Tagi ero recenzja

1 posta

Na oceanie bragga – ERO ELWIS PICASSO RECENZJA

Na oceanie bragga – ERO ELWIS PICASSO RECENZJA

Wraz z początkiem jesieni wysyp hiphopowych płyt od dawna oczekiwanych: mamy Pezeta, który wrócił po siedmiu latach bez krążka, mamy Peję i Magierę, jest i nowy Bisz, jest i w końcu on, debiutant na liście, choć znany dobrze jak wrzuty JWP na warszawskich murach – ERO.

Przyznam, że debiutancką płytę warszawskiego rapera obrałem za cel recenzji, nie dlatego, że kierują mną jakieś szczególne względy. Po prostu miała swoją premierę 4 października, przesłuchałem ją solennie odkąd wjechała na Spotify* i tym samym, kontynuuje ona rwany jak porysowany cedek cykl rapowych recenzji na CZARKAJ.com

Spośród wymienionych wyżej zawodników branie na świecznik nowego dziecka ERO, jest z perspektywy recenzenta zajęciem najbardziej ryzykownym. Wszak poza Włodim, mało kto może poszczycić się takim gronem zaangażowanych fanów jak właściciel Serum. Niemniej, wjeżdżam z tym jak na yard, niepomny ryzyka.

Jak poznałem ERO?

W tym temacie, Erosa „poznałem osobiście” w 2012 roku, nie wiedząc jednak… że to on. Miałem wtedy 19 lat, prowadziłem wypożyczalnię i sklep z deskami w Wilanowie i upatrzyłem sobie w lookbooku nerkę marki Turbokolor, którą koniecznie chciałem mieć.

Nera dzisiaj, zajechana jak alkoholika

Sprawdziłem, więc najbliższe punkty dystrybucji i na deseczce, któregoś ranka, podjechałem pod służewiecki Land. Było jakoś po 10:00, wedle rozpiski sklep powinien był być już otwarty od piętnastu minut, a tymczasem było w nim ciemno jak w majtkach Azeali Banks. Minęło kilka chwil, na parking zajechała dudniąca basem fura, a z niej wypadło kilku przeszczęśliwych gości z browarkami w dłoniach. „Siema, siema!”, otworzyli sklep, a ja wbiłem po nerę spragniony jak złodziej organów. Był to pierwszy raz, kiedy odwiedziłem Serum, bo choć na Służewiu się urodziłem i wychowywałem przez pierwsze 15 lat życia, to dalsze perypetie skierowały mnie na Wilanów, i tam bazowałem bardziej na rewirach a’la sadybowskich.

W każdym razie, byłem zajarany klimatem i asortymentem; wtedy w LONG TRIPIE, dystrybuowaliśmy prócz desek ciuchy Stforky i Roxy, a także wypuściliśmy własne oksy. Instynkt biznesmena działał, więc płacąc już przy kasie, przy której siedział wygrzany jeszcze Ero, zacząłem mu nawijać o kolabo i o tym, że przy nas mogliby skorzystać wizerunkowo. Zdisowałem ich słabą promocję, o której nie miałem pojęcia, i zacząłem chwalić się tysiącem fanów na fejsie. Na co raper wyciągnął telefon i pokazał mi 7 tysięcy (bodajże wtedy) fanów Serum. Wyszedłem skonfundowany i jeszcze trochę czasu upłynęło zanim rozkminiłem, że deliberowałem sobie z legendą.

Od tamtej pory byłem bodaj na trzech występach JWP, ostatnio w sierpniu, a twórczość Jaśnie Wielmożnych Panów, choć nigdy nie trafiała do mnie stuprocentowo, to jednak zaczęła bujać i ujmować swą autentycznością.

KIEDY WCHODZI

Solowy album Erosa „Elwis Picasso” (dla niekumatych: Elwis od znanego piosenkarza, Pisacco, od malarza, albowiem ERO czynnie zajmuje się także graffiti) to przede wszystkim kawał solidnego, ale i dobrze już znanego bragga. Poczynając od „Intra”, które podkreśla oczekiwania słuchaczy związane z wydaniem solowego albumu, przez numer o znamiennym tytule „Ja”, bielański raper prezentuje to w czym czuje się najlepiej: bragaddocio. Pod charakterystyczne dla ekipy JWP, oldskulowe, zadziorne bity lecą płynnie kolejne zwrotki o nieprzeciętnych umiejętnościach rapera, jego unikatowym stylu oraz intelekcie:

Muzykę miasta tu tworzę jak Ewenement
 Jakbym nie dał im jej fanom mieliby delirium tremens
 I to żadne terefere, pcham rapsy szczere w teren
 I choć ostro ryje beret, ty szanujesz mój intelekt

Na wstępie robi to mocne wrażenie. Potem otrzymujemy, promowany singlem z teledyskiem numer ze Skipem „Nie mogę przestać” gdzie młody członek Mięthy, czaruje swoimi zdolnościami wokalnymi. Szkoda, tylko że nie znalazło się miejsce na jego zwrotkę, a też refren:

Nie o taki rap walczyłem ja
 Włożyłem czas byś miał to zepsuć
 Na szczęście jestem ja

w ustach dwudziestolatka, brzmi nazbyt buńczucznie, choć chyba Skip jest tutaj tylko dźwięczniejszym przedłużeniem myśli Erosa.

Wszystko fajnie, a dalej… no właśnie, dalej jest już bardzo podobnie, właściwie jednostajnie. Treści następnych numerów, bitów, flow, mieszają się w jeden utwór o tym samym – afirmacji siebie, swej rapowej pozycji i scenie (w ogóle słowo „rap” pada tu chyba w każdym numerze, odmienione przez wszystkie przypadki).

Znamienne są już same tytułu numerów: To jest styl, To jest koniec, Kiedy wchodzę, Rzeźnik, Ero robi to w czym czuje się najlepiej – jest sobą. I chwała mu za to!

Niemniej, paradoksalnie przez to, album sprawia wrażenie bardzo sterylnego. Jakby bytowanie rapera ograniczało się w tym czasie jedynie do nagrywania w studio. Brak tu wyjścia na ulicę, konfrontacji ze światem, jakichkolwiek wątpliwości czy życiowych rozkmin. Poza ten schemat wychodzą tylko dwa numery, które są jak wyspy na oceanie wzburzonego bragga: Piątek trzynastego z PIHEM, który relacjonuje dobrze znaną wszystkim malenżownikom Dżumę,  oraz Dzisiaj Jutro Będzie Wczoraj z JWP i Tomsonem zawierające to, co zwiemy powszechnie „przekazem”. Tutaj, bardzo pozytywnym.

Na uznanie zasługuje klip do utworu „Przerwa techniczna”, nakręcony z filmowym sznytem przez ekipę letemknowsequence, ciekawie wybijający się na tle tego, co prezentuje dzisiaj, polska scena.

Reasumując krążek Ero „Elwis Picasso” to solidna propozycja dla tych, którzy znają i cenią styl bielańskiego zawodnika. Produkcja jakby zatrzymana w czasie złotego rozwoju hip hopu, jest trudna do jednoznacznej oceny. Bo jeśli mamy na sprawę patrzeć synchronicznie i zestawiać ją ze współczesnymi produkcjami, to orbituje ona wokół zupełnie innych rewirów. Za to w kategorii trueschoolu i siarczystego bragga robi swoją robotę dokładnie tak jak powinna.

Autentyczny materiał dla fanów oldschoolowych brzmień.

  • Po to płacę za legalny streaming, aby nie być moralnie zobligowanym do kupowania płyt.