Tagi czarny kajet

26 postów

A morze tak, a może nie?

A morze tak, a może nie?

Znaj swe miejsce młody żeglarzu,
Bo twarde karki ocean gnie.
Już niejeden mocno się sparzył –
Może przemożesz, a może nie.

A może tak, a może nie?
Morze faluje zawsze tak jak chce…
A morze tak, a morze nie –
Woli nie próbuj mu narzucić swej.

(Tekst piosenki żeglarskiej: A morze tak, a może nie)

Kraina ze wszystkich stron oblegana przez szczepy Polan, od wschodu do zachodu, od północy do południa, kraina na wpół dzika, żyzna, gotowa do kolonizacji, kraina, gdzie proporce parawanowych murów przypominają wyraźnie – tu jest Polska – i nigdzie się stąd nie rusza. No chyba, że na obiad. Kraina dzieci zdrowych i głośnych, piw ciepłych a dobrych, pełna handlu i poezji: „Nawet Neptun wyszedł z wody by spróbować nasze lody!”, „Żono, żono, namów męża, jagodzianka wskrzesi węża!”. Ahoj!

Polski Bałtyk ma w sobie czar niepodrabialny.

Wiem coś o tym, spędziłem tu łącznie sześć miesięcy swojskiego życia. Okres tego wydłużonego stażu czyni mnie niejakim ekspertem w dziedzinie zbierania muszelek i prowadzenia rozmów pod automatem z wyskakującą bokserką gruszką do trzeciej nad ranem.

Pierwszy dzień nad morzem jest jak gruboziarniste połączenie piwa marki Bosman, drobin piachu na szyjce butelki, panierowanego dorsza, refrenów disco-polo i nawoływań dzieci. Wszystko wymieszane z nalewką bursztynową i lodem włoskim, na końcu okraszone aromatem zakręconego na patyku ziemniaka.

Gdzie indziej pójdziesz na plażę, kebab, lody, spacer leśny, wesołe miasteczko, piwo, festiwal reggae, gandzię, dorsza i to tego samego dnia?!

Przyjeżdżając nad Bałtyk trafiamy w sam środek kulturowego tygla, w którym mieszają się gastronomie i patenty rozrywkowe z całego świata. Lody tajskie spotykają się tu na granicy kostki brukowej z lodami włoskimi, lody kulki z lodami sześcianami, kebab doskonale koegzystuje z pizzą, a sushi baraszkuje swobodnie ze smażalnią ryb. To niemal historyczne doświadczenie przebywania na multikulturowym, XX wiecznym targu Wolnego Miasta Gdańsk, gdzie musieli handlować ze sobą Polacy, Niemcy, Żydzi, Turcy, Szwedzi i Rosjanie. Nikt wtedy nie słyszał o Tajach ani o Japończykach, ale i oni musieli przynajmniej duchowo uczestniczyć w tym wielki targowisku rozmaitości. Dziś uczestniczą, o ile nie fizycznie to przynajmniej ekonomicznie.

W Polsce, co nie dziwi, roi się bowiem od Polaków. Średnio na jednego Polaka przypadają tutaj trzy kamienie, 1018 ziarenek piasku oraz 308 litrów słonej wody.

Polacy są najróżniejsi, we wszystkich kolorach, zestawach, połączeniach i sandałach. Jest to jakby miniatura kraju, proporcjonalnie oddająca panujące w nim stosunki, o których to stosunkach zapomina się zbyt łatwo mieszkając w mieście zwanym przez wielu Warszawą. Polska jest bowiem prostoduszna, lekko otyła i niezbyt wymagająca. Polska to my! Polska to starsza pani o kulach, Polska to brzuchacz z żubrem w ręku, Polska to dzieci nagie na piachu i Polska to disco-polo śmiało dudniące na ryneczku. Stężenia polskości są tu wysokie i mogą nawet odrzucać, co bardziej lewicujące organizmy, ale w bojach z tymi zjawiskami nabiera się w końcu pewnej krzepy. Najpierw: zaprzeczenie: „Nie, nie, przecież to nie może być tak!”. Potem gniew: „nosz kurwa, ile tych ludzi!”. Negocjacje: „może przyjdę o innej porze”. Depresja: „jestem odciętą koniczyną społeczeństwa, nie pasuję tutaj”. W końcu: akceptacja: „Dobra, rozstawiaj parawan i daj te piwo”.

Gdzie indziej pójdziesz na plażę, kebab, lody, spacer leśny, wesołe miasteczko, piwo, festiwal reggae, gandzię, dorsza i to tego samego dnia?!

Wesołe miasteczko w Darłowie, lśniące bielą i rdzą gigantyczne wahadło, zwane finezyjnie „MŁOTEM PRZEBUDZENIA”.

Ostatni przegląd przeszło zapewne w 2012 roku w wejherowskim warsztacie samochodowym u szwagra. Zupełnie jak huśtawka, tylko mierząca 20 metrów, i wyrzucająca Cię w granatowy kosmos. Czyste katharsis. Przy zapinaniu foteli, pan z obsługi wyglądający na Serba lub może Albańczyka, łypie uważnie jakby kalkulował proporcje rozłożenia mas. Kiedy na blaszany, świecący piedestał wkracza ostatnia para, nie mam wątpliwości, że tak było. Nie sadza ich razem, tylko po przylegających rogach, tak, że w razie wypadnięcia, przynajmniej jedno z nich ma szansę przeżyć. Naprzeciwko mnie pani odmawia modlitwę, próbuję rozpogodzić ją uśmiechem i to coś daje, ale zaraz „MŁOT PRZEBUDZENIA” startuje i już nie ma czasu na czcze rozmowy. Wyrzuca cię w boki, tak, że z początku kalkulujesz między kalectwem tymczasowym a trwałym, w co by tu trafić by możliwie zredukować uszkodzenia ciała – czy w wirujące filiżanki, czy może jednak karuzelę? Po chwili wietrzne i mroźne odchylenia stają się coraz mocniejsze, tak, że godzisz się już z możliwością poniesienia natychmiastowej śmierci wskutek urwania wahadła. Bujamy się tak, już zupełnie na poważnie, a z kieszeni wysuwa mi się flaszka wiśniówki, spada i głośno pęka dramatycznie. Pozostali pasażerowie, nie wiedzą, że to flaszka. Zaczynają krzyczeć, modlitwy pomimo przeciążeń 1,5 G zostają wznowione.

Niniejszy felieton, grubo podszyty nićmi ironii, byłby jednak niczym więcej jak tylko kpiną, wyszydzeniem, piaskiem rzuconym w kierunku Bogu ducha winnego tłumu słuchającego radośnie koncertu polskiego country na małomiasteczkowym rynku, gdyby nie to, że… naprawdę kocham polskie morze! Praca nad Bałtykiem sprawiała, że mi się to opatrzyło, że przestało iskrzyć i barwić. W końcu ujrzałem zaplecza kebabów, na których pali się trawkę, poznałem sezonowych kucharzy i milionerów, wąchałem 100 kilogramów dorsza z zamrażarki i pijanego pracownika wesołego miasteczka, ale to wszystko nic! To wszystko nic! Bo może i kicz, bo może i pic, ale za to jak radośnie skrojony!

Kocham polskie morze i aby to udowodnić postanawiam rozliczyć się z kilkoma negatywnymi mitami, które ostatnimi czasy zaciążyły nad szumiącą famą Bałtyku. A co!

Parawany, które stały się synonimem „januszostwa”, grubiańskiej przestrzennej kolonizacji, w wykonaniu domorosłych Kolumbów, nie są w gruncie piachu niczym złym. Nad polskim morzem naprawdę wieje, a ten sprytny, lekki, tekstylno-drewniany wynalazek czyni nasze życie jedynie bardziej znośnym. To jakby biadolić na okulary słoneczne albo elektryczne szyby w aucie – bo owszem, można się obejść bez nich, ale po co, skoro dzięki nim życie staje się o ten jeden procent znośniejsze. 99% plażowiczów nie wychodzi o piątej nad ranem by zastawić taktyczne, przestrzenne wnyki, a po prostu chce w spokoju cieszyć się niezakłóconym dotykiem słońca na posmarowanej kremami z filtrem skórze.

Nadmorskie ceny; wybuchy internetowego oburzenia na flądrę za 50 zł czy przesolone frytki – owszem, to się zdarza. Wszędzie! Z tym, że jakoś szczególnie upodobaliśmy sobie psioczenie na górali i pomorzan, przyjmując te internetowe reportaże z restauracyjnych frontów jako obraz mówiący o całej tamtejszej gastronomii. Taka zbiorowa synekdocha. Tymczasem są to wypadki pojedyncze, dziejące się pod strzechami szybko zamykanych knajp. A te uczciwe, działające wieloletnie? O nich nikt nie wspomni, bo sensacji nie ma. Ot, porządny obiad za 20 zł, a do tego piwo za siódemkę. „Ryba była dobra, a nawet surówka więcej niż w porządku. Wrócimy na pewno!”. O tym żaden portal nie napisze. A uwierzcie mi, że tak to wygląda prawie wszędzie.

Ceny domków i hoteli.

„Coś mówiłeś, że za droga PROSTO bluza? To nie kupuj jej, ona nie jest dla lamusa” jak nawijał Wojtek Sokół, i miał słuszność. Tylko, że zamiast „PROSTO bluza” podstawcie sobie „domki przy morzu” i wyjdzie to samo, tylko, że bez rymu.

Czy są drogie? Dla singla czy pary, owszem, podróż zagraniczna z biurem podróży może wyjść porównywalnie, czy nawet taniej od polskiego Bałtyku, ale już dla rodziny z dzieckiem, czy dwójką, a nawet trójką, a nawet nawet czwórką, podróż za granicę to już znaczne operacje logistyczne, niespodziewane wydatki i brak bezpieczeństwa, którego Bałtykowi odmówić nie można.

A jeśli już jesteśmy przy dzieciach… Teraz pojmuję, że nadmorskie miasteczka skrojone są dokładnie pod dziecięcą wyobraźnię i wypełniają ją w sposób godny podziwu! Z wyjazdu z babcią, kiedy miałem 7 lat, pamiętam to, że kupiła mi śnieżnego Bionnicla. Z wypadu z mamą latawiec oraz incydent zagubienia się na plaży; kiedy moja biedna, zapłakana rodzicielka szukała mnie po całym Władysławowie, ja radośnie grałem z ratownikami w piłkę pod wieżyczką, nieświadom całej grozy wydarzenia. Dopóki dopóty mama nie znalazła mnie roześmianego w skrzącym, złocistym piachu. A potem chyba mi wlała. Nie pamiętam. Ale lody były pyszne!

Gdy byłem starszy, jeździłem z kumplami – gumy łamiszczęki, kauczukowe piłki, batalie w cymbergaya i nieudana próba kupienia Playboya, to właśnie takie rzeczy zapisują się w pamięci małoletnich podróżników. A to, że namiot w kiczowate paski, a to, że dyskoteka obciachowa, a to, że w „Tanich książkach” praktycznie same kryminały i romanse; kto by na to zwracał uwagę! Bo to nie jest istotne, bo to omija młody aparat krytyczny, a zamiast skupiać się na tym czego brakuje, skupia się na tym, co jest; a jest wiele!

Wakacje nad morzem, to coś więcej niż odpoczynek.

To czas karnawału, w którym opadają (lub chociaż próbują opaść) zwyczajowe maski, a każdy rolnik, informatyk, urzędniczka czy ekspedientka mają szansę na chwile stać się królami życia. Mogą zamienić swoje stare dżinsy na nowe szorty z 4F, mogą pójść do baru jak człowiek i przetańczyć tam całą noc, mogą sprezentować dziecku breloczek i lody, a później odpocząć od swych czterech ścian i zjeść spokojnie gofra z bitą śmietaną (i jeszcze tę polewę pani da). Wakacje nadmorskie to coś więcej niż wypoczynek. To terapia. Terapia gruntująca nas w polskości. Po co jechać do nieznanych krajów, borykać się z problemami językowymi i kulturowymi, czuć się znów podrzędniejszym, biedniejszym, zdezorientowanym wśród nowych miejsc i ludzi, skoro można na spokojnie, odwiedzać te same miasteczko przez 10 lat i znać w nim każdy kąt. Bałtyk to drugie domostwo, druga ojczyzna, tyle, że odświętna, karnawałowa i przez to wyjątkowa.

Znów popłynę na morze kąpać się z gwiazdami,
znów popłynę na morze, spotkam z kolegami.
W starych portach będę szperał, pewno spotkam przyjaciela,
no bo
znów popłynę na morze z łajbą za pan brat.

(Tekst piosenki żeglarskiej: Znów popłynę na morze)

zapiski z czarnego kajetu vol. 1 – „Podwójne życie”

zapiski z czarnego kajetu vol. 1

Podobno ludzie czytają blogi, dlatego, że są one ciągami pewnych narracji. Nie wiem, ja nie czytam żadnych blogów. Poza tym (Tobie polecam to samo). Wiele można by o nim powiedzieć, ale nie to, że był ciągiem. Choć uważna filolożka zaopatrzona w pensetę postmodernistycznej krytyki na pewno by z tego ciąg jakiś wyciągnęła.

Ciągi były innego typu. Niejedne. Stąd brak ciągu bloga #blaga.

ALE UWAGA! TO SIĘ WŁAŚNIE ZMIENIA. JA PIOTR SARMINI (NIE CZARNY KAJET!)WPADAM W CIĄG

w ciąg blogowy, ciąg tej jednej (pfff) narracji, historii. Nie będę tu zatem wrzucać opowiadań, wierszy – niech lecą na konkursy! A ci, którzy myślę, że jedyne, co piszę to ten blog, oh! Jakże się mylą. Ten blog był dotąd miską na twórcze obierki, odkrawaną od sztuki mej właściwiej, niejawnej, lub kupnej, lub w szufladzie leżącej, lub lecącej w prywatne tylko ręce. Był niestety, wstyd to przyznać, śmietnikiem mej twórczości, jej nieoczekującym niczego w zamian wyrzutem.

Od teraz, pod tytułem „zapiski z czarnego kajetu” pojawi się tu blog właściwy, kontynuowany, przeplatany życiowaniem dziennym i jego wydarzeniami.

 

Dzisiaj obejrzałem na Muranowie dupny francuski film pod tytułem „Podwójne życie”. Podwójne, bo jednym życiem jesteś w kinie, a drugim gdzieś bardzo daleko, byle jak najdalej. Chcesz biec, ale musisz sie dzieć. Na dupie. Bo zapłaciłeś. 17 złotych. Niby to nie kwota zaporowa, unosząc się honorem można z niej swobodnie zrezygnować, ale ty jesteś szlachetny – dajesz szanse. Kolejnym scenom. Jesteś ofiarą syndromu sztokcholmskiego. Albo syndromu polskiego. To znaczy tak już znudzony, że ślepo wierzysz w to, że nudniej już być nie może. Że się zadzieje. Ale się nie dzieje. aż do bladego końca…

Film opowiada historię miękkocielistych, żywiących się pasztecikami, pijących wino w nadmiernie małych ilościach, niepalących Francuzów i Francuzek. (Najbardziej niepokojąca jest scena, kiedy jeden bohater mówi „wystarczy już wódki” i zabiera ją ze stołu). Niby dwóch par. A może czterech jeśli by wziąć pod uwagę wszystkie kombinacje. Par tak zimnych jak pomarańczowy sok Juliet Binoche (z którego każe baranowi wyjąć lód), choć w zamierzeniu autorów miało to chyba wyglądać inaczej. Dystrybutor oznajmia w duchu postprawdy:

„Uwodzicielski i przewrotny, najnowszy film Oliviera Assayasa (…) bawi się pojęciem wierności.”

Owszem. Ale dlaczego postanowił poddać testom moją wierność? Wierność postanowienia wytrwania całego seansu??

Jeśli za „uwodzenie” uchodzi dziś widok opasłego i włochatego ciała łysiejącego aktora, piersi lesbijki, rozmowy o e-bookach to chyba zmieniła się słownikowa definicja tego słowa. O czym mnie nie poinformowano. Jeśli za „przewrotność” uchodzi rozmawianie po seksie z kochanką o postępującym procesie cyfryzacji, dystrybucji audiobooków i milczenie wobec kochanki swojego męża – to ja to kupuję. Totalnie przewrotne. Tak, że masz ochotę wyjebać się z fotela.

Szczerze mówiąc, za te 17 złotych wolałbym wykupić raport sprzedaży książek we Francji, bo do tego właściwie ten film się sprowadza. Dialogi pisał prawdopodobnie ekonomista z zapleczem pracy w wydawnictwie (bardzo dobrze ci to wyszło! ten insight!). Gadki w agencji reklamowej na temat sprzedaży tabletek od bólu głowy bywają ciekawsze. Naprawdę!

Kiedy na salę, po pięciu minutach weszła spóźniona para, chciałem im powiedzieć: „uciekajcie! Jest tak piękna pogoda. Nie psujcie sobie tego”, ale potem postanowiłem, że za spóźnienie powinni jednak pocierpieć. Wyszli pierwsi. Pozostała widownia także z widoczną ulgą.

Skręcając peta zapytałem starszą panią jak jej się podobało.

„Strasznie to było nudne…”

A miała z 70 lat. Ci ludzie są dużo odporniejsi na nudę od nas. A jednak pani była wstrząśnięta. I ziewająca jednocześnie.

Potem, poszedłem do rozpalonej słońcem Sahary fury, która cały ten czas była otwarta jak się okazało. Na szczęście Ray-Bany i płyta PRO8L3Mu były na miejscu. Podobnie jak dwudziestoletnie fotele. Warszawa uwięziła mnie w swojej zakorkowanej macicy na godzinę. Ma u mnie kolejnego karnego minusika.

w związku z tym: SZUKAM KOCHANKI!

do długich rozmów o alternatywach życia w mieście, urbanistyce oraz stanie typowych konstrukcji nawierzchni podatnych i sztywnych

 

KokoDżambo i do przodu

Dziś o 20:00 spotkanie z gościem a.k.a. KokoDżambo. DJ, wodzirej, konferansjer; motto na czerwonej archaicznej wizytówce: „Koko Dżambo i do przodu!”. Taki też hasztag na insta.

Odczuwam dysonans między pierwszym jego wejrzeniem przez fejsa, wejściem w zdjęcia profilowe i jakieś wallowe, przeczytaniem kilku wpisów i licznymi polubieniami tychże, polubionych przez znajomych podzielających entuzjastyczny styl Roberta. Z fotografii wygląda do mnie facet uśmiechnięty, około 30-letni, z lekkim brzuszkiem, ale jednak wysportowany – co dumnie poświadczają trzymane przez niego medale, trofea, okraszone błotem na twarzy trzymającej biały uśmiech z jakiegoś biegu leśnego. Typ prezentuje się jako afirmator życia, szczery entuzjasta, naznaczony zwycięzca, sportowiec i przedsiębiorca, artysta muzyk i pragmatyk śmieszek, ale i w garniturze potrafiący. 

Zazwyczaj dilerzy to goście mający w zdjęciu profilowym małego powstańca, albo czarnego, łypiącego diabelskimi oczyma tandetnego potwora, postać z anime przybraną w biało-czerwony filtr „Polska dla polaków”, albo „Wpieram marsz”. Ich ostatni publiczny post pojawił się 13 marca 2012 roku i był zbierającym dwa polubienia utworem Rage Against The Machine, to goście, których stan ducha jest właśnie przez tę ścianę oddawany – są zaszyci – w sobie, w swoim świecie głęboko.

Robert przeciwnie. Kiedy spotykamy się pod Biedronką na skrzyżowaniu Hożej i Kruczej KokoDżambo wita mnie witą skrywającą w otwartej dłoni białe, ukryte w chusteczce higienicznej zawiniątko.

– Siema jestem Robert KokoDżambo.

– Siema, Miron.

Przed spotkaniem z typem stwierdziłem, że nic mu o sobie nie będę mówić. Ani czym się zajmuję, ani gdzie i czy w ogóle studiuję, gdzie pracuję, ale on zaczyna pierwszy:

– Kurwa – strasznie dużo klnie – właśnie wróciłem z terapii. Choć wstąpimy do biedry, bo tamta na Marszałkowskiej kurwa zajebana jak Koleje Mazowieckie z rana.

– Dlatego wybieram Auchan, człowieku – biel, luksus, awokado.

– Też lubię Oszołoma, ale daleko mam, nie zawsze chce mi się podjechać, a teraz mam taką kurwa ochotę na lody, człowieku.

Wchodzimy do biedry, co sprawia wrażenie jakby nie głównego wejścia, a kulis wielkiego mechanizmu branży spożywczo-usługowej. Biedronki z lubością odsłaniają swe kartonowo-druciane flaki, pokazując ukryte mechanizmy funkcjonowania marketu. To co w innych sklepach jest ukrywane, tutaj jest naświetlane, co tam czynione nocą po zamknięciu, tutaj w godzinie szczytu, gdzie tam jest śmietnik, tutaj główne wejście.

Polak chce widzieć, co mu się podaje, jak to się tworzy. Chce mieć #DziałkauSzwagra feeling, wejść w obieg zdarzeń i rzeczy, które mają go czynić. Czyż to nie szczodre? Mój przyjaciel G. powtarza, że chce przed ludźmi odsłaniać rzeczy tajemne, te, których zawsze chcieli spróbować, ale bali się zapytać. Dlatego ich uczy robienia waty cukrowej. Gdybyś zastanawiał się jak wygląda praca w biedronce, to jak w panoptikum zawsze możesz to ujrzeć między lodówką z mięsem, a kartonami porozrzucanych czipsów.

– Zośka! Zośka! Masz 5 dych rozmienić?

– Nie mam! Andrzej, masz 5 dych?!

– Mam! A na ile?

– Marta, na ile?

– Na 2 x 20 i 10

– Na 2x 20 i 10!

– To mam! Poczekaj! Przepraszam.

I Andrzej wstaje ze swego szarego, rozkręconego jak Opel Astra fotela i idzie do Marty, do kasy numer 3 rozmienić jej 5 dych, bo przecież korporacja obracająca miliardami złotych, nie może zapewnić swoim kasjerom dostatecznej ilości gotówki w kasie. Nie kurwa! Czy można drobniej? Jeszcze by zobaczyli ile tego jest. Jeszcze by korciło, by tak zabrać wszystko i wyjechać na Mazury. A tak? Masz 1500 na miesiąc i se radź.

KokoDżambo bierze dwa ogromne kubły lodów waniliowych oraz wiśniowych i pyta czy ja też chcę jeden. Grzecznie dziękuję. Potem dostrzegam, że te kubły to dla niego ciężki wyrzut sumienia, bo jak mu pół-żartobliwie sugeruję, że jest sportowcem, to mówi: „ta… pa na te kubły kurwy”. Zabawne, ja nigdy nie miałem wyrzutów z powodu jedzenia.

Czekając przy kasie on znów wspomina o terapii. Czwarty raz. Ewidentnie chce się tym podzielić, więc pytam, co za terapia.

– Od alkoholu i narkotyków. Ale ogólnie to wiesz jestem DJ-em, ratownikiem wodnym, runmagedon, wiesz. Sport wiesz.

Trzęsie się jak galerta.

– To bendzie 15 złotych i 20 groszych.

– Chwilka… jeszcze znajdę 20.

Idziemy na tramwaj razem, choć wolałbym już zakończyć te wojaże, ale on chce ewidentnie gadać jeszcze o życiu swym, widać dalej w terapii flow, coś znów o ratownictwie. Sugeruję Bałtyk, żeby se popracował w lato i już mam się wygadywać, że tam bywam i pracować może będę, że Mielno, ale się łapię za język. On na morskie ratownictwo:

– A weź kurwa. Ja mam swoje lata, a tam wiesz, niezależnie ile masz lat, nie to trafisz na młodszego od siebie, takiego kurwa co mi będzie rozkazywać, a jebać go, jebać to, kurwa jest taka fala, siostra mi mówiła, bo ona też ratowniczka, weź po chuj mi to. Tak naprawdę tam chodzi o balngę, wiesz, melanż cały czas, wóda… nos. Tam się nie zarabia. A weź kurwa rano na kacu, a nie daj Boże, odpukać jakaś tragedia, to cię sprawdzą alkomatem, weź, kurwa, nie chcę, wolę tutaj.

– Ja słyszałem, że rano seks, po południu seks, w nocy seks na plaży.

– Ta? A byłeś?

– Nie. Koleżanka była.

Wbijamy w tram i tam gadka jeszcze o znajomku naszym wspólnym i jakieś nasze wspólne z nim historie, potem o dziarach coś i tak się żegnamy.

– Do zobaczenia, dzwoń, dzwoń, w kotakcie!

– Elo.

Graba szersza niż być powinna, ale chuj. Cieszę się, że wysiadł na Ratuszu, a nie jechał ze mną na Pragę, bo już nie chciałoby mi się kontynuować tych o niczym gadek. Tego pseudokumpelstwa, które zespaja ludzi na kwadrans tylko dlatego, że jeden kupił od drugiego działę. Czy gadasz ze sprzedawcą w Biedronce 15 minut, albo ze sprzedawcą z Rossmana, co ma na promocji: „Nowa Maybaline mascara”? Nie. A tu gadasz i jeszcze powinieneś być przyjemny, bo diler to ktoś więcej niż sprzedawca. To sprzedawca marzeń, twojego spełnienia, twoich oczekiwań i twojego nałogu, którego stacja benzynowa 24h nie obsługuje. Diler is your friend. All caps are bastards.

Kruszę zasady patrząc na widok góry stołowej #Kapsztad.

Dwie anegdoty

Dwie anegdoty

Chodzenie przez lata do odpowiedniego fryzjera obfituje wytworzeniem bliskich relacji:
 
– Panie Darku, a co pan tak na nogę utyka?
– A wie pan, uprawialiśmy wczoraj z żoną seks. UPRAWIALIŚMY to odpowiednie słowo, bo to było właśnie takie uprawianie.
– Rozumiem, takie oranie.
– Tak, po tym ja sobie musiałem smarować kolanem maść, a ona kręgosłup. Po 30 latach małżeństwa, tak właśnie wygląda POŻYCIE.
– Widzi pan, dlatego ja z całym szacunkiem, żony nie mam.
– Oh, jak skończymy to na głowie to już proszę pana nie będzie wyboru.
***
Idę z Tidumem Krakowskim Przedmieściem, zaczepiają nas Mormoni.
– Dżem dobry – mówi dziewczyna z amerykańskim akcentem – czy werzycze w Boga?
– Uważam, że wiara lub niewiara w Boga, nie wyczerpuje możliwości moich stosunków względem Absolutu. – odpowiada Tidum na jednym wydechu.
—— error, error, drzewko dialogowe zostało ścięte.

TURBOT

Dzień, rozpoczęty notabene obiecująco, bo już o godzinie 8.00, z jedynie lekkim, półgodzinnym zaspaniem zatruł mi turbot z zamrażarki.

Dzień o potencjale rosnącym – rozpoczęty anapaną (zarówno wczoraj jak i dziś ostatnia myśl medytacji nie tyczyła się odczucia ciepła lub wyładowanie na wąsie, a którejś z dawnych kobiet, czy może precyzyjniej mówiąc *********), przez kawę zbożową marki Inka (którą wczoraj mi obrzydził nieergonomiczny [strasznie trudno się z nim poruszało; obok niego] Em. informując, że inkę podają na Kolskiej „taką zimną i ohydną nad ranem” [nie wiem skąd to wiedział]. Coś co do tej pory kojarzyłem jedynie z czystą atmosferą Dziadowieckiej kuchni Dhamma Pallavy, Em. musiał mi zohydzić wizją alkoholowej degradacji)

A potem decyzja szybka, w ułamku sekundy – na śniadanie zamiast owsianki zjem gnocchi. Wtedy też konstatując, że skoro gnocchi na śniadanie, to już nie na obiad, postanowiłem rozmrozić turbota. Jacek przywiózł znad morza chyba z 10 kg. Jestem przekonany, że podróż ta odbyła się z wszelkimi uchybieniami względem sanepidowskich norm przewozu żywności. Jedynie domniemany mróz lub temperatury lekko powyżej zera panujące na pace opla vivaro mogły działać na korzyć rozmrażającej się ryby.

Owszem, 2 tygodnie temu prezentowała się jeszcze całkiem nieźle, o ile wielka, zbita, różowa kula rybich, trójkątnych tusz może wyglądać nieźle. Turboty są tak zmrożone, że niemożliwością jest oddzielać je we właściwych kawałkach; zbita masa różowości może być cięta na wskroś bez zważania na to, gdzie przebiegają naturalne granice ości i kręgosłupów. Może być, ale nie tnę, bo rwanie mięsistych tkanek zamrożonych zbyt ohydne mi się wydaje. Szukam, więc tusz samotnych, odrzuconych od beznamiętnego, a twardego stada kuli, coś jakby dusz odepchniętych od społeczeństwa. Szukam ich i podaję im pomocną dłoń. Oferuję rozgrzanie, uwagę, trochę przypraw. Najważniejsze: sprawiam, że znów mogą stać się przydatne, przysłużyć się komuś – wyższej sprawie. Sprawie mojego żołądka.

Znajduję samotne, poza nawiasem folii, wygięte tuszyczki. Jedna ma na sobie szron, druga jakby – płatki śniegu.

Wyciągam wspaniałomyślnie dłoń i wtedy już czuję ich swąd. Nie powinny śmierdzieć skoro są w głębokiej hibernacji. Może to tylko zapach. Tak, zapach.

Zbliżam turbota, czy raczej to co z niego zostało pod drżący jeszcze anapaną nos i wtedy, i wtedy robię: „łue, łue e ehk!”.

A mimo wszystko kładę to na talerz, obok drugiego trupa i wkładam na górną półkę lodówki. Tak dziś wielka jest we mnie chęć pomocy bliźnim i darmowego napełnienia żołądka.

Staję się jednocześnie oprawcą i ofiarą, przedmiotem i podmiotem, mecenasem, beneficjentem.

* ostatecznie obiad skończył się na pizzy

notowane pierwotnie w Czarny Kajet FALL 2018

 

 

Wystarczy. | Żebra Wieloryba | WIERSZE

Wiersze w Czarnym Kajecie poczynione 1 XII 2018

 

 

Wystarczy.

Nie chcę jeść pizzy
chcę oliwki, buraczki w rozmarynie
i ogolone cipki
jedna w zasadzie wystarczy
chcę zielonej, parzonej herbaty
troszkę placka ziemniaczanego
garść nasion i dla wilgotności
łyżkę lekkiej śmietany
i chcę jej skóry ciepło
czuć na swojej skórze
chcę klepnąć pośladek
dwa w zasadzie wystarczą
tyle. wystarczy.

 

Żebra Wieloryba

Pod żebrami wieloryba
utkanymi barwnym szkłem
nocą kwitną łąki gwiazd

Płyniemy w brzuchach kolorowych ryb
o ślepiach czerwonych i żółtych
w strumieniu drogi jednej świadomości
stłuczonej w miliardy świadomości mniejszych
nawleceni jak błyszczące korale na nić

Każda ryba ma swoją rybią sprawę
i nie ma w tym nic złego
płyniemy, otoczeni żebrami wieloryba
w brzuchach kolorowych ryb
/niebo przywdziało czerń
i gotuje dla nas dzień/
w jedną stronę
a przecież nikt nam nie powiedział
gdzie
wiemy
jak ławica wie gdzie

w aucie słyszę tylko szum.

sarmini portret

Kraków, 25 X 2018

Czarny Kajet FALL 2018

Hostel B-Movie, Kraków

/Cejrowski i TVP napierdalają mi nad łbem spójną propagandą nienawiści. Dziennikarz – publicysta-konserwatysta się spotkał z drugim takim samym i teraz razem se takują i atakują i wynika z tego to, co zakute łby chcą./

A ja dziś chcę przeżywać, chcę się odrywać od przeżyć zapętlonych we fraktalach mikrocierpienia.

/Dzięki (Bogu) Hiszpanka przełącza kanał/

Rozmawiałem z Jabłonką i się pożegnałem z nią dobrze, odcinając ją od pępowiny wyrzutów sumienia i myśli kreślących alternatywne scenariusze przeszłości i przyszłości. Podziękowaliśmy sobie i teraz oboje ku wolności, przynajmniej tej od wzajemnej zależności. Bo do wolności osobistej daleka jeszcze droga… nie! CEL daleki, bo droga jest już kroczona. I potykana. I upadana. I dalej: powstająca, idąca (z bólem), biegnąca (z radością).

Materia. Ja w żyłach i arteriach dawnej stolicy tego kraju. Na łeb pada. Na łeb pada. Na  łeb  pada. Że nie mogę (choćbym chciał) wejść tu i tak, bo w kielni brak królów, na torsie munduru, że no brak. Bezdomność Kajeta. Bo ja chciałbym wszędzie. I na tego królika w śmietanie i na wino czerwone, na piwo zielone, deser nasączony alkoholem. A jak nie mogę to mi czyni nieszczęście, a jak mogę to krótką radość, spulchnienie materiału modnego: E G O.

I potem w sztosie, z jakąś u boku, przemierzam ciemne ulice w szlafroku(autentyk: #Sylwester2018) i zamawiam cierpa:

Weźmy narkotyki – mówię.

I płyniemy. Płyniemy na radiowych falach nocnego „Radia Kampus” do obskurnych bram, gdzie zostawiłem kiedyś swój tag i gdzie tagi inne też znam, a tam pan:

– Pięć dych za gram.

Tfe, ścierwo. Ale jakbym miał to jechałbym do szklanko-metal bram i tam:

– Siema. Pięć stów za gram.

I też bym brał.

A potem z nią na dom

/boję się, że mi się skończy tusz w piórze/

i na białe łoże. Ona skąpana w czerwieni kolorze
światła
Pręży się lub jest bardzo mała (to już zależne jest od niej i od ostatnich dwóch godzin [nietrzeźwych]), ale obojętnie jaka jest biorę ją jak Piękny Pies, a jeśli kocham, lubię, szanuję to nazwę „suką”.

A ona wtedy jęknie i na świecie, przez krótką chwilę znów będzie pięknie, bo dwoje ludzi przypomniało sobie, że w głębi, wypełnieniu, sokach, tarciu wilgotnej tkanki o skórę SĄ ZWIERZĘTAMI.

A potem leżymy w mokrej pościeli, paląc lub nie (to zależy od tego jaki był ostatni dzień) i śmiejeMY się, milczyMY, patrzyMY w oczy, dotykaMY lub nie (patrz wyżej).

A rano czuję nic. Kac. Nic. Kac. Smród. Nic. Ból.

Ona jest czy nie? To zależy (patrz wyżej).

/Facet stary i łysy, jebał go pies, przełączył ka nał, podgłośnił film o Stalinie, sytuacji rosyjskiej wsi, stracony romantyczny flow-chill/

Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem – recenzja

Życie zamienione w anegdoty

Przeprowadzaliście się kiedyś? Ja wielokrotnie. Z każdymi przenosinami coś się zatraca; to sztuka kompromisów, wyborów. Jedno decydujemy się zostawić, drugie wyrzucić, trzecie oddać komuś gdzieś. Lżejsi o rzeczy, ciężsi o wspomnienia podróżujemy w kolejne Nieznane. Sami, czasem z kimś. Zwykle sami.

Taką mam zasadę: „wszystko ma wejść do kombi”. Dlatego kupiłem kombi. Zasada wyklucza meble; jeśli są, to podlegają kategorii przedmiotów „domowych” nie „osobistych”. Wśród osobistych, są na pewno książki. Lekkie, ciężkie, grube, cienkie, małe, wielkie, przeczytane i te „na kiedyś”, w oprawach twardych i miękkich, nowe – błyszczące oraz stare poszarzałe, kupione na bazarze zmarszczone. Trzeba to do kartonów pomieścić. Czasem, jak pakuję, mam ochotę zostawić na ulicy. Wyrzucić z rąk ważący pięćdziesiąt kilogramów karton i powiedzieć: pierdolę was! pierdolę papier, literaturę, obwoluty i pogięte rogi! Zostaję nomadem. Nomadem z ebookiem.

Ale potem przychodzi moment skruchy, przeprosin. Gładzę, układam kolorowe grzbiety na nowej półce, chucham, prostuję i jestem wdzięczny. Wdzięczny, że je mam, bo przesuwając wzrok po obwolutach to jakbym oglądał przyjaciół dawnych lat, kompanów, którzy nadali sens (i liczny bezsens) mnie dzisiaj. W książkach się człowiek odbija (Encyklopedia Polskiej Psychodeli). Jak ma na półce wszystkie wydania Gombrowicza i Białoszewskiego, o tak, na wyciągnięcie ręki, to jednak co innego niż gdyby tam stały świeczki i czytnik amazona.

Ja jeszcze nie mam Gombrowicza i Białoszewskiego wszystkiego, ale mam Marcina Wiche. Dużo poręczniej, bo wydał dwie – łatwiej być na bieżąco. Czy go stawiam obok tych powyżej? Tak. Bo mam wąską półkę. Czy tak jakby znaczeniowo, doniośle? Nie. Nie ta półka, inna kategoria, liga. Ale też bardzo dobra. No i książka ładnie wydana. Taka szara eminencja, z granatową podwiązką. Ma coś w sobie.

Książka Marcina Wichy, Rzeczy, których nie wyrzuciłem postuluje, że jako ludzie z przedmiotami się łączymy i gdzieś, czy tego chcemy czy nie, na zawsze w nich pozostajemy (dlatego warto je czasem przez życie nieść). One stanowią odbicie tego kim jesteśmy, kim byliśmy (kim się staniemy?).

Autor – skończony esteta – brodzi wśród materii: książek, ładowarek, lamp i zakurzonych półek, sięga po rzeczy bezpańskie i osamotnione. Nie jest to podróż bez celu; przyszło mu sprzątać mieszkanie po zmarłej przyjaciółce. A tak się ułożyło, że ta przyjaciółka była jednocześnie jego matką.

Nie mówiła o śmierci. Tylko raz. Nieokreślony ruch ręką, machnięcie w stronę półek:

– Co z tym wszystkim zrobisz?

A więc on teraz robi. Sprząta, układa, porządkuje. Rzeczy się stają wzmacniaczem wspomnień: zaczytane przez matkę powieści – przekaźniki obrazów i zachowań – barwnych, wyrazistych, takich „tylko jej”. Bo z tego obrazu, który kreśli syn wyłania się postać bezkompromisowa, zadziorna i ironiczna.

– Pamiętasz Mariuszka z naszej szkoły?

– Bardzo miły – odparła, ponieważ pamiętała, że go nie lubiłem.

Matka. Żona. Polka. Żydówka. Pedagog. I bohaterka. Taka w prawdziwym sensie, nie tylko historii. Bohaterka w oczach dziecka, które uczyła jak się zdobywa książki w PRL, jak się walczy o swoje, jak się trzeba szarpać, żeby wyszarpnąć i jak mówić prawdę, by nas szanowali.

Miała słowa na każdą okazję. Posługiwała się nimi jak zestawem narzędzi. Śrubokręt do każdej śrubki. Klucz do każdego zamka.

Wyrasta z tej postaci autorytet kobiety silnej. Nie nieskazitelnej. Po prostu takiej, którą być mogła w trudnych powojennych czasach. Przedstawicielka pokolenia, któremu obiecywano piękne życie, a które dostało kartki, kolejki i przepisy na królika w śmietanie. Ale zrobiło to co mogło.

 

Niezasadnie ten zbiór klasyfikować gatunkowo. Nazwanie „esejem” może odstraszać, mówienie, że to opowiadania, pamiętnik czy powiastka filozoficzna byłoby nadużyciem. Jest to wszystkim po trochu, gatunkowym synkretyzmem, który czyta się z zaskakująco lekko, bez ckliwości i bez wyrachowania. Mikroopowieści, duże na pół strony czasem na kilka, przecinają kilka porządków i czasów. Są kolorowe lata 60-te, dogasający PRL, początki wolnej Polski i współczesność – zakurzona i matowa wobec śmierci, która nadeszła. Układa się to wszystko w luźnej chronologii, która płynnie prowadzi nas do… do końca.

Wicha wytyka, że Europejczyk XXI wieku nie potrafi mówić o śmierci. Nie chcemy jej widzieć, myśleć. Brakuje słów.

– Zaczęło się już to [mówi lekarz]. Pan rozumie? Zaczęło się to. Pan rozumie? To.

Uczymy się jednak głębiej rozumieć, a to już wiele. Rzeczy, których nie wyrzuciłem są pochwałą codzienności oraz instrukcją pożegnań, tych ostatecznych. Instrukcją pamięci o tym jak chcielibyśmy zapamiętać swych najbliższych, a także jak sami będziemy zapamiętani. Nie bije z tej książki żal niewyjaśnionych spraw, obcości. Pozostają ciepłe i zabawne anegdoty. Te anegdoty, która chcemy opowiadać przy rodzinnym stole. Bez dat i szczegółów. Impresje po prostu, powtarzane wielokrotnie to tu, to tam.

I choć śmierć to niby nie temat do rozmów Wicha pokazał, że można. Że można z szacunkiem, przekąsem, nieraz uśmiechem, mówić o tych, którzy odeszli. Tego się warto nauczyć.

***

 

Przypis: Książka „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” została w tym roku nagrodzona nagrodą im. W. Gombrowicza, Paszportem Polityki oraz Nagrodą Nike. Autor Marcin Wicha (ur. 1972) jest grafikiem oraz eseistą.

Za nadesłanie książki dziękuję wydawnictwu Karakter.

 

Nad morze przyjechał do mnie PeKa. Już dawno gadał mi o leku, który podkrada ojcu, (co swoją drogą uznaję za dość żałosne), i który to lek zaaplikowany przed snem wywołuje u niego doznania narkotyczne. Lek nazywa się "Na sen" (jeśli czyta to przedstawiciel koncernu farmaceutycznego, to nie mam nic przeciwko by ten product placement był komercyjny), a jego substancją czynną jest zolpidem. PeKa. z namaszczeniem wręczył mi nadwyrężony mocno blister leku NA SEN (widzicie jak ładnie lokuję? #SEO) i polecił połknąć jedną tabletkę. Wobec osaczającej mnie nudy uczyniłem to bez wahania. Połknąłbym nawet drugą i trzecią, byle przerwać nadmorską chandrę i durnodźwięki kapiące z telewizora. Połknąłem i czekałem ku uciesze PeKa - (zawsze go to bawi, kiedy się ućpię czy upiję, a że robię to coraz rzadziej, okazja była na swój sposób wyjątkowa.) 
Cała zabawa z zolpidemem (lekiem NA SEN - co na sen, ratunku nie mogę zasnąć, leki bez recepty na sen, na sen, problemy z zasypianiem)  polega na tym by go połknąć, ale NIE IŚĆ SPAĆ. Oczy mieć szeroko otwarte, umysł w trzeźwości i czekać. Czekać na stojąco, lub siedząco, ale na pewno nie leżąco. Po 20-30 minutach zopldiem zaczyna ujawniać swą dziwaczną moc, czyniąć świat i naszą świadomość miejscem onirycznym. Trudno opisać jego działanie, szczególnie, że przy końcu lek odbiera pamięć. Ostatnie co pamiętasz, to spadanie na otwartą klapę laptopa grającego Nicki Minaj. 
Stojąc w straceńczej służbie literatury, kontynuując dziedzictwo wszystkich pisarzy zażywających, niepraktykujących, postanowiłem PISAĆ i przekazać wam Niewdzięcznym (to nie do pana, panie przedstawicielu koncernu farmaceutycznego) okruchy zolpidemowej świadomości. PISAĆ i NAPISAĆ. Wyszło opowiadanie. Słowa wylewały po miękkich zagonach pościeli tworząc sensowne gramatycznie zdania. Zapewniam, że są one też złożone semantycznie. 
Kiedy dałem "Kopułę" do przeczytania Jerzemu (53 l.) powiedział: "nic z tego nie zrozumiałem". 
Nie dziwię mu się. 
Jest to bowiem opowiadanie wymagające od Czytelnika ufności i wnikliwości, a na te trudno dziś sobie pozwolić. 
Pozostawiam to jednak Twojemu osądowi.

KOPUŁA

Pierwszy dzień lata 2028 roku rozpoczął się drugiego kwietnia. Drugiego, bo pierwszego nikt nie zrobił żartu spektakularnego, ani jakiegokolwiek w ogóle. Nie pamiętam by zrobił, a więc nie zrobił. JA też nie zrobiłem, a więc współwinny się czuję napędu koła w osi posthipsterskiego-korpo marazmu, koła toczącego to miasto.

Warszawa jest wedle naocznych świadków – znajomych operatorów dronów, kręcących reklamy reklam, w kształcie wielkiego dysku. Axis Mundi dysku wyznacza Pałac Kultury, a pomniejszym axis tym bardziej pragmatycznym, tym bardziej „zejdźmy z chmur na ziemię i skilujemy deadline” jest siedziba firmy „DronSons”.

Te dwa punkty: PKiN oraz „DronSons” mieszczące się w kamienicy na Mokotowie, tuż obok McDonalda stanowią dla Ksawerego – droniarza – oś współrzędnych x i y, południk i równoleżnik, terytoria jego działań jakim jest dysk. Dysk Warszawa. Pokryty białą kopułą spermy, koksu i mąki z kajzerek. Zespojony solidnie sylikonem i niby to wyraźnie, a niby nie (tak, że łatwo zapomnieć) rzuca na Warszawę cień. Cień przytulnej ignorancji.

Modlitwa do Kopuły:

O Wielka Kopuło! Złożono ze spermy, amfy, jajek i kruszonek udziel nam, chroń nas, zyszczyj nam, racz się jaczy wola Twoja, jako w Kopule tak i na Ziemi, chroń nas o Kopuło! Nocą, o świcie! Chroń nas od innego złego, bo swego mamy już w kurwę. Chroń nas i jeśli woja Twoja to zyszcij nam coś spuści na stock. Ale niech cię od złego pokuszonego nietentego, jego jimię folołowane, zbaw nas, zbaw! na wieki, wieków. Cola.

Ksawery co dwa dni zmawia modlitwę do Kopuły, by mu się życie nie zwaliło na łeb. Przed każdym wyruszeniem na kręcenie reklamy, a później making-offa reklamy odmawia ją solennie. Nakazuje mu to przełożony i regulamin „DronSons” uaktualniony o nową „politykę prywatności”.

Polityka prywatności zmienia się często, bo chodzi w niej o utrzymanie prywatności, a ta ze swej natury nie powinna być przecież dobrze znana, czy publiczna. Publiczna prywatność? Dziś nawet oksymorony nie prowokują różowych, śliskich, łakomych ust Wielkich Pożeraczy Gówna. Gówno się stało tak powszechne, że jego zapach mało ich nęci. Co to za gówno, z którego wszyscy są zadowoleni, bo je pakują dzieci w bąbelkowe folie i ładne, jednorazowe kartoniki. Gówno, które mają za uszami wszyscy, nie może być już „gównem” dłużej nazywane! O teraz nazwiemy toooo…. „produktem”! eureka! Nowe gów… to znaczy … pprpodukt, produkt w aptekach!! PRODUKT w sklepach, marketach, szaletach….

PRO D U KT JEST WSZĘDZIE! PRZYJDZIE TEŻ W NOCY I CIĘ ZJE!!!!!

Jak go nie kupisz. Ale kupisz, tak? ?

– Ksawery jak twój start?

– Już już, Pani Tolo, rozkręcam śmigiełko i lecimy w niebololo!

– Ksszz kszzzz, wiem, że to ksz ksszzz, niepoprawnie w pracy, ale ksz kszksz, mógłbyś tak dziś pszybować ze mno na kolacji?

– Nie wiem ksz ksz czym dobrze odebrał Pani Tolo. Chce pani, żebym pani przywiózł tym kolację?

– Nie nie, ksz ksz, ja chcę Ksawerku cobyś mi ją zjędli razem. Drona zostaw u kolegów.

– Ale Pani Tolo, ksz, ja jestem operatorem, pilotem teo drona! Pani widzi jakie mam poważne skórzane rękawiczki i tu fsiu, bdźiu, niebieskie guziczki? To jest moje narzędzie pracy.

– Masz także inne kszksz narzędzia Kszksz. I twoim męskim obowiązkiem jest z nich korzystać. Pogadamy jak wylądujesz, a teraz skup się na celu żołnierzu, co widzisz?!

– Pani Tolu, za pośrednictwem swych gogli VR i kamerki nabrzusznej widzę plan reklamowy. Wielką ksz reklamę, wielkiego produktu. Over. Kszsz

– Co to za produkt Ksawery? kszksz. Czy uda ci się podlecieć bliżej i strzelić mu pack shota? Kszsz. Over

– Zdaje się, że to ksz zupełnie nowy i rewolucyjny płyn do prania tapicerek „Klinex”. Ma… o Kopuło Najbielsza… ma nowe aktywne składniki piorące i mikrogranulki, a do tego… o ksz sz.. świąteczny zapach cynamonu. Over! KszKSz

– Musimy to mieć Ksawery. Kszsz. Spróbuj podlecieć tak, aby reklama i produkt się nie wystraszyły. Postaraj się nagrać prezenterkę porównującą „Klinex” do zwykłego, wiodącego producenta płynów do prania tapicerek. Over!

– Kszsz, mam to. Narzucam czarno-biały filtr na Zwykłego Wiodącego Producenta.

– Doskonale… kszsz

– Czy dodać cyfrową wizualizację ukazującą moc nowych aktywnych składników piorących i mikrogranulek? Over!

– O Boże Ksawery, jak tu cię nie kochać. Spotkajmy się po pracy. Over… kszsz

– Ale pani Tolo. Uwagalolo, uwaga, namierzył mnie wrogi dron, powatrzam! Namierzył mnie wrogi dron! Lecę wprost, na kopułę, kszksz, powtarzam, lecę wprost na kopułę!

– Ksawery! Natychmiast zdejmij gogle, katapultuj się słyszysz?1 Zdejmij gogle, Ksawery! KszKSz

– Widzę szczegóły anatomiczne Wielkiej Kopuły! Kryształki amfetaminy, mąkę z kajzerki i obszczaną chusteczkę over!

– Ksawery, zawróć natychmiast! Rozpadniesz się jak Ikar, to nie jest prawdziwe, słyszysz? To nie jest prawdziwe życie, to są śmieci, to nie są produkty! Powtarzam: to są śmieci, to nie są produkty! Nie filmuj tego! Natychmiast zawrócić! KszKSz

– KszKszKszK

– Ksawery???

– KszKSzK Widzę bęben pralki i plastikowe butelki. Wcale nie są białe?! Co robić? KszKSz

– Ksa….

– Wrogi dron otwiera ogień! Muszę wylecieć przez kopułę, powtarzam: muszę wylecieć poza kopułę!

– Natychmiast za…

– …… fbz… bzzuuuuu. Iiii..yykszssz……

Tola obróciła się na krześle i spojrzała w przestronny pokój mieszczący się w kamienicy firmy „DronSans”. Na jej ściągniętej twarzy okalanej rudymi, kręconymi włosami, skupiły się teraz oczy pozostałych pracowników Centrum Dowodzenia. Wśród monitorów i hologramów przecinających pokój dało się wyczuć materię napięcia emocjonalnego, stresu, który tylko na krótkie chwile dnia, opuszczał te pomieszczenie. Tola wycelowała zielone oczy w Starszego Inspektora ds. Lotów WK – Tomka i wydała krótki rozkaz:

– Odłączyć.

Milczenie stało się głośne. Tomasz, z kroplami potu na czole, które przedrzeć się chcą przez gęste, czarne brwi, podnosi klapkę osłaniającą wielki czerwony przycisk. Patrzy, na Tolę po raz ostatni, a kiedy widzi jedynie lekkie skinienie głowy, przymyka oczy i…. naciska guzik.

Ksawery – operator drona zanurza się w śmieciowej chmurze dryfującej nad Warszawą. Zaczyna rozumieć. Zaczyna rozumieć wszystko. I boi się.

Rozumie co dzieje się z produktami, kiedy przestają działać i co dzieje się po tym jak Łowcy Produktów Umarłych zabierają je spod jego i sąsiadów drzwi. Do tej pory myślał, że produkty umarłe po prostu znikają. Że spala się je, albo przerabia i nie ma ich. W każdym razie nie tak wiele. Wielka Kopuła, miała być wielka, owszem, ale nie miała być wszystkim. Teraz Ksawery rozumie… i przeraża go to. Rozumie, że poza Warszawą – Wielkim Dyskiem, poza produktami i poza kopułą, Wielką Białą Kopułą śmieci, na tym świecie nie pozostało już dla niego Nic.

Sygnał czerwonego przycisku dochodzi do gogli. Mocne i precyzyjne wyładowanie elektryczne paraliżuje a następnie wyłącza mózg Ksawerego, tak jak wyłącza się mózgi zwierząt w rzeźni. Ksawery staje się w tej chwili zupełnie nieużytecznym produktem. Teraz można go już tylko wystrzelić w Wielką Biała Kopułę.

 

Fetysze emocjonalne

Fetysz: „w religiach pierwotnych: przedmiot, któremu przypisywano siłę magiczną”

„Fetysze emocjonalne” to projekt, który przyszedł mi do głowy wraz z początkiem lata – wspomniałem o nim w ostatnim wpisie.

Chodząc po plaży w stanach i towarzystwach przeróżnych, chodząc przez ponad dwa miesiące, napotykałem rozmaite przedmioty i formy: kamieni, muszli, przedmiotów etc. wyrzuconych przez morze. W ciągu tych dwóch miesięcy moje emocje, nastroje i siły zmieniały się jak struktura piachu, po którym stąpałem. Plaża niby pozostawała ta sama, jak i niby Piotr pozostawał Piotrem, ale w rzeczywistości niewiele z „dziś” przypominało to z wczoraj. Emocje są dynamiczne i nie jest to wyraz dysharmonii czy szaleństwa, a naturalny stan ludzkiej natury.

Zebrałem z plaży to co wydało mi się najwyrazistsze, co zarezonowało we mnie i luźnym skojarzeniem przywiodło emocje i stany, których ostatnio doświadczałem. „Fetysze emocjonalne” łącząc fotografię i surową poezję próbują ukazać złożoność ludzkich emocji, odnaleźć ich przyczyny (sytuacje) i rozpoznać warunki, w których takie emocje lubią się pojawiać.

Minerał szlachetnej dynamiki

Minerał szlachetnej dynamiki

emocje: rosnące podniecenie na wysokości splotu słonecznego, zadowolenie z siebie, odwaga, moc, sprawczość

sytuacja: wykonywanie elementów większego projektu z łatwością, polotem i autentycznym zaangażowaniem

warunki: umysł pozbawiony negatywnych emocji i wolny od przebodźcowania, ciało zdrowe, oddech głęboki, wolność w działaniu, samodzielność

 

Bursztynowy naszyjnik

Bursztynowy naszyjnik

emocje: radość w klatce piersiowej, krótkotrwała satysfakcja, atrakcyjność, kompulsywność

sytuacja: przebywanie w miejscach zakupowych, towarzystwo, chęć stymulacji humoru, „potrzeba” odświeżenia swojego „ja”

warunki: wypłata za pracę, poczucie „zasłużenia” na coś materialnego, oszczędność pieniędzy na innych polach

 

Martwa Mucha

Martwa Mucha

emocje: głęboki żal po stracie, poczucie pustki, bezsensu życia po zaznanym niepowodzeniu i utracie ukochanej osoby

sytuacja: emocjonalna i seksualna samotność, bycie daleko od domu, popadanie w nałogi, brak sił, niedotrzymywanie postanowień

warunki: nieprzepracowane ważnych doświadczeń w bieżącym czasie i zepchnięcie ich do podświadomości, brak wyraźnych sukcesów na polu zawodowym i prywatnym, brak poczucia stabilizacji życiowej

 

Pordzewiałe okowy wolności

Pordzewiałe okowy wolności

 

emocje: poczucie „zluzowania” dyscypliny, chwilowa wyrozumiałość, upojenie. Następnie: żal, wstyd, powątpiewanie we własną wolę i sprawczość. Dalej: podjęcie postanowienia o tym, by nigdy raz zrzuconych okowów powtórnie nie zakładać.

sytuacja: niespodziewany nawrót do dawnych myśli i wzorców zachowań, które uważało się za niebyłe. Nawrót często połączony z używkami, lub określonym towarzystwem wywołującym stany i zachowania, których potem się wstydzimy.

warunki: Sytuacje towarzyskie z ludźmi „z przeszłości”, którzy znali nasze inne, rozchełstane „ja”. Wyjazdy, nowe miejsca, osłabiona wola, używki

 

Smolista magma wielości

Smolista magma wielości

emocje: poczucie „zalania” informacjami, osłabiona pamięć, smutek, złość, podniecenie, lubieżność, ogłupienie

sytuacja: codzienna praca na komputerze wymagająca zbierania i przetwarzania informacji, prowadzenie portali społecznościowych, przykładanie wagi do „życia online”, potrzeba dzielenia się z innymi każdą chwilą

warunki: kompulsywne nadużywanie internetu, gier, pornografii. Niemożność zaprzestania „przeglądactwa”, potrzeba bycia w strumieniu informacji, potrzeba kompensaty wobec rzeczywistości

Chropowaty kamień pełni

Chropowaty kamień pełni

emocje: bezwarunkowa, spontaniczna radość, poczucie spełnienia „rozlane” po wnętrzu ciała, lekkie podniecenie seksualne, energia do działania w przyszłości

sytuacja: czas wolny od pracy spędzany zgodnie z własną  naturą, obcowanie z pięknem przyrody, poczucie obfitości w życiu

warunki: brak problemów na polu zawodowym i prywatnym, bądź nieprzywiązywanie do nich wielkiej wagi; zdrowie fizyczne, życie zgodne z własnymi dążeniami

 

Ciekawi mnie czy i Ty zaznajesz podobnych uczuć. Czy rozpoznajesz warunki i sytuacje, które na nie wpływają, czy dajesz się unosić falom emocji bez kontrolowania? Podziel się tym w komentarzu!

 

 

 

 

 

 

 

 

JA JA JA 5

3 lipca 2018, Jarosławiec

Mi

Im

Mnie

Einm

Ja

Aj

Rośnie we mnie coś, sam nie wiem, coś jest we mnie. To tu i tam, ale tego nie było we mnie.

Co to jest? Czy to się do ciebie zbliża?

Czy to jest daleko czy blisko?

Czy eksploduje, czy imploduje?

Czy to jest przeszłość czy przyszłość?

Czy to daje czy zabiera; oba?

Czy to wnosi, czy wynosi?

Czy to zabije czy da życie, czy przepoczwarzy?

Co to jest?

To chyba tekst.

 

Opowiadania się wybierają i klarują. Wyłaniają przy otwariu oczu. GRZECH: nie zapisałem rannego. Było coś o ataku na przeciętność. Pamflet na zwyczajność. Chyba tak. To jestem ja.

Znalazłem na plaży dwa czarne kamienie. Jeden – teraz jak nań patrzę – jest grafitowy bardziej; porowaty, ze srebrzystymi odpryskami, przy ruchu mieni się jak obsypana brokatem twarz dziewczyny na wiejskiej dyskotece. Czarny jest wtedy, gdy go obleje woda.

Drugi jest czarny dalej, porowaty mocno. Być może to kawałek asfaltu. Pachnie drogą. Zawiera w sobie tysiące jasnych kamieni, rożnych wielkości. Jest prawie trzykrotnie większy od poprzednika. Nie tak smukły w kształcie.

Wpadłem na pomysł, że te kamienie to będą moje emocje. Nie tylko te dwa. Kamieni uzbiera się cała kolekcja. A każdy z nich, jak muzealny obiekt zostanie nazwany i należeycie przez kustosza –czyli mnie – opisany. Niczym mierna instalacja jaką można oglądac w Zachęcie, tak przeciętna i banalna wizualnie (mogąca zadziwić jedynie umysły niewyrobione np. ośmioklasistów uczęszczających na lekcje etyki i historii sztuki), zostanie znadinterpretowana ciężkością lirycznego znaczenia. Mówiąc prościej: jeden kamień wyrażać będzie jedną emocję, a opis stanowić będzie moje wspomnienie łączącę się z tą emocją. Może zrobię z tego katalog, zin, czy plakaty.

Intuicyjnie rozpocząłem od kamieni czarnych, porowatych, przyciężkawych, niewyględnych, chcąc uporać się może na wstępie z emocjami nieprzyjemnymi, tymi, które tak trudno wydobywać na wierzch. Nie znam jeszcze znaczenia jakie niosą te kamienie. Muszę przyjrzeć się im bliżej, a wtedy zadecyduję.

PRO8L3M „Ground zero mixtape” #RECENZJA

PRO8L3M „Ground zero mixtape” #RECENZJA

Uprzedzam z góry, że tekst ma formę lekkiej analizy filologicznej, stąd liczne cytaty i wchodzenia w „podmioty”.

Odpalając kolejne dzieło warszawskiego, teraz już międzynarodowego duetu, chciałbym jednocześnie odpalić papierosa, wygodnie rozłożyć się w fotelu, zamknąć oczy i posłuchać. Zaufać. Utonąć w toni perfekcyjnie dobranych dźwięków, złączonych z zaskakującym  flow i liryką. Jednym słowem uczynić to do czego PRO8L3M zdążył mnie już przyzwyczaić – do zaufania, bezpytaniowego pożyczenia kilku stów i kilkudziesięciu minut uwagi. Ale w przypadku tego albumu na zaufanie miejsca nie ma i być nie może.

Po pierwsze to efekt bitów. Rejvowych, na przestrzał elektronicznych, i może mieszają się tu jeszcze inne gatunki, ale pewien nie jestem. Nie wiem, bo choć album wydany jest razem z zinem, to znalazło się tam jedynie miejsce na kilka cytatów i fotografii (a właściwie to jednej i przetwarzanej) autorstwa Ady Zielińskiej, okrytych narkotycznymi soplami Thomasa Le Pivota. O ile konotacje i zapożyczenia na „Art Brut Mixtape” były jasne, bo osadzone w największych, synthpopwoych hitach Polski lat 80′, o tyle w przypadku „Ground Zero Mixtape” twórcy nie sprezentowali odbiorcom jaśniejszych odnośników do oryginalnych utworów*.

Przejdźmy do środka, do esencji. Mixtape otwiera chronologicznie numer „Styl sportowy”, szkoda, że wersja albumowa niczym nie różni się od tej dostępnej na Spotify. Na „Art Brut” nabywca fizyka, dostawał skromny, ale jakże miły prezent w postaci otwierającej nawijki do „Stówy”: „Art Brut Mixtape, sztuka marginesu dzieciaku, aha, sprawdź to” – wersja cyfrowa była pozbawiona tego wejścia.

„Styl sportowy” zwiastuje to, co dane nam będzie usłyszeć na przytłaczającej części płyty, to jest nawijkę o złości – (pierwsze słowa „Tak, jestem wkurwiony”), dalej o kobietach, pieniądzach, używkach i przyspieszonym kodeksie ulicznych zasad – czyli tym do czego przyzwyczaił nas najbardziej erudycyjny z uliczników:

Lecimy na dancing
Ona niebieskie rzęsy
Ja glany, martensy

[Zwrotka 2: Oskar]
Nie, nie widziałem
Nie, nie słyszałem
Nie wiem, nie znam go wcale
Nie było mnie tam, spałem
Bez nazwisk, bez wzmianek

Numer osadzony jest w klimacie lat 90’tych, dla Oskara stanowi jakby powrót do ery grungeu i rzeczywistości topniejącego PRL-u.

Dalej są „Macki meduzy”, utwór naprawdę otwierający mix:

Zamknij oczy i uwierz mi, zapij to wódą i lećmy
Ten miks nie jest bezpieczny, ale piguła jest dziś nieobecny

„Macki” to jedyny numer, w którym podmiot ulega fizycznej dominacji ze strony kobiety

Chciałem jej nalać do miarki, ale wyśmiała i przelała do szklanki
Panna pokazała ci majtki, ona mi po co naprawdę są kajdanki
Dobrze, że mam twarde nadgarski, gorzej znoszą to jej koleżanki

Oskar opisuje tu kobietę mocną, dominującą femme fatal, którą respektuje na poziomach emocjonalnym, fizycznym oraz intelektualnym. I czy to ta jedyna, o której przyjdzie nam słyszeć jeszcze później, w dalszych częściach mixtape’u?

[Refren: Oskar]
Ona szepcze mi do ucha, a jej szapcze diabeł
Jest jak nad miastem koszmar, który musi wreszcie nadejść
Byłem zły, z nią jestem jeszcze bardziej
Chcę jej nagiej, albo ona, albo nie chcę żadnej

Kobiet jest tu całe mnóstwo. „Ground Zero” to rozwinięty, Pilchowo-Pezetowski „Spis cudzołożnic”, gdzie dostajemy, mniej, lub bardziej złożone opisy kobiet pięknych, zepsutych, naiwnych, głupich, cynicznych. Modelka, jak z „V8” ona fajna, z twarzy jak Jessica Alba.
Na skitach mężczyźni rozmawiają głównie o kobietach. Przedłużenia i przetworzenia z „Makijażu” (Hack3d by Gho5t), tylko, że teraz ONA widziała „fotostory z Anką”, a nie „wysłała test ciążowy”  z czego może być chryja.

„Lody włoskie” to kolejny opis związkowo-seksualnych ekscesów, tym razem z kobietą, dla podmiotu, sortu drugiego. Zdradzaną, okłamywaną: nie w tym rzecz, że się zmyła, rzecz w tym, że mnie nakryła, po ostatnim zajściu, zamiast romansu jest jej płaszcz.

Mizogeniczny stosunek Oskara do kobiet w ogóle nie uległ zmianie w stosunku do „Tori Black” z pierwszego albumu, gdzie podmiot deklarował, że lubi duże dupy i płaskie brzuchy, jednak pewne, bardziej romantyczne momenty z „Jakby świat kończył się” sugerowały, że może da się kochać i da się dostrzegać piękno, nawet we wszechogarniającym, szarzejącym brudzie blokowisk. O ile wersy w stylu ogień w piczy już budziły pewne grymasy o tyle to co prezentuje Oski w utworze „Na audiencji” (sytuacja odwrotna niż w „Mackach meduzy”) budzi już niesmak.

Włożyłem jej całego, aż przypomniała sobie co było dziś do szamy
(…)
Dla odpoczynku znalazł się w jej ustach smoczek
Zrobiła minę, jakby miała wypić z rana ocet

Niesmak jakby się udziela, nie ze względu na praktyki seksualne, co ich opis: brutalny, bezpardonowy, prostacki. I może jest to metoda: uderzać wprost, bez kozery, ale jeśli tak, to po co te „smoczki”, pseudo-niedopowiedzenia i niby-zaokrąglenia? Numer ratuje Steez, nadając mu swoim głębokim wokalem, nieco więcej klasy i blasku:

[Outro: Steez]
Ona ubrana w złote cacka
To nie po parku przechadzka
Długie szpony, słony pot
Na oczach opaska
Kostki lodu, waniliowe masła

Przy dziewiątym numerze „Fair Play” następuje lekkie przełamanie dotychczasowej konwencji. Oskar daje popis swojego ulubionego środka poetyckiego, jakim jest anafora:

To inna historia, że gadam z Bogiem o piekle
Inna, że śmigam ostro, bo nie wiem jak wcisnąć heble
Inna, że trzymam fason, a jestem jak małolat we mgle

I tu warto zwrócić uwagę na motyw piekła, który przewija się na albumie kilkukrotnie:
to co miałem właśnie się smaży w płomieniach – Magnolie
sprawdzę, które piekło jest najmniej uciążliwe –
Vanitas

co w końcu odkrywa maski podmiotu, dając nam pojęcie na temat realnych strat i kosztów prezentowanego przez rapera stylu życia,

Dalej mixtape ewoluuje. W dobrą stronę. Gdyby chcieć zliczyć wszystkie zaimki „ona” i „jej” występujące na albumie, wyszłoby tego kilkadziesiąt. Choć „Ground Zero” stanowi wyraz męskiej dominacji i apoteozy życia macho, jest paradoksalnie zdominowany przez kobiety. Album nabiera kolorytu wówczas, kiedy Oskar rezygnuje z opisów przygodnych wojaży a skupia się na kobietach swojego życia, czego przykład dostajemy we flagowym numerze „Flary” opisującym, trudną, agresywno-pasywną relację między mężczyzną a kobietą. Kiedy podmiot przyznaje się do uczuć: tęsknoty i straty wywołanych brakiem tej jednej, przy której wszystkie maskarady: picie, lans, życie na pokaz, miały sens.

Doskonale sprawdzając się na płycie momenty wokalne, jak w luzującym atmosferę „Puerto Rico”, gdzie zostaje złamana koncepcja rave’u, a Oski pozwala sobie na knajpiane, pijackie zaśpiewki, brzmiące zaskakująco dobrze i rytmicznie. Podobnie jest w „Magnoliach”, gdzie śpiew znów stanowi wyraz (a jak) historii o kobiecie.
„Iskry” to pierwsza, poważniejsza spowiedź podmiotu na płycie, a śpiewane wstawki nadają jej pozornej lekkości w ciężkości bytu.

W ogóle na całym albumie Oskar dużo lepiej prezentuje się na bitach wolniejszych, które prowokują do refleksji, dają miejsce na jego charakterystyczny off beat, kiedy może na chwilę, zwolnić a nie pędzić w pogoni za wysokim BPM.

Moim absolutnym faworytem z płyty jest „Golden”, czyli opis psychodelicznego tripa po grzybkach, który rezonuje oczywiście z bezkonkurencyjnym, witkiewiczowskim „Strumieniem” z LP.

Ona gnie się jak promile mordę
Wyciąga sztylet, by wbić mi w żołądek
Siadam na fotel, a dopiero potem myślę, że na chwilę usiądę
Ooo, sufit jest niebem, sztos, diamenty śniegiem

Im dalej tym lepiej: „Vanitas” i „Sick boy” stanowiące kontestację życiowego pędu i sprzecznych, narzucanych przez kulturę wytycznych:

Pracuj, się spełniaj, miej cel
Marzenia, przyjaciół, błędy popełniaj, miej rodzinę
Cierpienia, nie miej hajsu, sadź drzewa
Weź kredyt, spłać kredyt, nie miej czasu
Biegaj, skończ studia, miej dziewczynę
Weź ślub, miej córkę, miej kłótnię

Weź rozwód, ożeń się ponownie

Kolejny utwór „Półsny” wydaje się redundanty w stosunku do „Flar”, ale jakże dobrze oddaje złożoność, skomplikowanej, pełnej relacji między mężczyzną i kobietą.

Na końcówce, słusznie oznaczony w długości trwania jako znak nieskończoności (pozioma ósemka) „Byłem tam” – numer podsumowujący zebrane doświadczenia i stanowiący o autentyczności podmiotu SPOWIEDŹ. Nieskończoność zdaje się sugerować, że podroż ta nigdy nie dobiegnie końca, a zeszłe błędy i doświadczenia, oraz przebłyski czystości powtarzać będą się do końca.

„Szkoda, lecz zapomnę jutro, co otwarty umysł mówi dziś” – Księżycowy krok, Art Brut Mixtape

Reasumując „Ground Zero Mixtape” to dobry materiał. To tylko i aż dobry. W zestawieniu z poprzednimi, absolutnie genialnymi w mojej opinii albumami, ten wypada co najwyżej dobrze. Jest to płyta zdominowana przez ubiegłe, niezmienne doświadczenia, głównie oparte na relacjach damsko-męskich, które ten album przytłoczyły. I może zabrakło w tym nieco lekkości, innego spojrzenia, porzucenia atmosfery macho na rzecz czystej radości i kontemplacji bycia z kobietą.

Otrzymaliśmy to, do czego przyzwyczaił nas PRO8L3M: szorstki, męski materiał, doskonale wyprodukowany i świetnie nawinięty. Jest tylko jeden problem. Ten bohater się nie zmienia. I chyba już nie zmieni. I może w tym paradoksalnie tkwi jego siła.

Piotr Sarmini

***

Sprawdź moją recenzję HACK3D by GHO5T: https://czarnykajet.com/2017/06/08/pro8l3m-hack3d-by-gho5t-2-0-recenzja/

 

*Może to być kwestią unikania pozwów za wykorzystane fragmenty i (czy?) sample, która to kwestia nie jest wcale abstrakcyjna, a w Stanach wręcz oczywista. W 1991 roku Cold Chillin Records – młoda, amerykańska wytwórnia hip-hopowa została pozwana przez piosenkarza Gilberta O’Sulivana za nieautoryzowane użycie fragmentu utworu „Alone Again (Naturally)” z repertuaru artysty, który to znalazł się w analogicznie zatytułowanym utworze z pływy „I Need A Haircut” Biza Markiego, wydanej nakaładem CC. Sąd uznał wniosek powoda i narzucił na wytwórnię karę, która stała się powodem jej niewypłacalności i w rezultacie zamknięcia.

7 rzeczy, które ogarniasz kończąc 25 lat

7 rzeczy, które ogarniasz kończąc 25 lat

 

Jak to jest mieć 25 lat? Absolutnie tak samo, jak wtedy gdy masz ich 24. Może w ciągu najbliższych dni, lub miesięcy drogę zaczną mi zachodzić tancerki Kankana, druga linia metra zostanie zalana przez Wisłę, a 200 złotych zainwestowane w kryptowaluty przemieni się magicznie w 200 000 złotych, ale póki co nic nie zapowiada takiego obrotu spraw.

25 lat to wiek, w którym zaczynasz odczuwać presję do nadania swojemu hulaszczemu żywotowi jakiejś celowości i ram. Biada tym, którzy urodziny świętują w poczuciu braku sensu i perspektyw. Nie o nich będzie ten tekst. Swe przemyślenia ubrane w doświadczenia kieruję raczej do osób młodszych, ażeby im po pierwsze uzmysłowić, jak już teraz mogą pokierować sobą, by znaleźć się w lepszym miejscu niż ja. Po drugie, aby im pokazać, jak nie znaleźć się w miejscu gorszym. Po trzecie aby się pomądrzyć i powspominać. W końcu mam już 25 lat. Raz do roku  – można.

  1. Uwierz w to i rób to.

Ale w co?
W to co lubisz robić, co daje ci poczucie spełnienia i satysfakcji, co jest korzystne i cenione przez innych. Kręcenie najlepszych blantów czy picie piw na haust to owszem fajne zajawki, ale pomyśl raczej nad czymś za co ludzie będą chcieli ci zapłacić.
„Ale przecież Snoop Dog ma gościa od kręcenia blantów, który zarabia 50 000 dolarów!” – możesz zakrzyknąć. Tak, ale ty nie jesteś murzynem z LA, tylko Polaczkiem z Chujwiegdzie Wielkich, a polscy raperzy muszą się raczej kredytować u dilerów, niż generować zbędne koszta. Nie tędy droga. Zarzuć ten sport.

Może teraz wpadnie ci do głowy by zostać dilerem? Serio, nie warto. Znam takich paru, lub znałem i albo nie żyją, albo żyją, a ich życie to seria wchodzenia i wychodzenia z nałogów, ciągłe długi i niewiele warte znajomości. Jeśli uważasz, że byłbyś świetnym i zdyscyplinowanym dilerem, to może przełóż swoje zdolności do zostania Acount Menagerem, w firmie, którą się jarasz, a nie… kurwa będziesz zarabiać 20 złotych na sztuce i cieszyć się, że masz na „darmowe” jaranie dla siebie i tej dupy poznanej w klubie.

2. Rozwijaj siebie i zajawkę

Jest to przedłużenie punktu pierwszego, Ty spostrzegawcza bestio.
Case-study:  Już w piątej klasie szkoły podstawowej odkryłem w sobie zdolności lingwistyczne. Na lekcji angielskiego zamiast słuchać Pani napisałem swój pierwszy rap, leciał tak (do dziś pamiętam te wielokrotne): „HWDP to moja zasada. Nienawidzę policji, jebana maskarada. W mundurkach se łażą i zabijają ludzi. Policja się nadaje, policja dupy daje, HWDP tę zasadę dziś wyznaję. W tym mieście…” – wtedy babeczka przejęła gryps, a ja miałem z nią długą rozmowę na temat szacunku do policji. Kto wie, może gdyby nie te przejęcie nawijałbym dziś jak Otsochodzi: „kiedy pytają czy mnie sumienie męczy? Nie.”
Dalej były konkursy literackie, wypracowania na tróję i zagrożenie z polskiego w liceum. Pisanie odkryłem w sobie na nowo, przy otwieraniu w 2012 roku firmy LONG TRIP. Napierdalałem wtedy kilkanaście teksów dziennie: marketingowych prezentacji, wrzutów na fp, ofert sponsorskich, pięknych idei itp. Człowiek, wtedy dla mnie ważny powiedział, że to naprawdę dobre i… uwierzyłem mu. Potem była filologia polska, stanowisko redaktora naczelnego w gazecie uniwersyteckiej, pisanie mniej lub bardziej wybitnych tekstów teoretyczno literackich, dziennikarstwo, aż w końcu powieść.
Dzisiaj pisaniem zarabiam na życie, i choć nie są to kokosy, to działając dla kilku agencji i portali mogę stale rozwijać swoje kompetencje, doświadczenie i uczyć się nowych rzeczy doskonaląc warsztat. Zamierzam także pójść na sceriopisartstwo do łódzkiej filmówki, ale o tym kiedy indziej. Wniosek?
Pomyśl co chcesz robić i rób to, a w wieku 25-lat nie będziesz musiał iść parzyć kawy w gastro. No chyba, że to naprawdę lubisz i jesteś w tym zajebisty. Wtedy parz kawę.

3. Starsze laski nie są już starsze

Kiedy mieliśmy po 20 lat i koleżka zacząć spotykać się z 27-letnią kobietą patrzyliśmy na niego jak na Boga. Fajnie jest poznać dziewczynę, która ma pracę, robi coś pożytecznego dla świata a przy tym nie wymiguje się sprawdzianem z matmy jutro na 8.00 rano. Jak mawiał pewien dziekan: studentki I roku nigdy się nie starzeją. Ty tak. I ma to swoje plusy.

4. Masz dużo hajsu i masz mało hajsu

Jak powiedziała moja ziomalka: „Raz jesz w domu suchą bułkę, a innym razem lecisz do Nowego Jorku  pierwszą klasą. Takie jest życie.” I to jest prawda, ale wiesz, nadążaj, aby nie żywić się głównie bułkami.
Chodzi o to, że kiedy masz 25 lat, to coraz częściej doznajesz licznych blichtrów, drogich restauracji i hoteli, lepszych ciuchów i fur. Wydajesz luźno 100 złotych na barze, po czym zamawiasz ubera i jedziesz do swojego domu, gdzie opierdolisz sobie wafla z awokado.
Ale potem nastaje koniec jakiegoś okresu i skarbonka, do której zawsze miałeś lekceważący stosunek staje się Twoją najbliższą przyjaciółką. Do tego stopnia, że czyścisz ją do cna, byle z rana mieć na bułę. Żujesz ją, czekają na przelew za ten poprzedni dżob, a potem znów wychodzisz na miasto jak król Ugandy.

5. Oszczędzaj i inwestuj hajs!

To coś czego nauczyłem się dopiero niedawno, a o czym powinni nas instruować bez przerwy od ukończenia 12. roku życia. Ale systemowi nie zależy na tym byś był samodzielny. Zależy mu na tym byś kupował masę zbędnego gówna, najlepiej na kredyt, i popadł w nałóg zależności od etatowej pracy.
Tymczasem zacznij już dziś odkładać co najmniej 10% swojego wynagrodzenia na przyszłość. Jeszcze lepiej, jeśli kolejne 10% zaczniesz inwestować. Najlepiej w krypto waluty, ale o tym kiedy indziej. Serio. Raz w życiu pracowałem na umowie o pracę. Myślisz, że Twoja emerytura spadnie Ci z nieba?

6. Dbaj o zdrowie i unikaj nałogów

To coś z czym ciągle walczę, paląc i rzucając szlugi średnio 3 razy w tygodniu. Ale poza tym mogę powiedzieć, że odżywam się zdrowo (produkty nisko, lub nie przetworzone), odczuwam zrywy do sportów, i nie angażuję się zbyt mocno w inne używki. Tylko rzucić te kiepy i zostanę joginem.

7. Nie trać czasu na czytanie blogów i oglądanie seriali

Serio. Zacznij już lepiej realizować swoje pomysły, bo do 25 roku życia pozostało Ci mniej czasu niż możesz sobie wyobrazić.

 

Czy 25 lat to w Twoim przekonaniu przełomy wiek? Gdzie jest granica? Zostaw komentarz, jeśli chciałbyś bym rozwinął jakiś wątek. Obserwuj blog (punkt 7 to ściema) i kupuj polskie rap książki. Elo!

Opowiadanie „Drugi dzień świąt”. Napisane w trzeci, a publikowane teraz

DRUGI DZIEŃ ŚWIĄT

#opowiadanie

Siadam.  W domu swoim w końcu. To znaczy, nie w swoim, a wynajmowanym. Mieszkaniu nie domu. Pokoju nie mieszkaniu.

Ale pokoje mamy trzy. A lokatorów jedynie dwóch, zatem znać pewne znamiona bogatości. Nie jest to typowa studencka melina. Bo Pablo nie studiuje. Ja w sumie też już nie. Czyli dwóch dorosłych typów wynajmuje dwa pokoje, w trzypokojowym mieszkaniu. Trzeci pokój jest zamknięty i należy do Szmuela, który powtarza, że urządzi tam swoja „ruchalnię”, ale póki co jedynie wstawił tam karton z książkami.

Święta dogorywają, jak dobrze. Po Bożym Narodzeniu zostały mi dwie nudne książki, stówa w portfelu, trochę pieczonej kaczki i kawał makowca. Jestem już sam, w końcu. Postanawiam przestać pić. Na kilka dni. I przestać palić. Od jutra. Więcej pisać. Od teraz.

Siadam. Otwieram pokrywę laptopa, chcę pisać. Nie wiem jeszcze o czym.
Dzwoni telefon:
– Siema, co robisz wariacie? – odzywa się Szmuel.
– Właśnie wróciłem od rodziny. Piszę.
– Dawaj, napij się z nami!
– Masz towarzystwo?
– Tak, ale nie tak liczne, jak możesz słyszeć w tle. Moje towarzystwo aktualnie milczy.
– No nie wiem, chciałem popisać.
– To jutro popiszesz, nie daj się prosić.
– Dobra, wpadajcie.

Wstaję. Trzeba tu posprzątać. Sprzątam, wstawiam pranie, układam równo prześcieradło, porządkuję biurko, rozpakowuję plecak, który leży w kącie odkąd wróciłem znad morza. Pokój wygląda przyzwoicie. Teraz ja. Zakładam bluzę PROSTO. Albo nie, czarny longsleeve. Tak lepiej. Lekkie perfumy. Jest dobrze. Siadam. Chcę popisać. Pukanie do okna tarasowego. Otwieram.
– Siema.
– Elo mordo.
– Poznajcie się, to jest Marianna, Marianno, to jest Tadeusz.
Poznajemy się. Marianna ma wysokie buty, za kolana, ciemne rajstopy, czarny płaszcz odsłaniający uda, burzę ciemnych włosów i ładny uśmiech. Jest naprawdę ładna, za co w duchu chwalę Szmuela.
– Przynieśliśmy ci piwko.
Mają całe ręce piwek. 9 butelek. To mi się podoba. Bo jak już pić to porządnie, a nie z jakimś niedosytem, połowicznie. Po co budzić demona, skoro potem tak trudno go uśpić.
Siadamy przy biurku. Ja znów narzekam, że tak mało tu miejsca i, że nie ma gdzie siedzieć, i powinienem tu wstawić jakąś kanapę, albo fotel, na co Szmuel odpowiada, że zawsze tak mówię, i to jest prawda.

Kolejnego dnia znajduję w bramie nieodległej kamienicy, kilkadziesiąt czerwonych skrzynek po butelkach coca coli. Zabieram cztery – to będą moje przyszłe taborety. Niosę je pewnie przez praskie ulice. W końcu wstawiam na taras i śmiejąc się zasiadam na fotelu, odpalając papierosa i podziwiając zdobyte okazy. Zastanawiam się jak przymocować do nich sklejkę, i czy sklejkę w ogóle. Tak, należy na czterech rogach, które są wykonane z grubego, czerwonego plastiku wywiercić otwory, następnie włożyć w nie znaczniki, czyli metalowe „pineski”, przyłożyć co tego kawał sklejki. Obrysować od skrzynki pożądane wymiary, na powierzchni sklejki, wyciąć wyrzynarką (zeszlifować), w miejscu śladów po znacznikach wkręcić śruby o odpowiedniej średnicy, następnie te śruby umieścić w wywierconych uprzednio otworach w plastykowej skrzynce. Sklejka powinna być z drzewa liściastego, najlepiej buku. Przetwory drzew iglastych uwalniają po czasie drzazgi, a przecież nie chcę aby mój gość miał podarte rajstopy. Np. Marianna, która zasiada teraz na jasnym lipowym krześle, naprzeciwko mnie.

Rozmawiamy dalej, wydobywamy z siebie pokłady męskości i kobiecości. Nawet nieźle nam idzie. Marianna mówi o swoim byłym chłopaku, przewodniczącym jakiegoś studenckiego sejmiku, czy innego gówna, a ja dopowiadam:
– A to o Tobie opowiadał Szmuel.
Ona droczy się, że jak to opowiadał, i jak on tak może opowiadać o niej ludziom nieznajomym. Szmuel uzupełnia, że owszem, to ta Marianna. Ta dziewczyna co zrobiła karierę w samorządzie przez łóżko. Szmuel uwielbia prowokować, jakby to nie było jasne.
– To nie było tak. Po prostu poznałam ludzi z tego samorządu, znajomych Marka, a, że oni mnie polubili, to już przecież kwestia niezależna.
– Powodowana twym osobistym urokiem – dopowiadam.
– Właśnie.
Otwieramy kolejna piwo.
– Jak się zaczęła spotykać z Markiem to on już był tym przewodniczącym, a potem ona zajęła jego miejsce, czaisz? Ona lubi takich dominujących samców, przewodników stada. Wiesz, Tadeusz też był redaktorem, redaktorem naczelnym gazety uniwersyteckiej.
– Naprawdę? Mogę zobaczyć?
Wręczam jej gazetę. Szmuel ma rzadki dar, chwalenia mnie przed kobietami w odpowiednich momentach. Reszta moich ziomków tego nie robi, albo bez wyczucia. Np. kiedy do Maliny wpada panna mówiąca, że lubi literaturę, i, że lubi pisać, a tak w ogóle to jest aktorką, Malina mówi:
– A wiesz, Tadeusz chce iść na scenariopisartswo, na łódzką filmówkę. Ja ci to podpowiedziałem, co Tadeusz?
Zamiast powiedzieć jej, że kurwa napisałem powieść i kilkaset artykułów, to nie, on powie, że chcę iść na filmówkę. Ale to jedynie odzwierciedla jego ucieczki od rzeczywistości i potrzebę karmienia – siebie i innych odległymi marzeniami.
Szmuel natomiast ma wyczucie idealne, i potrafimy porozumiewać się samym tylko spojrzeniem, w towarzystwie innych osób. Staram się nie być dłużny, bo też kiedyś w barze na Ząbkowskiej jakimiś lekkimi szturchnięciami słów i przestrzeni pomogłem poderwać mu jedną pannę, w dodatku solenizantkę, która była tam razem z kilkunastoma znajomymi.

Zaczynamy rozmawiać o Pradze, jaki to hardkor, albo i wcale nie, że po co tu bywać, a po co nie i w ogóle jaki cudowny skansen dawnych obyczajów.
– Kiedyś np. siedząc z Maliną na Placu Hallera i popijając piwo, byliśmy świadkami jak dwie dresiary, podążały za gościem, krzycząc, przy czym jedna z nich była jego dziewczyną. W pewnym momencie gość się obrócił i tak jej wyjebał, że echo plasku odbiło się po kamienicach całego placu.
– Zareagowaliście? – pyta Marianna.
– Nie, kim jestem by wchodzić między burzliwą miłość dwojga kochanków? Takie kobiety lubią być bite.

Zapada krótkie milczenie. Prowokacja jest udana. Marianna nie oburza się, ale trochę wzrosła jej temperatura, a to dobrze. Rodzi się dyskusja o tym jakie kobiety się bije, a jakie biją. Ja na obronę przywołuję scenę ze „Ślepnąc od świateł”, kiedy bohater reaguje na podobny akt przemocy, a skrzywdzona kobieta zaczyna go atakować. Ona odpowiada, że może są takie przypadki, ale nikt nie lubi być bity. Ja na to, że kim trzeba być aby się wiązać z recydywistą, mającym dziary gita pod oczami, ona odpowiada, że to z braku innych możliwości. Szmuel moderuje dyskusje opowiadając się raz po jednej, a raz po drugiej stronie. W końcu mówię, że niektóre kobiety lubią być przecież bite w łóżku, na co Marianna z rumieńcami, że „w łóżku to co innego”.

– Idziemy po wódkę? Chodźmy po wódkę! – ona proponuje i niezwykle miło mnie tym zaskakuje.
Zatem idziemy po wódkę, między ciemnymi blokami, ja wrzucam tagi CK na murze i pod monopolowym, trochę żeby się popisać, a trochę dlatego, że lubię je wrzucać.

W monopolowym naćpana baba z wielkimi cyckami doradza nam sok porzeczkowy pod półlitra. Kiedy daję jej 52 złote i 50 groszy, ona przez dłuższą chwilę mętli banknot w dłoni, i jest taki moment, że naprawdę myślę, że da mi go z powrotem w ramach reszty, a jej też to przechodzi przez wykręconą metafedronem głowę, ale opanowuje narkotyk i wykłada 20 groszy na bilownicę marlboro.
W sklepie znów gadki o Pradze i Marianna, mówi, że stąd nie jest, ale bardzo ładnie. Nietaktycznie i nietaktownie, bo za nami dwóch gości w czarnych kurtkach.

Wychodzimy, kończę tag na ścianie, ale zamiast Czarny Kajet, piszę Czarny Alibaba, a Szmuel, krzyczy „psy”. Odwracam się i faktycznie jadą, zatem wchodzę znów do sklepu. Przejeżdżają, wychodzę, kończę taga i doganiam ich.
Puszczam grime na telefonie i z Sz. zaczynamy fristajlować przez całą drogę, a M. idzie w swych wysokich, szpilowanych butach środkiem Łochowskiej ulicy.

Dochodzimy do domu i tam Freestyle Szmule Session trwa dalej. Wychodzi nam nawet nieźle. Jej się to chyba podoba bo na końcu bije brawo i się śmieje, i mówi, że podziwia naszą kreatywność. My swoją też. Zapuszczamy na wieży polskie hity: „Byłaś serca biciem”, „Parostatkiem w wielki rejs”, „Czarny Alibaba”, „Chcę Ci powiedzieć”, „Czerwone korale” i dziesiątki jeszcze innych. Rozlewam wódkę, zaczynamy tańczyć we troje, na środku pokoju.

Wybija druga w nocy i  do mieszkania wchodzi Pablo, który wróciwszy od swej kochanki, miał ochotę popracować i pójść spać, ale ja polewam mu kielona i Pablo już tańczy z nami. Mam ochotę porwać Mariannę do tańca, więc ją porywam i zaczynamy kręcić sobą piruety, stykać biodra, piersi i włosy i śmiać się. Szmuel z Pablem jeszcze tańczą, ale po kilkunastu minutach już tylko siadają, a potem to już idą do pokoju Pabla, aż w końcu, koło 3.00 Szmuel żegna się z nami i wychodzi. Zostaję tylko ja i Marianna, tańczymy jeszcze i całujemy się. Ściszam muzykę, dalej się całujemy, ale ona stopuje moje dalsze zakusy, choć leżymy na łóżku. I wtedy ona pyta:
– Miałeś kiedyś złamane serce? – po czym zaczyna szlochać.
– Miałem, ale się zrosło. Nie płacz mała. Będą kolejni, a teraz jesteś jeszcze zbyt piękna i młoda, by swoją przyszłość na kamieniu budować. Tańczmy na ruchomych piaskach.

Przytulamy się długo, po czym rozłączamy i każde idzie spać wyzwolone. O 8.00 ona pyta, o której poszliśmy spać. Mówię, że po 4.00.
Zasypia, a o 10.00 słyszę jak wstaje, słyszę stuk obcasów. Wychodzę do przedpokoju, ale jej już nie ma. Wyszła po angielsku, co podoba mi się bardzo.

Śpię do 13.00 po czym wstaję, idę na spacer i znajduję stos porzuconych skrzynek po coca-coli. Śmieję się tego dnia bardzo głośno.

***

Zapisz się do newslettera w zakładce MENU – świeże opowiadania i teksty najróżniejsze raz w tygodniu.

Zobacz także moją najnowszą powieść „Bez przekazu” https://czarnykajet.com/skl3p/

 

Dlaczego klapki kubota są zajebiste?

Artykuł sponsorowany*

Dlaczego kuboty są zajebiste? Na te nietendencyjnie zadane pytanie odpowiada nasz ekspert: bloger modowy Ireneusz Praga.

  1. Kuboty kosztują 15 zł (razem z przesyłką), a stanowią wyraz nieprzemijalnego sznytu i osiedlowej elegancji.

  2. Ludzie szanują ludzi w kubotach. Niezależnie od społecznych i ekonomicznych uwarunkowań.

  3. Ponadczasowa czarno-biała kolorystyka pasuje zarówno do nieformalnych szelestów, jak i bardziej eleganckich, chciałoby się rzec „hipsterskich” kreacji.

  4. Klapki sprawdzą się idealnie jako przenośna stacja multimedialna, dla Twojego smartfona.

  5. Kuboty dzięki zastosowaniu ultralekkich pianek, będących wynikiem zaawansowanej inżynierii oraz badań nad ergonomią , doskonale nadadzą się do rzucania w: wyłączniki świateł, owady, puszki z piwem, pomniejsze ssaki.

  6. Perforacja testowana przez sportowców, idealnie odpręża po trudnym dniu w call center czy tłoczni elementów blaszanych.

  7. Kiedy zapuka komornik, twój rządowy kontakt, to owierasz jemu w nowych kubotach, i mówisz, że jedyne co może, to może posprzątać.

    https://youtu.be/x7BtclKr5Jg?t=1m33s

  8. Ale komornik już widzi co masz na stopach i wie, że trafił na nie lada cwaniaczka.A Ty? Czy masz już swoje kuboty?

 

 

 

*artykuł sponsorowany przez „UBRANIA TANIO”, Bazar Różyckiego, pawilon numer 15.

BEZ PRZEKAZU – premiera 25 stycznia

PREMIERA POWIEŚCI „BEZ PRZEKAZU” już we czwartek, 25 stycznia, tylko na czarnykajet.com/skl3p

Dostępne są dwie wersje książki:

FIZYCZNA – lekkie, kieszonkowe wydanie, 256 stron, idealne do czytania w drodze do pracy, na uczelnię czy podczas imprezy techno. Książka dotrze do Ciebie w ciągu 2-3 dni roboczych.

29 zł + przesyłka

EBOOK- otrzymujesz wersję pdf (rekomendowaną do czytania) oraz epub. Ta wersja sprawdzi się na wszystkich czytnikach ebooków, oraz na tabletach i smartfonach. Książkę otrzymujesz natychmiast po zaksięgowaniu płatności.

19 zł + przesyłka free

 

 

RECENZJE:

„BEZ PRZEKAZU” BOLI. TO NIE JEST LEKKA KSIĄŻKA. NIE JEST ŁATWA. TA KSIĄŻKA MÓWI NAM O NAS COŚ, CZEGO NIE CHCEMY WIEDZIEĆ. CO NAS UWIERA. SWĘDZI. ŁASKOCZE. NIE POZOSTAWIA NAS OBOJĘTNYMI. ANGAŻUJE WSZYSTKIE NASZE EMOCJE. PRZEŻYWAMY TĘ POWIEŚĆ CAŁYM CIAŁEM. DOSTAJEMY CZKAWKI. DUSIMY SIĘ. CHRAPIEMY. OD DAWNA W POLSKIEJ LITERATURZE NIE BYŁO PROZY TAK ODWAŻNEJ. TAK WAŻNEJ. DŁUGIEJ. DAWNO NIE BYŁO U NAS KSIĄŻKI, KTÓRA BY ROZLICZAŁA POLSKĘ Z JEJ POLSKOŚCI. KTÓRA ROZLICZAŁABY HIP HOP Z JEGO HIPHOPATOWOŚCI.*

Karol Mroziński

 

„Powieść Bez przekazu należy do zupełnie nowej prozy, która świadomie i równocześnie czerpie z subkultur młodzieżowych, jak i z ich dotychczasowych przetworzeń literackich. Jej zasada organizacyjna opiera się nieoczekiwanie na rytmie, który nie tylko jest kolejną zabawą z rapem, ale i próbą „nakręcenia” czytelnika, wprowadzenia go w pewien nastrój, poprzez który zbliży się do niego opisywany świat, jego bohaterowie, ich sposób oglądania wszystkiego wokół. To ważne, bo dawno prozy tak jawnie nastrojowej nikt nie proponował.”**

Tadeusz Mizerkiewicz, Prof. dr hab. UAM

 

Z A J E B I O Z A

Anna Maria Wierzchucka – Laureatka Grand Prix VII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „O Granitową Strzałę” 2015, Laureatka II nagrody XII Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Stanisława Grochowiaka 2016 w kategorii poezja a także m.in. I nagrody V Turnieju Jednego Wiersza im. Wandy Karczewskiej 2015 oraz I nagrody X Ogólnopolskiego Otwartego Turnieju Jednego Wiersza im. Pawła Bartłomieja Greca 2016.

 

PREMIERA KSIĄŻKI 25 stycznia na czarnykajet.com

 

  • *PARAFRAZA OPOWIADANIA KAROLA MROZIŃSKIEGO „IDA”, [W:] K. MROZIŃSKI, RAZZMATAZZ, WYDAWNICTWO JÓZEF CZĘŚCIK, GDAŃSK 2015, S. 88.
    UŻYCIE FRAGMENTU ZA ZGODĄ WYDAWCY.
  • ** PEŁNA RECENZJA „BEZ PRZEKAZU” JEST DOSTĘPNA TU 

JA JA JA 4

Oh, tak bardzo nie mam ochoty pisać tego korporacyjnego bełkotu!
„Najlepsze kampanie influencerskie roku 2017”, „Jak zarobić na youtube?”, „Czego chcą dziś milenialsi w mediach społecznościowych?”. Niby to wszystko ważne, niby też doraźne, skrojone odpowiednio do chwili i potrzeb, tych, którzy by chcieli zarabiać więcej, mieć więcej, być więcej, przeżywać więcej. Słowotoki korporacyjnego stylu: „fuzja”, „przetarg”, „kampania”, „influencer”, „ SEO”, „SEM”, „koneksja”, „CEO”,  i ja, skromny pisarczyk i piewca wielkich marek i ich jakże wielkich działań.
Tak jak kiedyś pisarze trudnili się posadami urzędniczymi, tak my dziś, oddajemy swoje ciała i dusze zamożnym korporacjom, które za te słowa, słowa, słowa, sklecone jakoś na siłę, są w stanie uszczknąć nam nieco ze swego bogactwa. Nudne to wszystko i pragmatyczne, bo dzisiaj chciałbym pisać tylko dla siebie i o sobie, przelewać zajawkę, myśli, przeżyć, taplać się w sosie własnym, i tak może, skromnie, rozjebać to wszystko na caly świat, do każdej biblioteki, księgarni, na każdy mur, aby tak każdy, w wolnej chwili mógł poczytać sobie mnie, bo przecież osobą jestem najbardziej na świecie fascynującą. I to niezmiernie ważne, co się wczoraj działo w tym mieszkaniu, i co mi się pomyślało dziś przy śniadaniu, i co zrobiłem dwa lata temu będąc na haju. Tak, to ważne, a te nowe technologie, te pieniądze to komu to potrzebne, jest, przecież z tego nie ma…

Mios Dios! Niczym się od tych korporacji nie różnimy!

Milena – cz. I #opowiadanie

O co ja się z nią kłócę ciągle? Od trzech i pół roku. Choć w początkach nie spieraliśmy się jeszcze. Byliśmy powściągliwi, nieśmiali, niewinni, zależało nam na robieniu dobrego wrażenia.
Teatr?
Zgodziła się, choć przez sekundę miałem wrażenie, że odmówi.
Idziemy warszawską nocą, wśród lwowskich kamienic, pachniemy ładnie, mówimy inteligentnie, staramy się być zabawni. Średnio to idzie, więc zapalam papierosa.
– Palisz? – pytam.
Nie pali. Prawie w ogóle jej nie znam.
I teraz dopiero widzę jak chodzi. Widziałem wcześniej na wydziale, ale nie chciałem w to wierzyć. Że ona tak chodzi normalnie-nienormalnie. Z twarzą w szalu, karkiem ze złamaną głową spoglądającą zdałoby się tylko w ziemię. Nogi  ma z pozoru mocne, ale w swej istocie chwiejne. Jakby zaraz miała przewrócić się, upaść niczym przedwcześnie ścięta sekwoja. Może to przez obcasy, bruk nierówny, lub jakiś niedowład. Nie piliśmy nic tego wieczora.
Teatru nie znajdujemy. To teatr undergroundowy. Idziemy do innego budynku, piękniejszego. Lekko spóźnieni wkraczamy na deski Czechowa. Grają studenci. Dobrze nawet. Teatr piąte piętro.
Niech studenci grają Czechowa, ale błagam, wy teatry komercyjne i drogie, przestańcie już. Nie ma kurwa nikogo lepszego? Kogo żyjącego, kogo z Polski? Bez tych wszystkich sióstr, generałów, cherlawych ojców, strzelb wiszących na ścianach?
Studenci grają nieźle, przerwa, palę, prawie nic nie mówimy, wchodzimy, śmierdzę, grają, śmiech, grają, śmiech, w końcu beng! Strzelba wypala!
Któż to mógł przewidzieć.
Wychodzimy. Nie mam pieniędzy zabierać jej, to tu to tam. Chcę całować, ale jej głowa ciągle w szalu, jak szczelnie owinięte trawą jajo. Czy ona jest aligatorem, żółwiem, a może ptakiem?
Żegnamy się.
Muszę coś o niej dopowiedzieć. Ma piękną twarz, długie blond włosy, świetny tyłek i zgrabne ciało. Tylko ten chód i te ruchy, zupełnie nieprzystające do jej nadkobiecej urody.
Nigdy więcej nie zaprosiłem jej do teatru.
Od nieszczęsnego Czechowa zaczęła się między nami pleść długa nić, lina okrętowa nieporozumień.
Nie zagadywałem do niej przez jakiś czas. Na wydziale mijaliśmy się obojętnie, patrząc po ścianach, podłodze, po oczach innych ludzi.
Po roku mi to wypomniała, bo chciała bym zagadywał.
Zawsze dawała sprzeczne sygnały. Gdyby była nawigatorem morskim okręty wielkie jak lodowce zaczęłyby wpadać w kolizje, a łodzie podwodne wypływać na plaże jak dogasające wieloryby.
Od Czechowa minęły tygodnie, zbliżały się Święta, miasto pustoszało. Widziałem z okna jak pustynnieje, jak klapnie, jak błotnieje, jak się cofa estetycznie do czasów Kontrolowanej Republiki Chaosu.
I wtedy ona zadzwoniła. Ucieszyło mnie to. Jest na dworcu i czy jej pożyczę na bilet, bo zgubiła portfel. Wsiadłem na rower, pojechałem na dworzec i dałem jej na ten bilet. Chciałem ją pocałować, ale głowę miała w kapturze i szalu. Wróciła w nowym roku i oddała mi za ten bilet pełna wdzięczności.
Nasze relacje polepszyły się. Rozmawialiśmy i pisaliśmy śmielej. Także publicznie, bo takie się robi rzeczy na zajęciach z literatury.
Wyszliśmy po nich na piwo w deszczowy, ciemny dzień z moim przyjacielem Emem.  Zasiedliśmy w najgorszej studenckiej spelunie z szafą grającą. Piliśmy tanie, dobre piwo. Kręciliśmy papierosy z resztek tytoniu paczkowanego i mieliśmy już ostro w czubie. Ona pożyczyła nam na dalsze picie i wyszła. Nie zaniepokoiło mnie to. Emem oddał jej ten hajs dopiero po dwóch latach.
Gdy wiosna zaczęła rozkwitać, rozkwitła znów nasza znajomość. Mogliśmy chodzić do pobliskiego parku i tam niby rozmawiać o czymś ważnym, albo zupełnie doraźnym. Ja robiłem pompki, i ona też zrobiła kilka. Założyliśmy się o trzysta złotych, z jej inicjatywy, że do maja schudnie pięć kilogramów, choć naprawdę nie miała ich wiele. Powiedziała:
– Jesteś jedyną, tak bezwzględną osobą, że wydusisz ze mnie ten hajs. Chcę abyś to zrobił.
Nie schudła. Na kilka dni po terminie zakładu zacząłem cisnąć ją o pieniądze. Oddała z grobową miną. Potem żywiła się jedynie bezglutenowym makaronem. I może dzięki temu schudła.

 

rysunek. Phil Ostojski

Świąteczno-noworoczne pozdrówki i co dalej z blogiem?

Szanowni Czytelnicy,

ci z Was, którzy śledzą moje insta odnotowali zapewne fakt, że ostatnie dni spędzałem nad morzem, a bywało, że i w morzu (po kostki).

Wierzę, że każdemu należy się trochę odpoczynku a odpowiednio dozowana samotność dobrze wpływa na kondycję twórczą. Jak możecie zauważyć, od pewnego czasu nic nowego na blogu się nie pojawiało. Ale spokojnie, piszę, natomiast główną uwagę koncentruję teraz na wydaniu mojej debiutanckiej powieści „Bez przekazu” – czarnykajet.com/bezprzekazu/    

Książka poszła do druku, wszystko zmierza w planowanym kierunku i powiem Wam tak skromnie… będzie rozpierdol,

a od nowego roku na blogu pojawiać się będą już same sztosy związane głównie z książką, ale nie tylko.

Tymczasem pozostawiam Was na te ostatnie dni roku w ciszy. Od maja czarnykajet odwiedziliście blisko 4000 razy i było Was tu 1514 osób, za co bardzo dziękuję.

Blog nabiera kształtów, m.in. dzięki zajebistemu brandingowi od Saiko Studio.

Wypatrujcie tagów na murach i w ogóle patrzcie na ulice bo CK wjeżdża teraz z ostrym guerilla marketing.

Życzę Wam wiele energii, mocy, metafizycznych i literackich wrażeń.

Badajcie czarnykajet.com od 1 stycznia! Elo!

Sarmini

 

Białe skiety

(…)

Palę teraz mentolowe marlboro, noszę biały dres prosto i białe skity no name. Czy to coś wprowadza do tej opowieści? Może fiksację bielą. Krótkotrwałą. Bielą, taką jak skóra A. Myślę o niej dziś, myślałem o niej wczoraj i pomyślę jutro. Myślę, odkąd aplikacja tinder nie dostarcza mi już drobnych wibracji na biurku czy w kieszeni, odkąd nie dostarcza małych wibracji i dużych zakłóceń w kroczu i umyśle.

Pojawiają się myśli inne, skojarzenia, bardziej twórcze z pewnością. Choć, czy to znowu takie wielkie, że kiedy widzę dresiarską, jakby ze skansenu wydobytą parę, która swoimi pocałunkami i wyznaniami wchodzi w myśli całego tramwaju (najbardziej koleżanki, która im towarzyszy. Najmniej motorniczego, który ma to wszystko w dupie.) to myślę, o tym, że mile puszysta dresiara, zaraz pobrudzi swoim różowym air maxem białe skity pana dresa.

Kiedy mu siedzi na kolanach, rozkochana cała i mówi: ale wódką od ciebie śmierdzi. Powąchaj Dominika jak od niego śmierdzi. No nie bój się! Przybliż twarz! Nie ugryzie cię! No chuchnij jej, chuchnij, ale nie tak mocno, tylko tak wiesz… A on chucha Dominice, po czym ona zgodnie stwierdza, że faktycznie wódką śmierdzi, to ja się modlę w duchu, aby tylko mile puszysta dziewczyna nie pobrudziła tych białych skarpet. Bo nogi jej zwisające są i bujające się, a i tramwaj i domniemana w tle wódka nie sprzyjają sztywnym ruchom ciała, a wręcz przeciwnie – zmiękczają je, wprowadzać mogą chaos. Jedno mocniejsze hamowanie, pleców odgięcie powodowane śmiechem i zaraz różowo-błotnista pięta różowego air maxa pobrudzi te białe skarpety.

Ale podróż trwa i w końcu docierają na Kijowską i ona mu z tych kolan schodzi. Bez najmniejszego dotknięcia i zabrudzenia.
Jestem za to wdzięczny motorniczemu i jestem wdzięczny tej miłej dziewczynie, że choć jest ekspresywna i bardzo zakochana, to przede wszystkim zdyscyplinowana jakoś wewnętrznie. Że nie jest rozchełstaną łajzą i fleją, która brudzi czyjeś skarpetki, tylko, że potrafi bawić się głośno, przeciągle, ale jednak na wewnętrznym poziomie w sposób czysty i higieniczny, nie obciążający domowego budżetu przeznaczanego na odplamiacze i wybielacze i szare mydło marki jeleń.

Dwutysięczniki (wiersz)

#tbt #Karpaty2015
Na nizinach zabijałem
i chłonąłem żniwa śmierci
dokładając swym pacnięciem muchę
do muszego tańca śmierci.

Im wyżej tym mniej do zabijania
trawa się strzeli do podeptania
kwiat niebieski do zerwania
mech zielony do spalania

Wyżej już tylko łyse głazy
i szczyt. chcę szczytu.

I teraz ja do podeptania
ja do spadania
do kostki złamania
wicher do przeziębiania
do ognisk mi zdmuchiwania
słońce do zanikania.

Wierch. sterta kamieni.
ale ja. TU. widzicie?
Nikt nie widzi. bo nikogo tu nie ma
tylko głazy kamienie porosty
wiatr ciszy
O! Orzeł! czarny przepiękny dryfuje z rozpostartymi skrzydłami w przestrzeni

tylko on i ja
świadkowie swej krótkiej wielkości
na wysokości. chwała.

Schodzę.
Urwiska zapraszają do spadania,
błoto do ześlizgiwania
tytoń do spalania

Nie nie skuszę się bo widzę zieleń w dole
trawę do odpoczywania
drzewa do się wspinania
kwiaty do powąchania

Schodzę.
bo to naprawdę duża góra
O! Oso! Coś zabrzęczała koło ucha!
Stałaś mi się teraz

najbliższą przyjaciółką.

***

Karpaty ukraińskie
wrzesień 2015

Co dzisiaj robisz?

Co dzisiaj robię?
Dzisiaj sobie z wolna umieram
niewiele jem, niewiele piję
palę papierosy przy biurku
sabotuję pracę
masturbuję się dwa razy
wspominam dawne kobiety
trochę się kryję pod kołdrą
czczę lęk
olewam gdzieś tam pojechanie
na cały dzień zostaję w domu
oglądam wyścigi ducatti i lambo
oglądam 25 najlepszych zagrań Ronaldinho
oglądam analizę mapy w CS:GO
oglądam swoje dłonie
wydobywam z podświadomości koszmary senne
jem ciasto od mamy
żuję gumę
myślę o dziurze w zębie
i myślę, że jakoś to będzie
bo jeszcze trzy tygodnie temu świat był
cały mój
a dzisiaj obaj udajemy, że się nie znamy
niezręczne spotkanie
grudy złota w skale

 

***

polub czarny kajet na fejsie: https://www.facebook.com/czarnyKAJET/
zapisz się do mailowej subskrybcji w zakładce MENU

 

Trening punchy

Teksty podmiotu lirycznego. Czarnego Kajeta, bohatera „Bez przekazu”:

 

Napisałem w booku 47 k słów
ty w agencji siedem kejsów
Pocisz się kiedy masz napisać zdanie?
Postaw kropkę swej twórczości zanim kurwa zmienisz zdanie.
Oni piszą te albumy jakby były Biblią
wjeżdżam im z dżihadem #Koran, rozpierdalam Pismo

twe wysiłki słyszę nawet w bicie
z producentem przegięliście dawkę o nabitę

Raperem jesteś, ale na autotjunie. Flow?
wchodzi, jak ty w swą niunię – ona kurwa nic nie czuje

Kilku pozerów co się nazywa polszawskim rapem
ambasadorzy Velvet – wrzucają gówno na papier
młodzi to łykają jak muszle, pelikany
chciałem jechać nad morze, przez to teraz zmieniam plany

najarany jak komin EC Siekierki
nawijasz ile masz patyków? lepiej kurwa sprzątnij bierki

wydobyły się z Kajetu pancze
nie przeszkadzaj dziwko, z tobą jeszcze dziś zatańczę
znowu piszą do mnie ruda, blond i rozczochrana
możecie wpaść we trzy na kwadrat
odrzucam zbędne pytania
jestem mistrzem algorytmów jakbym się nazywał Wozniak
twoje osiedlowe kontakty – pani w sklepie i pani woźna

To się nie kończy jak energia atomowa
napromieniuje cię jak Hulka,
zzieleniejesz z zazdrości
łeb w glebie jak kapusta, już twoja w tym głowa

mógłbym cię wyburzać jak jebany pustostan
ale kule mam zajęte obracaniem klona Miley Cyrus
pozwalam ci – zostań
wejdę w ciebie jak strażak
ale jebnę tag na czole,

wjeżdża to w ciebie jak meta
kiedy lukniesz w lustro z nową dziarą to wykrzykniesz:

CE KA ? !

Romanse jednonocne

Annie, listopad 2015

Dlaczego jesteś taka markotna?
Hej! Stop! Nie zbliżaj się do okna!
Piłaś zbyt wiele, chodźmy do kuchni
Tam jest wódka, są przyjaciele

Zostaw mnie, puszczaj! Chcę
Na parapet! Drwić ze świata
Pluć na ludzi z piątego piętra

Jesteś stuknięta. Psujesz mi
Rymy, strofy mylisz
Tak jesteś pijana

Całuj mnie, wyliż mi cipkę
Jestem w tobie rozkochana
<całuje>

Ale ludzie obok..!
Jak bosko się czuję..
<całuję>

Bluzkę zdejmuję, a ty zdejmuj koszulę
<całuje>
tylko nie gryź
ostatnio bardzo gryzłeś, nie lubię tego
daje ci swoją cipkę w opiekę, 
nie zagryź i tego

Ale co oni pomyślą?

Ty! Poeta! Drwij z nich,
Drwij ze świata
Wsadź mi go
Niech mnie rozkosz z bólem przeplata
Ah! Pijana się czuję
Kochasz mnie?

<milczy>

<całuje>

Praskie psy

Niełatwy jest żywot praskich psów. Pośród murów, z których jedne ogłaszają „jebać psy”, drugie „pierdolić dzielnicowego”, spacerują w kłębach papierosowego dymu i mgły, kobiety, mężczyźni, dzieci; po lewej stronie Wisły określani jako „podejrzani”, tutaj jako „swoi”, w krajobraz wpisani.

Smycze trzymają w lewej ręce, zwykle na niej wieszają też psy: yorki, pseudo-labradorki, pit bulle (I know you want me, wof!), bulteriery, przerzedzone kundle.
Psy te pełnią dla wyprowadzających funkcję terapeutyczną (napisy na murach – ekspresywną) psy te, ciasno zduszone obrożami, domykają zwykle krąg domowej przemocy.
Oto: mąż krzyczy na żonę, ta na dziecko, dziecko na psa (konfiguracje bywają różne, bo tu każdy na każdego krzyczy), na kogo ma krzyczeć pies?
Oto: kiedy wchodzę w bramę, bo mnie tam zaprosił (a to jak zaproszenie do domu) były więzień (o nim kiedy indziej) to wyskakuje na mnie nagle z zębiskami czarny kundel, broniący terytorium. To on, jako katalizator domowych napięć próbuje upuścić skumulowaną agresję, wyrzucając ją z pyska w kogoś obcego. Przyznaję mu rację, rozumiem, ale ugryźć się nie dam.
I nagle: były (a może nim się jest na całe życie) GIT podbiega do niego i otwartą dłonią wali przez łeb, dodając coś w stylu: „zamknij mordę, kurwa chuju”, a pies kuli się, wciska do ziemi. Przyjmuję to z pewną obojętnością. Krąg jednak nigdy się nie kończy. Na GITa godzinę temu nakrzyczała żona, o czym mi się zwierzył.

Inny wypadek: jadę rowerem, mijam kobietę i jej psa białego, pies podbiega na naprężonej smyczy, papieros wypada kobiecie z dłoni. Komórka wciąż przy uchu w drugiej: „pojebało cię?! Kurwa debilu, nie ciągnij! No kurwa, ciągnie jak pojebany!” – wyznaje telefonicznemu rozmówcy. Białemu psy jest chyba trochę smutno na te epitety.

Kolejnego dnia wracam pod parasolem, mijam Bazylikę (trawnik pod nią jest wychodkiem wszystkich psów) i podbiega do mnie zupełnie ufny i świata nie znający szczeniak. Wita się łapczywie, drobnymi łapkami próbuje wspiąć się w górę spodni moro. Głaszczę go i cmokam. Poprawiamy sobie dzień. Po chwili podbiega chłopak, mówi „sorry”, ja do niego „spoko” i się kończy na tym.

Niełatwy jest żywot praskich (jak wszędzie) psów. Niełatwe są żywoty (jak wszędzie) prażan. Ale i tu (jak wszędzie) zdarzają się dla psów i ludzi chwile szczęśliwe.