Tagi bałtyk

4 postów

A morze tak, a może nie?

A morze tak, a może nie?

Znaj swe miejsce młody żeglarzu,
Bo twarde karki ocean gnie.
Już niejeden mocno się sparzył –
Może przemożesz, a może nie.

A może tak, a może nie?
Morze faluje zawsze tak jak chce…
A morze tak, a morze nie –
Woli nie próbuj mu narzucić swej.

(Tekst piosenki żeglarskiej: A morze tak, a może nie)

Kraina ze wszystkich stron oblegana przez szczepy Polan, od wschodu do zachodu, od północy do południa, kraina na wpół dzika, żyzna, gotowa do kolonizacji, kraina, gdzie proporce parawanowych murów przypominają wyraźnie – tu jest Polska – i nigdzie się stąd nie rusza. No chyba, że na obiad. Kraina dzieci zdrowych i głośnych, piw ciepłych a dobrych, pełna handlu i poezji: „Nawet Neptun wyszedł z wody by spróbować nasze lody!”, „Żono, żono, namów męża, jagodzianka wskrzesi węża!”. Ahoj!

Polski Bałtyk ma w sobie czar niepodrabialny.

Wiem coś o tym, spędziłem tu łącznie sześć miesięcy swojskiego życia. Okres tego wydłużonego stażu czyni mnie niejakim ekspertem w dziedzinie zbierania muszelek i prowadzenia rozmów pod automatem z wyskakującą bokserką gruszką do trzeciej nad ranem.

Pierwszy dzień nad morzem jest jak gruboziarniste połączenie piwa marki Bosman, drobin piachu na szyjce butelki, panierowanego dorsza, refrenów disco-polo i nawoływań dzieci. Wszystko wymieszane z nalewką bursztynową i lodem włoskim, na końcu okraszone aromatem zakręconego na patyku ziemniaka.

Gdzie indziej pójdziesz na plażę, kebab, lody, spacer leśny, wesołe miasteczko, piwo, festiwal reggae, gandzię, dorsza i to tego samego dnia?!

Przyjeżdżając nad Bałtyk trafiamy w sam środek kulturowego tygla, w którym mieszają się gastronomie i patenty rozrywkowe z całego świata. Lody tajskie spotykają się tu na granicy kostki brukowej z lodami włoskimi, lody kulki z lodami sześcianami, kebab doskonale koegzystuje z pizzą, a sushi baraszkuje swobodnie ze smażalnią ryb. To niemal historyczne doświadczenie przebywania na multikulturowym, XX wiecznym targu Wolnego Miasta Gdańsk, gdzie musieli handlować ze sobą Polacy, Niemcy, Żydzi, Turcy, Szwedzi i Rosjanie. Nikt wtedy nie słyszał o Tajach ani o Japończykach, ale i oni musieli przynajmniej duchowo uczestniczyć w tym wielki targowisku rozmaitości. Dziś uczestniczą, o ile nie fizycznie to przynajmniej ekonomicznie.

W Polsce, co nie dziwi, roi się bowiem od Polaków. Średnio na jednego Polaka przypadają tutaj trzy kamienie, 1018 ziarenek piasku oraz 308 litrów słonej wody.

Polacy są najróżniejsi, we wszystkich kolorach, zestawach, połączeniach i sandałach. Jest to jakby miniatura kraju, proporcjonalnie oddająca panujące w nim stosunki, o których to stosunkach zapomina się zbyt łatwo mieszkając w mieście zwanym przez wielu Warszawą. Polska jest bowiem prostoduszna, lekko otyła i niezbyt wymagająca. Polska to my! Polska to starsza pani o kulach, Polska to brzuchacz z żubrem w ręku, Polska to dzieci nagie na piachu i Polska to disco-polo śmiało dudniące na ryneczku. Stężenia polskości są tu wysokie i mogą nawet odrzucać, co bardziej lewicujące organizmy, ale w bojach z tymi zjawiskami nabiera się w końcu pewnej krzepy. Najpierw: zaprzeczenie: „Nie, nie, przecież to nie może być tak!”. Potem gniew: „nosz kurwa, ile tych ludzi!”. Negocjacje: „może przyjdę o innej porze”. Depresja: „jestem odciętą koniczyną społeczeństwa, nie pasuję tutaj”. W końcu: akceptacja: „Dobra, rozstawiaj parawan i daj te piwo”.

Gdzie indziej pójdziesz na plażę, kebab, lody, spacer leśny, wesołe miasteczko, piwo, festiwal reggae, gandzię, dorsza i to tego samego dnia?!

Wesołe miasteczko w Darłowie, lśniące bielą i rdzą gigantyczne wahadło, zwane finezyjnie „MŁOTEM PRZEBUDZENIA”.

Ostatni przegląd przeszło zapewne w 2012 roku w wejherowskim warsztacie samochodowym u szwagra. Zupełnie jak huśtawka, tylko mierząca 20 metrów, i wyrzucająca Cię w granatowy kosmos. Czyste katharsis. Przy zapinaniu foteli, pan z obsługi wyglądający na Serba lub może Albańczyka, łypie uważnie jakby kalkulował proporcje rozłożenia mas. Kiedy na blaszany, świecący piedestał wkracza ostatnia para, nie mam wątpliwości, że tak było. Nie sadza ich razem, tylko po przylegających rogach, tak, że w razie wypadnięcia, przynajmniej jedno z nich ma szansę przeżyć. Naprzeciwko mnie pani odmawia modlitwę, próbuję rozpogodzić ją uśmiechem i to coś daje, ale zaraz „MŁOT PRZEBUDZENIA” startuje i już nie ma czasu na czcze rozmowy. Wyrzuca cię w boki, tak, że z początku kalkulujesz między kalectwem tymczasowym a trwałym, w co by tu trafić by możliwie zredukować uszkodzenia ciała – czy w wirujące filiżanki, czy może jednak karuzelę? Po chwili wietrzne i mroźne odchylenia stają się coraz mocniejsze, tak, że godzisz się już z możliwością poniesienia natychmiastowej śmierci wskutek urwania wahadła. Bujamy się tak, już zupełnie na poważnie, a z kieszeni wysuwa mi się flaszka wiśniówki, spada i głośno pęka dramatycznie. Pozostali pasażerowie, nie wiedzą, że to flaszka. Zaczynają krzyczeć, modlitwy pomimo przeciążeń 1,5 G zostają wznowione.

Niniejszy felieton, grubo podszyty nićmi ironii, byłby jednak niczym więcej jak tylko kpiną, wyszydzeniem, piaskiem rzuconym w kierunku Bogu ducha winnego tłumu słuchającego radośnie koncertu polskiego country na małomiasteczkowym rynku, gdyby nie to, że… naprawdę kocham polskie morze! Praca nad Bałtykiem sprawiała, że mi się to opatrzyło, że przestało iskrzyć i barwić. W końcu ujrzałem zaplecza kebabów, na których pali się trawkę, poznałem sezonowych kucharzy i milionerów, wąchałem 100 kilogramów dorsza z zamrażarki i pijanego pracownika wesołego miasteczka, ale to wszystko nic! To wszystko nic! Bo może i kicz, bo może i pic, ale za to jak radośnie skrojony!

Kocham polskie morze i aby to udowodnić postanawiam rozliczyć się z kilkoma negatywnymi mitami, które ostatnimi czasy zaciążyły nad szumiącą famą Bałtyku. A co!

Parawany, które stały się synonimem „januszostwa”, grubiańskiej przestrzennej kolonizacji, w wykonaniu domorosłych Kolumbów, nie są w gruncie piachu niczym złym. Nad polskim morzem naprawdę wieje, a ten sprytny, lekki, tekstylno-drewniany wynalazek czyni nasze życie jedynie bardziej znośnym. To jakby biadolić na okulary słoneczne albo elektryczne szyby w aucie – bo owszem, można się obejść bez nich, ale po co, skoro dzięki nim życie staje się o ten jeden procent znośniejsze. 99% plażowiczów nie wychodzi o piątej nad ranem by zastawić taktyczne, przestrzenne wnyki, a po prostu chce w spokoju cieszyć się niezakłóconym dotykiem słońca na posmarowanej kremami z filtrem skórze.

Nadmorskie ceny; wybuchy internetowego oburzenia na flądrę za 50 zł czy przesolone frytki – owszem, to się zdarza. Wszędzie! Z tym, że jakoś szczególnie upodobaliśmy sobie psioczenie na górali i pomorzan, przyjmując te internetowe reportaże z restauracyjnych frontów jako obraz mówiący o całej tamtejszej gastronomii. Taka zbiorowa synekdocha. Tymczasem są to wypadki pojedyncze, dziejące się pod strzechami szybko zamykanych knajp. A te uczciwe, działające wieloletnie? O nich nikt nie wspomni, bo sensacji nie ma. Ot, porządny obiad za 20 zł, a do tego piwo za siódemkę. „Ryba była dobra, a nawet surówka więcej niż w porządku. Wrócimy na pewno!”. O tym żaden portal nie napisze. A uwierzcie mi, że tak to wygląda prawie wszędzie.

Ceny domków i hoteli.

„Coś mówiłeś, że za droga PROSTO bluza? To nie kupuj jej, ona nie jest dla lamusa” jak nawijał Wojtek Sokół, i miał słuszność. Tylko, że zamiast „PROSTO bluza” podstawcie sobie „domki przy morzu” i wyjdzie to samo, tylko, że bez rymu.

Czy są drogie? Dla singla czy pary, owszem, podróż zagraniczna z biurem podróży może wyjść porównywalnie, czy nawet taniej od polskiego Bałtyku, ale już dla rodziny z dzieckiem, czy dwójką, a nawet trójką, a nawet nawet czwórką, podróż za granicę to już znaczne operacje logistyczne, niespodziewane wydatki i brak bezpieczeństwa, którego Bałtykowi odmówić nie można.

A jeśli już jesteśmy przy dzieciach… Teraz pojmuję, że nadmorskie miasteczka skrojone są dokładnie pod dziecięcą wyobraźnię i wypełniają ją w sposób godny podziwu! Z wyjazdu z babcią, kiedy miałem 7 lat, pamiętam to, że kupiła mi śnieżnego Bionnicla. Z wypadu z mamą latawiec oraz incydent zagubienia się na plaży; kiedy moja biedna, zapłakana rodzicielka szukała mnie po całym Władysławowie, ja radośnie grałem z ratownikami w piłkę pod wieżyczką, nieświadom całej grozy wydarzenia. Dopóki dopóty mama nie znalazła mnie roześmianego w skrzącym, złocistym piachu. A potem chyba mi wlała. Nie pamiętam. Ale lody były pyszne!

Gdy byłem starszy, jeździłem z kumplami – gumy łamiszczęki, kauczukowe piłki, batalie w cymbergaya i nieudana próba kupienia Playboya, to właśnie takie rzeczy zapisują się w pamięci małoletnich podróżników. A to, że namiot w kiczowate paski, a to, że dyskoteka obciachowa, a to, że w „Tanich książkach” praktycznie same kryminały i romanse; kto by na to zwracał uwagę! Bo to nie jest istotne, bo to omija młody aparat krytyczny, a zamiast skupiać się na tym czego brakuje, skupia się na tym, co jest; a jest wiele!

Wakacje nad morzem, to coś więcej niż odpoczynek.

To czas karnawału, w którym opadają (lub chociaż próbują opaść) zwyczajowe maski, a każdy rolnik, informatyk, urzędniczka czy ekspedientka mają szansę na chwile stać się królami życia. Mogą zamienić swoje stare dżinsy na nowe szorty z 4F, mogą pójść do baru jak człowiek i przetańczyć tam całą noc, mogą sprezentować dziecku breloczek i lody, a później odpocząć od swych czterech ścian i zjeść spokojnie gofra z bitą śmietaną (i jeszcze tę polewę pani da). Wakacje nadmorskie to coś więcej niż wypoczynek. To terapia. Terapia gruntująca nas w polskości. Po co jechać do nieznanych krajów, borykać się z problemami językowymi i kulturowymi, czuć się znów podrzędniejszym, biedniejszym, zdezorientowanym wśród nowych miejsc i ludzi, skoro można na spokojnie, odwiedzać te same miasteczko przez 10 lat i znać w nim każdy kąt. Bałtyk to drugie domostwo, druga ojczyzna, tyle, że odświętna, karnawałowa i przez to wyjątkowa.

Znów popłynę na morze kąpać się z gwiazdami,
znów popłynę na morze, spotkam z kolegami.
W starych portach będę szperał, pewno spotkam przyjaciela,
no bo
znów popłynę na morze z łajbą za pan brat.

(Tekst piosenki żeglarskiej: Znów popłynę na morze)

Fetysze emocjonalne

Fetysz: „w religiach pierwotnych: przedmiot, któremu przypisywano siłę magiczną”

„Fetysze emocjonalne” to projekt, który przyszedł mi do głowy wraz z początkiem lata – wspomniałem o nim w ostatnim wpisie.

Chodząc po plaży w stanach i towarzystwach przeróżnych, chodząc przez ponad dwa miesiące, napotykałem rozmaite przedmioty i formy: kamieni, muszli, przedmiotów etc. wyrzuconych przez morze. W ciągu tych dwóch miesięcy moje emocje, nastroje i siły zmieniały się jak struktura piachu, po którym stąpałem. Plaża niby pozostawała ta sama, jak i niby Piotr pozostawał Piotrem, ale w rzeczywistości niewiele z „dziś” przypominało to z wczoraj. Emocje są dynamiczne i nie jest to wyraz dysharmonii czy szaleństwa, a naturalny stan ludzkiej natury.

Zebrałem z plaży to co wydało mi się najwyrazistsze, co zarezonowało we mnie i luźnym skojarzeniem przywiodło emocje i stany, których ostatnio doświadczałem. „Fetysze emocjonalne” łącząc fotografię i surową poezję próbują ukazać złożoność ludzkich emocji, odnaleźć ich przyczyny (sytuacje) i rozpoznać warunki, w których takie emocje lubią się pojawiać.

Minerał szlachetnej dynamiki

Minerał szlachetnej dynamiki

emocje: rosnące podniecenie na wysokości splotu słonecznego, zadowolenie z siebie, odwaga, moc, sprawczość

sytuacja: wykonywanie elementów większego projektu z łatwością, polotem i autentycznym zaangażowaniem

warunki: umysł pozbawiony negatywnych emocji i wolny od przebodźcowania, ciało zdrowe, oddech głęboki, wolność w działaniu, samodzielność

 

Bursztynowy naszyjnik

Bursztynowy naszyjnik

emocje: radość w klatce piersiowej, krótkotrwała satysfakcja, atrakcyjność, kompulsywność

sytuacja: przebywanie w miejscach zakupowych, towarzystwo, chęć stymulacji humoru, „potrzeba” odświeżenia swojego „ja”

warunki: wypłata za pracę, poczucie „zasłużenia” na coś materialnego, oszczędność pieniędzy na innych polach

 

Martwa Mucha

Martwa Mucha

emocje: głęboki żal po stracie, poczucie pustki, bezsensu życia po zaznanym niepowodzeniu i utracie ukochanej osoby

sytuacja: emocjonalna i seksualna samotność, bycie daleko od domu, popadanie w nałogi, brak sił, niedotrzymywanie postanowień

warunki: nieprzepracowane ważnych doświadczeń w bieżącym czasie i zepchnięcie ich do podświadomości, brak wyraźnych sukcesów na polu zawodowym i prywatnym, brak poczucia stabilizacji życiowej

 

Pordzewiałe okowy wolności

Pordzewiałe okowy wolności

 

emocje: poczucie „zluzowania” dyscypliny, chwilowa wyrozumiałość, upojenie. Następnie: żal, wstyd, powątpiewanie we własną wolę i sprawczość. Dalej: podjęcie postanowienia o tym, by nigdy raz zrzuconych okowów powtórnie nie zakładać.

sytuacja: niespodziewany nawrót do dawnych myśli i wzorców zachowań, które uważało się za niebyłe. Nawrót często połączony z używkami, lub określonym towarzystwem wywołującym stany i zachowania, których potem się wstydzimy.

warunki: Sytuacje towarzyskie z ludźmi „z przeszłości”, którzy znali nasze inne, rozchełstane „ja”. Wyjazdy, nowe miejsca, osłabiona wola, używki

 

Smolista magma wielości

Smolista magma wielości

emocje: poczucie „zalania” informacjami, osłabiona pamięć, smutek, złość, podniecenie, lubieżność, ogłupienie

sytuacja: codzienna praca na komputerze wymagająca zbierania i przetwarzania informacji, prowadzenie portali społecznościowych, przykładanie wagi do „życia online”, potrzeba dzielenia się z innymi każdą chwilą

warunki: kompulsywne nadużywanie internetu, gier, pornografii. Niemożność zaprzestania „przeglądactwa”, potrzeba bycia w strumieniu informacji, potrzeba kompensaty wobec rzeczywistości

Chropowaty kamień pełni

Chropowaty kamień pełni

emocje: bezwarunkowa, spontaniczna radość, poczucie spełnienia „rozlane” po wnętrzu ciała, lekkie podniecenie seksualne, energia do działania w przyszłości

sytuacja: czas wolny od pracy spędzany zgodnie z własną  naturą, obcowanie z pięknem przyrody, poczucie obfitości w życiu

warunki: brak problemów na polu zawodowym i prywatnym, bądź nieprzywiązywanie do nich wielkiej wagi; zdrowie fizyczne, życie zgodne z własnymi dążeniami

 

Ciekawi mnie czy i Ty zaznajesz podobnych uczuć. Czy rozpoznajesz warunki i sytuacje, które na nie wpływają, czy dajesz się unosić falom emocji bez kontrolowania? Podziel się tym w komentarzu!

 

 

 

 

 

 

 

 

JA JA JA 5

3 lipca 2018, Jarosławiec

Mi

Im

Mnie

Einm

Ja

Aj

Rośnie we mnie coś, sam nie wiem, coś jest we mnie. To tu i tam, ale tego nie było we mnie.

Co to jest? Czy to się do ciebie zbliża?

Czy to jest daleko czy blisko?

Czy eksploduje, czy imploduje?

Czy to jest przeszłość czy przyszłość?

Czy to daje czy zabiera; oba?

Czy to wnosi, czy wynosi?

Czy to zabije czy da życie, czy przepoczwarzy?

Co to jest?

To chyba tekst.

 

Opowiadania się wybierają i klarują. Wyłaniają przy otwariu oczu. GRZECH: nie zapisałem rannego. Było coś o ataku na przeciętność. Pamflet na zwyczajność. Chyba tak. To jestem ja.

Znalazłem na plaży dwa czarne kamienie. Jeden – teraz jak nań patrzę – jest grafitowy bardziej; porowaty, ze srebrzystymi odpryskami, przy ruchu mieni się jak obsypana brokatem twarz dziewczyny na wiejskiej dyskotece. Czarny jest wtedy, gdy go obleje woda.

Drugi jest czarny dalej, porowaty mocno. Być może to kawałek asfaltu. Pachnie drogą. Zawiera w sobie tysiące jasnych kamieni, rożnych wielkości. Jest prawie trzykrotnie większy od poprzednika. Nie tak smukły w kształcie.

Wpadłem na pomysł, że te kamienie to będą moje emocje. Nie tylko te dwa. Kamieni uzbiera się cała kolekcja. A każdy z nich, jak muzealny obiekt zostanie nazwany i należeycie przez kustosza –czyli mnie – opisany. Niczym mierna instalacja jaką można oglądac w Zachęcie, tak przeciętna i banalna wizualnie (mogąca zadziwić jedynie umysły niewyrobione np. ośmioklasistów uczęszczających na lekcje etyki i historii sztuki), zostanie znadinterpretowana ciężkością lirycznego znaczenia. Mówiąc prościej: jeden kamień wyrażać będzie jedną emocję, a opis stanowić będzie moje wspomnienie łączącę się z tą emocją. Może zrobię z tego katalog, zin, czy plakaty.

Intuicyjnie rozpocząłem od kamieni czarnych, porowatych, przyciężkawych, niewyględnych, chcąc uporać się może na wstępie z emocjami nieprzyjemnymi, tymi, które tak trudno wydobywać na wierzch. Nie znam jeszcze znaczenia jakie niosą te kamienie. Muszę przyjrzeć się im bliżej, a wtedy zadecyduję.

Homo Polacus Feriae

Czyta: Krystyna Czubówna

Homo Polacus Feriae budzi się wcześnie, wraz z pierwszym blaskiem świtu i odbiciem wczorajszego trunku zwanego „browarkiem”. W jego letniej, tymczasowej izbie następuje poruszenie.
– Schodzimy na śniadanie! – krzyk głodnego samca przebudza dorodną samicę i potomstwo.
– Tato, musimy? – szczebiocą pisklęta otwierając zapyziałe pyszczki, decyzja jednak została już podjęta. Ich żołądki wkrótce napełnią się bułkami i przetworami mięsnymi.
Punktualnie o godzinie 7.55 kompletne, wydające specyficzny zapach bojowy, stado zmierza ku żerowisku zwanym „stołówką”. Tam krzątający się w pośpiechu słudzy bez twarzy i imion, znoszą już sterty jadła i darów, które wkrótce zostaną pożarte przez wygłodniałe stada Homo Poolacus Feriae.

Nie po to pracowali cały rok aby wypoczywać w wakacje. „Chcemy złapać jak najwięcej słońca” orzeka samiec i jako pierwszy zbliża się do wodopoju z kawą, herbatą i sokiem pomarańczowym, sprawdzając jednocześnie czy młodym nie grozi niebezpieczeństwo. Teren jest bezpieczny. Inne Polacusy nie zeszły jeszcze na żer, dziś będą musiały zadowolić się resztkami jadła.

Stado, w pierwszej kolejności sięga po białe pieczywo i parówki – przysmak i główny element diety młodych, bogaty w niezbędne dla ich prawidłowego rozwoju witaminy i minerały: fosforany, cytryniany, azotan sodu, tłuszcz wieprzowy oraz przeciwutleniacze.
Kiedy Polacusy napełnią półmiski zasiadają przy stole w absolutnym milczeniu, po to aby nie zwabić na żerowisko pobliskich drapieżników: hirundinidae, chroicocephalus ridibundus, oraz chiroptera. Potomstwo w razie wydawania pisków jest natychmiastowo uciszane.
– Macie tylko jeść i nic więcej! – szepce samiec a w głosie jego czuć nutę groźby. Jeśli do głosu dopuszczana jest samica, to tylko w celu dalszego upominania potomstwa, aby „jadło ładnie” a na plaży „nie sypało piaskiem” – jest to bowiem bardzo groźne.
Polacusy przyjmują zatem miny pełne dostojeństwa i powagi, tak by jak najlepiej zamaskować dręczącą ich niechęć prowadzenia konwersacji.

Konsumują długo, jednak ich apetyt nigdy nie zostaje zaspokojony. Samiec ponownie zbliża się do stołu i otwierając podręczny ekwipunek zwany „torbą żulówką” marki BOSS zaczyna pakować do niej bułki, opakowania z dżemem i masłem a także szynkę konserwową – niezbędną do dalszego przetrwania ośmiu godzin na plaży. Jest to moment bardzo niebezpieczny bowiem Polacus może zostać przyłapany i zaatakowany przez Sługę, który wymusi od niego oddanie zdobyczy.
Zdekonspirowany Polacus odniósłby wtedy porażkę w oczach stada. Ta jednak grupa ma za sobą lata doświadczenia o czym świadczą niezdrowy wygląd cery i przebiegłość samicy: jednym ruchem przywołuje Sługę pod wymyślonym pretekstem, tymczasem Samiec zgrabnym ruchem kończy polowanie, wrzuca ostatni dżem wiśniowy do torby i oddala się obojętnym krokiem w stronę podwórza. Za nim, w milczeniu podążają młode.

Stado odniosło sukces, ale na jego drodze w ciągu tego dnia czyha jeszcze wiele niebezpieczeństw.

***
Chcesz wiedzieć jakich? Polub ten post i udostępnij go znajomym! Jeśli dotrze do 300 osób dowiesz się jak wygląda popołudnie nadmorskiego przedstawiciela Homo Polacus.

polub moją stronę na facebooku: https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

*Ten post ma na celu: po pierwsze rozbawić czytelnika, po drugie obrazić osoby prezentujące powyższe zachowania.
** Nad Bałtykiem oprócz Homo Polacus Feriaes poznałem masę fajnych Polaków, rodzin z dzieciakami, od których emanowała miłość, radość i kultura. Niech będzie nas coraz więcej! 
#czarnykajet #czarnykajet.wordpress.com