Tagi bez przekazu

7 postów

sarmini portret

Kraków, 25 X 2018

Czarny Kajet FALL 2018

Hostel B-Movie, Kraków

/Cejrowski i TVP napierdalają mi nad łbem spójną propagandą nienawiści. Dziennikarz – publicysta-konserwatysta się spotkał z drugim takim samym i teraz razem se takują i atakują i wynika z tego to, co zakute łby chcą./

A ja dziś chcę przeżywać, chcę się odrywać od przeżyć zapętlonych we fraktalach mikrocierpienia.

/Dzięki (Bogu) Hiszpanka przełącza kanał/

Rozmawiałem z Jabłonką i się pożegnałem z nią dobrze, odcinając ją od pępowiny wyrzutów sumienia i myśli kreślących alternatywne scenariusze przeszłości i przyszłości. Podziękowaliśmy sobie i teraz oboje ku wolności, przynajmniej tej od wzajemnej zależności. Bo do wolności osobistej daleka jeszcze droga… nie! CEL daleki, bo droga jest już kroczona. I potykana. I upadana. I dalej: powstająca, idąca (z bólem), biegnąca (z radością).

Materia. Ja w żyłach i arteriach dawnej stolicy tego kraju. Na łeb pada. Na łeb pada. Na  łeb  pada. Że nie mogę (choćbym chciał) wejść tu i tak, bo w kielni brak królów, na torsie munduru, że no brak. Bezdomność Kajeta. Bo ja chciałbym wszędzie. I na tego królika w śmietanie i na wino czerwone, na piwo zielone, deser nasączony alkoholem. A jak nie mogę to mi czyni nieszczęście, a jak mogę to krótką radość, spulchnienie materiału modnego: E G O.

I potem w sztosie, z jakąś u boku, przemierzam ciemne ulice w szlafroku(autentyk: #Sylwester2018) i zamawiam cierpa:

Weźmy narkotyki – mówię.

I płyniemy. Płyniemy na radiowych falach nocnego „Radia Kampus” do obskurnych bram, gdzie zostawiłem kiedyś swój tag i gdzie tagi inne też znam, a tam pan:

– Pięć dych za gram.

Tfe, ścierwo. Ale jakbym miał to jechałbym do szklanko-metal bram i tam:

– Siema. Pięć stów za gram.

I też bym brał.

A potem z nią na dom

/boję się, że mi się skończy tusz w piórze/

i na białe łoże. Ona skąpana w czerwieni kolorze
światła
Pręży się lub jest bardzo mała (to już zależne jest od niej i od ostatnich dwóch godzin [nietrzeźwych]), ale obojętnie jaka jest biorę ją jak Piękny Pies, a jeśli kocham, lubię, szanuję to nazwę „suką”.

A ona wtedy jęknie i na świecie, przez krótką chwilę znów będzie pięknie, bo dwoje ludzi przypomniało sobie, że w głębi, wypełnieniu, sokach, tarciu wilgotnej tkanki o skórę SĄ ZWIERZĘTAMI.

A potem leżymy w mokrej pościeli, paląc lub nie (to zależy od tego jaki był ostatni dzień) i śmiejeMY się, milczyMY, patrzyMY w oczy, dotykaMY lub nie (patrz wyżej).

A rano czuję nic. Kac. Nic. Kac. Smród. Nic. Ból.

Ona jest czy nie? To zależy (patrz wyżej).

/Facet stary i łysy, jebał go pies, przełączył ka nał, podgłośnił film o Stalinie, sytuacji rosyjskiej wsi, stracony romantyczny flow-chill/

7 rzeczy, które ogarniasz kończąc 25 lat

7 rzeczy, które ogarniasz kończąc 25 lat

 

Jak to jest mieć 25 lat? Absolutnie tak samo, jak wtedy gdy masz ich 24. Może w ciągu najbliższych dni, lub miesięcy drogę zaczną mi zachodzić tancerki Kankana, druga linia metra zostanie zalana przez Wisłę, a 200 złotych zainwestowane w kryptowaluty przemieni się magicznie w 200 000 złotych, ale póki co nic nie zapowiada takiego obrotu spraw.

25 lat to wiek, w którym zaczynasz odczuwać presję do nadania swojemu hulaszczemu żywotowi jakiejś celowości i ram. Biada tym, którzy urodziny świętują w poczuciu braku sensu i perspektyw. Nie o nich będzie ten tekst. Swe przemyślenia ubrane w doświadczenia kieruję raczej do osób młodszych, ażeby im po pierwsze uzmysłowić, jak już teraz mogą pokierować sobą, by znaleźć się w lepszym miejscu niż ja. Po drugie, aby im pokazać, jak nie znaleźć się w miejscu gorszym. Po trzecie aby się pomądrzyć i powspominać. W końcu mam już 25 lat. Raz do roku  – można.

  1. Uwierz w to i rób to.

Ale w co?
W to co lubisz robić, co daje ci poczucie spełnienia i satysfakcji, co jest korzystne i cenione przez innych. Kręcenie najlepszych blantów czy picie piw na haust to owszem fajne zajawki, ale pomyśl raczej nad czymś za co ludzie będą chcieli ci zapłacić.
„Ale przecież Snoop Dog ma gościa od kręcenia blantów, który zarabia 50 000 dolarów!” – możesz zakrzyknąć. Tak, ale ty nie jesteś murzynem z LA, tylko Polaczkiem z Chujwiegdzie Wielkich, a polscy raperzy muszą się raczej kredytować u dilerów, niż generować zbędne koszta. Nie tędy droga. Zarzuć ten sport.

Może teraz wpadnie ci do głowy by zostać dilerem? Serio, nie warto. Znam takich paru, lub znałem i albo nie żyją, albo żyją, a ich życie to seria wchodzenia i wychodzenia z nałogów, ciągłe długi i niewiele warte znajomości. Jeśli uważasz, że byłbyś świetnym i zdyscyplinowanym dilerem, to może przełóż swoje zdolności do zostania Acount Menagerem, w firmie, którą się jarasz, a nie… kurwa będziesz zarabiać 20 złotych na sztuce i cieszyć się, że masz na „darmowe” jaranie dla siebie i tej dupy poznanej w klubie.

2. Rozwijaj siebie i zajawkę

Jest to przedłużenie punktu pierwszego, Ty spostrzegawcza bestio.
Case-study:  Już w piątej klasie szkoły podstawowej odkryłem w sobie zdolności lingwistyczne. Na lekcji angielskiego zamiast słuchać Pani napisałem swój pierwszy rap, leciał tak (do dziś pamiętam te wielokrotne): „HWDP to moja zasada. Nienawidzę policji, jebana maskarada. W mundurkach se łażą i zabijają ludzi. Policja się nadaje, policja dupy daje, HWDP tę zasadę dziś wyznaję. W tym mieście…” – wtedy babeczka przejęła gryps, a ja miałem z nią długą rozmowę na temat szacunku do policji. Kto wie, może gdyby nie te przejęcie nawijałbym dziś jak Otsochodzi: „kiedy pytają czy mnie sumienie męczy? Nie.”
Dalej były konkursy literackie, wypracowania na tróję i zagrożenie z polskiego w liceum. Pisanie odkryłem w sobie na nowo, przy otwieraniu w 2012 roku firmy LONG TRIP. Napierdalałem wtedy kilkanaście teksów dziennie: marketingowych prezentacji, wrzutów na fp, ofert sponsorskich, pięknych idei itp. Człowiek, wtedy dla mnie ważny powiedział, że to naprawdę dobre i… uwierzyłem mu. Potem była filologia polska, stanowisko redaktora naczelnego w gazecie uniwersyteckiej, pisanie mniej lub bardziej wybitnych tekstów teoretyczno literackich, dziennikarstwo, aż w końcu powieść.
Dzisiaj pisaniem zarabiam na życie, i choć nie są to kokosy, to działając dla kilku agencji i portali mogę stale rozwijać swoje kompetencje, doświadczenie i uczyć się nowych rzeczy doskonaląc warsztat. Zamierzam także pójść na sceriopisartstwo do łódzkiej filmówki, ale o tym kiedy indziej. Wniosek?
Pomyśl co chcesz robić i rób to, a w wieku 25-lat nie będziesz musiał iść parzyć kawy w gastro. No chyba, że to naprawdę lubisz i jesteś w tym zajebisty. Wtedy parz kawę.

3. Starsze laski nie są już starsze

Kiedy mieliśmy po 20 lat i koleżka zacząć spotykać się z 27-letnią kobietą patrzyliśmy na niego jak na Boga. Fajnie jest poznać dziewczynę, która ma pracę, robi coś pożytecznego dla świata a przy tym nie wymiguje się sprawdzianem z matmy jutro na 8.00 rano. Jak mawiał pewien dziekan: studentki I roku nigdy się nie starzeją. Ty tak. I ma to swoje plusy.

4. Masz dużo hajsu i masz mało hajsu

Jak powiedziała moja ziomalka: „Raz jesz w domu suchą bułkę, a innym razem lecisz do Nowego Jorku  pierwszą klasą. Takie jest życie.” I to jest prawda, ale wiesz, nadążaj, aby nie żywić się głównie bułkami.
Chodzi o to, że kiedy masz 25 lat, to coraz częściej doznajesz licznych blichtrów, drogich restauracji i hoteli, lepszych ciuchów i fur. Wydajesz luźno 100 złotych na barze, po czym zamawiasz ubera i jedziesz do swojego domu, gdzie opierdolisz sobie wafla z awokado.
Ale potem nastaje koniec jakiegoś okresu i skarbonka, do której zawsze miałeś lekceważący stosunek staje się Twoją najbliższą przyjaciółką. Do tego stopnia, że czyścisz ją do cna, byle z rana mieć na bułę. Żujesz ją, czekają na przelew za ten poprzedni dżob, a potem znów wychodzisz na miasto jak król Ugandy.

5. Oszczędzaj i inwestuj hajs!

To coś czego nauczyłem się dopiero niedawno, a o czym powinni nas instruować bez przerwy od ukończenia 12. roku życia. Ale systemowi nie zależy na tym byś był samodzielny. Zależy mu na tym byś kupował masę zbędnego gówna, najlepiej na kredyt, i popadł w nałóg zależności od etatowej pracy.
Tymczasem zacznij już dziś odkładać co najmniej 10% swojego wynagrodzenia na przyszłość. Jeszcze lepiej, jeśli kolejne 10% zaczniesz inwestować. Najlepiej w krypto waluty, ale o tym kiedy indziej. Serio. Raz w życiu pracowałem na umowie o pracę. Myślisz, że Twoja emerytura spadnie Ci z nieba?

6. Dbaj o zdrowie i unikaj nałogów

To coś z czym ciągle walczę, paląc i rzucając szlugi średnio 3 razy w tygodniu. Ale poza tym mogę powiedzieć, że odżywam się zdrowo (produkty nisko, lub nie przetworzone), odczuwam zrywy do sportów, i nie angażuję się zbyt mocno w inne używki. Tylko rzucić te kiepy i zostanę joginem.

7. Nie trać czasu na czytanie blogów i oglądanie seriali

Serio. Zacznij już lepiej realizować swoje pomysły, bo do 25 roku życia pozostało Ci mniej czasu niż możesz sobie wyobrazić.

 

Czy 25 lat to w Twoim przekonaniu przełomy wiek? Gdzie jest granica? Zostaw komentarz, jeśli chciałbyś bym rozwinął jakiś wątek. Obserwuj blog (punkt 7 to ściema) i kupuj polskie rap książki. Elo!

Dlaczego klapki kubota są zajebiste?

Artykuł sponsorowany*

Dlaczego kuboty są zajebiste? Na te nietendencyjnie zadane pytanie odpowiada nasz ekspert: bloger modowy Ireneusz Praga.

  1. Kuboty kosztują 15 zł (razem z przesyłką), a stanowią wyraz nieprzemijalnego sznytu i osiedlowej elegancji.

  2. Ludzie szanują ludzi w kubotach. Niezależnie od społecznych i ekonomicznych uwarunkowań.

  3. Ponadczasowa czarno-biała kolorystyka pasuje zarówno do nieformalnych szelestów, jak i bardziej eleganckich, chciałoby się rzec „hipsterskich” kreacji.

  4. Klapki sprawdzą się idealnie jako przenośna stacja multimedialna, dla Twojego smartfona.

  5. Kuboty dzięki zastosowaniu ultralekkich pianek, będących wynikiem zaawansowanej inżynierii oraz badań nad ergonomią , doskonale nadadzą się do rzucania w: wyłączniki świateł, owady, puszki z piwem, pomniejsze ssaki.

  6. Perforacja testowana przez sportowców, idealnie odpręża po trudnym dniu w call center czy tłoczni elementów blaszanych.

  7. Kiedy zapuka komornik, twój rządowy kontakt, to owierasz jemu w nowych kubotach, i mówisz, że jedyne co może, to może posprzątać.

    https://youtu.be/x7BtclKr5Jg?t=1m33s

  8. Ale komornik już widzi co masz na stopach i wie, że trafił na nie lada cwaniaczka.A Ty? Czy masz już swoje kuboty?

 

 

 

*artykuł sponsorowany przez „UBRANIA TANIO”, Bazar Różyckiego, pawilon numer 15.

JA JA JA 4

Oh, tak bardzo nie mam ochoty pisać tego korporacyjnego bełkotu!
„Najlepsze kampanie influencerskie roku 2017”, „Jak zarobić na youtube?”, „Czego chcą dziś milenialsi w mediach społecznościowych?”. Niby to wszystko ważne, niby też doraźne, skrojone odpowiednio do chwili i potrzeb, tych, którzy by chcieli zarabiać więcej, mieć więcej, być więcej, przeżywać więcej. Słowotoki korporacyjnego stylu: „fuzja”, „przetarg”, „kampania”, „influencer”, „ SEO”, „SEM”, „koneksja”, „CEO”,  i ja, skromny pisarczyk i piewca wielkich marek i ich jakże wielkich działań.
Tak jak kiedyś pisarze trudnili się posadami urzędniczymi, tak my dziś, oddajemy swoje ciała i dusze zamożnym korporacjom, które za te słowa, słowa, słowa, sklecone jakoś na siłę, są w stanie uszczknąć nam nieco ze swego bogactwa. Nudne to wszystko i pragmatyczne, bo dzisiaj chciałbym pisać tylko dla siebie i o sobie, przelewać zajawkę, myśli, przeżyć, taplać się w sosie własnym, i tak może, skromnie, rozjebać to wszystko na caly świat, do każdej biblioteki, księgarni, na każdy mur, aby tak każdy, w wolnej chwili mógł poczytać sobie mnie, bo przecież osobą jestem najbardziej na świecie fascynującą. I to niezmiernie ważne, co się wczoraj działo w tym mieszkaniu, i co mi się pomyślało dziś przy śniadaniu, i co zrobiłem dwa lata temu będąc na haju. Tak, to ważne, a te nowe technologie, te pieniądze to komu to potrzebne, jest, przecież z tego nie ma…

Mios Dios! Niczym się od tych korporacji nie różnimy!

Świąteczno-noworoczne pozdrówki i co dalej z blogiem?

Szanowni Czytelnicy,

ci z Was, którzy śledzą moje insta odnotowali zapewne fakt, że ostatnie dni spędzałem nad morzem, a bywało, że i w morzu (po kostki).

Wierzę, że każdemu należy się trochę odpoczynku a odpowiednio dozowana samotność dobrze wpływa na kondycję twórczą. Jak możecie zauważyć, od pewnego czasu nic nowego na blogu się nie pojawiało. Ale spokojnie, piszę, natomiast główną uwagę koncentruję teraz na wydaniu mojej debiutanckiej powieści „Bez przekazu” – czarnykajet.com/bezprzekazu/    

Książka poszła do druku, wszystko zmierza w planowanym kierunku i powiem Wam tak skromnie… będzie rozpierdol,

a od nowego roku na blogu pojawiać się będą już same sztosy związane głównie z książką, ale nie tylko.

Tymczasem pozostawiam Was na te ostatnie dni roku w ciszy. Od maja czarnykajet odwiedziliście blisko 4000 razy i było Was tu 1514 osób, za co bardzo dziękuję.

Blog nabiera kształtów, m.in. dzięki zajebistemu brandingowi od Saiko Studio.

Wypatrujcie tagów na murach i w ogóle patrzcie na ulice bo CK wjeżdża teraz z ostrym guerilla marketing.

Życzę Wam wiele energii, mocy, metafizycznych i literackich wrażeń.

Badajcie czarnykajet.com od 1 stycznia! Elo!

Sarmini

 

Recenzja książki „Bez przekazu” Piotra Sarminiego

autor recenzji: Prof. dr hab. UAM Tomasz Mizerkiewicz

Powieść Bez przekazu należy do zupełnie nowej prozy, która świadomie i równocześnie czerpie z subkultur młodzieżowych, jak i z ich dotychczasowych przetworzeń literackich. Jej zasada organizacyjna opiera się nieoczekiwanie na rytmie, który nie tylko jest kolejną zabawą z rapem, ale i próbą „nakręcenia” czytelnika, wprowadzenia go w pewien nastrój, poprzez który zbliży się do niego opisywany świat, jego bohaterowie, ich sposób oglądania wszystkiego wokół. To ważne, bo dawno prozy tak jawnie nastrojowej nikt nie proponował.

Jako powieść pokoleniowa Bez przekazu zawiera świetne sceny z życia balangowego, zanurzona jest w młodzieżowe grypsy, bawi się hipsterką, a także konstruuje znakomitą scenę współczesnego debiutu (rozmowa bohatera z medialnym macherem Wojtkiem), gdzie na moment opadają ironiczne maski i pojawia się próba sformułowania jednostkowego i generacyjnego credo.

Do rangi metafory urasta futurologiczna fantazja historyczna, z której utkany został świat powieści. Przyszłościowa wersja Polski, okrojonej terytorialnie i składającej się z samej dawnej stolicy (tyle że rozrośniętej) Polszawy jest tyleż pewną kpiną ze współczesnej metropolitalizacji życia, co przenikliwą diagnozą. Wedle tej diagnozy szczególnie aktywne stają się współcześnie różne alternatywne scenariusze polityczne i historyczne, z powodu których całe wspólnoty narodowe mogą emigrować w osobliwe formy życia cywilizacyjnego. Powieść od razu przenosi nas w podobną alternatywną Polskę i pozwala poczuć smak tego, co uznaje się czasem dzisiaj za jej potrzebną „inną drogę”.

Zakończenie powieści ujawnia, że autor miał od samego początku interesujący pomysł na całość. Eksperyment naukowy, jakiego obiektem stał się bohater książki, nieoczekiwanie uświadamia, że powieść Sarminiego to nie tylko mądra lekcja wywiedziona z prozy Doroty Masłowskiej, ale i z fantastyki Jacka Dukaja. Zrozumiałe stają się wtedy pewne zawikłania narracyjne, a na poziomie autotematycznym autor ironicznie daje do zrozumienia, że „brudna” raperska stylistyka, zabawa w „nawijki”, prozę pokoleniową i środowiskową to wszystko składniki jego poszukiwań pisarskich i sprawdzeń językowych.

Pomimo owych autotematycznych nawiasów i lekko asekuracyjnych żartów w zakończeniu powieść Bez przekazu uderza jako wyjątkowo radykalny i bezkompromisowy przekaz literacki. Książka sięga do najostrzejszych współczesnych języków krytycznych, najdotkliwszych doświadczeń społecznych, najbardziej zawikłanych nastrojów zbiorowych, aby wypowiedzieć gwałtowną potrzebę zasadniczej korekty pokazywanej w futurologicznym sztafażu współczesności. „Dobry raper jest jak rewolucji zapalnik”, czytamy w ważnej dla powieści scenie, przy czym bohater Sarminiego swojej rewolucji nie wyczytał z modnych teorii politycznych, nie wymędrkował z cudzych tekstów, ale wyprowadził ze znanej sobie społecznej psychosfery. Bez przekazu zapowiada, że czas radykalnych zmian w naszym życiu zbiorowym dorowadzi do przechwycenia logiki zdarzeń przez zupełnie nierozpoznanych wykonawców. Przyszły głos publiczny, co już chyba teraz nie dziwi, będzie bowiem głosem młodych, których wiarygodnym wyrazem stała się powieść Piotra Sarminiego.

Tomasz Mizerkiewicz

***

Aby kupić książkę i dowiedzieć się więcej na temat „Bez przekazu” KLIKNIJ TU

moshed_2018-0-3_17.0.17

Recenzja książki „Bez przekazu” Piotra Sarminiego

autor recenzji: Prof. dr hab. UAM Tomasz Mizerkiewicz

Powieść Bez przekazu należy do zupełnie nowej prozy, która świadomie i równocześnie czerpie z subkultur młodzieżowych, jak i z ich dotychczasowych przetworzeń literackich. Jej zasada organizacyjna opiera się nieoczekiwanie na rytmie, który nie tylko jest kolejną zabawą z rapem, ale i próbą „nakręcenia” czytelnika, wprowadzenia go w pewien nastrój, poprzez który zbliży się do niego opisywany świat, jego bohaterowie, ich sposób oglądania wszystkiego wokół. To ważne, bo dawno prozy tak jawnie nastrojowej nikt nie proponował.

Jako powieść pokoleniowa Bez przekazu zawiera świetne sceny z życia balangowego, zanurzona jest w młodzieżowe grypsy, bawi się hipsterką, a także konstruuje znakomitą scenę współczesnego debiutu (rozmowa bohatera z medialnym macherem Wojtkiem), gdzie na moment opadają ironiczne maski i pojawia się próba sformułowania jednostkowego i generacyjnego credo.

Do rangi metafory urasta futurologiczna fantazja historyczna, z której utkany został świat powieści. Przyszłościowa wersja Polski, okrojonej terytorialnie i składającej się z samej dawnej stolicy (tyle że rozrośniętej) Polszawy jest tyleż pewną kpiną ze współczesnej metropolitalizacji życia, co przenikliwą diagnozą. Wedle tej diagnozy szczególnie aktywne stają się współcześnie różne alternatywne scenariusze polityczne i historyczne, z powodu których całe wspólnoty narodowe mogą emigrować w osobliwe formy życia cywilizacyjnego. Powieść od razu przenosi nas w podobną alternatywną Polskę i pozwala poczuć smak tego, co uznaje się czasem dzisiaj za jej potrzebną „inną drogę”.

Zakończenie powieści ujawnia, że autor miał od samego początku interesujący pomysł na całość. Eksperyment naukowy, jakiego obiektem stał się bohater książki, nieoczekiwanie uświadamia, że powieść Sarminiego to nie tylko mądra lekcja wywiedziona z prozy Doroty Masłowskiej, ale i z fantastyki Jacka Dukaja. Zrozumiałe stają się wtedy pewne zawikłania narracyjne, a na poziomie autotematycznym autor ironicznie daje do zrozumienia, że „brudna” raperska stylistyka, zabawa w „nawijki”, prozę pokoleniową i środowiskową to wszystko składniki jego poszukiwań pisarskich i sprawdzeń językowych.

Pomimo owych autotematycznych nawiasów i lekko asekuracyjnych żartów w zakończeniu powieść Bez przekazu uderza jako wyjątkowo radykalny i bezkompromisowy przekaz literacki. Książka sięga do najostrzejszych współczesnych języków krytycznych, najdotkliwszych doświadczeń społecznych, najbardziej zawikłanych nastrojów zbiorowych, aby wypowiedzieć gwałtowną potrzebę zasadniczej korekty pokazywanej w futurologicznym sztafażu współczesności. „Dobry raper jest jak rewolucji zapalnik”, czytamy w ważnej dla powieści scenie, przy czym bohater Sarminiego swojej rewolucji nie wyczytał z modnych teorii politycznych, nie wymędrkował z cudzych tekstów, ale wyprowadził ze znanej sobie społecznej psychosfery. Bez przekazu zapowiada, że czas radykalnych zmian w naszym życiu zbiorowym dorowadzi do przechwycenia logiki zdarzeń przez zupełnie nierozpoznanych wykonawców. Przyszły głos publiczny, co już chyba teraz nie dziwi, będzie bowiem głosem młodych, których wiarygodnym wyrazem stała się powieść Piotra Sarminiego.

Tomasz Mizerkiewicz

***

Aby kupić książkę i dowiedzieć się więcej na temat „Bez przekazu” KLIKNIJ TU

moshed_2018-0-3_17.0.17