec, niebo, piekło, Charon, axis mudni – to wszystko są elementy konwencjonalnej (wytartej już) układanki, która ma stworzyć zagmatwaną, niejednoznaczną eschatologiczną wizję. Trudno uwierzyć, aby Autor umieszczając dusze na tarasie widokowym, na serio przyjmował taki obraz zaświatów. Jest to próba odpowiedzi na odwieczne pytanie: „co będzie po śmierci?” – ale kiedy nie udaje się jej znaleźć, bo znaleźć się nie da, pozostaje już tylko quazi-uduchowiony symbolizm, ciekawy myślowy wybieg.

Bezlitosny jest Konwicki w przedstawieniu polskiej rzeczywistości końca lat 60-tych. Republika absurdu, zamieszkała przez żywe trupy – miejsce, którego nawet po śmierci nie można opuścić. Nie będzie zbawienia, nie będzie spełnienia i miłości, nie będzie bogactwa ni sławy. Nie ma czegoś takiego jak „wniebowsąpienie”.

 

***

BIBLIOGRAFIA

 

  1. Arlt Judith, Mój Konwicki, TAiWPN UNIVERSITAS, Kraków 2002
  2. Bereś Stanisław, Szuflada z Atlantydy, Dolnośląskie wydawnictwo edukacyjne, Wrocław 2002,
  3. Eliade Mircea, Święt obszar i sakralizacja świata [w:] Antropologia kultury, pod red. Andrzeja Mencwela, Wydawnictwo UW, Warszawa 2001.
  4. Konwicki Tadeusz, Wniebowstąpienie, Agora, Warszawa 2010.

 

 

[1] Internetowy Słownik języka polskiego, http://sjp.pl/Wniebowst%C4%85pienie

[2] Internetowy Słownik języka polskiego, http://sjp.pl/zmartwychwstanie

[3] S. Bereś, Szuflada z Atlantydy, Dolnośląskie wydawnictwo edukacyjne, Wrocław 2002, s. 215.

[4] T. Konwicki, Wniebowstąpienie, AGORA, Warszawa 2010, s. 7

[5] T. Konwicki, op. cit., s. 12

[6] op. cit. s. 13

[7] Chciałoby się dodać Witkiewicza: „ciągłe szukanie byle jakiego towarzystwa, niepokój kwaśny i gorzki, bezsenność w nocy i ciężki sen poranny” – S. I. Witkiewicz, Narkotyki, dostęp: https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/witkacy-narkotyki.html

[8] T. Konwicki, op. cit. s. 143

[9] S. Bereś, op. cit., s 227

[10] J. Arlt, Mój Konwicki, TAiWPN UNIVERSITAS, Kraków 2002, s. 35

[11] T. Konwicki, op. cit., s. 150

[12] M. Eliade, Święt obszar i sakralizacja świata [w:] Antropologia kultury, pod red. Andrzeja Mencwela, Wydawnictwo UW, Warszawa 2001, s. 123.

[13] op. cit., s. 150

[14] Urzędnik paszportowy, Bernard, Ciocia Pola, Lilek, Schlebiacz, milicjant w dziurawym mundurze, Wiesio, uczeń, pan Niemiec, niedoszli rozwodnicy, mężczyzna w wyszmelowanej wiatrówce, wiedźma z komisariatu, harmonista z rosyjskiej restauracji, łysy Leszek.

[15] T. Konwicki, op. cit., s. 181

 

 

 

Różewicz wyartykułowany

Piotr Sarmini

Różewicz wyartykułowany:
człowiek i cywilizacja w dwóch ujęciach

                  Może cieszyć, że na polskiej scenie rapowej wyrastają twórcy dojrzali, zaczynający rozumieć pokrewieństwo liryki własnej z tą, która (nie bójmy się tego powiedzieć) nadała im tchnienie – poezją. Rap bywa tłumaczony jako skrót od „rhytm and poetry” i te wspólne mianowniki – melodeklamacji i poezji pisanej, najpełniej zetknęły się na płycie „Różewicz interpretacje” w wykonaniu dwóch, czołowych polskich MC’s: Sokoła i Hadesa uzupełnionych muzyką zespołu Sampler Orchestra. Inicjatorem płyty była wytwórnia Prosto i  Narodowe Centrum Kultury.
Zestawienie dwóch na pozór odmiennych światów: poezji Różewiczowskiej ze stricte współczesną formą rapu wypadło dla obu niezwykle intratnie. Syntagmatyczne wiersze poety, mogły się zdawać w pewien sposób nieprzekładalne na język żywy, mówiony, bo jak sądzę jest to dla wielu jedna z tych poezji, którą czyta się „w myślach”, a jeśli rzadko bardzo na głos to jakoś niezgrabnie, nie odnajdując w niej rytmu. Artykułujący czytelnik wierszy Różewicza łatwo może popaść w zbędną sakralność objawiającą się długimi pauzami po każdym z wersów, lub też chybotliwą popędliwość dającą efekt nie czytania, lecz strzelania z sylabicznego karabinu. Łatwiej jest przecież czytać heksametry niż pojedyncze słowa, niekiedy ich zbitki pozbawione interpunkcji. Duet raperów udowodnił, że Różewicza nie tylko można, ale także warto czytać głośno. Wydeklamowana odpowiednio poezja jakby „stała się na nowo”, zyskując brzmieniowe symofnie, odkrywając nowe sensy, dosłownie wyrosła z pokrytych tuszem, milczących kartek tomików. Ogniwem spajającym poniższe porównanie będzie wykonawca wiersza  Zielona Róża – Hades, który to utwór porównamy z piosenką Robo Ty jego autorstwa. https://www.youtube.com/watch?v=vFsUGR4uK2U
Jak wobec niedoszłego absolwenta historii sztuki, członka Neoawangardy Krakowskiej tj. Różewicza wypada twórczość stricte współczesnego samouka, warszawskiego rapera Łukasza Bułata-Mironowicza (ur. 1985) występującego pod pseudniomem Hades? Ma on na swoim koncie ponad 40 muzycznych projektów, w tym cztery płyty z zespołem HI-Fi Banda, duety z czołowymi polskimi raperami: OSTR, Rak Raczej, Sokół i dwie solowe płyty. Trudno jednoznacznie przypisać jego twórczość do, któregoś z nurtów polskiego rapu, oscyluje ona wokół tzw. świadomego rapu (Nie śpię)  przeplatając się z szeroko pojętym życiem ulicy (Warsaw Outodoors) i refleksją kosmologiczną (por. Kosmos to rytm¸tegoż), możnaby pokusić się o sklasyfikowanie jej jako „nonkonformistycznego pragmatyzmu miejskiego”.
Jednym z wierszy jakie wydeklamował Hades na płycie „Różewicz Interpretacje” jest Zielona Róża, wiersz poruszający problemetykę rozrastającej się, XX-wiecznej cywilizacji a w konsekwencji wyobcowania jednostki. Trzecia strofoida pełni dla podmiotu lirycznego funkcję autopoznawczą. Zestawmy ten wiersz z utworem „Robo Ty” Hadesa, aby przekonać się czy między twórcami istieją: podobieństwa doświadczenia, wniosków, formy i środków wyrazu.

Wielkie miasta

rosną

przeludnione

wyludniają się

przypływ

i odpływ

ławice ludzi

tak blisko obok

jedno przy drugim (…)wersy 1-9

 

Różewicz zwraca uwagę na zjawisko gwałtownego przyrostu ludności po II wojnie światowej, ten wątek zaznacza także w wierszu Moje ciało:

Zwierzęta które rozmnożyły się tak zatrważająco nieobliczalnie
W XX wieku

W obu przypadkach przyrównuje świat człowieka do uniwersum zwierzęcego (ławice). Można odnieść wrażenie, że Różewicz siebie stawia w opozycji do narastającej fali ludzkości, jakby wyobcowany zarysowuje niemy konflikt między jednostką a społeczeństwem.

 

W jaki sposób Hades rozpoczyna swój utwór „Robo Ty”?

To nowa epoka super mocarstw
Człowiek kontra technologia, folia i szkło
Kto jest kto? 3, 2, 1, 0 – próba ognia
Ja nie dam się zwariować żadnej ze stron
Nowe dobro to zło, od monitorów mamy krótki wzrok
Duże bloki, niebieskie szyby po horyzont
Szeroki kąt, oko kamery śledzi mój każdy krok
2-0-1-4 rok zaraz po końcu świata

Refleksja rapera opiera się na typowej dla polskiego hip-hopu opozycji: pragnąca wolności jednostka kontra ciemiężniczy „system”. Ów „system” przyjmuje w rapie różne formy i środki opresji, bezpośredniego przymusu: nieobywatelskie prawo, policję, inwigilację, prymat pieniądza itp. Hades podobnie jak Różewicz zwraca uwagę na ludzkie masy (duże bloki), lecz także wzbogaca poetycki obraz o wymienienione wprost wytwory cywilizacyjne: folia, szkło, kamery, monitory, które służą w istocie do degradacji, upośledzania, i kontroli istoty ludzkiej. Konsekwencją powyższych zmian cywilizacyjnych jest m.in. osamotnienie jednostki, jej zagubienie w tłumie anonimowych twarzy. Różewicz ponownie sięga do metaforyki zwierzęcej, w jego oczach ludzkość przypomina bezładny, przepełniony ul czy mrowisko. Z kolei Hades zauważa, że w XXI wieku jedyną sferą wolności stał się internet, jednakże wypacza on kontakty międzyludzkie, czyni nas podobnymi do maszyn. Wciśnięcie przycisku enter, zastępuje mowę.

 

 

           Zielona Róża                                                         Robo Ty


ale w roju

bez matki

zaczynamy żyć coraz samotniej

odległość od człowieka do

rośnie pod neonami

w przeludnionych miastach

wersy 15-20

 

Nowa era – bioelektronika, światłowody
Połączenie ogranicza, tylko w sieci jesteś wolny (….)
Zwrotka 1 wersy 15-16

FB chce się żyćenter – nie mów nic zwrotka 1, w. 20


[Cuty: DJ Kebs] (refren)
Ro-roboty, poczuj strach, pojawią się kłopoty

 

 

 

Podmiot liryczny Zielonej Róży wymienia różne formy utraty koneksji z drugim człowiekiem: odejście dzieci z domu rodzinnego, koncentracja na karierze, alkoholizm – to wszystko co mogło go odseparować od dawnych towarzyszy życia. Zdaje się cierpieć z tego powodu, sam siebie stawia z boku, w roli obserwatora przemian społecznych.

 

zostajemy z garstką najbliższych

ale i oni odchodzą

każde w swoją stronę (…) wersy 24-26

jeszcze inni

odchodzą do swoich jaskiń

z mięsem w zębach

słabsi zostają

przy barach stolikach (…)wersy 37-41

i nikt nie przyznaje się że odchodzi

lepiej nie robić zamieszania

więc wszyscy żyją wiecznie wersy 49-51

 

Hades byłby tym o kim pisze Różewicz, typem, który umyślnie oddala się od bliskich, szuka zapomnienia, „nie przyznaje się, że odchodzi”:

 

Nie jestem twój człowiek, noszę w kieszeniach dłonie
50 nieodebranych połączeń w telefonie
Pierdolę technologie, może potem oddzwonię
(…)

Piszę teksty na projekt, tworzę historię, wiem co dobre, co złe
Kruszę piątkę na stole – niestety to mój zen

 

Tutaj między autorami następuje rozdźwięk: Różewicz –człowiek społeczny, który poznania Innego pragnie, cierpi nad niemożnością; Hades – człowiek przesycony, odnajduje satysfakcję w samotności i używkach.


W muzycznej interpretacji Zielonej Róży muzycznie i wokalnie wyróżniono drugą strofoidę. Bit zostaje znacznie wyciszony ustępując miejsca głosowi, na który nałożono efekt megafonu, daje to wrażenia jakby słowa były kierowane do zbiorowiska ludzi, jak gdyby były rodzajem manifestu i postulatu. Taką uwypuklającą aranżacje potwierdza podmiot liryczny, który zwraca się do odbiorów w liczbie mnogiej:

 

pamiętajcie

byliśmy otwarci

w czasach największego ucisku

cudze cierpienie i cudza radość

łatwo przenikały do naszego wnętrza

wasze życie biegło do mnie

ze wszystkich stron

teraz okrywają nas pancerze

tylko przez pęknięcia

w twarzach

można zobaczyć

 

Słowa te wyrażają tęsknotę za ludzką szczerością i prostotą. Zmechanizowanie i enigmatyczność człowieka wyraża także podmiot Robo Ty, umieszczając je jednocześnie w szerszym kontekście współczesnych wojen:

 

Wojny robotów bez duszy zbudowanych z mięsa
Od prezydenta do premiera, sekretna agenda (….) zwrotka 2, wersy 1-2

Ziemia jest za mała dla nas dwojga, wiec wojna
Masz zabić swego brata, to jest rozkaz
Że Bóg wybacza jeśli jest po twojej stronie
To nie prawda, wierzycie w jakiś błędne teorie (…) zwrotka 3, wersy 11-14

 

Trzecia strofoida Zielonej Róży to wyraz wątpliwości podmiotu wobec własnych funkcji poznawczych, możnaby te rozważania określić jako „sceptycyzm względem własnego sceptycyzmu”. Podmiot miota się między tym co myśli i co czuje, nieudolnie próbuje zdefiniować swoje stany by dojść do wniosku, że czuje po prostu „nic”, „nic jest w nas” oświadcza koncepcyjnie w ostatnim wersie. Sposób wykonania trzeciej strofoidy to absolutne mistrzostwo w wykonaniu Hadesa i Sampler Orchestry. Bit przyspiesza i ucina się odpowiednio z nadchodzącymi, krótkimi wersami zaś ostatnie cztery wersy zostają zaacentowane poprzez wspomniany już efekt megafonu.

Inna jest refleksja Hadesa nad stanem własnym i ludzkości, chociaż trudno nazwać ją optymistyczną. Niesie ona z pewnością nadzieję na lepsze jutro, implikuje wiarę we własne możliwości:

 

Stanąłem na nowej drodze rozumiem każdą godzinę
Bo żyję własnym życiem, tylko tyle zwrotka 3, wersy 15-16

XXI wiek od reszty dzieli wielka przepaść
Jesteśmy na krawędzi 
wysoko, jak Nepal
Nasze błędy i małe zwycięstwa
Dążymy do perfekcji ale ścieżka jest kręta zwrotka 3, wersy 17-20 (ostatni)

Reasumując w poezji XX wiecznego mistrza i XXI wiecznego pretendenta odnajdujemy wiele podobieństw i wspólnych motywów, jednak nadużyciem byłoby stawiać między nimi znak równości. Wydaje mi się, że w powyższym zestawieniu rap porusza więcej wątków, jednakże nie stawia nad nimi ostatecznej kropki. Poezja zaś Różewicza dąży do zdefiniowania i rozwiązania jednego problemu, ale czy to rozwiązanie daje? Nic jest w nas z pewnością nie może być ostateczną odpowiedzią. Podobnie jak aforyzm o krętej ścieżce.
Różne są formy wyrazu obu poetów, nieregularne wersy Hadesa (10-15 wersów) ujęte w 20-wersowych strofoidach, kontra syntagma Różewicza i urywane słowa. W powyższych tekstach widać pewien kontrast czasów, w których powstawały, objawia się to szczególnie jeśli mowa o mieście i cywilizacji.
Wydaje mi się, że Różewicz byłby zadowolony z tego, że jego poezja kwitnie wciąż i trafia do serc kolejnych pokoleń odbiorców.

 

Źródła:

Utwór Sokół / Hades / Sampler Orchestra – Zielona róża (audio): https://www.youtube.com/watch?v=vFsUGR4uK2U

Hades, Robo Ty, tekst: http://genius.com/Hades-robo-ty-lyrics

  1. Różewicz, Zielona Róża: http://donkaja0335.blog.onet.pl/2012/05/29/tadeusz-rozewicz-zielona-roa/