6.06.2017

Ponoć blog to ciągłość pewnej opowieści.

Najłatwiej jest opowiadać o sobie – wszyscy to praktykujemy codzień.

W złudnym przekonaniu, że kogokolwiek poza naszymi najbliższymi to interesuje.

Ale okazuje, się, że interesuje.

Osobiście zawsze uważałem, że poglądy i fascynacje ludzi miernych i głupich są niewarte uwagi.

Jakież było moje zdziwienie kiedy ci ludzie zaczęli zgarniać setki lajków na fb.

To były rzeczy bardzo prozaiczne.

Więc co dopiero taki ja. Najmądrzejszy i najniemierniejszy.

I oto żyjemy w takich czasach, że każdy chce zostać gwiazdą – jedni to mówią głośno, inni po cichu, kolejni nie przyznają się wcale. Ale chcą. (czy autor zdradza takie aspiracje?

Tymczasem gwiazd nie widziałem od dawna na niebie. Tylko dziś na globusie, w sklepie z globusami (jest taki w Poznaniu), na urokliwej uliczce skrytej w bramie. Uliczka to doprawdy niewielka i wąska, po jej bokach rozpościerają się antykwariaty literackie, sklepy ze starociami, serwis napraw MP3 oraz „Centrum Motywacji” (dziś zamknięte). Na końcu pałacyk – restauracja, kino Apollo i mała scena, wyjęta z latynoskiego filmu. Dziś zalana deszczem, burzą i naszymi łzami. Pod parasolami.

Nigdzie nie było gwiazd.

A tylko dwoje ludzi.

Wiersze o butach

Butność

Nie powinno się
zakładać
nogi na nogę

Nie powinno się
celować
podeszwą w bliźniego

Jak tu wyrazić
nonszalancję
i bezczelność
kiedy się ma ochotę
a kiedy się ma też
dziury w podeszwach?

Dziury

W dwóch parach butów, które posiadam, zieją dwie dziury. W lewym najku podeszwa przy palcach dziurawa. W prawym etniesie otwór przy pięcie. Wymaga to stosowania specjalnych technik maskujących; więc gdy najki to prawą nogę zakładam na lewą, przy etniesach odwrotnie. Tylko w wysokiej trawie jestem bezpieczny przed wzrokiem tych co szukają dziury w (nie)całym.

Sadownictwo wyczynowe

automatyduze-1.jpg

tekst pierwotnie wydrukowany w magazynie „UW/AŻAJ” tom 3 nr 1 ISSN 2300-1720

autor: Piotr Sarmini, fotografie: Łukasz Łuciuk www.lukaszluciuk.pl
***

Wysiadam z nocnego autobusu i kieruję się do pobliskiego 24h po cygaretkę – sprzedają je tam na sztuki. Wokół sklepu tłoczno, pijackie zamieszanie, czekam cierpliwie na otwarcie okienka. Otwarto. – Setkę cytrynówki proszę – wpycha się przede mnie 40-letni mężczyzna. – Widzę, że bardzo się panu spieszy – zwracam się do niego z pewną ironią.
– Przepraszam bardzo, my tam na automatach gramy, i wie pan, nie ma czasu, papierosem mogę poczęstować.-  W sumie i tak miałem kupić, dzięki, powodzenia. – Nie dziękuję!

Wszystkie wydarzenia przedstawione w niniejszym artykule są oparte na faktach a postaci autentyczne. Przedstawione miejsca i personalia zostały zmienione. Rozmowy pochodzą z nagrań dyktafonowych realizowanych w końcu grudnia i na początku roku 2016; większość z nich pozostawiono w oryginalnej formie.

Czereśnie

Zgodnie z ustawą z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych ostatnie automaty miały zniknąć z polskich ulic wraz z początkiem 2015 roku. Stoją jednak dalej. Zdania na ich temat są podzielone, sami gracze zdają się być zdezorientowani. Właściciele salonów mówić nie chcą, pracownicy niechętnie. Ludzi gra coraz więcej, a więc kary warto płacić – te finansowe. Z konsekwencjai społecznymi nikt się na razie nie liczy. Ale to wolny kraj, Pan Jerzy – pracownik salonu na warszawskim Mokotowie (sam siebie określa jako „konserwatywnego libertyna”) mówi: „nikt do gry nikogo nie zmusza”.

Wchodzimy z Łukaszem do piwnicznej klitki, w której niegdyś mieścił się warzywniak. Na drzwiach pozostawiono część dawnej okleiny – winograna, banany, jabłka zawieszone w białym tle. Właściciel komponując ten współczesny vanitas, świadomie czy nie, wykazał się przewrotnym humorem. Na obrotowych rolkach maszyn królują przecież motywy owoców. W środku niebiesko od papierosowego dymu, dwóch graczy i pracownik nie zwracają na nas większej uwagi, choć znać od razu, że przyszli amatorzy. Gdzie to się wrzuca? Całkiem incognito piątka ląduje w maszynie, wybieramy grę, nieśmiałe poklikiwania. Zagaduję mężczyznę siedzącego obok:

automatyduze-3.jpg

Pan często gra?

Od czasu do czasu.

Ile najwięcej się zdarzyło wygrać?

O panie! Chyba ile przegrać, hehe.

Żona co na to?

Goni, goni mnie. Słuchajcie to jest narkotyk, gorsze od gorzały.

Jakby zamknęli automaty?

To bym nie grał, zdarzało się czasem sporo przegrać.

Ma pan szczęście?

No… raczej nie.

Po kasynach pan czasem chodzi czy głównie stacjonarnie pod monopolem?

Nie, to nie dla mnie, na to trzeba mieć, wie pan..

Banany

Spotykam się ze znajomym, studentem ekonomii na jednej z prywatnych, warszawskich uczelni. Zajeżdża na parking kilkuletnim, błyszczącym BMW.

Kiedy ostatnio grałeś na automatach?

Antek: Nigdy w to za dużo nie grałem. Wolę  sobie pograć z krupierem, pogadać, a nie jak ten cep zahipnotyzowany.

Często chodzicie do kasyna?

Moi znajomi w sumie dużo nie grają, jest tylko jedna jednostka, która się jakoś szczególnie odznacza. Ja tak z chłopakami, ogólnie z mojej uczelni, chodzimy do kasyna rzadko, może trzy, cztery razy byliśmy. Raz wpadli na genialny pomysł, że będą liczyć karty. Ograją kasyno. Każdy miał wejść dyszką, maks  dwoma dyszkami, żeby ograć kasyno. W końcu każdy przegrał pięć dyszek i byli i tak w dupę.  Ale powiem szczerze, jak się naoglądałem jakie sumy ludzie przegrywają to to co przegrywam ja czy moi koledzy to są śmieszne pieniądze, żadne pieniądze.

Jak się przegrywa poważne pieniądze?

Pan Andrzej to jest taka postać jaką spotkaliśmy jakiś czas temu. Typka poznaliśmy w Prymasie (kasyno w Pałacu Prymasowskim), graliśmy w ruletkę,  kelnerka nie chciała dać nam drinków, no to się Andrzej spruł: „dlaczego nie chcesz dać moim kolegom drinka?!”. My zdziwieni, nie wiemy o co chodzi bo widzimy go pierwszy raz. Okazało się, że on tam dużo pieniędzy przegrywał, najwięcej przepierdolił 200 000 w jedną noc, ale ma chociaż kartę VIP. Postawił nam te drinki. Sam podchodził do nas, gadał, facet naprawdę z kasą. Co mnie najbardziej zdziwiło jak kiedyś go spotkaliśmy z jego synkiem nawąchanym, który jest młodszy od nas. Był tak naćpany, że latał tylko po tej ruletce. Stoły są tak ustawione, że można chodzić dookoła nich, grał równolegle na czterech stołach. Za każdym razem jak wygrał darł się: „Tato, tato, wygrałem!”. Andrzej zbijał z nim piątki i mówił, „dobrze synek, wygrałeś pieniążki”. Takie wiesz, sceny śmieszne, chociaż trochę przykre.

Ty masz jakieś limity? Wygranej i przegranej?

Jak ja chodzę do kasyna i mam sto procent profitu to mówię sobie: super, dziękuję wychodzę. Wrzucam 5 dych, mam stówe i jestem zadowolony. Przecież wiadomo, ze z 5 dych nie zrobię 5 milionów, nie kupię se jahtu i nie będę palił grama na Copacabana. Panowie, z czym do ludzi?

Rozmawiamy jeszcze chwilę i wracamy na parking. Antoni wiele wiedział o kasynach i miał tyleż ciekawych historii, ale mnie najbardziej interesowały maszyny – te hipnotyzujące rolki, które co dzień, dwadzieścia cztery godziny na dobę otwarte wabią przechodniów złudną pieśnią brzdęku monet. Na czym polega ich fenomen? Zakapturzone postaci, które próbuję zagaić w kolejnych przedmieściach Las Vegas nie są zbyt rozmowne. Jeśli mówią to nie na temat, lub krótkimi, zdawkowymi zdaniami:

automatyduze-5.jpg

Ile pan najwięcej wygrał?

<niezrozumiałe>

A teraz?

Teraz w plecy.

Dużo ludzi gra?

Coraz więcej, młodzi, starzy, kobiety, wszyscy grają. To jest jak seks, raz spróbujesz i chcesz więcej.

Często panowie gracie? 

Za często.

Ktoś się dorobił kiedyś?

Taa.. w banku kredytu. <śmiech>

 W trakcie naszej rozmowy zakapturzony mężczyna przegrywa 50 złotych. Z kieszeni lekko przybrudzonych jeansów, wyjmuje kolejnego Kazimierza Wielkiego i wsuwa do maszyny.

Chce się odzyskać to co się straciło. To jest najgorsze. Chcesz odejść a masz wrażenie, że ktoś wejdzie i weźmie twoje.

Rozmowa jest skończona, wciąż wiadomo niewiele. Eureka! Są znajomi, są przyjaciele.

Jak śliwka w kompot 

Jest jeden, który szczególnie często walczył z jednorękimi bandytami. Dzwonię do Brunona. Kolejnego dnia spotykamy się wieczorem w jednej z podwarszawskich miejscowości. Papierosy zamienił na e-fajka. Nowy rok? Postanowienia? – pytam. Chcę zmienić swoje życie P. – odpowiada. Ruszamy na spacer po zaniedbanych przedmieściach. Tuż przy stacji kolejowej stoją pierwsze maszyny w czerwonym, małym pokoiku wypełnionym kartonami. Neon 24 h, obok sklep monopolowy. Na razie pustki.

Brunon: Tutaj się campią menele, żeby od ewentualnego wygranego te pięć złotych na browar czy na cokolwiek zgarnąć. Jest to smutny widok.

Kiedy zacząłeś grać na automatach?

Brunon: Moje liceum mieściło się przy Galerii Mokotów, chodziliśmy tam na zakupy, po jakąś szamkę. Pewnego dnia zauważyłem wielki, świecący obiekt – okazało się, że są tam maszyny. Spodobała mi się ta zabawa.  Na początku wrzucałem pięć, dziesięć złotych, oby wygrać dyszkę – zawsze dwa czizy więcej. Jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Z czasem kwoty robiły się coraz większe, zarówno wygrane jak i przegrane.

Dużo osób z liceum grało? To było spore zjawisko czy raczej marginalne?

Myślę, że marginalne. Mnie zachęciła czyjaś duża wygrana, tak? Kiedy widzisz, że ktoś z pięćdziesięciu złotych wygrywa trzy stówy to myślisz: „ja też to mogę zrobić”. Tylko trzeba sobie przyznać, że wygrywa może jeden na pięćdziesięciu a reszta tak naprawdę składa się na jego wygraną. Szczęśliwy jest jeden, 49 osób jest wkurwionych i bez pieniędzy. A i ten jeden wkrótce do nich dołączy. Widziałem osoby, które potrafiły w ciągu godziny wrzucić do maszyny dziesięć tysięcy złotych po czym pójśc gdzieś i wrócić  z pięcioma tysiącami pożyczonymi. Także problem może przybrać dużą skalę.

Odkuwały się?

Kiedy już wychodzisz i chcesz odzyskać pieniądze to jest niemożliwe ponieważ, jak się idzie żeby wygrać to zazwyczaj się przegrywa. Trzeba iść żeby przegrać i najwyżej pozytywnie zaskoczyć się wygraną, tak mi się wydaje, to jest bezpieczniejsze dla psychiki i dla portfela. Chodź, pokażę ci jak w to się gra – na potrzeby atrykułu.

Wchodzimy do jednej z przydrożnych budek. Brunon wsuwa 10 złotych do maszyny.

Popadałeś w konflikty z rodziną przez hazard?

Zdarzało mi się podbierać pieniądze po pijaku żeby się odegrać. Po alkoholu te przegrane były największe. Po pierwsze strata trzeźwości i brak pomyślunku o jutrze ma na to wpływ. Po drugie podpity wracasz do domu i chcesz się odegrać. Zdarzało mi się po dwa razy, żeby jeszcze próbować. Przegrywałem dwieście złotych, potem brałem pięćdziesiąt, potem brałem nawet ostatnie dziesięć, żeby jeszcze może ta maszyna dala, tak. To było pod koniec okresu kiedy stwierdziłem, że trzeba z tym skończyć.

Kiedy pomyślałeś, że możesz być uzależniony od hazardu?
Kiedy grywałem prawie codziennie. Zdarzało mi się polecieć na przerwie do centrum handlowego, między lekcjami, wrzucić dyszkę czy dwadzieścia. Zdarzało mi się na piętnastominutowej przerwie przegrać 2 stówy, kiedy były to moje pieniądze na szamę na cały tydzień.

Po kilku minutach gry, dziesiątka urosła do dwudziestu złotych. Prosimy o wypłatę i wychodzimy.

Ile najwięcej wygrałeś?

To była 22.00, byłem strasznie pijany. Wrzuciłem stówę, przegrałem stówę. Została mi ostatnia stówa, z tej stówy zrobiłem tysiąc siedemset złotych, to było około 23.00. O 6.00 rano nie miałem na szlugi. Trzeba zauważyć, że jeśli zarobimy pieniądze ciężką pracą, nawet te 1600 to wiemy, że przepracowaliśmy 160 godzin żeby te pieniądze uzyskać. W przypadku maszyn, kiedy ze stu złotych w piętnaście minut zrobimy tysiąc zupełnie inaczej je traktujemy, łatwiej się je wydaje i dużo głupiej. Hajs z maszyny nie ma takiej samej wartości, ponieważ nieroztropnie go wydajemy.

Co najgorszego widziałeś na automatach?

Widziałem faceta, który tyle przegrał tyle, że rozpierdolił automat na którym grał, rozpierdolił sobie rękę. Zgarnęły go stamtąd psy ponieważ był tak pijany, że ciężko mu się było zawinąć.

Spacerując natrafiamy na znajomego Brunona, Maćka. Chłopak wciąż gra i wykazuje się znacznie większym entuzjamem, mówi wprost: „kocham automaty!”

Od kiedy grasz?

Od 18 roku życia (obecnie Maciek kończy 23 lata). No, zacząłem wtedy. Najpierw z zielskiem się zaczęło, a później skończyłem z zielskiem to zacząłem grać.

Masz jakąś strategię na grę?

Wiem kiedy skończyć po prostu. Jak widzę, że mi schodzi o dwie, trzy dychy to zakańczam gre. A jak widzę, że wzrasta, jest na przykład 250, 260, 270 i tak dalej to już gram dalej. Jak dochodzi do 290 to wyciągam. To jest najlepsze rozwiązanie. Nic więcej.

Mój kolega cztery tysiące przegrał, więc wiem jak to jest. Sąsiad samochód przegrał, więc trochę jest tego. Ale samochód to wiesz, samochód to samochód. Przegrać dwieście złotych, dla mnie to jest akurat dużo, wiem co mogę sobie kupić za te dwieście złotych. Jak samochody przegrywają albo takie pierdoły to trochę jest. Jak dla mnie. Jak dla nich to niby nic.

Pamiętasz jak Czester, wiesz z 25 euro zrobił 2 i pół koła euro, w kasynie internetowym. I też przepierdolił wszystko.

Brunon: Pisałem z nim wtedy. Wyciągaj. „mam tysiąc, mam dwa”. Wyciągaj, wyciągaj, wyciągaj! Ile ci zostało? – Nic.

Chłopak wpłacił 25 euro i w godzinę zrobił 2500 tysiące euro, ze stu złotych, dziesięc tysięcy przez godzinę klikając na black jacku. Coś nieprawdopodobnego. I tak przepierdolił, bo przecież zaraz da więcej. Przebicie kapitału o sto razy to za mało jak widać, więc chyba nie ma tego limitu, który satysfakcjonuje.

Maciek : Na pewno jak grać to na trzeźwo

Brunon: O tak, nigdy nie iść do kasyna po pijaku, to jest totalnie bez sensu.

Zbliża się 21.00, mróz doskwiera, czas się żegnać. Wracając wstepuję do jeszcze jednego przydworcowego kasyna. W środku dwaj osobnicy i pracowniczka, gęsto od papierosowego dymu i atmosfery. „Robię reportaż o automatach – chcecie pogadać?” „Jak dasz hajs to pogadam” odpowiada bujający się przy automacie młody chłopak w dresie. Spostrzegam, że wszyscy mają na stopach jedynie skarpety. Są tak wygrzani? Grą? Czują się jak w domu? Nie śmiem zapytać. Hajsu nie daję. Gdy wracam do domu dostaję sms’a od Maćka: „Jak chciałbyś kiedyś pograć na automatach to się odzywaj”.

automatyduze-4.jpg

Zakażenie [wiersz]

Zakażenie

Toczy mnie, pcha, po rubinowym wnętrzu choroba
twa. Grudzień zero dwa dwa, tam to się wydarzyło
coś we mnie urosło, coś się zmieniło, zapłonęło, zgasło
znów nie mogę zasnąć, w pokoju bardziej niż w umyśle
jasno

Przeniosło się to wzrokowo, tak ty zaraziłaś mnie patrząc
mi w oczy, moje ciało nie miało leukocytów na takie oczy

Zainfekowałaś mnie głosem, dźwięki, barwy, tony
pogniotły uszy, stały się głuche na wszystko inne

No a twój dotyk, zimne dłonie, gorące ciało
Na nosie pojawiły się krosty, na cerze plamy

Nasze języki się spotkały, bakterie, wilgoć
ciepło, najlepsze dla nich warunki w naszych ustach

I potem przyszedł Wirus, nieuleczalny, zdiagnozowany,
gdy strużka krwi z ust wyciekła kocham cię
między drżącymi w febrze ciałami.

Piotr Sarmini

PIOTR SARMINI

BEZ PRZEKAZU

Jedzie dalej karawan, psy będą szczekać
(Hoł, hoł, hoł) Gdzie jest przekaz?
(Hoł, hoł, hoł) Gdzie jest przekaz?
Gdzie jest przekaz?
Gdzie jest przekaz?

Gdzie jest przekaz? Co to przekaz?
Te wszystkie prawdy, które znać trzeba? Po to czekasz?
No to nie patrz, no to nie słysz
Nie ma przebacz. No bo niezbyt
Mnie obchodzi, kim są oni, i nie obchodzi mnie seria porad
Robi się z tego śmieszny serial, reżyseria Borat
(…)

Tede, Kara’van[1]

okl1

NAWIJKA I

                  Elo, mordy! Jak się bawicie?! Wszystkie ręce w górę! Kto nie skacze, ten z europolicji! Hip! Hop! Hip! Hop! Hip! Hop!

Tak sobie myślał Kajetan a.k.a. Czarny Kajet, gdy odpalał gibona od fajek, w myślach widział pulsującą salę, tłumy groupies szalejące za jego wokalem, ochronę odwróconą plecami, gdy on tymczasem zbierał tłum na sali. Tak to wszystko wyraźnie stanęło mu przed oczami, że już począł liczyć głowy na hali i kalkulować, ile od jednej zarobi, ile dla manadżera, ile dla klubu, hypemena, DJ-a, to będzie co najmniej dwa tysiące PLN dla niego, a więc całkiem rockafela, Bahamy, Seszele i siema! Siema, świecie, „siema, Czarny Kajecie” mu powie stewardessa z prowokującym spojrzeniem i spódniczką jakby za krótką, gdy on będzie leciał na koncert gdzieś hen, prywatnym jetem, pijąc szampana w trakcie turbulencji.

Ale stop! Wracamy: sala, hala i ta blondyna w pierwszym rzędzie roześmiana, już lekko pijana, w idolu swoim zakochana, już ją widzi, jak na backstage’u schodzi na kolana, i nie chodzi tu wcale o pacierz przed snem.

Te–te–tele–fon! przerywa myślo–wyobrażeń błogostan, więc wstał Kaj, choć niechętnie, z łóżka, bo nie lubił w połowie odkładać gwizdka, tym bardziej, gdy sobie karierę akurat imaginował, a miał to dość często ostatnio w zwyczaju. Po buchach na oko zmrużone siedmiu i lekkim już haju spogląda w nokię, tam numer nieznany. Sześć osiem jeden i coś tam jeszcze. Serce zabiło mocniej, dreszcz po plecach przeszedł cienkimi nóżkami, zatrzepotał muszymi skrzydłami za kotarą wejrzenia. Głos Kaj obniżył gardłowym pomrukiem, z powagą rozbijaną uwagą przez THC mówi: Halo. Siedzę w domu przesłuchałem wszystkie płyty[2]

To była próba, próba majka, próba głosu zakończona umiarkowanym powodzeniem, bo ten wciąż jakby łamliwy, stłumiony, od zbyt wielu papierosów bez filtra zadymiony. Wcisnął w końcu zieloną, albo przesunął, raz, drugi, i na opcję bezpieczną, „tak, słucham?”, zdecydował się. Wyszło z tego:

– Tak, halo? – nosz znów się pomieszało.

– Siemasz, morda – mówi głos jakby znajomy i wredna igła przekłuwa balon Kajtka wyobraźni, bo już był pewien na siedemdziesiąt siedem procent, może nawet siedemdziesiąt dziewięć, że to jakiś manadżer KRZYWO lub Nosy trafił na jego mikstejp jutubowy i chce go zaprosić na rozmowę, czy może bardziej nawijkę kwalifikacyjną. Ale to tylko Precz, znowu on się pyta:

– Jak tam ci, typie, idzie nowa płyta i czemu głos masz jakiś dziwny tubalny taki?

Głos mam zwyczajny – na to Czarny Kajet odpowiada, zaniepokojony jednak, że Precz, ten człowiek o reputacji marnej, głuchej, który potrafi nad ranem spijać pozostawione nad Wisłą butelki, tak łatwo go rozszyfrował. Nie wypada jednak z roli, pomruki, chrząknięcia z kolejnym sztachem oswoi, wraca na kołdry zaplecze.
– A płyta? Stary, pisze się, wszystko już prawie zrobione, z neta bity i tematy zainspirowane, ale także i moje wewnętrzne głosy przemawiają na niej. Tylko producenta dobrego potrzebuję, ale szukam, wiesz, szukam kogoś, kto w ten projekt uwierzy. I wytwórni, bez wytwórni będzie czyściec i piekło.

Kajet chce podawać lolka na lewą, w zgodzie z tradycją, ale sobie przypomina, że sam tu jest przecie, jak zwykle ostatnio, i mu nagle temat na kawałek wpada: „Niewidzialne ziomki”. Wow, olśnienie! Dzięki ci, marihuano, za podpowiedzenie, nigdy za niepowodzenie.

– Muszę kończyć, Precz, mam wenę, nagrywam teraz, kurwa jego mać, elo[3]!Brutalnie przyjaciela rozłącza, wykopuje z linii, i teraz nie ma go dla nikogo, bo pisze tekst jak Małolat, no, i ten typ drugi, Mes. Elo, świecie, zamykam się w Czarnym Kajecie!

Opuśćmy Kajetana na czas jakiś, bo świat ten pulsuje historiami i zdarzeniami równoległymi, których pominięcie byłoby zwyczajnym marnotrawstwem – pójściem do Luwru na godzinę, obejrzeniem jednego filmu na filmowym festiwalu, rozsypaniem zioła na wietrze, będąc na haju.

Być może zastanawiasz się, Czytelniku, gdzie jesteśmy, a rzadziej: dokąd zmierzamy? To wszystko po przerwie na reklamy.

REKLAMA I

Dom nierzeczywisty, pożyczony od gwiazdy Eufemii Plotek, perfekcyjna kuchnia. Mama 1 uśmiechnięta masuje chleb margaryną. W tle Vivaldi „La Follia”, dzieci biegają, krzyczą wyciszone.

DZIECKO 1

     Mama! Zrób kanapki, bo mi się bluzka pobrudziła od bólu głowy!

Mama 1, patrząc w kamerę.

MAMA 1

     Haha! Moje małe rozrabiaki, zawsze coś nabroją! Na szczęście mam nerwostop i już nie palę!

MAMA 2

     To prawdziwa ulga dla moich stóp!

DZIECKO 2

     I teraz możemy jeść to, co chcemy.

MARGARYNA

     Szur, szur.

Wszyscy zaczynają się śmiać.

***

Fragment mającej ukazać się na jesieni książki „Bez przekazu” autorstwa Piotra Sarminiego.

rysunek: Anita Gościniewicz

Kolejne nawijki sprawdzaj na przetwor.wordpess.com

——————————————————

[1] Tede, Kara’van, [w:] #kurt_rolson, Wielkie Joł, 2014.

[2] Pezet, Halo, [w:] Muzyka Rozrywkowa, Konkret Promo, 2007.

[3] WWO, ZEN, [w:] Witam was w rzeczywistości, Prosto, 2005.

[4] Małolat & Ajron, W weekendy żyjąc, [w:] W pogoni za lepszej jakości życiem, Prosto, 2004.

Gejzery i wulkany [wiersz]

Moje ciało
pełne jest uśpionych wulkanów i gejzerów

niespokojne ruchy płyt krwi
wojny limfocytów z bakteriami
meteory spadające w twarz
pożary i zadymy płuc
powodzie i klęski etanolu
długotrwałe susze i nieurodzaj

to wszystko prowokuje wulkany i gejzery
życie prowokuje wulkany i gejzery
flegma, szlam, złogi, ropa
szuka ujścia i
WYBUCH!
czerwone erupcje na czole i wardze
białe erupcje z fiuta
tłumy turystek chcą to podziwiać
pomarańczowa lawa z ust i nosa
zalewa kibel, wypala brzegi
odwracasz oczy
wulkan z odbytu
erupcje najohydniejsze i zwierzęce najbardziej,
a jak świadczące o ludzkiej kondycji!
zielone gejzery i wydzieliny z nosa
złota ropa skamieniała w kanaliku ucha
jucha z rany ciętej dłoni od kuchennego noża
gówno  rany kłutej brzucha od ulicznego noża

jak zręcznie się dziś uszczelniamy!
starzec chory tylko powie:
„ciało to gejzery i wulkany”


18.05.2017

Zaślinieni w absurdzie cz. I

– Andrzej – jej cienki głos przeciął kuchenne powietrze.
– Tak kochanie?
– Chodzi o Bazyla.
– Co z nim?
– Ostatnio zachowuje się jakoś dziwnie. Nie zauważyłeś?
– Nie.
– Chodzi o to, że kiedy do niego mówię, on jakby przestał reagować, w ogóle mnie nie słucha.
– Wiesz, że zawsze miał problemy z dyscypliną. Ta szkółka, w której byliście… no cóż, na pewno nie była warta swoich pieniędzy. – odparł stawiając kawę na stole.
– Gdybyś zobaczył, co było wcześniej! W ogóle nie dało się go kontrolować. Przez chwilę było lepiej, ale teraz…
– Wszystko z nim w porządku, spójrz: Bazylku, chodź do panka!

Chudy, pręgowany bokser przybiegł do kuchni merdając ogonem z częstotliwością sekundnika, obijając cienkim bacikiem pobliskie meble i futryny.

– Tak, dobry piesek. Kto jest moim Bazylkiem fazylkiem? Kto jest takim ślicznokiem czarnookiem?

Pies rozentuzjazmował się jeszcze bardziej. Zaczął bić ogonem o wystający róg szafki i jednocześnie rozglądać się za zabawką. Po chwili wypatrzył leżący w salonie węzeł. Doskoczył do niego dwoma susami, zupełnie jak wielki kot; przednie łapy rozpostarł dookoła zdobyczy i pochylił mordę wraz z grzbietem, tylną część tułowia pozostawiając jednakże w pozycji wyprostowanej. Nie przestając machać ogonem, pochwycił węzeł, ze szczęścia wykonał w miejscu dwa obroty i biegiem zawrócił do właściciela, lekko ślizgając się po kuchennych kaflach.

– Kto, ma taki węzełek, no kto? – Pies podskakiwał z radości, świadom że to on ma węzełek.

– Daj! No daj! Bazyl! Puść! – niechętnie, mieląc pyskiem resztki błękitnych strzępków, wypuścił zabawkę i w najwyższym skupieniu zaczął obserwować jej dalsze położenie. Niebieski węzeł został podniesiony przez samca. Teraz był już wysoko, w jego dłoni. Wysoko, ale nie na tyle wysoko,  aby Bazyl nie mógł doskoczyć. Mógł, ale czekał, był grzecznym piesiem, chciał tylko swoją zabawkę. Nikomu nie stanie się krzywda, jeśli tylko ją dostanie. Już za chwilę… Oh! Choćby ostatni raz poczuć ją między zębami, delikatnie pobudzić zwisającego, mokrego fafla… ten jeden ostatni raz! Czy to tak wiele?

Pan wykonał ruch i wyrzucił węzełek gdzieś daleko! Ale gdzie?! Ale czy na pewno?!

Bazyl rozejrzał się uważnie po kuchni i salonie, ale węzełka nie było nigdzie, jak okiem sięgnąć. Zaczął, więc węszyć. Wyczuwał podstęp. Samiec i samica, coś mówili, ale on nie miał teraz czasu się temu przysłuchiwać. Najważniejszy był węzełek. Piezu! A co jeśli już nigdy go nie odnajdzie?! Ta myśl wydała mu się straszna i czarna. Podwoił wysiłki! Już nie tylko wąchał, ale i rozglądał się naprzemiennie na boki.

– Patrz jak szuka głupiutki.
– Gdzie to schowałeś?
– Na blacie leży.

Wyczuł spisek. Jasno i wyraźnie. Z podejrzliwym wzrokiem skierował się ponownie w stronę samca, zdecydowany, by tym razem rzetelnie i dokładnie przeszukać całe jego otoczenie. Zaczął od stóp. Pachniały znoszonymi butami i mokrą skarpetą. Cudownie. Ale to nie był czas na kontemplację, to był czas na akcję! Sztachnąwszy się stopą dłużej niż wypadało począł szukać dalej.

Samica – ma podejrzany wyraz twarzy, na pewno coś ukrywa! Czy za plecami? Nie. Jest pusto. Zatem w wodopoju!

Podskoczył zgrabnie i przednie łapy oparł na brzegu zlewozmywaka. Brudne naczynia i śmierdząca chemią gąbka, jednak węzełka ani śladu.

Osobniki zapiały radośnie. Z pewnością coś knują. Ponownie obszedł samca i wykonał skok. Tak! Na blacie znajdował się piękny, ponętny, obśliniony i nęcący węzełek!

Bazyl chwycił go łapczywie, po czym zadowolony opadł na ziemię i oddalił się w bezpieczne miejsce – okolice kanapy.

Więcej, nie straci go w tak nieroztropny sposób. Osobniki zupełnie nie potrafią obchodzić się z tak delikatną i pyszną materią. Węzeł pachniał i smakował tak pięknie.

***

Część II już wkrótce. Sprawdzaj na czarnykajet.wordpress.com

Różewicz wyartykułowany

Piotr Sarmini

Różewicz wyartykułowany:
człowiek i cywilizacja w dwóch ujęciach

                  Może cieszyć, że na polskiej scenie rapowej wyrastają twórcy dojrzali, zaczynający rozumieć pokrewieństwo liryki własnej z tą, która (nie bójmy się tego powiedzieć) nadała im tchnienie – poezją. Rap bywa tłumaczony jako skrót od „rhytm and poetry” i te wspólne mianowniki – melodeklamacji i poezji pisanej, najpełniej zetknęły się na płycie „Różewicz interpretacje” w wykonaniu dwóch, czołowych polskich MC’s: Sokoła i Hadesa uzupełnionych muzyką zespołu Sampler Orchestra. Inicjatorem płyty była wytwórnia Prosto i  Narodowe Centrum Kultury.
Zestawienie dwóch na pozór odmiennych światów: poezji Różewiczowskiej ze stricte współczesną formą rapu wypadło dla obu niezwykle intratnie. Syntagmatyczne wiersze poety, mogły się zdawać w pewien sposób nieprzekładalne na język żywy, mówiony, bo jak sądzę jest to dla wielu jedna z tych poezji, którą czyta się „w myślach”, a jeśli rzadko bardzo na głos to jakoś niezgrabnie, nie odnajdując w niej rytmu. Artykułujący czytelnik wierszy Różewicza łatwo może popaść w zbędną sakralność objawiającą się długimi pauzami po każdym z wersów, lub też chybotliwą popędliwość dającą efekt nie czytania, lecz strzelania z sylabicznego karabinu. Łatwiej jest przecież czytać heksametry niż pojedyncze słowa, niekiedy ich zbitki pozbawione interpunkcji. Duet raperów udowodnił, że Różewicza nie tylko można, ale także warto czytać głośno. Wydeklamowana odpowiednio poezja jakby „stała się na nowo”, zyskując brzmieniowe symofnie, odkrywając nowe sensy, dosłownie wyrosła z pokrytych tuszem, milczących kartek tomików. Ogniwem spajającym poniższe porównanie będzie wykonawca wiersza  Zielona Róża – Hades, który to utwór porównamy z piosenką Robo Ty jego autorstwa. https://www.youtube.com/watch?v=vFsUGR4uK2U
Jak wobec niedoszłego absolwenta historii sztuki, członka Neoawangardy Krakowskiej tj. Różewicza wypada twórczość stricte współczesnego samouka, warszawskiego rapera Łukasza Bułata-Mironowicza (ur. 1985) występującego pod pseudniomem Hades? Ma on na swoim koncie ponad 40 muzycznych projektów, w tym cztery płyty z zespołem HI-Fi Banda, duety z czołowymi polskimi raperami: OSTR, Rak Raczej, Sokół i dwie solowe płyty. Trudno jednoznacznie przypisać jego twórczość do, któregoś z nurtów polskiego rapu, oscyluje ona wokół tzw. świadomego rapu (Nie śpię)  przeplatając się z szeroko pojętym życiem ulicy (Warsaw Outodoors) i refleksją kosmologiczną (por. Kosmos to rytm¸tegoż), możnaby pokusić się o sklasyfikowanie jej jako „nonkonformistycznego pragmatyzmu miejskiego”.
Jednym z wierszy jakie wydeklamował Hades na płycie „Różewicz Interpretacje” jest Zielona Róża, wiersz poruszający problemetykę rozrastającej się, XX-wiecznej cywilizacji a w konsekwencji wyobcowania jednostki. Trzecia strofoida pełni dla podmiotu lirycznego funkcję autopoznawczą. Zestawmy ten wiersz z utworem „Robo Ty” Hadesa, aby przekonać się czy między twórcami istieją: podobieństwa doświadczenia, wniosków, formy i środków wyrazu.

Wielkie miasta

rosną

przeludnione

wyludniają się

przypływ

i odpływ

ławice ludzi

tak blisko obok

jedno przy drugim (…)wersy 1-9

 

Różewicz zwraca uwagę na zjawisko gwałtownego przyrostu ludności po II wojnie światowej, ten wątek zaznacza także w wierszu Moje ciało:

Zwierzęta które rozmnożyły się tak zatrważająco nieobliczalnie
W XX wieku

W obu przypadkach przyrównuje świat człowieka do uniwersum zwierzęcego (ławice). Można odnieść wrażenie, że Różewicz siebie stawia w opozycji do narastającej fali ludzkości, jakby wyobcowany zarysowuje niemy konflikt między jednostką a społeczeństwem.

 

W jaki sposób Hades rozpoczyna swój utwór „Robo Ty”?

To nowa epoka super mocarstw
Człowiek kontra technologia, folia i szkło
Kto jest kto? 3, 2, 1, 0 – próba ognia
Ja nie dam się zwariować żadnej ze stron
Nowe dobro to zło, od monitorów mamy krótki wzrok
Duże bloki, niebieskie szyby po horyzont
Szeroki kąt, oko kamery śledzi mój każdy krok
2-0-1-4 rok zaraz po końcu świata

Refleksja rapera opiera się na typowej dla polskiego hip-hopu opozycji: pragnąca wolności jednostka kontra ciemiężniczy „system”. Ów „system” przyjmuje w rapie różne formy i środki opresji, bezpośredniego przymusu: nieobywatelskie prawo, policję, inwigilację, prymat pieniądza itp. Hades podobnie jak Różewicz zwraca uwagę na ludzkie masy (duże bloki), lecz także wzbogaca poetycki obraz o wymienienione wprost wytwory cywilizacyjne: folia, szkło, kamery, monitory, które służą w istocie do degradacji, upośledzania, i kontroli istoty ludzkiej. Konsekwencją powyższych zmian cywilizacyjnych jest m.in. osamotnienie jednostki, jej zagubienie w tłumie anonimowych twarzy. Różewicz ponownie sięga do metaforyki zwierzęcej, w jego oczach ludzkość przypomina bezładny, przepełniony ul czy mrowisko. Z kolei Hades zauważa, że w XXI wieku jedyną sferą wolności stał się internet, jednakże wypacza on kontakty międzyludzkie, czyni nas podobnymi do maszyn. Wciśnięcie przycisku enter, zastępuje mowę.

 

 

           Zielona Róża                                                         Robo Ty


ale w roju

bez matki

zaczynamy żyć coraz samotniej

odległość od człowieka do

rośnie pod neonami

w przeludnionych miastach

wersy 15-20

 

Nowa era – bioelektronika, światłowody
Połączenie ogranicza, tylko w sieci jesteś wolny (….)
Zwrotka 1 wersy 15-16

FB chce się żyćenter – nie mów nic zwrotka 1, w. 20


[Cuty: DJ Kebs] (refren)
Ro-roboty, poczuj strach, pojawią się kłopoty

 

 

 

Podmiot liryczny Zielonej Róży wymienia różne formy utraty koneksji z drugim człowiekiem: odejście dzieci z domu rodzinnego, koncentracja na karierze, alkoholizm – to wszystko co mogło go odseparować od dawnych towarzyszy życia. Zdaje się cierpieć z tego powodu, sam siebie stawia z boku, w roli obserwatora przemian społecznych.

 

zostajemy z garstką najbliższych

ale i oni odchodzą

każde w swoją stronę (…) wersy 24-26

jeszcze inni

odchodzą do swoich jaskiń

z mięsem w zębach

słabsi zostają

przy barach stolikach (…)wersy 37-41

i nikt nie przyznaje się że odchodzi

lepiej nie robić zamieszania

więc wszyscy żyją wiecznie wersy 49-51

 

Hades byłby tym o kim pisze Różewicz, typem, który umyślnie oddala się od bliskich, szuka zapomnienia, „nie przyznaje się, że odchodzi”:

 

Nie jestem twój człowiek, noszę w kieszeniach dłonie
50 nieodebranych połączeń w telefonie
Pierdolę technologie, może potem oddzwonię
(…)

Piszę teksty na projekt, tworzę historię, wiem co dobre, co złe
Kruszę piątkę na stole – niestety to mój zen

 

Tutaj między autorami następuje rozdźwięk: Różewicz –człowiek społeczny, który poznania Innego pragnie, cierpi nad niemożnością; Hades – człowiek przesycony, odnajduje satysfakcję w samotności i używkach.


W muzycznej interpretacji Zielonej Róży muzycznie i wokalnie wyróżniono drugą strofoidę. Bit zostaje znacznie wyciszony ustępując miejsca głosowi, na który nałożono efekt megafonu, daje to wrażenia jakby słowa były kierowane do zbiorowiska ludzi, jak gdyby były rodzajem manifestu i postulatu. Taką uwypuklającą aranżacje potwierdza podmiot liryczny, który zwraca się do odbiorów w liczbie mnogiej:

 

pamiętajcie

byliśmy otwarci

w czasach największego ucisku

cudze cierpienie i cudza radość

łatwo przenikały do naszego wnętrza

wasze życie biegło do mnie

ze wszystkich stron

teraz okrywają nas pancerze

tylko przez pęknięcia

w twarzach

można zobaczyć

 

Słowa te wyrażają tęsknotę za ludzką szczerością i prostotą. Zmechanizowanie i enigmatyczność człowieka wyraża także podmiot Robo Ty, umieszczając je jednocześnie w szerszym kontekście współczesnych wojen:

 

Wojny robotów bez duszy zbudowanych z mięsa
Od prezydenta do premiera, sekretna agenda (….) zwrotka 2, wersy 1-2

Ziemia jest za mała dla nas dwojga, wiec wojna
Masz zabić swego brata, to jest rozkaz
Że Bóg wybacza jeśli jest po twojej stronie
To nie prawda, wierzycie w jakiś błędne teorie (…) zwrotka 3, wersy 11-14

 

Trzecia strofoida Zielonej Róży to wyraz wątpliwości podmiotu wobec własnych funkcji poznawczych, możnaby te rozważania określić jako „sceptycyzm względem własnego sceptycyzmu”. Podmiot miota się między tym co myśli i co czuje, nieudolnie próbuje zdefiniować swoje stany by dojść do wniosku, że czuje po prostu „nic”, „nic jest w nas” oświadcza koncepcyjnie w ostatnim wersie. Sposób wykonania trzeciej strofoidy to absolutne mistrzostwo w wykonaniu Hadesa i Sampler Orchestry. Bit przyspiesza i ucina się odpowiednio z nadchodzącymi, krótkimi wersami zaś ostatnie cztery wersy zostają zaacentowane poprzez wspomniany już efekt megafonu.

Inna jest refleksja Hadesa nad stanem własnym i ludzkości, chociaż trudno nazwać ją optymistyczną. Niesie ona z pewnością nadzieję na lepsze jutro, implikuje wiarę we własne możliwości:

 

Stanąłem na nowej drodze rozumiem każdą godzinę
Bo żyję własnym życiem, tylko tyle zwrotka 3, wersy 15-16

XXI wiek od reszty dzieli wielka przepaść
Jesteśmy na krawędzi 
wysoko, jak Nepal
Nasze błędy i małe zwycięstwa
Dążymy do perfekcji ale ścieżka jest kręta zwrotka 3, wersy 17-20 (ostatni)

Reasumując w poezji XX wiecznego mistrza i XXI wiecznego pretendenta odnajdujemy wiele podobieństw i wspólnych motywów, jednak nadużyciem byłoby stawiać między nimi znak równości. Wydaje mi się, że w powyższym zestawieniu rap porusza więcej wątków, jednakże nie stawia nad nimi ostatecznej kropki. Poezja zaś Różewicza dąży do zdefiniowania i rozwiązania jednego problemu, ale czy to rozwiązanie daje? Nic jest w nas z pewnością nie może być ostateczną odpowiedzią. Podobnie jak aforyzm o krętej ścieżce.
Różne są formy wyrazu obu poetów, nieregularne wersy Hadesa (10-15 wersów) ujęte w 20-wersowych strofoidach, kontra syntagma Różewicza i urywane słowa. W powyższych tekstach widać pewien kontrast czasów, w których powstawały, objawia się to szczególnie jeśli mowa o mieście i cywilizacji.
Wydaje mi się, że Różewicz byłby zadowolony z tego, że jego poezja kwitnie wciąż i trafia do serc kolejnych pokoleń odbiorców.

 

Źródła:

Utwór Sokół / Hades / Sampler Orchestra – Zielona róża (audio): https://www.youtube.com/watch?v=vFsUGR4uK2U

Hades, Robo Ty, tekst: http://genius.com/Hades-robo-ty-lyrics

  1. Różewicz, Zielona Róża: http://donkaja0335.blog.onet.pl/2012/05/29/tadeusz-rozewicz-zielona-roa/

 

 

 

 

 

Statusy na fejsie – co naprawdę oznaczają?

 

1. „Kto mnie podwiezie na lotnisko? Płacę złotem!” – Mógłbym zamówić taksówkę, ale chcę się pochwalić, że będę leciał samolotem.

2. „Kto mnie zabierze na piwko? :>” – Jestem napalona, może coś z tego wyjdzie.
3. SHARE: „Mamy do rozdania 5 ferrari…” – Jestem debliem lub 13-latkiem
4. Notoryczne SHARE: Treści polityczne, bez komentarza – To mój prywatny kanał propagandowy, każdy kto się nie zgadza, staje się moim wrogiem i wrogiem ideałów, o które walczę!
5. „Jestem taka gruba” – Napiszcie mi, że wcale nie.
6. Półnagie fotki – Oczu i fiutów nie macie? Zerżnijcie mnie wreszcie!
7. Ciągłe statusy o pracy – Bez pieniędzy byłbym nikim
8. Randomowe treści „artystyczne” – Jestem nie tylko ładna, ale i nieprzeciętnie mądra.
9. Zdjęcie z teatru – To ten jeden dzień w roku, w którym założyłem garnitur.
10. Siłka, siłka, siłka – Hej dziewczyny, patrzcie na te bice!
11. SHARE teledysków, które zwykle dostają 3 lajki – Czuję się dokładnie tak jak podmiot liryczny, przetłumacz sobie z angielskiego i to rozkmiń idioto!
12. „Gdzie można dobrze zjeść w Gdańsku?” – W końcu, po raz pierwszy od roku wyrwałam się z Warszawy na te parę dni.
13. „Uuu najba z……” – ostatnio piję trochę za często.
14. Wiersze/proza/pomysłowe statuty – nie mam gdzie publikować, więc robię to na fejsie.

edit punktu 14.: teraz już mam

Pierwszy post

Łódź blokiTo jest pierwszy post. UWAGA: to jest pierwszy post. Najpierwsiejszy. I już próbuje być zabawny, on już próbuje być czymś więcej niż jest! To jest pierwszy post pisany bez weny, bez Wenery, bez jakichkolwiek pozornie aspiracji. A jednak! Ten niby przypadkowy bełkot już uzupuruje sobie prawo do bycia jakąś mikroformą. Spójrzcie Państwo, on już próbuje! Przecież to jest nudne, przecież to jest bez korekty, niepoddane zupełnie żadnym uprzednim dywagacją, przecież to się nie składa i w tym niczego nie ma, oprócz tego co w tym jest. Doprawdy, żenujące są takie próbki, pisane tu i tam, w zagłębiach internetu. Teraz każdy może sobie pisać, wysyp, zalewa, ospa amatorów. Kiedyś to było: ten co miał pióro gęsie i pergamin to mógł pisać, a teraz? Panie. Dziadostwo, padaka wszędzie. I to jest taka próbka właśnie. To nawet nie jest całość, to nawet nie jest na poważnie, to nawet nie było planowane. To jest po prostu szczyt! To jest powtórzę jeszcze raz: bełkot. Bełkot nieroba i beztalencia. To każda baba bazarowy by lepiej napisała! Z większą fantazją, z większą energią z treścią. Ba! Z mądrością nawet. A nie taki, jakiś… doprawdy, słów szkoda.

(i jeszcze te zdjęcie, zupełnie nie pasujące, wyrwane, a nawet nie wyrwane, tylko wrzucone, brutalnie wrzucone – wjebane (nie bójmy się tego słowa!) Bez żadnego sensu, bez żadnego znaczenia i powiązania z tekstem.)

My tego użytkownika nie polecamy, my nie rekomendujemy. Państwo czytacie na własne ryzyko.

11 maja 2017