Tagi dziennik

9 postów

JEST. Czarny Kajet 16.12.2019

16.12.2019

Dawno niepisane”

wybrzmiewa jak refren

ale naprawdę

nie pisałem dawno

przez minuty, godziny i dnie

pozostawiałem kartki czyste

nietknięte

jak na polach śnieg

ZIMA

hu hu ha!

Nie zła

ani nie dobra,

ot taka miejska. Pachnie ledwoco

najmocniej wtedy, kiedy z Pawłem spacerowałem po Krakowskim Przedmieściu, pośród iluminacji, i robiliśmy zdjęcia

piłem wtedy setkę

wczoraj też. Setki dwie

i piwo. Jechałem autem razem z Natalią

jej to nie przeszkadza. Dla niej się liczy, że jedzie ze mną autem

i dla mnie to też się liczy.

Przeprowadzam się! Jaram się!

Gdy sobie to uświadamiam podskakuję na jednej nodze i zaśmiewam się szaleńczo

bo JA SIĘ ZMIENIŁEM,

a więc i bajka się zmieni i świat przedstawiony

wracam na rozwojowego życia tory – będę mieszkać w Pałacu na Bagatela ====

Wiem, że mówię, to o każdej przestrzeni, do której się wprowadzam, ale tam… na Bagatela… moja twórczość wybuchniE!

Tam, pod tym sufitem pięciometrowym, nabierze sensu i wysublimowania.

JA

moja koszulka, wyciągnięta z szafy – złożona wczoraj przez Talkę

zakładam ją na goły tors, skropiony kąpielą jeszcze

i z bawełny czuję Talkę i siebie z nią, siebie też. I to PACHNIE

ja pachnę w końcu.

Oczyszczony

z TOKSYN

PALENIE

Nie palę najdłużej dotychczas – od 5 października (3 wpadki w październiku), a od 28 października już NIC. NIC. Co czyni mi dziś równo 7 TYGODNI BEZ PALENIA. To mój rekord. Zmiany psychiczne, fizyczne? O tak.

Ale nie o tym.

Dziś. Odpoczynek na siłę. Rozmemłenie. Lekkie zbicie. Ot tak, jakoś. JEST.

Bardziej jest niż nie jest.

Czytam „Sapiens. Od zwierząt do bogów”. Ściągnąłem Mario Super Bros na emulator. Pograłem – wzmacnia koncentrację. Medytacja. Jakieś drobne obliczenia i maile. Zakupy. Spacer. Wyjdę może wcześniej, pójdę na Pragę. Albo nie. Z Pragi przyjdę do domu. Na Andersa 21a, słowa te pisane.

Jest dziś jakoś. Na pewno lepiej niż gorzej. Na pewno bardziej jest niż nie jest.

JEST

choć się to ugina jak pajęczyna

JEST

choć leci w chmurce pyłków

JEST

ceratą na plastikowym stole

JEST

Zbyszkiem 3 cytryny

JEST

ciepłem słońca na połówce twarzy

JEST

od niej wiadomością

JEST

widokiem polany przybranej chabrami

jest.

Wspomnienia wojenne Mateusza Storoniańskiego 1939, cz. 1

Wspomnienia wojenne Mateusza Storoniańskiego 1939, cz. 1

Niniejszym prezentuję Wam część swojej pracy dyplomowej, która polegała na poddaniu edycji naukowej wspomnień wojennych spisanych przez Mateusza Storoniańskiego (ur. 1918-1997) w 1973 roku. Żołnierz, więzień sowieckich łagrów, następnie czołgista w Armii Andersa, odznaczony Orderem Odrodzenia Polski i Krzyżem Walecznych. Przede wszystkim jednak wielki człowiek i patriota, który z pokorą i uśmiechem znosił to, co dla nas dzisiejszych wydaje się nieprawdopodobne. Wraz z postępującym kalendarium 80 rocznicy wybuchu wojny światowej, będę stopniowo udostępniać Wam kilka fragmentów jego pamiętnika, który niech będzie dla nas, zgodnie z intencją autora, „uczuleniem i przestrogą”.

 

M. Storoniański, Wspomnienia wojenne, wycinek 1

 

Wiosną 1939 roku stawiłem się jako poborowy przed Komisją Wojskową we Lwowie, gdzie
wówczas mieszkałem, i z racji mego zawodu mechanika pojazdów, zostałem przydzielony do 6.
Pułku Pancernego w tym mieście przy ulicy Janowskiej. Uczęszczałem jeszcze do Szkoły Technicznej przy Snopkowskiej. Gdzie między innymi przedmiotami było poznawanie broni palnej i strzelanie. Nasi wykładowcy dopingowali nas w tej sztuce bo mówili, że miesiące są policzone kiedy trzeba będzie dobrze celować aby nie zostać zabitym – wojna wisi na włosku. Prasa też nas przygotowywała na taką ewentualność, choćby przez opisywanie w prasie wędrówek dyplomatów państw zachodnich w różne części naszego globu, w celu zażegnania lub opóźnienia wybuchu wojny.
Szalę przeważyło podpisanie przez Rosjan paktu o nieagresji i współpracy z hitlerowskimi
Niemcami i… „stało się”.

W piątek 1 września 1939 roku w godzinach przedpołudniowych spadły w okolicy dworca
głównego we Lwowie pierwsze bomby i zburzyły sporą ilość domów, zabijając i raniąc ich mieszkańców.
Gdy nastąpił najazd „hitlerowskich hord” na nasz kraj, dużo młodych ludzi chętnych do
obrony swej Ojczyzny nie otrzymało wezwania do wojska. Ja z dużą grupą swoich kolegów, zgłosiłem się na ochotnika do wyżej wymienionej jednostki. Na miejscu okazało się, że wojsko ze sprzętem już jest w terenie i bierze udział w walce.
Wieści były niepomyślne, bo napastnik zastosował niekonwencjonalną taktykę wojenną i
miał przygniatającą przewagę w sprzęcie motorowym i lotnictwie. Z trudem dostaliśmy się do budynku gdzie mieściła się kancelaria. Przed wejściem do tej „jaskini lwa” stało dwóch oficerów i paru podoficerów, którzy obserwowali ćwiczenia swych podwładnych.
Zaintrygowała ich nasza duża grupa w cywilnych ubraniach. Skoczył na nas „z pyskiem”
starszy sierżant:
– Co wy tu robicie, kto was wpuścił na teren koszar? Rozstrzelać tych nieuków na bramie!
Kapitan go uspokoił, a nas zapytał po co tu wtargnęliśmy, po chwili namysłu, najbardziej z
nas elokwentny Tomek Mroczek – syn majora 14. Pułku Kawalerii, wyrecytował im nasze intencje zjawienia się tutaj.
Po wysłuchaniu naszego kolegi włączył się starszy sierżant i wspólnie z kapitanem, starali
się nam wyperswadować patriotyczny cel, ale nasz entuzjazm i optymizm przełamał opór tych panów.
Gdy oświadczyliśmy, że przeszkolenie PW mamy wszyscy ze szkoły, a jakieś stare umundurowanie i pukawka znajdzie się w magazynie. Najbardziej przekonujące było to, [że] znamy doskonale miasto i dalekie peryferie, możemy być potrzebni w ewentualnej obronie miasta, oraz przy drużynach łączności.
Nasi decydenci kazali nam czekać, a sami poszli do biura. Po chwili wyszedł starszy sierżant – ten który nas „objechał” – okazało się, że on jest szefem tej jednostki. Zawołał służbowego i rozkazał mu wezwać dwóch dowódców plutonu, wymienił ich nazwiska, gdy się oni zameldowali szefowi ten przydzielił nas po piętnastu na pluton i rozkazał tym „małym wodzom” rozdzielić nas po trzech na drużynę i pobrać z magazynu jakie można umundurowanie i uzbrojenie. Z miejsca zaczęliśmy bawić się w wojsko i w obowiązującym szyku maszerowaliśmy do „Sezamu”. Trudno było tam skompletować mundur, ale najważniejsze z tych sortów – była bluza wojskowa, pas i czapka, a spodni ani obuwia nawet nie szukaliśmy, bo mieliśmy swoje.

***

Za udostępnienie maszynopisu dziękuję rodzinie autora, w szczególności zaś Michałowi Łagunionokowi a.k.a. ŁAGU 5!

Dziennik Wyzwolonego – Niedziela

Niedziela

Wraz z trwaniem i przyjmowaniem się sztuki, która na wzór kamienia wrzuconego w wodę społeczną zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, wracają do tego centrum, w którym jest moja RZECZ fale zwrotne. Ich intensywność wzrasta proporcjonalnie niosąc atomy zaczątków miłości i nienawiści, kultu i wyklęcia, szacunku oraz plwocin.

Na Wileńskim spotykam się z uroczą kobietą, która była na Wystawie. Kupuje ode mnie kolejne dwie książki. Mówi, że rozmawiała o mnie z ramiarzem w Opolu. O MNIE Z RAMIARZEM W OPOLU. I, że tam też by można z wystawą. Niesamowite jest to, i trudne do pojęcia, że oto poważny człowiek, tworzący ramy do obrazów, setki kilometrów stąd choć przez chwilę miał mnie i moją sztukę w głowie.

Z kolei im ludzie (rzekomo) bliżsi sztuki literackiej, tym wrożej (bo czemu by nie) i chętniej do szkalowania i obmowy, ale w ich słowach nigdy odniesienia do RZECZY nie ma. I choć czytają blog mój i książkę potajemnie, to nigdy się z tym nie ujawnią czy to w słowie krytycznym wprost, czy łechcącym.

Nie zauważyliby Norwida nawet gdyby im nastąpił na but. Nie dostrzegliby obrazu Beksińskiego, gdyby namalować go na murze, nie porozmawialiby z Magikiem nawet gdyby ich chciał oczarować. 

Oni sztukę potrafią dostrzegać dopiero kiedy im ją ktoś wskaże palcem, kiedy chwyci za główki i je przekręci i mówiąc: TO TO TO! To jest sztuka. A oni wtedy otwierają usta zadziwione i jak karpie żrą, ani przy tym nie rozumiejąc ani smaku nie czując, tego duszy pokarmu. I jak karpie się mydlą w wannie ciasnej, ocierając swe śliskie ciałka i oddechy, a nazywają to sobie towarzystwem.

Ha! Towarzystwem, do którego żaden człowiek mający poczucie rangi nie chciałby należeć. Towarzystwem, w którym są wyłącznie ci, których los – miejsce i czas – wtrącił akurat TU, i którzy przez owczy pęd do stada zebrali się w korytarzowej kupie razem żreć trawę i wymieniać nic nie znaczące banialuki. Ich rozmowy niczym się nie różnią od rozmów robotników, którzy na przerwie obiadowej omawiają bieżący przebieg robót, narzekając na kierownictwo i obmawiając nowych kolegów. Ich towarzystwa to koślawe kontynuacje szkolnych grupek, ale gorsze jeszcze,

bo wy ani się nie lubicie, ani nie jesteście szczerzy, ani też nie macie żadnego wpływu – jesteście zbiorowiskiem przypadkowych prowincjuszy, dla których gorsza od samodzielności może być tylko samotność.

I oto kiedy się trafia indywidualność, to ich początkowa ciekawość, pod wpływem grupowości zamienia się we wrogość.

Z rozkoszą podjudzam tedy ich chłopską nieufność do „literata”, tego nabieracza par excellence, i podpuszczam od czasu do czasu słówko, lub gest, zgoła wątpliwe a nawet wręcz pajacowate. Ich prostacki szacunek do powagi jest tak wielki, że zupełnie od tego baranieją.*

Oni! Czytający T.K. Węgierskiego, pilnie notujący biogramy futurystów, historię surrealizmu, oni wypowiadający się o Rimbaudzie – żyjąc w czasach dawnych byliby pierwsi do ignorancji, pierwsi do zamykania wystaw i ksiąg, pierwsi do podkładania ognia pod stos Giordana Bruno. Tak jak i dziś ignorują sztukę współczesną i młodych twórców. Oni nie potrafią żyć dzisiaj, a tylko w przeszłości, nie mają zdolności dostrzegania tego co się staje, a tylko tego co już się stało.

Coraz gęściej wokół mnie od mdłych kretynów tej uniwersyteckiej fabrykacji, która wie tylko to co się jej wsadza w głowię i wyfaszerowana wiadomościami, zatraciła poczucie takich imponderabiliów, jak charakter, rozum, poezja, wdzięk. (…) Niewrażliwi na sztukę, nie znający życia, formowani przez abstrakcje, są zarozumiali i ociężali. Lubię doprowadzać do furii tych nieestetycznych głuptaków (…).**

A te wiersze, dramaty i prozy piękne, wartości, o przyjaźni, honorze, solidarności o prawdzie, to dla nich tylko puste słowa. Potrafią czytać Mickiewicza a potem odbierać telefon słowami halo, kurwa, chełpić się lokalnością, a następnie rozbijać butelki o chodnik, deklarować przyjaźń, a potem w przyjaciół swych wbijać zatrute ostrza.

Jakże się cieszę, że ich poznałem! Że ich maski opadły w końcu i to, co podejrzewałem od samego początku ziściło się w i ukazało tak jawnie swą marność. Za ich rogowymi okularkami widać już tylko strach. Wystarczy mocniejszy tylko bodziec, by się przerodził w agresję. To wy Ateńczycy skazaliście Sokratesa na śmierć!

Nie śmiem komukolwiek mówić: bądź wielki!

Ale jednego możemy od siebie wymagać: nie bądźmy mali. 

——-

* W. Gomrbowicz, Dziennik 1957-1961, Wydawnictwo Literackie, s. 146

** ibidem

 

TURBOT

Dzień, rozpoczęty notabene obiecująco, bo już o godzinie 8.00, z jedynie lekkim, półgodzinnym zaspaniem zatruł mi turbot z zamrażarki.

Dzień o potencjale rosnącym – rozpoczęty anapaną (zarówno wczoraj jak i dziś ostatnia myśl medytacji nie tyczyła się odczucia ciepła lub wyładowanie na wąsie, a którejś z dawnych kobiet, czy może precyzyjniej mówiąc *********), przez kawę zbożową marki Inka (którą wczoraj mi obrzydził nieergonomiczny [strasznie trudno się z nim poruszało; obok niego] Em. informując, że inkę podają na Kolskiej „taką zimną i ohydną nad ranem” [nie wiem skąd to wiedział]. Coś co do tej pory kojarzyłem jedynie z czystą atmosferą Dziadowieckiej kuchni Dhamma Pallavy, Em. musiał mi zohydzić wizją alkoholowej degradacji)

A potem decyzja szybka, w ułamku sekundy – na śniadanie zamiast owsianki zjem gnocchi. Wtedy też konstatując, że skoro gnocchi na śniadanie, to już nie na obiad, postanowiłem rozmrozić turbota. Jacek przywiózł znad morza chyba z 10 kg. Jestem przekonany, że podróż ta odbyła się z wszelkimi uchybieniami względem sanepidowskich norm przewozu żywności. Jedynie domniemany mróz lub temperatury lekko powyżej zera panujące na pace opla vivaro mogły działać na korzyć rozmrażającej się ryby.

Owszem, 2 tygodnie temu prezentowała się jeszcze całkiem nieźle, o ile wielka, zbita, różowa kula rybich, trójkątnych tusz może wyglądać nieźle. Turboty są tak zmrożone, że niemożliwością jest oddzielać je we właściwych kawałkach; zbita masa różowości może być cięta na wskroś bez zważania na to, gdzie przebiegają naturalne granice ości i kręgosłupów. Może być, ale nie tnę, bo rwanie mięsistych tkanek zamrożonych zbyt ohydne mi się wydaje. Szukam, więc tusz samotnych, odrzuconych od beznamiętnego, a twardego stada kuli, coś jakby dusz odepchniętych od społeczeństwa. Szukam ich i podaję im pomocną dłoń. Oferuję rozgrzanie, uwagę, trochę przypraw. Najważniejsze: sprawiam, że znów mogą stać się przydatne, przysłużyć się komuś – wyższej sprawie. Sprawie mojego żołądka.

Znajduję samotne, poza nawiasem folii, wygięte tuszyczki. Jedna ma na sobie szron, druga jakby – płatki śniegu.

Wyciągam wspaniałomyślnie dłoń i wtedy już czuję ich swąd. Nie powinny śmierdzieć skoro są w głębokiej hibernacji. Może to tylko zapach. Tak, zapach.

Zbliżam turbota, czy raczej to co z niego zostało pod drżący jeszcze anapaną nos i wtedy, i wtedy robię: „łue, łue e ehk!”.

A mimo wszystko kładę to na talerz, obok drugiego trupa i wkładam na górną półkę lodówki. Tak dziś wielka jest we mnie chęć pomocy bliźnim i darmowego napełnienia żołądka.

Staję się jednocześnie oprawcą i ofiarą, przedmiotem i podmiotem, mecenasem, beneficjentem.

* ostatecznie obiad skończył się na pizzy

notowane pierwotnie w Czarny Kajet FALL 2018

 

 

sarmini portret

Kraków, 25 X 2018

Czarny Kajet FALL 2018

Hostel B-Movie, Kraków

/Cejrowski i TVP napierdalają mi nad łbem spójną propagandą nienawiści. Dziennikarz – publicysta-konserwatysta się spotkał z drugim takim samym i teraz razem se takują i atakują i wynika z tego to, co zakute łby chcą./

A ja dziś chcę przeżywać, chcę się odrywać od przeżyć zapętlonych we fraktalach mikrocierpienia.

/Dzięki (Bogu) Hiszpanka przełącza kanał/

Rozmawiałem z Jabłonką i się pożegnałem z nią dobrze, odcinając ją od pępowiny wyrzutów sumienia i myśli kreślących alternatywne scenariusze przeszłości i przyszłości. Podziękowaliśmy sobie i teraz oboje ku wolności, przynajmniej tej od wzajemnej zależności. Bo do wolności osobistej daleka jeszcze droga… nie! CEL daleki, bo droga jest już kroczona. I potykana. I upadana. I dalej: powstająca, idąca (z bólem), biegnąca (z radością).

Materia. Ja w żyłach i arteriach dawnej stolicy tego kraju. Na łeb pada. Na łeb pada. Na  łeb  pada. Że nie mogę (choćbym chciał) wejść tu i tak, bo w kielni brak królów, na torsie munduru, że no brak. Bezdomność Kajeta. Bo ja chciałbym wszędzie. I na tego królika w śmietanie i na wino czerwone, na piwo zielone, deser nasączony alkoholem. A jak nie mogę to mi czyni nieszczęście, a jak mogę to krótką radość, spulchnienie materiału modnego: E G O.

I potem w sztosie, z jakąś u boku, przemierzam ciemne ulice w szlafroku(autentyk: #Sylwester2018) i zamawiam cierpa:

Weźmy narkotyki – mówię.

I płyniemy. Płyniemy na radiowych falach nocnego „Radia Kampus” do obskurnych bram, gdzie zostawiłem kiedyś swój tag i gdzie tagi inne też znam, a tam pan:

– Pięć dych za gram.

Tfe, ścierwo. Ale jakbym miał to jechałbym do szklanko-metal bram i tam:

– Siema. Pięć stów za gram.

I też bym brał.

A potem z nią na dom

/boję się, że mi się skończy tusz w piórze/

i na białe łoże. Ona skąpana w czerwieni kolorze
światła
Pręży się lub jest bardzo mała (to już zależne jest od niej i od ostatnich dwóch godzin [nietrzeźwych]), ale obojętnie jaka jest biorę ją jak Piękny Pies, a jeśli kocham, lubię, szanuję to nazwę „suką”.

A ona wtedy jęknie i na świecie, przez krótką chwilę znów będzie pięknie, bo dwoje ludzi przypomniało sobie, że w głębi, wypełnieniu, sokach, tarciu wilgotnej tkanki o skórę SĄ ZWIERZĘTAMI.

A potem leżymy w mokrej pościeli, paląc lub nie (to zależy od tego jaki był ostatni dzień) i śmiejeMY się, milczyMY, patrzyMY w oczy, dotykaMY lub nie (patrz wyżej).

A rano czuję nic. Kac. Nic. Kac. Smród. Nic. Ból.

Ona jest czy nie? To zależy (patrz wyżej).

/Facet stary i łysy, jebał go pies, przełączył ka nał, podgłośnił film o Stalinie, sytuacji rosyjskiej wsi, stracony romantyczny flow-chill/

JA JA JA 5

3 lipca 2018, Jarosławiec

Mi

Im

Mnie

Einm

Ja

Aj

Rośnie we mnie coś, sam nie wiem, coś jest we mnie. To tu i tam, ale tego nie było we mnie.

Co to jest? Czy to się do ciebie zbliża?

Czy to jest daleko czy blisko?

Czy eksploduje, czy imploduje?

Czy to jest przeszłość czy przyszłość?

Czy to daje czy zabiera; oba?

Czy to wnosi, czy wynosi?

Czy to zabije czy da życie, czy przepoczwarzy?

Co to jest?

To chyba tekst.

 

Opowiadania się wybierają i klarują. Wyłaniają przy otwariu oczu. GRZECH: nie zapisałem rannego. Było coś o ataku na przeciętność. Pamflet na zwyczajność. Chyba tak. To jestem ja.

Znalazłem na plaży dwa czarne kamienie. Jeden – teraz jak nań patrzę – jest grafitowy bardziej; porowaty, ze srebrzystymi odpryskami, przy ruchu mieni się jak obsypana brokatem twarz dziewczyny na wiejskiej dyskotece. Czarny jest wtedy, gdy go obleje woda.

Drugi jest czarny dalej, porowaty mocno. Być może to kawałek asfaltu. Pachnie drogą. Zawiera w sobie tysiące jasnych kamieni, rożnych wielkości. Jest prawie trzykrotnie większy od poprzednika. Nie tak smukły w kształcie.

Wpadłem na pomysł, że te kamienie to będą moje emocje. Nie tylko te dwa. Kamieni uzbiera się cała kolekcja. A każdy z nich, jak muzealny obiekt zostanie nazwany i należeycie przez kustosza –czyli mnie – opisany. Niczym mierna instalacja jaką można oglądac w Zachęcie, tak przeciętna i banalna wizualnie (mogąca zadziwić jedynie umysły niewyrobione np. ośmioklasistów uczęszczających na lekcje etyki i historii sztuki), zostanie znadinterpretowana ciężkością lirycznego znaczenia. Mówiąc prościej: jeden kamień wyrażać będzie jedną emocję, a opis stanowić będzie moje wspomnienie łączącę się z tą emocją. Może zrobię z tego katalog, zin, czy plakaty.

Intuicyjnie rozpocząłem od kamieni czarnych, porowatych, przyciężkawych, niewyględnych, chcąc uporać się może na wstępie z emocjami nieprzyjemnymi, tymi, które tak trudno wydobywać na wierzch. Nie znam jeszcze znaczenia jakie niosą te kamienie. Muszę przyjrzeć się im bliżej, a wtedy zadecyduję.

Białe skiety

(…)

Palę teraz mentolowe marlboro, noszę biały dres prosto i białe skity no name. Czy to coś wprowadza do tej opowieści? Może fiksację bielą. Krótkotrwałą. Bielą, taką jak skóra A. Myślę o niej dziś, myślałem o niej wczoraj i pomyślę jutro. Myślę, odkąd aplikacja tinder nie dostarcza mi już drobnych wibracji na biurku czy w kieszeni, odkąd nie dostarcza małych wibracji i dużych zakłóceń w kroczu i umyśle.

Pojawiają się myśli inne, skojarzenia, bardziej twórcze z pewnością. Choć, czy to znowu takie wielkie, że kiedy widzę dresiarską, jakby ze skansenu wydobytą parę, która swoimi pocałunkami i wyznaniami wchodzi w myśli całego tramwaju (najbardziej koleżanki, która im towarzyszy. Najmniej motorniczego, który ma to wszystko w dupie.) to myślę, o tym, że mile puszysta dresiara, zaraz pobrudzi swoim różowym air maxem białe skity pana dresa.

Kiedy mu siedzi na kolanach, rozkochana cała i mówi: ale wódką od ciebie śmierdzi. Powąchaj Dominika jak od niego śmierdzi. No nie bój się! Przybliż twarz! Nie ugryzie cię! No chuchnij jej, chuchnij, ale nie tak mocno, tylko tak wiesz… A on chucha Dominice, po czym ona zgodnie stwierdza, że faktycznie wódką śmierdzi, to ja się modlę w duchu, aby tylko mile puszysta dziewczyna nie pobrudziła tych białych skarpet. Bo nogi jej zwisające są i bujające się, a i tramwaj i domniemana w tle wódka nie sprzyjają sztywnym ruchom ciała, a wręcz przeciwnie – zmiękczają je, wprowadzać mogą chaos. Jedno mocniejsze hamowanie, pleców odgięcie powodowane śmiechem i zaraz różowo-błotnista pięta różowego air maxa pobrudzi te białe skarpety.

Ale podróż trwa i w końcu docierają na Kijowską i ona mu z tych kolan schodzi. Bez najmniejszego dotknięcia i zabrudzenia.
Jestem za to wdzięczny motorniczemu i jestem wdzięczny tej miłej dziewczynie, że choć jest ekspresywna i bardzo zakochana, to przede wszystkim zdyscyplinowana jakoś wewnętrznie. Że nie jest rozchełstaną łajzą i fleją, która brudzi czyjeś skarpetki, tylko, że potrafi bawić się głośno, przeciągle, ale jednak na wewnętrznym poziomie w sposób czysty i higieniczny, nie obciążający domowego budżetu przeznaczanego na odplamiacze i wybielacze i szare mydło marki jeleń.

JA JA JA 2

Nie palę z rzędu dzień drugi, ale w tym miesiącu to już chyba z piętnasty. Wkurwia mnie wiele (nie powiem, że wszystko) w świecie zewnętrzym i świecie wirtualnym. Wkurwił mnie kucharz dziś i ja jego wkurwiłem i zagroziłem i byłem twardy i on teraz chodzi skulony, otwiera mi drzwi. Naprawdę.
I chciałbym tak teraz wydrzeć ryj na cały Internet, albo konkretniej stargetować wszystkich polskich idiotów na facebooku, których posty kiedykolwiek podniosły mi ciśnienie i krzyknąć im prosto w ryj: „jesteście idiotami, gardzę wami i waszymi zasadami. Pierdolę was.” I chciałbym aby to do nich dotarło, aby ich wkurwiło, bo wtedy choć przez sekundę czułbym się wygrany. I mam teraz ochotę rzucić wyzwanie całemu światu, co czci koniunkturę, co czci konformizm i łatwe idee, mam ochotę wyrwać im gardła, a na ich czaszkach zbudować swoje królestwo.

 

  • dziennik nie będzie tu prowadzony, upubliczniony zostanie dopiero po śmierci. Na blog wrzucam jego ścinki.

JA JA

7 sierpnia 2017

Biceps mi zmalał, dusza maleje, przełyk się kurczy, ręka drętwieje.

Zamęcza mnie „JA”, ciągłe o nim myślenie, męczy mnie lekki niepokój, ból gardła – myślę, że rak krtani. Męczy mnie zapętlona myśl, która odchodzi i wraca, jakby zapięta na linie bungee, odbija ze zdwojoną siłą, bije mnie w twarz.

Zamiast myśleć o innych, o czymś myśleć: o sztuce, o literaturze, o głazach i porostach, o procesach umierania klifów i świetlików, ja myślę głównie o JA. O JA, JA, JA. Bardzo to JA już poznane i przejechane, a jednak wciąż co dzień odwiedzane i rozpatrywane, jak kraina dzieciństwa i dorastania, jak Warszawa, do której się zawsze w końcu wraca, jak osiedle przy ulicy imienia architekta Stefana Bryły, przy którym mieszka matka mojej matki, na którym to osiedlu się wychowałem, i na które wciąż wracam aby odwiedzić babcię, zanieść jej wody. Takie jest to JA. Już nudne trochę i znane, a jednak wciąż, wciąż powtarzane jak mantra. Nie twierdzę, że moje JA jest już do końca wyczerpane, i nic nowego sobą nie zaprezentuje, ale niechże te JA mnie zaskoczy jakoś, pokaże coś nowego. Niechże te JA nie zapali pierdolonego papierosa przez miesiąc, niech się zajmie sprawami istotniejszymi, niech te JA się zachowa raz czule, a raz ostro i niech to JA poczuje coś nowego, niech JA przeleje 100 zł na fundację, zamiast przelewać na bar, niech JA nie pije tyle i niech JA pobiega raczej, niech to JA się wykaże, niech pokaże, to wtedy może przyznam mu znów nieco uwagi i zainteresowania, bo póki co to tylko banał, banał, banał.

 

#CZARNYKAJET