Tagi #czarnykajet

9 postów

CZARNY KAJET vol. 3

CZARNY KAJET vol. 3, 27.07.2019

Pieniądze wydaje się zbyt łatwo, trzeba ich mieć dużo by nie zabrakło. Na dobro pracujesz z mozołem tygodniami, do skoku w przepaść wystarczy chwila.

Kac sobotni, poranek wilgotny witany promieniami słońca odbitymi w kroplach deszczu. Techno party, Stalowa party, o piątej był jeszcze każdy nażarty tablicą Mendelejewa, ulewa czy nie, przy 180 BPM to już wszystko jedno jest. BUM, BUM, BUM, tak szybkie, tak nałożone jak wibracje pszczelich skrzydeł uderzających w kielich orchidei. Gniecie bas twoje ciało i serce, pęka powietrze, łamie się słowo stłuczonym sensem, co skruszony opada w błotną czeluść zadeptanych w parkiecie podeszw.

Chodzę w tym wszystkim z oczami wyłupiastymi, chociaż na zdjęciu wychodzę dostojnie. Poza momentem przystojnym, wypadają liczniej te nieprzystojne. Szukam miłości, czy choćby bliskości i wiem, że nie znajdę jej tutaj. Te co są pięknie nie mają serca, te co je mają nie ciągną druta. Niby okej. Chodź mała na bok, chcę poznać cię. Znaliśmy już się – 8 lat temu. Byłaś ziomalką mej ex, wtedy mówiliśmy sobie jak do zakazanego owocu „cześć”. Teraz są takie chwile, że mam ochotę patrząc w twe oczy zbłyskane molly zjeść cię, ale potem mi mija, gdy widzę w nich nasz smutek i dekadencję #Berent #Próchno #Ozimina.

Spoglądam w telefon, gdzie prowadziłem pisanie z byłymi. Rozmowy zamierają naturalnie po dniach, one przypominają sobie, że ty je znasz i one także znają ciebie. Był taki moment, że myślały już tylko o twoim pogrzebie, a ty teraz próbujesz wjeżdżać im przez literki ze swą wyśnioną rezurekcją, stać się swoją świeższą, wyższą wersją, ale na profilu wciąż masz te zdjęcie, na którym przechodziłeś przez piekło. I one to widzą i widzą cię nowego-starego i nie wierzą w twą zmianę, tak jak ty sam jeszcze w nią nie uwierzyłeś. Zbyt wiele już razy coś cię odepchnęło od DOBREGO, abyś teraz mógł sobie zaufać na słowo.

27 dzień trzeźwości nikotynowo-alkoholowej. Ze znajomymi prędzej czy później zawsze temat schodzi na używki: kto, co, gdzie, ile, jak. Zazwyczaj: każdy, wszystko, dużo, głupio i radośnie. Czasem też na smuta. Deklaracje, mikro ciągi i mikro kuracje, makro gramy płynące nam w żyłach i mózgach, wszystkich wielkich liter i wzorów chemicznych świata; wszystkich slangowych określeń, wszystkich hyperreal odniesień, wikipedii z działu „chemia” hiperlinków. Mazury: LSD, morze: wódka, klub: tabletki połówka, praca: speed, na chęć życia: prozac, na codzienność kicz.

A potem roll, roll Kazimierz Wielki, Jaśnie Pan pozwoli Zygmuncie Auguście Stary – proszę być tak dobrym i przez swój portret dostarczyć w nasze nosy sproszkowanego, białego szczęścia opary. Absurdu.

Trzeźwy czy nie, kończę na muruku. Czuję się tylko inaczej już dzisiaj i większy, pewniejszy, okrzepiony, wiedząc, że to co płynie mi w mózgu i żyłach to już bez wódki i papierosów atomy. Demonów mniej o dwa, więcej o dwanaście. Są takie ranki, że leżysz w łóżku i wiesz, że prędko nie zaśniesz.

 

Kurki i borowiki #opowiadanie

Siedziałem nad otwartym edytorem tekstowym i zastanawiałem się, co napisać. Niby dzieje się tyle niesamowitych rzeczy, i tyle jest historii dookoła, a ja ich słucham i dopowiadam swoje, ale jestem głupi, bo nie zapisuję tych cudzych, a i swoje niezbyt często.

Gdy tak siedziałem na twardym krześle, plując sobie w brodę, że swe powinności pisarza wykonuję niechlujnie i nie pełnoetatowo, ktoś zapukał do moich tarasowych drzwi. Tak, owszem, posiadam taras o imponujących rozmiarach 2×8 metrów, co daje oszałamiającą liczbę 16 metrów kwadratowych, w jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic Warszawy – Pradze Północ.

Pukanie rozległo się ponownie, a ja przepełniony ciekawością i lekkim przestrachem, któż to może być o godzinie 22:35 zbliżyłem się do okna. Uchyliłem papierowe żaluzje, lecz nikogo nie zastałem.

Z powrotem zasiadłem przy biurku i w tem pukanie rozległo się znów. Tym razem podbiegłem do okna kuchennego, które również wychodzi na taras, aby na gorącym uczynku przyłapać żartownisia. Jednak i tym razem nie ujrzałem nikogo, a pukanie o szybę nie ustawało. Wróciłem więc do pokoju i zaopatrzony w czerwony flamaster, którym zamierzałem skrzywdzić ewentualnego napastnika, mężnie otworzyłem tarasowe drzwi. Nikogo tam nie było, i kiedy już chciałem domykać okiennicę, by następnie zadzwonić do swojego przyjaciela Ema z prośbą o polecenie dobrego psychiatry, rozległ się piskliwy głos:

– Tu jestem frajerze, na dole!

Koło moich stóp przybranych w stylowe klapki Kubota stała salaterka z parującą zupą grzybową.

– Czy to pani mówiła, pani zupo?
– Nie jestem kurwa panią, tylko facetem, nie widzisz? – zabulgotała zupa
– Proszę wybaczyć, nie często widuje się zupy rodzaju męskiego.
– Nie przyszedłem tutaj na pogadanki o gender. Zresztą kurwa spójrz na siebie, jak ty kurwa sam wyglądasz.
– Przepraszam, ale jak w ogóle, żeś pan tu zapukał panie zupa grzybowa?
– Nie interesuj się, bo kociej mordy dostaniesz- zupa zawrzała a z jej bulgocącej tafli wyskoczył gorący kawałek borowika i wylądował na mojej białej skarpetce.
– Uważaj pan panie, z tym bulgotaniem, skarpetkie, żeś mnie pan pobrudził!
– Słuchaj młody, jest taka sprawa, nie miał byś może pieprzem trochę poratować?
– Czy nie można było tak od razu? Kulturalniej. Ależ oczywiście, że mam pieprz, proszę tu poczekać, zaraz przyniosę.

Skierowałem się do kuchni, z ulgą, że zupie chodziło tylko o pieprz, jednocześnie zastanawiając się jak mogła zapukać, skoro nie widziałem u niej żadnych członków. Ale może zapukała brzegiem salaterki, tak to było możliwe. Otwarłem szafkę i wśród naderwanych, niearomatycznych saszetek odnalazłem pieprz. Chciałbym kiedyś dorobić się plastykowego młynka i mieć pieprz świeżo mielony, ale póki co mam ważniejsze wydatki, jak papierosy i chleb. Kiedy wróciłem do pokoju, pan zupa grzybowa stał na moim łóżku i uśmiechał się bezczelnie. To znaczy, pływające w przeźroczystej salaterce grzyby, przybrały taką formę, że rydze tworzyły oczy a dwie kurki wstrętny, żółty, nikotynowy uśmiech.

– Hej, panie, uważaj pan! Zaraz się pan tu wylejesz, a to jest kurwa biała kołdra. I gdzie z tym brudnym spodem z dworu, dopiero, co no?
– Dobra, facet, masz ten pieprz? Weź mnie dosyp od góry, o tak, bo mnie strasznie suszy ziomek.
– Dobrze, ale potem pan sobie pójdzie tak?
– No a jak, po chuj mam tu siedzieć, patrzeć jak se konia walisz?
– Nie waliłem konia, tylko pisałem, to znaczy chciałem coś napisać.
– Ta, jasne, He He He, ja tu trochę dłużej pod tymi drzwiami stałem. Weź no mnie dosyp od góry, tak od serca.

Spięty zbliżyłem się do łóżka, modląc się aby pan zupa nie stracił równowagi. Poczułem parującą woń grzybów i sfermentowanego alkoholu. Ostrożnie rozwarłem saszetkę i zacząłem sypać, w pełnej koncentracji, aby nic nie uszczknąć na łóżko.

– O tak, o kurwa, o tak! Tak dobrze, dosyp jeszcze młody! O kurwa, tego mi było trzeba!
– Panie zupa, zaraz pan będziesz niezjadliwy, może już wystarczy?
– Weź mi nie pierdol, co tam jeszcze masz? Rozmaryn? Ziele angielskie? Lubczyk? Weź mnie to wszystko wpierdol młody. O! I liścia laurowego daj!
– Czy pan oby nie przesadzasz?
Odwróciłem się i zdecydowanym krokiem wszedłem do kuchni celem odnalezienia łyżki. Wysunąłem pierwszą od góry szufladę i wyjąłem jedyny sztuciec, niosący w dodatku ślady dawnych zacieków. Kiedy odwróciłem się, pan zupa stał na kancie kuchennego stołu. Żołądek stanął mi w gardle.

– Odłóż tę łyżkę, bo skoczę!
– Nie skacz pan, dzisiaj myłem podłogę!
– Odłóż łyżkę, powoli, tak abym widział twoje rączki. Dobrze, spokojnie… A teraz sięgnij po te przyprawy co je masz za sobą.

Ale ja nie zamierzałem, dać za wygraną, w ostatniej chwili odwinąłem się i wbiłem łyżkę w pana zupę. Krzyknął przeraźliwe i zakaszlał. Salaterka zatrzepotała chwilę na rogu stołu, po czym z impetem uderzyła o kremową posadzkę. Grzyby ułożyły się na kształt krzyża, a z bulgocącej, dogasającej masy dało się usłyszeć, ciche, coś jakby
–Ty skurwysynu…

O nie, ja już sprzątałem w tym tygodniu. Nie mam siły robić tego drugi raz. Wróciłem do pokoju, usiadłem na krześle, przed edytorem tekstu i zacząłem zastanawiać się o czym mogę napisać opowiadanie.

**

– Niezłe. A nie mogłeś po prostu napisać, że wróciłeś najebany  i się porzygałeś?
– Nie.

***

Podobało się? Polub Czarny Kajet na facebooku i obserwuj blog, zapisując się do newslettera w zakładce MENU.
https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

ALEJE 44 odc. 2

odcinek 1 przeczytasz tu: https://czarnykajet.wordpress.com/2017/08/15/aleje-44-odc-1/

ALEJE 44 odc. 2

… nawet gdy są złe to się budzisz,

możesz w nich kochać lub mordować ludzi,

krzywe odbicie w witrynie twego ducha,

są twoje, tajne, niejawne jak życie,

tu wszystko dzieje się naprawdę

 

Zbudował wokół siebie wały, z przedmiotów błahych, błyszczących tanią elegancją. Uszczelnił wszystko zwitkami banknotów i drobnym bilonem. Choć nie przesadzajmy, nie było tego tak wiele by zamatować conocne przypływy świadomości. Po prostu trochę szmelcu do zdmuchnięcia jednym porządnym przypływem. Lecz wtedy wydawało mu się, że ten worek z piaskiem może się równać z wałem co najmniej Zawadowskim, tamą Hoovera, kurwa mać. Mordo, jakże mogłeś być tak naiwny, co?

Stary, wiesz jak jest. Doświadczenie, świadomość przychodzą z czasem.

A co to jest ta cała „świadomość” powiesz mi? Jednego dnia wydaje ci się, że ją masz, drugiego też a po latach cofasz się pamięcią do miejsc i zdarzeń, w których uczestniczyłeś. W których „świadomość” tamtejsza była jednym wielkim fałszem, ułuda. Jakże człowiek może aspirować do miana świadomego, gdy ma tylko dwoje oczu, uszu i jedną głowę, w obliczu oczu, uszu i głów miliardów. Czego możemy być pewni, to „podświadomość”, ta ukazała Ci się wtedy w pełni, co?

O człowieku, co Ty możesz o tym wiedzieć?

JA WIEM. Jak się wstydzisz to mogę sam im zrelacjonować..

O nie, nie tego jeszcze brakuje byś moje życie relacjonował, ty spoza tego świata. Zagarniał MOJE kurwa historie. Idź, sam żyj, sam rób i kolekcjonuj własne. Dobra, słuchajcie to było tak:

Odebrałem TO, choć nie pamiętam skąd, nie pamiętam od kogo. Bo jest tylko tu. Spękane połacie kwadratowych płyt, skanseny mokotowskie Warszawy lat ’90 oprószone blachą falistą, co wyrosła pod słońcem na kształt budek z warzywami, też zresztą blaszanymi. Bar „Sai-gon”, pasmanteria i zegarmistrz, do tego „Tanio i modnie”, epicentrum warszawskiej bazarowości, rytuał odtwarzany wedle jednego wzorca, odtwarza tę samą rzeczywistość niezależnie od miejsca. Ale obczajcie to: idę i psy (znaczy policja) wyrastają spod ziemi i rozpoczynają interwencję wobec starowniki siwej, co do emerytury dorabia czosnku sprzedażą. Nierozsądnie byłoby się  w tym momencie zbliżać, lecz to robię na przekór zasadom zdrowego rozsądku i na przekór systemowi, tak sobie myślę wtedy.

Wydałem się podejrzany najwyraźniej w swoim bezciele, więc dwóch z pięciu co tę staruszkę spisywało podbija teraz do mnie, w celu dokonania rewizji osobistej. Mokry pot na czole, lecz oczywiście panowie, bądźcie gośćmi moich kieszeni! Tu trzymam papierki po gumach, tu stary mandat, o! Tu wyjątkowa kolekcja porozrzucanych zapałek (macie może szluga?), oh a tu już zbliżamy się do mojego centrum zarządzania. Oczywiście, że pokażę, nie mam nic do ukrycia, kartę miejską z emblematem PRAWDZIWEGO WARSZAWIAKA (panowie też z Warszawy?) doładowana! i 50 złotych. Telefon? Po co telefon? Tam jest budka jak pan policjant chce zadzwonić. Wy to naprawdę nie macie co robić, prawdziwi przestępcy kryją się po kuluarach, nie na bazarach! O! To wszystko? Nie kradziony? No co pan powie! A kupowałem od ruskich, tu na rogu. Dziękuję (chuj wam w dupy). Dowidzenia.

Udało się! Kurwa znowu się udało, lecz niejasne przeczucia każą mi skitrać towar gdzieś, daleko. Może pod kamieniem, jak siekierę chował Roskolnikov? Niee, zbyt oklepane. Za to ten śmietnik z braku laku będzie idealny. Wyjmuję więc grube zawiniątko z bokserek (ulga) i kitram, nie wiem jak. I tu nagła inspiracja, doświadczeń życiowych złożona konstelacja, przypomina się Morrowind i jedna z  pierwszych misji, gdzie celem było śledzenie elfa, żeby przyuważyć jego skrytkę. Typ się nie oglądał więc ją wyhaczyłem, zgarnąłem expy i golda, jak się okazuje teraz, również cenną naukę by się oglądać przez ramię jak coś chowam. Czynię to więc niezwłocznie i oto przyuważam osobnika co mi się przygląda z niedalekiej oddali. Ha! busted lamusie! Jakby samo zauważenie miało sprawić, że zniknie, że przegrał misję i musi wrócić na start, nie pobierając 200 złotych. Niewzruszony kończę kitrać i odchodzę…

Dlaczego by nie wrócić do tych policjantów, myślę? Teraz? Czysty? W obronie polsiej przedsiębiorczości, kupić narodowy czosnek. Wow! Zajebisty pomysł, poklepałbym się po plecach trzecią ręką, gdybym mógł. Tym razem afera jednak jest większa. Staruszka zawijana już do suki pod zarzutem narażenia skarbu państwa na znaczne straty finansowe. Łapanka miejscowej ludności, prześladowania etniczne – Polacy Polaków tu gnębią. I oto bum! Odkrycie jak malowidła z groty Chauveta, bo u typka niewiadomego mi pochodzenia znajdują woreczek wielkości pięści NAJPRAWDZIWSZEGO CZARNEGO KOKSU. Tyle towaru w gaciach a typ się buja po mieście jakby szedł po bułki albo udawał gwiazdę porno. W tej chwili oczy wszystkich zwracają się na mnie. (co jest kurwa). Pan Tadeusz? Przecież on już nie żyje, odpowiadam. Nie, chodzi o CIEBIE, ripostuje pies. O kurwa, no ja no i co (towar w śmietniku).

Znaleźliśmy u tego pana (wskazuje na tego lamusa) narkotyki. Ponieważ to są pana spodnie, musimy pana aresztować – oświadcza z grobową miną.

Kurwa co? Typ ma rzekomo „moje spodnie” więc to MNIE aresztujecie? – niedowierzam ciągle.

Dokładnie tak, zapraszam z nami.

Kolejne co pamiętam to areszt. Zimna, kraciasta cela i te uczucie rażącej niesprawiedliwości jakie mnie dotknęło. Farsa! „Moje spodnie” kurwa mać! Na szczęście zaraz proces ruszy i wszystko się wyjaśni. Szkoda tylko tego towaru w śmietniku, pewnie ktoś go już zawinął. Ja pierdole.

Przychodzi strażnik i otwiera kratę. Nagle przenosimy się w przestrzeń śnieżnokremową, gdzie nie ma wymiarów, ścian, podłóg, odległości. Widzę go, stoi  parę długości ode mnie, wąs kryje się pod niebieską czapką.

Panie Tadeuszu, niniejszym, w dniu dzisiejszym skazujemy pana na śmierć przez powieszenie za wprowadzenie na rynek znacznej ilości środków odurzających. – oświadcza, z twarzą przenikliwie smutną.

Nie wierzę w to co słyszę! Jak to na śmierć? – pytam. Przecież nie było żadnego procesu, sądu, nic. Jestem niewinny! – zaczynam tracić nad sobą kontrolę. Chcę uciekać ale nie ma dokąd. Cały świat to jedna, wielka, śnieżno kremowa pustka.

Wiem, że nie było. – odpowiada posmutniały, solidaryzujący się strażnik. – Zapraszam za mną.

Nie zgadzam się! Proszę, nie! – w tym momencie, gdy zdałem sobie sprawę z nieuchronności kary, niby nie zawinionej lecz jakby sprawiedliwej, zaczynają mi wypadać zęby. Widzę je w krwi na swoich jasnych dłoniach. Zaczynam seplenić swą ostatnią mowę obronną Sokratejską, zęby wypadają jeden po drugim. Krew ścieka mi przez poranione palce.

BUDZĘ SIĘ.

Sięgam po szklankę wody ze stołu, przy okazji znajdując kolczyk blondi co mnie opuściła kilka godzin temu. Bez blanta dziś nie zasnę.

 

 

 

ALEJE 44 odc. 1

ALEJE 44 to moja pierwsza próba stworzenia dłuższego cyklu opowiadań/anegdot. Powstała 2 lata temu, we wrześniu 2015 roku, i liczy do tej pory 4 „odcinki”. Mieszkałem wtedy w powojennej kamienicy zlokalizowanej w samym sercu Warszawy – na Alejach Jerozolimskich, koło Rotundy. To było świetne, wielkie mieszkanie, odziedziczone przez ciotkę mojego kumpla po zmarłym redaktorze magazynu teatralnego (bodajże „Teatru”). Dysponowałem ogromnym i wysokim salonem, kilkoma obrazami, potężnym gdańskim biurkiem ozdobionym ołowiową figurką Małego Powstańca i widokiem na Aleje poprzez zasłaniający mi okno, szary, siatkowy baner.
Rozpoczynałem wtedy studia filologiczne i aby połączyć koniec z końcem sprzedawałem po znajomych zioło. Byłem kiepskim dilerem, za bardzo „schizoidalnym” jakby to określił Witkacy. Któregoś dnia mój hurtownik został zatrzymany przez policję i tak zakończyła się moja kariera w tej branży.  ALEJE 44 są zbiorem ludzi, wydarzeń, przemyśleń i fikcji tamtego okresu.
ALEJE 44 odc. 1

– To wszystko kurwa, sensu nie ma najmniejszego.
– Daj macha.
– Chciałbym nie palić zupełnie. Niczego już nigdy. Dłonie mam o 5 lat starsze. Czerwone jak cegła (wiesz skąd to tekst?), płuca smołą okryte, umysł rozproszony jak światło w pryzmacie.
– Ostatnio Aśka się porzygała na melanżu po mefixie.
– Czytam właśnie Eneidę. Przestać muszę bo mnie twórczo kastruje. Wiek przed Chrystusem, pisano podwaliny europejskiej kultury, umysły tak doskonałe jakich dziś już nie ma.
– Dasz mi dwójke w kredo?
– W kredo nie daję. Nie stać cię choć jesteś za legalem. Nie ćpaj wcale chciałbym ci powiedzieć, ale rozumiesz, że mi profesja na to nie pozwala – moralność, etyka dilera.
– No weź, kurwa myślisz, że ci nie oddam?
– Ta rozmowa, jest już zakończona. Zakończyła się nim się zaczęła. Nie ma już dróg między nami, nie ma słów, jest tylko to zielone gówno w srebrnej folii i wspomnienia, jak razem chodziliśmy do klasy 6c.

Wychodzi burczący, skryty w cieniach przedpokoju. Siema, siema, to nie ściema wcale, choć uraz pozostał niemy. Między tym co zostało powiedziane wprost i tym co między wersami, między machami tlącej się w pokoju zieleni. Znów sam. Na chwilę fizycznie, od lat dwóch metafizycznie, bez perspektyw na zmianę. Przez bogów opuszczony, bez filozofii i wartości jakiś większych, głębszych. Osamotniony człowiek w przepastnym Wszechświecie, to znaczy ja. Nie tylko ja, lecz ja ze świadomością. Nie tylko oni bez świadomości.
I znów się rozlega telefon, co niesie przyspieszony puls, już sam nie rozróżniam czy z nerwów czy ekscytacji łatwymi pieniędzmi. Tak jestem dostępny, tak jasne, wpadaj. Za 20 minut? Super. Znasz kod? Do zobaczenia.
Moja była, ta miłość co była, co się skończyła, uleciała, rozpierdoliła na drobne cząsteczki, odłamki pod moją i jej skórą. I tylko ten uśmiech, historia z facebooka, kroniki codzienności i relacje świadków naocznych dowodzić mogą, że jakaś miłość istniała tam, gdzieś, kiedyś faktycznie między dwójką ludzi. Teraz zależność się zmieniła. Bo ona ćpa a ja jej sprzedają i to raczej wrogość pod płaszczykiem przyjaźni jest niż miłość, choćby to słowo różnie interpretować.

Mija pięć minut i telefon rozlega się kolejny, od G. To oznacza, że dziś zarobię, a potem zaspokoję rządzę niepamięci, oderwania się i czucia przez chwilę jakbym był bogaty. Elość morda. Za kwadrans? okej.
Aż w końcu ta się zjawia, persona trzecia, bliżej mi nieznana o blond włosach, kolczyku w ustach i w metryce mająca lat co najmniej osiemnaście. Cześć. Buzi. (Wietrzę pokój) Rozmowę prowadzę nad wyraz swobodnie zza przeciwsłonecznych okularów. Choć jest listopad a słońca nie widziano w tym mieście od dawna. Czego się napijesz, zjesz? Pierwszy raz u mnie jest i to co dostrzega w mieszkaniu, którego okna z jednej strony padają na Jerozolimskie Aleje, z drugiej strony na ulicę Widok, mieszkania, którego ściany zdobią obrazy, teatralne plakaty z lat Gomułki, biurko gdańskie i gramofon dostrzega jedynie, że pachnie tu starym człowiekiem. Tak, był tu taki jeden. Widzisz, w tym regale są książki, które napisał, ale masz rację był stary. Tak stary, że już go nie ma.

Więc tylko YOLO, buzi, buzi, ręka pod bluzkę i nic się nie liczy. Prócz hajsu co właśnie dzwoni domofonem. Przepraszam więc kolczyk na ustach, każę zostać w pokoju numer 3 i kieruję kroki ku kuchni, gdzie w lodówce ktoś ciekawski znalazłby keczap pudliszki, ser pleśniowy i pudełko po cukierkach. Z pudełka wyjmuję cztery gramy marihuany, rozdzielam na dwa zawiniątka, za pomocą wagi jubilerskiej zakupionej na ulicy Ząbkowskiej (jest paragon!).

Jestem dilerem uczciwym, bo ułudę doznań odmierzam równo co do liczb dziesiętnych. Folia aluminiowa, bo samary to przypał w razie wjazdu organów porządkowych i pakuję już i już schodzę z ta odrobiną adrenaliny, bo zejście każde może okazać się ostatnim. ,,Widzimy go” – szepce w windzie umysł, imaginując obrazy policjantów, furgonetek, lornetek i wymówek na komendzie. Zaimplikowane wizje wyobraźni dilera, nieodłączne jak słońce, które zaćmił DZIŚ* księżyc.
Czeka ziom, idzie Ona. I z każdym z nich chciałbym porozmawiać bardziej, niż z tą co czeka na górze całego procederu nieświadoma, lecz sytuacja liryczna wyklucza takie możliwości. Więc tylko szybkie powitania, znaczące uściski dłoni, wymiana walut. Się żyje, co S.? – zanuca ziom z uśmiechem i jest to uśmiech z tych szczerych, aprobujących. Ona znaczącego nic nie mówi, ja tylko byśmy się kiedyś spotkali co się do DZISIAJ od tamtej pory nie wydarzyło.
Bogatszy o złotych sto, zarobionych w minut pięć, stresów, myśli tysiące, wracam na górę schodami, z ego wybrukowanym marmurowymi kafelkami.
Czeka na kanapie, tam gdzie ją zostawiłem jak psa, bo niczym więcej nie jest, jak tylko psem do głaskania i posuwania, choć to może nie najlepsza katachreza. Wracamy do zajęć porzuconych, ona nie pyta o nic, więc dłoń pod koszulką mocuje się ze stanikiem, druga z guzikiem w dżinsach. Wargi łączą się w chaotycznym tańcu, obcych sobie ludzi, lecz soki organizmów na stopnie pokrewieństwa zdają się nie zwracać uwagi. Gdy już naga cała pod swetrem leży tak bezbronnie na białym prześcieradle, to chcę jej skosztować choć już nie raz, nie dwa się na tym przejechałem posunięciu. I tu do trzech razy sztuka. Choć to nas wyrzuca z całej opowieści, to jednak dygresja warta zanotowania.

Kobiety szanowne, proszę Was bardzo w imieniu męskiej populacji: myjcie cipy! Tak, myjcie je zawsze a już zwłaszcza wtedy, gdy na procent choćby pięćdziesiąt możecie przypuszczać, że ktoś ich wkrótce dotknie ustami, wrażliwymi jak łechtaczka na bodźce kubkami smakowymi, czerwonego języka!

Biorę więc gryza tej cipy oszczanej a fiut, strzegąc chyba godności, odmawia chwilowo współpracy. Kładę się więc obok i całuję tę blond w usta by posmakowała siebie, by się dowiedziała jak paskudnie smakuje i cierpiała razem ze mną. Ona, one. Zawsze udają, że nie wiedzą o co chodzi, i wkładają ten jęzor, bezmyślnie, jakby nigdy nic, jakby się delektowały lodem z mcdonalda. Zabiera się osiemnastka do robienia laski i tu kolejne moje niewidoczne odruchy zażenowania, jak się trudzi, jak się dusi i kaszle a ledwo co połknęła napleta. Ciągnie nieudolnie, doi mnie jak krowę, jak to pewnie robiła rok wstecz nim przyjechała do Warszawy. Czekam więc chwilę by jej nie robić przykrości, coś tam nawet wzdechnę, aż w końcu łapię za włosy, patrzę głęboko w te oczy krowie, co się odbijają blaskiem mych źrenic i sadzam ją na sobie. Oh, ciasna jak metro Świętokrzyska. Już mnie znudził ten wątek. To nie pisemko erotyczne jest, więc każdy niech sobie dopowie jak to dalej po wsadzeniu jest.
Palimy potem papierosy, ona się tuli łapczywie i pyta czy status może zmieniać na facebooku. Ja mówię, że zaraz muszę wychodzić, i że słuchałem ostatnio fajnego rapu, wiesz PRO8L3M taka grupa, trupa, dupa. Ubieram się pierwszy, odprowadzam przed kamienicę i pytam gdzie idzie, ona tam, a to wiesz? ja w przeciwną akurat, no cóż, fajnie było, musimy to powtórzyć! Odchodzę kawałek i wracam wstukać, dobrze znany kod, gdy jej już na horyzoncie nie ma. Na SMSy od niej nie odpisuję już nigdy.

* DZIŚ – w dniu, w którym to pisałem było zaćmienie Słońca


rysunek: Phil Ostojski http://faser175.tumblr.com/

Chcesz przeczytać kolejny odcinek? Polajkuj ten post i pokaż go znajomym! Zostaw mi także znak w komentarzu, czy Ci się podobało, czy też było zupełnie obleśne!

Śledź mój profil na fb: https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

#czarnykajet #elo

Homo Polacus Feriae

Czyta: Krystyna Czubówna

Homo Polacus Feriae budzi się wcześnie, wraz z pierwszym blaskiem świtu i odbiciem wczorajszego trunku zwanego „browarkiem”. W jego letniej, tymczasowej izbie następuje poruszenie.
– Schodzimy na śniadanie! – krzyk głodnego samca przebudza dorodną samicę i potomstwo.
– Tato, musimy? – szczebiocą pisklęta otwierając zapyziałe pyszczki, decyzja jednak została już podjęta. Ich żołądki wkrótce napełnią się bułkami i przetworami mięsnymi.
Punktualnie o godzinie 7.55 kompletne, wydające specyficzny zapach bojowy, stado zmierza ku żerowisku zwanym „stołówką”. Tam krzątający się w pośpiechu słudzy bez twarzy i imion, znoszą już sterty jadła i darów, które wkrótce zostaną pożarte przez wygłodniałe stada Homo Poolacus Feriae.

Nie po to pracowali cały rok aby wypoczywać w wakacje. „Chcemy złapać jak najwięcej słońca” orzeka samiec i jako pierwszy zbliża się do wodopoju z kawą, herbatą i sokiem pomarańczowym, sprawdzając jednocześnie czy młodym nie grozi niebezpieczeństwo. Teren jest bezpieczny. Inne Polacusy nie zeszły jeszcze na żer, dziś będą musiały zadowolić się resztkami jadła.

Stado, w pierwszej kolejności sięga po białe pieczywo i parówki – przysmak i główny element diety młodych, bogaty w niezbędne dla ich prawidłowego rozwoju witaminy i minerały: fosforany, cytryniany, azotan sodu, tłuszcz wieprzowy oraz przeciwutleniacze.
Kiedy Polacusy napełnią półmiski zasiadają przy stole w absolutnym milczeniu, po to aby nie zwabić na żerowisko pobliskich drapieżników: hirundinidae, chroicocephalus ridibundus, oraz chiroptera. Potomstwo w razie wydawania pisków jest natychmiastowo uciszane.
– Macie tylko jeść i nic więcej! – szepce samiec a w głosie jego czuć nutę groźby. Jeśli do głosu dopuszczana jest samica, to tylko w celu dalszego upominania potomstwa, aby „jadło ładnie” a na plaży „nie sypało piaskiem” – jest to bowiem bardzo groźne.
Polacusy przyjmują zatem miny pełne dostojeństwa i powagi, tak by jak najlepiej zamaskować dręczącą ich niechęć prowadzenia konwersacji.

Konsumują długo, jednak ich apetyt nigdy nie zostaje zaspokojony. Samiec ponownie zbliża się do stołu i otwierając podręczny ekwipunek zwany „torbą żulówką” marki BOSS zaczyna pakować do niej bułki, opakowania z dżemem i masłem a także szynkę konserwową – niezbędną do dalszego przetrwania ośmiu godzin na plaży. Jest to moment bardzo niebezpieczny bowiem Polacus może zostać przyłapany i zaatakowany przez Sługę, który wymusi od niego oddanie zdobyczy.
Zdekonspirowany Polacus odniósłby wtedy porażkę w oczach stada. Ta jednak grupa ma za sobą lata doświadczenia o czym świadczą niezdrowy wygląd cery i przebiegłość samicy: jednym ruchem przywołuje Sługę pod wymyślonym pretekstem, tymczasem Samiec zgrabnym ruchem kończy polowanie, wrzuca ostatni dżem wiśniowy do torby i oddala się obojętnym krokiem w stronę podwórza. Za nim, w milczeniu podążają młode.

Stado odniosło sukces, ale na jego drodze w ciągu tego dnia czyha jeszcze wiele niebezpieczeństw.

***
Chcesz wiedzieć jakich? Polub ten post i udostępnij go znajomym! Jeśli dotrze do 300 osób dowiesz się jak wygląda popołudnie nadmorskiego przedstawiciela Homo Polacus.

polub moją stronę na facebooku: https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

*Ten post ma na celu: po pierwsze rozbawić czytelnika, po drugie obrazić osoby prezentujące powyższe zachowania.
** Nad Bałtykiem oprócz Homo Polacus Feriaes poznałem masę fajnych Polaków, rodzin z dzieciakami, od których emanowała miłość, radość i kultura. Niech będzie nas coraz więcej! 
#czarnykajet #czarnykajet.wordpress.com

Budując z atomu

Brodząc palcami w nadmorskim piachu wyobraziłem sobie Boga, czego nie robiłem od lat.

Boga który jednym, idealnie uczynionym gestem tworzyłby różnorodne tkanki, komórki i owady, tworzywem Jego byłaby zaś masa podobna do piachu, sypka, lecz bardziej plastyczna, tak że gdyby ulatywała z dłoni, ziarna zastygałyby w czystej przestrzeni tworząc wieże i trójwymiarowe kształty zgodne z wolą Kreatora.

Bóg Kreator jednym tylko zanurzeniem dłoni (o niezliczonej ilości palców, trąbek, porów, wypustek i przyssawek) budowałby organizmy doskonałe w swej funkcji, pięknie i przeznaczeniu a jedno z miliarda ziarenek plastycznego piachu decydowałoby o sukcesie, lub porażce projektu.

W swej niezmierzonej intuicji, instynktownym wyczuciu dobra i piękna, wobec której najlepszy ludzki architekt byłby niczym dziecko na pustyni, lub pył, Bóg Kreator tworzyłby organizmy jeden za drugim a przerwa między stworzeniem jednego i drugiego wynosiłaby miliardowe części sekundy; ilekroć Bóg Kreator uznawałby swe dzieło za skończone, materializowałoby się ono we właściwym swym miejscu na Ziemi, lub w sferze Idei, a Bóg nie zmieniając wcale piaskowego tworzywa, budowałby dalej płynnymi pociągnięciami kosmicznych dłoni. Nie odczuwałby przy tym upływu czasu, bowiem czas nie dotyczyłby go wedle ludzkiej miary: zamiast skończonej osi, czas jest dla Boga niczym koło, po którym może poruszać się wedle swej woli i w każdej z chwil znajdować się na początku, lub na końcu stworzenia, (choć przecież koło nie ma swego początku i końca) żyje w związku z tym wiecznie, lecz gdyby uznał to za stosowne mógłby sam siebie unicestwić wraz ze Wszechświatem. Ludzkość nigdy tego zniszczenia nie ujrzy, bowiem nasze miliardy lat są dla Niego niczym minuty, a nasz gatunek skazany jest na zagładę naturalną, nie kosmiczną.

Dla człowieka kreacja byłaby procesem niepojętym, i nie istnieje nawet drobna szansa aby jakakolwiek istota ziemska mogła być świadkiem tego cudu. Gdyby jednak hipotetycznie dojrzała dzieło stwarzania to ujrzałaby jak wokół istoty niepojętych rozmiarów, form, światłości i fal dźwięku zdolnych jednym westchnieniem unicestwiać planety, zaroiłoby się od miliardów stworzeń, w których człowiek (gdyby Bóg Kreator zezwolił) ujrzałby muchy, pszczoły, karaluchy, źdźbła trawy i lipowy pył, a także istoty całkiem nieznane o barwach i kształtach niepojętych dla oka, które strwożyłyby i uśmierciły jego serce nagłą świadomością własnej marności.

Dlatego podkreślam: opis z perspektywy antropologicznej musi być z natury swej ułomny, niepełny, posłuszny ludzkiemu doświadczeniu i ograniczonej mocy poznawczej, bowiem tak jak mrówka nie jest w stanie zrozumieć i ujrzeć procesu tworzenia energii atomowej, tak człowiek nie byłby zdolny ujrzeć procesu kreowania istot; sama bowiem bliskość i nieskończona moc Boga Kreatora byłaby dla człowieka destrukcyjna aż do rozkładu i rozpadu w nicość atomów jego duszy.

I kiedy tak moje dłonie zanurzały się i rozgarniały atomy nadmorskiego piachu, a myśli płynęły powyższym rytmem natchnione rzadkim odczuciem metafizycznym, ujrzałem, że palce me kreślą w piachu kształty kobiece. Dłonie kształtowały biodra a przesuwając się w dół zaczęły zaznaczać kontury ud. Następnie opuszki palców wsunęły się między te ciągłe linie i utworzyły kontury wewnętrzne, kreśląc delikatnie szczegóły anatomiczne. Później utworzyłem tułów, (lekko tylko węższy od bioder), palcem oznaczyłem pępek, a dalej wnętrze dłoni zaczęło usypywać i gładzić piersi.

bógkreator

I oto pomyślałem, że jedną tylko istotą nad którą Bóg Kreator musiał zastanawiać się długo, i przy której nawet jego niepojęta intuicja okazała się niewystarczająca – była kobieta. Harmonijna, lecz zaskakująca w swych kształtach i jakże skomplikowana a subtelna w psychice. O ile wszystkie kształty poprzednie i organizmy rodziły się jakby natychmiastowo, bez zastanowienia, o tyle kobieta musiała być projektem nawet dla samego Boga bardzo długim i wyczerpującym. Czerpiącym nie tylko jego natchnienie, ale i emocje, a także zasoby mądrości i inwencji. Sytuacja ta przypominała pracę stolarza, który po cięciu desek na równe długości (poza obszarem świadomości), nagle stanął przed zadaniem zbudowania z nich mostu, świadom, że most ten musi być wykonany; inaczej wszystkie jego wyroby i talenta nic nie będą warte.

Tak o to powstała kobieta i tak powstało życie, i tak powstał nasz świat. Od Boga Kreatora, który usiadł na kosmicznej materii nasyconej idealną proporcją atomów i zanurzył w nią dłoń.


#CZARNY KAJET

*Autor nie jest kreacjonistą.

**Nie jest nawet teistą.

JA JA

7 sierpnia 2017

Biceps mi zmalał, dusza maleje, przełyk się kurczy, ręka drętwieje.

Zamęcza mnie „JA”, ciągłe o nim myślenie, męczy mnie lekki niepokój, ból gardła – myślę, że rak krtani. Męczy mnie zapętlona myśl, która odchodzi i wraca, jakby zapięta na linie bungee, odbija ze zdwojoną siłą, bije mnie w twarz.

Zamiast myśleć o innych, o czymś myśleć: o sztuce, o literaturze, o głazach i porostach, o procesach umierania klifów i świetlików, ja myślę głównie o JA. O JA, JA, JA. Bardzo to JA już poznane i przejechane, a jednak wciąż co dzień odwiedzane i rozpatrywane, jak kraina dzieciństwa i dorastania, jak Warszawa, do której się zawsze w końcu wraca, jak osiedle przy ulicy imienia architekta Stefana Bryły, przy którym mieszka matka mojej matki, na którym to osiedlu się wychowałem, i na które wciąż wracam aby odwiedzić babcię, zanieść jej wody. Takie jest to JA. Już nudne trochę i znane, a jednak wciąż, wciąż powtarzane jak mantra. Nie twierdzę, że moje JA jest już do końca wyczerpane, i nic nowego sobą nie zaprezentuje, ale niechże te JA mnie zaskoczy jakoś, pokaże coś nowego. Niechże te JA nie zapali pierdolonego papierosa przez miesiąc, niech się zajmie sprawami istotniejszymi, niech te JA się zachowa raz czule, a raz ostro i niech to JA poczuje coś nowego, niech JA przeleje 100 zł na fundację, zamiast przelewać na bar, niech JA nie pije tyle i niech JA pobiega raczej, niech to JA się wykaże, niech pokaże, to wtedy może przyznam mu znów nieco uwagi i zainteresowania, bo póki co to tylko banał, banał, banał.

 

#CZARNYKAJET

 

 

 

połamanie

palę papierosy o pierwszej
nie są to moje pierwsze
nie są to moje wiersze
i chwile

najlepsze

nie zaciągam się już
bo wszędzie wyczuwam smród
błoto i kurz, gówno i busz
z cipki jej nienajświeższej

ale chętnej

możliwości ścieram jak kurz
chciałbym napisać, że je rucham jak ciebie
ale to byłby fałsz, cóż

popiół i piwo, butla i wino
goryczki smak twych ust

nie otwieram się już
odpalam szluga i robię dym
paru ochrzciło mnie „skurwysyn”

płynie dym
płynnie dymam
topię się gdy dumam
dymanie i dumanie nie idą w parze
jak król
i królowa
związek, monarchia, zaczynam od nowa
hejter się chowa
obmowa za plecami jak nóż plastikowy
wypierdalaj, idź pokrój lody

a ona na tylnym siedzeniu
nie ma nic do powiedzenia prócz otwarcia ust
O!
lubię ten luz
białą skórę na skórze czarnej
kota skaczącego w pięć sek. do stu
i choćby chujów było stu
*sto

to was obcinam i ścinam i kurczę do zup

i choćby było sto dup
to chuja mentalnie wam wbijam
potem rodzi się trup
zgarniam łup, i idę po swoje jakby mnie było stu

jebać tu, jebać tam i wszędzie
życie się zaczyna kiedy tworzysz sobie przejście
wśród bzdur i bruzd

jebać konwencje i twoje oczekiwania
nie daję róż, nie daję już
biorę ze świata co moje
gibona odpalam jak stoję

w dymie cię żegnam jak Magik
piętro dziewiąte
jestem dla siebie
„nie ma mnie dla nikogo” już.