JA JA JA 2

Nie palę z rzędu dzień drugi, ale w tym miesiącu to już chyba z piętnasty. Wkurwia mnie wiele (nie powiem, że wszystko) w świecie zewnętrzym i świecie wirtualnym. Wkurwił mnie kucharz dziś i ja jego wkurwiłem i zagroziłem i byłem twardy i on teraz chodzi skulony, otwiera mi drzwi. Naprawdę.
I chciałbym tak teraz wydrzeć ryj na cały Internet, albo konkretniej stargetować wszystkich polskich idiotów na facebooku, których posty kiedykolwiek podniosły mi ciśnienie i krzyknąć im prosto w ryj: „jesteście idiotami, gardzę wami i waszymi zasadami. Pierdolę was.” I chciałbym aby to do nich dotarło, aby ich wkurwiło, bo wtedy choć przez sekundę czułbym się wygrany. I mam teraz ochotę rzucić wyzwanie całemu światu, co czci koniunkturę, co czci konformizm i łatwe idee, mam ochotę wyrwać im gardła, a na ich czaszkach zbudować swoje królestwo.

 

  • dziennik nie będzie tu prowadzony, upubliczniony zostanie dopiero po śmierci. Na blog wrzucam jego ścinki.

ALEJE 44 odc. 1

ALEJE 44 to moja pierwsza próba stworzenia dłuższego cyklu opowiadań/anegdot. Powstała 2 lata temu, we wrześniu 2015 roku, i liczy do tej pory 4 „odcinki”. Mieszkałem wtedy w powojennej kamienicy zlokalizowanej w samym sercu Warszawy – na Alejach Jerozolimskich, koło Rotundy. To było świetne, wielkie mieszkanie, odziedziczone przez ciotkę mojego kumpla po zmarłym redaktorze magazynu teatralnego (bodajże „Teatru”). Dysponowałem ogromnym i wysokim salonem, kilkoma obrazami, potężnym gdańskim biurkiem ozdobionym ołowiową figurką Małego Powstańca i widokiem na Aleje poprzez zasłaniający mi okno, szary, siatkowy baner.
Rozpoczynałem wtedy studia filologiczne i aby połączyć koniec z końcem sprzedawałem po znajomych zioło. Byłem kiepskim dilerem, za bardzo „schizoidalnym” jakby to określił Witkacy. Któregoś dnia mój hurtownik został zatrzymany przez policję i tak zakończyła się moja kariera w tej branży.  ALEJE 44 są zbiorem ludzi, wydarzeń, przemyśleń i fikcji tamtego okresu.
ALEJE 44 odc. 1

– To wszystko kurwa, sensu nie ma najmniejszego.
– Daj macha.
– Chciałbym nie palić zupełnie. Niczego już nigdy. Dłonie mam o 5 lat starsze. Czerwone jak cegła (wiesz skąd to tekst?), płuca smołą okryte, umysł rozproszony jak światło w pryzmacie.
– Ostatnio Aśka się porzygała na melanżu po mefixie.
– Czytam właśnie Eneidę. Przestać muszę bo mnie twórczo kastruje. Wiek przed Chrystusem, pisano podwaliny europejskiej kultury, umysły tak doskonałe jakich dziś już nie ma.
– Dasz mi dwójke w kredo?
– W kredo nie daję. Nie stać cię choć jesteś za legalem. Nie ćpaj wcale chciałbym ci powiedzieć, ale rozumiesz, że mi profesja na to nie pozwala – moralność, etyka dilera.
– No weź, kurwa myślisz, że ci nie oddam?
– Ta rozmowa, jest już zakończona. Zakończyła się nim się zaczęła. Nie ma już dróg między nami, nie ma słów, jest tylko to zielone gówno w srebrnej folii i wspomnienia, jak razem chodziliśmy do klasy 6c.

Wychodzi burczący, skryty w cieniach przedpokoju. Siema, siema, to nie ściema wcale, choć uraz pozostał niemy. Między tym co zostało powiedziane wprost i tym co między wersami, między machami tlącej się w pokoju zieleni. Znów sam. Na chwilę fizycznie, od lat dwóch metafizycznie, bez perspektyw na zmianę. Przez bogów opuszczony, bez filozofii i wartości jakiś większych, głębszych. Osamotniony człowiek w przepastnym Wszechświecie, to znaczy ja. Nie tylko ja, lecz ja ze świadomością. Nie tylko oni bez świadomości.
I znów się rozlega telefon, co niesie przyspieszony puls, już sam nie rozróżniam czy z nerwów czy ekscytacji łatwymi pieniędzmi. Tak jestem dostępny, tak jasne, wpadaj. Za 20 minut? Super. Znasz kod? Do zobaczenia.
Moja była, ta miłość co była, co się skończyła, uleciała, rozpierdoliła na drobne cząsteczki, odłamki pod moją i jej skórą. I tylko ten uśmiech, historia z facebooka, kroniki codzienności i relacje świadków naocznych dowodzić mogą, że jakaś miłość istniała tam, gdzieś, kiedyś faktycznie między dwójką ludzi. Teraz zależność się zmieniła. Bo ona ćpa a ja jej sprzedają i to raczej wrogość pod płaszczykiem przyjaźni jest niż miłość, choćby to słowo różnie interpretować.

Mija pięć minut i telefon rozlega się kolejny, od G. To oznacza, że dziś zarobię, a potem zaspokoję rządzę niepamięci, oderwania się i czucia przez chwilę jakbym był bogaty. Elość morda. Za kwadrans? okej.
Aż w końcu ta się zjawia, persona trzecia, bliżej mi nieznana o blond włosach, kolczyku w ustach i w metryce mająca lat co najmniej osiemnaście. Cześć. Buzi. (Wietrzę pokój) Rozmowę prowadzę nad wyraz swobodnie zza przeciwsłonecznych okularów. Choć jest listopad a słońca nie widziano w tym mieście od dawna. Czego się napijesz, zjesz? Pierwszy raz u mnie jest i to co dostrzega w mieszkaniu, którego okna z jednej strony padają na Jerozolimskie Aleje, z drugiej strony na ulicę Widok, mieszkania, którego ściany zdobią obrazy, teatralne plakaty z lat Gomułki, biurko gdańskie i gramofon dostrzega jedynie, że pachnie tu starym człowiekiem. Tak, był tu taki jeden. Widzisz, w tym regale są książki, które napisał, ale masz rację był stary. Tak stary, że już go nie ma.

Więc tylko YOLO, buzi, buzi, ręka pod bluzkę i nic się nie liczy. Prócz hajsu co właśnie dzwoni domofonem. Przepraszam więc kolczyk na ustach, każę zostać w pokoju numer 3 i kieruję kroki ku kuchni, gdzie w lodówce ktoś ciekawski znalazłby keczap pudliszki, ser pleśniowy i pudełko po cukierkach. Z pudełka wyjmuję cztery gramy marihuany, rozdzielam na dwa zawiniątka, za pomocą wagi jubilerskiej zakupionej na ulicy Ząbkowskiej (jest paragon!).

Jestem dilerem uczciwym, bo ułudę doznań odmierzam równo co do liczb dziesiętnych. Folia aluminiowa, bo samary to przypał w razie wjazdu organów porządkowych i pakuję już i już schodzę z ta odrobiną adrenaliny, bo zejście każde może okazać się ostatnim. ,,Widzimy go” – szepce w windzie umysł, imaginując obrazy policjantów, furgonetek, lornetek i wymówek na komendzie. Zaimplikowane wizje wyobraźni dilera, nieodłączne jak słońce, które zaćmił DZIŚ* księżyc.
Czeka ziom, idzie Ona. I z każdym z nich chciałbym porozmawiać bardziej, niż z tą co czeka na górze całego procederu nieświadoma, lecz sytuacja liryczna wyklucza takie możliwości. Więc tylko szybkie powitania, znaczące uściski dłoni, wymiana walut. Się żyje, co S.? – zanuca ziom z uśmiechem i jest to uśmiech z tych szczerych, aprobujących. Ona znaczącego nic nie mówi, ja tylko byśmy się kiedyś spotkali co się do DZISIAJ od tamtej pory nie wydarzyło.
Bogatszy o złotych sto, zarobionych w minut pięć, stresów, myśli tysiące, wracam na górę schodami, z ego wybrukowanym marmurowymi kafelkami.
Czeka na kanapie, tam gdzie ją zostawiłem jak psa, bo niczym więcej nie jest, jak tylko psem do głaskania i posuwania, choć to może nie najlepsza katachreza. Wracamy do zajęć porzuconych, ona nie pyta o nic, więc dłoń pod koszulką mocuje się ze stanikiem, druga z guzikiem w dżinsach. Wargi łączą się w chaotycznym tańcu, obcych sobie ludzi, lecz soki organizmów na stopnie pokrewieństwa zdają się nie zwracać uwagi. Gdy już naga cała pod swetrem leży tak bezbronnie na białym prześcieradle, to chcę jej skosztować choć już nie raz, nie dwa się na tym przejechałem posunięciu. I tu do trzech razy sztuka. Choć to nas wyrzuca z całej opowieści, to jednak dygresja warta zanotowania.

Kobiety szanowne, proszę Was bardzo w imieniu męskiej populacji: myjcie cipy! Tak, myjcie je zawsze a już zwłaszcza wtedy, gdy na procent choćby pięćdziesiąt możecie przypuszczać, że ktoś ich wkrótce dotknie ustami, wrażliwymi jak łechtaczka na bodźce kubkami smakowymi, czerwonego języka!

Biorę więc gryza tej cipy oszczanej a fiut, strzegąc chyba godności, odmawia chwilowo współpracy. Kładę się więc obok i całuję tę blond w usta by posmakowała siebie, by się dowiedziała jak paskudnie smakuje i cierpiała razem ze mną. Ona, one. Zawsze udają, że nie wiedzą o co chodzi, i wkładają ten jęzor, bezmyślnie, jakby nigdy nic, jakby się delektowały lodem z mcdonalda. Zabiera się osiemnastka do robienia laski i tu kolejne moje niewidoczne odruchy zażenowania, jak się trudzi, jak się dusi i kaszle a ledwo co połknęła napleta. Ciągnie nieudolnie, doi mnie jak krowę, jak to pewnie robiła rok wstecz nim przyjechała do Warszawy. Czekam więc chwilę by jej nie robić przykrości, coś tam nawet wzdechnę, aż w końcu łapię za włosy, patrzę głęboko w te oczy krowie, co się odbijają blaskiem mych źrenic i sadzam ją na sobie. Oh, ciasna jak metro Świętokrzyska. Już mnie znudził ten wątek. To nie pisemko erotyczne jest, więc każdy niech sobie dopowie jak to dalej po wsadzeniu jest.
Palimy potem papierosy, ona się tuli łapczywie i pyta czy status może zmieniać na facebooku. Ja mówię, że zaraz muszę wychodzić, i że słuchałem ostatnio fajnego rapu, wiesz PRO8L3M taka grupa, trupa, dupa. Ubieram się pierwszy, odprowadzam przed kamienicę i pytam gdzie idzie, ona tam, a to wiesz? ja w przeciwną akurat, no cóż, fajnie było, musimy to powtórzyć! Odchodzę kawałek i wracam wstukać, dobrze znany kod, gdy jej już na horyzoncie nie ma. Na SMSy od niej nie odpisuję już nigdy.

* DZIŚ – w dniu, w którym to pisałem było zaćmienie Słońca


rysunek: Phil Ostojski http://faser175.tumblr.com/

Chcesz przeczytać kolejny odcinek? Polajkuj ten post i pokaż go znajomym! Zostaw mi także znak w komentarzu, czy Ci się podobało, czy też było zupełnie obleśne!

Śledź mój profil na fb: https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

#czarnykajet #elo

Homo Polacus Feriae

Czyta: Krystyna Czubówna

Homo Polacus Feriae budzi się wcześnie, wraz z pierwszym blaskiem świtu i odbiciem wczorajszego trunku zwanego „browarkiem”. W jego letniej, tymczasowej izbie następuje poruszenie.
– Schodzimy na śniadanie! – krzyk głodnego samca przebudza dorodną samicę i potomstwo.
– Tato, musimy? – szczebiocą pisklęta otwierając zapyziałe pyszczki, decyzja jednak została już podjęta. Ich żołądki wkrótce napełnią się bułkami i przetworami mięsnymi.
Punktualnie o godzinie 7.55 kompletne, wydające specyficzny zapach bojowy, stado zmierza ku żerowisku zwanym „stołówką”. Tam krzątający się w pośpiechu słudzy bez twarzy i imion, znoszą już sterty jadła i darów, które wkrótce zostaną pożarte przez wygłodniałe stada Homo Poolacus Feriae.

Nie po to pracowali cały rok aby wypoczywać w wakacje. „Chcemy złapać jak najwięcej słońca” orzeka samiec i jako pierwszy zbliża się do wodopoju z kawą, herbatą i sokiem pomarańczowym, sprawdzając jednocześnie czy młodym nie grozi niebezpieczeństwo. Teren jest bezpieczny. Inne Polacusy nie zeszły jeszcze na żer, dziś będą musiały zadowolić się resztkami jadła.

Stado, w pierwszej kolejności sięga po białe pieczywo i parówki – przysmak i główny element diety młodych, bogaty w niezbędne dla ich prawidłowego rozwoju witaminy i minerały: fosforany, cytryniany, azotan sodu, tłuszcz wieprzowy oraz przeciwutleniacze.
Kiedy Polacusy napełnią półmiski zasiadają przy stole w absolutnym milczeniu, po to aby nie zwabić na żerowisko pobliskich drapieżników: hirundinidae, chroicocephalus ridibundus, oraz chiroptera. Potomstwo w razie wydawania pisków jest natychmiastowo uciszane.
– Macie tylko jeść i nic więcej! – szepce samiec a w głosie jego czuć nutę groźby. Jeśli do głosu dopuszczana jest samica, to tylko w celu dalszego upominania potomstwa, aby „jadło ładnie” a na plaży „nie sypało piaskiem” – jest to bowiem bardzo groźne.
Polacusy przyjmują zatem miny pełne dostojeństwa i powagi, tak by jak najlepiej zamaskować dręczącą ich niechęć prowadzenia konwersacji.

Konsumują długo, jednak ich apetyt nigdy nie zostaje zaspokojony. Samiec ponownie zbliża się do stołu i otwierając podręczny ekwipunek zwany „torbą żulówką” marki BOSS zaczyna pakować do niej bułki, opakowania z dżemem i masłem a także szynkę konserwową – niezbędną do dalszego przetrwania ośmiu godzin na plaży. Jest to moment bardzo niebezpieczny bowiem Polacus może zostać przyłapany i zaatakowany przez Sługę, który wymusi od niego oddanie zdobyczy.
Zdekonspirowany Polacus odniósłby wtedy porażkę w oczach stada. Ta jednak grupa ma za sobą lata doświadczenia o czym świadczą niezdrowy wygląd cery i przebiegłość samicy: jednym ruchem przywołuje Sługę pod wymyślonym pretekstem, tymczasem Samiec zgrabnym ruchem kończy polowanie, wrzuca ostatni dżem wiśniowy do torby i oddala się obojętnym krokiem w stronę podwórza. Za nim, w milczeniu podążają młode.

Stado odniosło sukces, ale na jego drodze w ciągu tego dnia czyha jeszcze wiele niebezpieczeństw.

***
Chcesz wiedzieć jakich? Polub ten post i udostępnij go znajomym! Jeśli dotrze do 300 osób dowiesz się jak wygląda popołudnie nadmorskiego przedstawiciela Homo Polacus.

polub moją stronę na facebooku: https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

*Ten post ma na celu: po pierwsze rozbawić czytelnika, po drugie obrazić osoby prezentujące powyższe zachowania.
** Nad Bałtykiem oprócz Homo Polacus Feriaes poznałem masę fajnych Polaków, rodzin z dzieciakami, od których emanowała miłość, radość i kultura. Niech będzie nas coraz więcej! 
#czarnykajet #czarnykajet.wordpress.com

CZARNY KAJET

NAWIJKA I

Elo, mordy! Jak się bawicie?! Wszystkie ręce w górę! Kto nie skacze, ten z europolicji! Hip! Hop! Hip! Hop! Hip! Hop!

Tak sobie myślał Kajetan a.k.a. Czarny Kajet, gdy odpalał gibona od fajek, w myślach widział pulsującą salę, tłumy groupies szalejące za jego wokalem, ochronę odwróconą plecami, gdy on tymczasem zbierał tłum na sali. Tak to wszystko wyraźnie stanęło mu przed oczami, że już począł liczyć głowy na hali i kalkulować, ile od jednej zarobi, ile dla manadżera, ile dla klubu, hypemena, DJ-a, to będzie co najmniej dwa tysiące PLN dla niego, a więc całkiem rockafela, Bahamy, Seszele i siema! Siema, świecie, „siema, Czarny Kajecie” mu powie stewardessa z prowokującym spojrzeniem i spódniczką jakby za krótką, gdy on będzie leciał na koncert gdzieś hen, prywatnym jetem, pijąc szampana w trakcie turbulencji.

kontynuacja na: czarnykajet.wordpress.com

Budując z atomu

Brodząc palcami w nadmorskim piachu wyobraziłem sobie Boga, czego nie robiłem od lat.

Boga który jednym, idealnie uczynionym gestem tworzyłby różnorodne tkanki, komórki i owady, tworzywem Jego byłaby zaś masa podobna do piachu, sypka, lecz bardziej plastyczna, tak że gdyby ulatywała z dłoni, ziarna zastygałyby w czystej przestrzeni tworząc wieże i trójwymiarowe kształty zgodne z wolą Kreatora.

Bóg Kreator jednym tylko zanurzeniem dłoni (o niezliczonej ilości palców, trąbek, porów, wypustek i przyssawek) budowałby organizmy doskonałe w swej funkcji, pięknie i przeznaczeniu a jedno z miliarda ziarenek plastycznego piachu decydowałoby o sukcesie, lub porażce projektu.

W swej niezmierzonej intuicji, instynktownym wyczuciu dobra i piękna, wobec której najlepszy ludzki architekt byłby niczym dziecko na pustyni, lub pył, Bóg Kreator tworzyłby organizmy jeden za drugim a przerwa między stworzeniem jednego i drugiego wynosiłaby miliardowe części sekundy; ilekroć Bóg Kreator uznawałby swe dzieło za skończone, materializowałoby się ono we właściwym swym miejscu na Ziemi, lub w sferze Idei, a Bóg nie zmieniając wcale piaskowego tworzywa, budowałby dalej płynnymi pociągnięciami kosmicznych dłoni. Nie odczuwałby przy tym upływu czasu, bowiem czas nie dotyczyłby go wedle ludzkiej miary: zamiast skończonej osi, czas jest dla Boga niczym koło, po którym może poruszać się wedle swej woli i w każdej z chwil znajdować się na początku, lub na końcu stworzenia, (choć przecież koło nie ma swego początku i końca) żyje w związku z tym wiecznie, lecz gdyby uznał to za stosowne mógłby sam siebie unicestwić wraz ze Wszechświatem. Ludzkość nigdy tego zniszczenia nie ujrzy, bowiem nasze miliardy lat są dla Niego niczym minuty, a nasz gatunek skazany jest na zagładę naturalną, nie kosmiczną.

Dla człowieka kreacja byłaby procesem niepojętym, i nie istnieje nawet drobna szansa aby jakakolwiek istota ziemska mogła być świadkiem tego cudu. Gdyby jednak hipotetycznie dojrzała dzieło stwarzania to ujrzałaby jak wokół istoty niepojętych rozmiarów, form, światłości i fal dźwięku zdolnych jednym westchnieniem unicestwiać planety, zaroiłoby się od miliardów stworzeń, w których człowiek (gdyby Bóg Kreator zezwolił) ujrzałby muchy, pszczoły, karaluchy, źdźbła trawy i lipowy pył, a także istoty całkiem nieznane o barwach i kształtach niepojętych dla oka, które strwożyłyby i uśmierciły jego serce nagłą świadomością własnej marności.

Dlatego podkreślam: opis z perspektywy antropologicznej musi być z natury swej ułomny, niepełny, posłuszny ludzkiemu doświadczeniu i ograniczonej mocy poznawczej, bowiem tak jak mrówka nie jest w stanie zrozumieć i ujrzeć procesu tworzenia energii atomowej, tak człowiek nie byłby zdolny ujrzeć procesu kreowania istot; sama bowiem bliskość i nieskończona moc Boga Kreatora byłaby dla człowieka destrukcyjna aż do rozkładu i rozpadu w nicość atomów jego duszy.

I kiedy tak moje dłonie zanurzały się i rozgarniały atomy nadmorskiego piachu, a myśli płynęły powyższym rytmem natchnione rzadkim odczuciem metafizycznym, ujrzałem, że palce me kreślą w piachu kształty kobiece. Dłonie kształtowały biodra a przesuwając się w dół zaczęły zaznaczać kontury ud. Następnie opuszki palców wsunęły się między te ciągłe linie i utworzyły kontury wewnętrzne, kreśląc delikatnie szczegóły anatomiczne. Później utworzyłem tułów, (lekko tylko węższy od bioder), palcem oznaczyłem pępek, a dalej wnętrze dłoni zaczęło usypywać i gładzić piersi.

bógkreator

I oto pomyślałem, że jedną tylko istotą nad którą Bóg Kreator musiał zastanawiać się długo, i przy której nawet jego niepojęta intuicja okazała się niewystarczająca – była kobieta. Harmonijna, lecz zaskakująca w swych kształtach i jakże skomplikowana a subtelna w psychice. O ile wszystkie kształty poprzednie i organizmy rodziły się jakby natychmiastowo, bez zastanowienia, o tyle kobieta musiała być projektem nawet dla samego Boga bardzo długim i wyczerpującym. Czerpiącym nie tylko jego natchnienie, ale i emocje, a także zasoby mądrości i inwencji. Sytuacja ta przypominała pracę stolarza, który po cięciu desek na równe długości (poza obszarem świadomości), nagle stanął przed zadaniem zbudowania z nich mostu, świadom, że most ten musi być wykonany; inaczej wszystkie jego wyroby i talenta nic nie będą warte.

Tak o to powstała kobieta i tak powstało życie, i tak powstał nasz świat. Od Boga Kreatora, który usiadł na kosmicznej materii nasyconej idealną proporcją atomów i zanurzył w nią dłoń.


#CZARNY KAJET

*Autor nie jest kreacjonistą.

**Nie jest nawet teistą.

JA JA

7 sierpnia 2017

Biceps mi zmalał, dusza maleje, przełyk się kurczy, ręka drętwieje.

Zamęcza mnie „JA”, ciągłe o nim myślenie, męczy mnie lekki niepokój, ból gardła – myślę, że rak krtani. Męczy mnie zapętlona myśl, która odchodzi i wraca, jakby zapięta na linie bungee, odbija ze zdwojoną siłą, bije mnie w twarz.

Zamiast myśleć o innych, o czymś myśleć: o sztuce, o literaturze, o głazach i porostach, o procesach umierania klifów i świetlików, ja myślę głównie o JA. O JA, JA, JA. Bardzo to JA już poznane i przejechane, a jednak wciąż co dzień odwiedzane i rozpatrywane, jak kraina dzieciństwa i dorastania, jak Warszawa, do której się zawsze w końcu wraca, jak osiedle przy ulicy imienia architekta Stefana Bryły, przy którym mieszka matka mojej matki, na którym to osiedlu się wychowałem, i na które wciąż wracam aby odwiedzić babcię, zanieść jej wody. Takie jest to JA. Już nudne trochę i znane, a jednak wciąż, wciąż powtarzane jak mantra. Nie twierdzę, że moje JA jest już do końca wyczerpane, i nic nowego sobą nie zaprezentuje, ale niechże te JA mnie zaskoczy jakoś, pokaże coś nowego. Niechże te JA nie zapali pierdolonego papierosa przez miesiąc, niech się zajmie sprawami istotniejszymi, niech te JA się zachowa raz czule, a raz ostro i niech to JA poczuje coś nowego, niech JA przeleje 100 zł na fundację, zamiast przelewać na bar, niech JA nie pije tyle i niech JA pobiega raczej, niech to JA się wykaże, niech pokaże, to wtedy może przyznam mu znów nieco uwagi i zainteresowania, bo póki co to tylko banał, banał, banał.

 

#CZARNYKAJET

 

 

 

oko wy

Nieważne dokąd wyjedziesz
zabierzesz siebie w podróż
zawsze
i nie uciekniesz przed sobą

Ty zawsze tam gdzie
ty

deklarujesz, obiecujesz
rzeczy małe i wielkie
by znów się złapać na przynętę
kłamstw i nałogów

gdyby tak miejsce potrafiło
odmienić człowieka
lecz nie potrafi

nie przy koneksji globalnej
podłączeniu i ujednoliceniu

wszędzie są ludzie ci sami
i wszędzie ty z nimi
przez kostkę z mikroczipów

i dlaczego odłożenie jej stało się wyrzeczeniem
nie wyzwoleniem
dlaczego stratą nie zyskiem?

Dusza we mnie stara
co listy, nie smsy pisała
co pieśni, nie pop śpiewała
jestem wytworem czasu, w którym żyję
a bunt kończy się karą

10 lat w Tybecie
10 na tablecie
wolności pragnę w sobie
wolności pragnę w świecie

połamanie

palę papierosy o pierwszej
nie są to moje pierwsze
nie są to moje wiersze
i chwile

najlepsze

nie zaciągam się już
bo wszędzie wyczuwam smród
błoto i kurz, gówno i busz
z cipki jej nienajświeższej

ale chętnej

możliwości ścieram jak kurz
chciałbym napisać, że je rucham jak ciebie
ale to byłby fałsz, cóż

popiół i piwo, butla i wino
goryczki smak twych ust

nie otwieram się już
odpalam szluga i robię dym
paru ochrzciło mnie „skurwysyn”

płynie dym
płynnie dymam
topię się gdy dumam
dymanie i dumanie nie idą w parze
jak król
i królowa
związek, monarchia, zaczynam od nowa
hejter się chowa
obmowa za plecami jak nóż plastikowy
wypierdalaj, idź pokrój lody

a ona na tylnym siedzeniu
nie ma nic do powiedzenia prócz otwarcia ust
O!
lubię ten luz
białą skórę na skórze czarnej
kota skaczącego w pięć sek. do stu
i choćby chujów było stu
*sto

to was obcinam i ścinam i kurczę do zup

i choćby było sto dup
to chuja mentalnie wam wbijam
potem rodzi się trup
zgarniam łup, i idę po swoje jakby mnie było stu

jebać tu, jebać tam i wszędzie
życie się zaczyna kiedy tworzysz sobie przejście
wśród bzdur i bruzd

jebać konwencje i twoje oczekiwania
nie daję róż, nie daję już
biorę ze świata co moje
gibona odpalam jak stoję

w dymie cię żegnam jak Magik
piętro dziewiąte
jestem dla siebie
„nie ma mnie dla nikogo” już.

BEZ PRZEKAZU – NAWIJKA II

Jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś, koniecznie przeczytaj NAWIJKĘ I, tu: https://czarnykajet.wordpress.com/2017/05/20/160/

Obserwuj bloga, wpisując swój mejl w zakładce MENU!

okl1

NAWIJKA II

Rok 2044. Państwo–miasto: Polszawa. Drzewa tu rosną do góry korzeniami, gołębie mędzą o skórkę z burgera, samochód jeden latał (w końcu to futuryzm), ale się rozbił o normy Federacji Gwiezdnej. Jakoś tak leci, z dnia na dzień sobie siedzimy, pijemy, jest dobrze. Na ulicach czysto, narzekać nie można. Sytuacja gospodarcza: jest. Dostęp do technologii: jest. Społeczeństwo: jest. Człowiek: jest, i bocian jest też.

Ogólnie to fine, thank you, how are you too?

– Państwo–miasto: Polszawa. Nasza duma i sława. Kiedyś Polska, kiedyś Warszawa, dzisiaj wspólnie nam rośnie Polszawa! Jeszcze Ef Ge nie zginęła, póki my żyjemy, zapraszamy was, narody, tu codziennie niskie ceny! – tak krzyczeli, tak śpiewali, najebani i stukali tam kieliszkami jak beng, beng, beng, beng!

Niedaleko, bo metrów tysiąc od Kajetana mieszkania, w dzielnicy Śródmieście, działo się to, co się dzieje na mieście. Chłopak piwo kupuje, dziewczyna dziękuje, w klubie nocnym, na dancingach się bawią. Piwo nie byle jakie, bo za dwadzieścia siedem PLN z nalewaka do kubka biodegradowalnego, szybko się rozkładającego EKO, że pić je trzeba prędko, bo po godzinie kubek zamienia się w papier, mózg w wafel, wszystko w świecie krąży i się przeobraża.

I może powiesz, że to prawda zbyt trywialna, a może zbyt wzniosła, by ją równać do rozkładu śmieci i quasi–analizy potępieńczej ludzkiej degradacji, której sam autor z pewnością się oddaje, ale jeśli prawda jest uniwersalna, to działa zarówno na kubkach, jak i gwiazdach, wszędzie, i z tych astrów ją warto chyba zdjąć, postawić na ulicy, zobaczyć na co dzień, a nie jedynie w uniesień chwilach, kiedy przeglądasz jutub czy poetycki tomik.

Czyli kubek się rozkłada, ale nie marnuje (bo wszystko w świecie krąży i się przeobraża), wrzuca się go do pojemnika, tam on rano jest zabierany do przetwórni, przetwarzany na darmową gazetę „Retro”. Gazety te są dostarczane bezpłatnie, co dzień, przez drzwi domu każdego w Polszawie. „Przez drzwi” bo teraz każdy ma drzwi jakie chce, jednak z obowiązkowym „otworem protekcyjnym”. Jest to elektroniczny otwór, automatycznie otwieralny i prócz dystrybucji prasy pełni funkcję wejścia awaryjnego dla europolicji, czego nikt nie ukrywa, bo w tym kraju wszystko jest jasne i otwarte dla obywateli. Gdybyś się zachowywał podejrzanie na Facebooku, na drzwi z dziurą narzekał, że np. przeciąg się robi, to służby bez trudu, za pomocą czytnika dopasowanego do otworu protekcyjnego odwiedzić dyskretnie cię mogą i sprawdzić, czy ten przeciąg faktycznie jest, czy go nie ma. Dla twojego dobra, w ramach programu „Kulą w reumatyzm”.

Z początku jakieś fale oburzenia, nawet wśród Polszawian, ale przecież takie są wymogi Federacji Gwiezdnej i nasi sąsiedzi już to mają, a przecież chodzi tu głównie o prasę, o edukację społeczną.

W Interwizji coś mówili, że ciemnogród, że z duchem czasu nie idziemy. Potem o nowej grze, nowej celebrytce, która się wsławia graniem w nową grę, no i umarł ten aktor, no, ten taki znany, co grał w tym, no, filmie takim. Co za smutek! Co za strata dla polskiej kinematografii, a przede wszystkim co za zdziwienie, że oto człowiek żył i człowiek umarł, co jest przecież przypadkiem niezwykłym, choć ponoć nieodosobnionym. Cała Polszawa płacze, w oknach światła pogaszone. Rano do roboty przecie wstać trzeba.

A drzwi? Kto by już o tym pamiętał? Po prostu pewnego dnia puk, puk, dla niektórych już knock, knock:

– Dzień dobry, w dźwiach dziurę wiercimy, z polecenia dyrektywy.

Ci nieprzekonani, że to dla ich dobra, słyszeli tylko od sąsiadów:

– A czego tak się boisz, panie Satjawati, co? Masz pan coś do ukrycia, że się boisz europolicji?

– Nie, nie, kochany pan Kowalski!

– To sam pan widzisz, czyste sumienie masz, niegroźna ci Federacja Gwiezdna, a gazetkia darmowa będzie?

No, będzie.

– No to czego chcieć więcej, panie? Jeszcze dotacje nam dają na te drzwi, a to mówię panu, nie żaden polszawski badziew, tylko saturniane, porzondne.

I tak jakoś drzwi były teraz z dziurami, a gazety szybkorozkładalne za drzwiami. Na śmiesznym portalu czasem dają memy ze zdjęciem drzwi bez dziury z podpisem: „Dzieciaki nie znajo He He” i wszystko spoko jest, gazeta „Retro” niesie treści też.

Ale wróćmy do tego klubu, tam łubu-dubu, dubu i to piwo, i kubek EKO.

– Często tu bywasz? – Maciej pyta – ten chłopak, co piwo stawiał, pamiętacie? A że stali blisko głośnika, to dwa razy musiał powtarzać, bo akurat „drop dat bejs” mu przerywało po „często”.

Ona, a zwali ją we wsi Iwona, mówi:

– No – bo to tak trochę po polsku, a trochę po angielsku, światowo i w ogóle, lubi takie słowa, bo są takie, no, uniwersalistyczne i się z każdym można dogadać za ich pomocą.

– To fajnie – szarmancko Maciej odpowiada, pewniaczek, bo kto jak kto, ale on to potrafił zagadać, i w jego rodzinnej okolicy takie teksty się zawsze sprawdzały. Stoją tak chwilę z nietęgą miną, głową bujają, Iwona nuci po cichu „drop daaat bejs, bejs, bejs. Smoke dat hejz, hejz, hejz”.

Maciek się pyta „co?”, a ona, że „nic”, że sobie śpiewa tylko, bo lubi śpiewać, i że kiedyś na pewno będzie piosenkarką, bo śpiew to jej wielka pasja. A najbardziej to lubi, no, tą Ruhanne i Marie Kiri. Maciej tylko się uśmiechnął, bo był trochę pod wrażeniem, że ledwo co przyjechał do Śródmieścia i już ot tak poznaje artystów.

Po łykach kilku, milczeniu nad miarę wydłużonym do Iwony podchodzi ten, ten nie powiem kto, ale wygląda jak homo! Nie bym był nietolerancyjny, w szkole przedmiot tolerancja miałem na 4-, myśli sobie Maciek, no ale kur!

Kto takie spodnie nosi normalny? To znaczy są normalni geje, ale jak na religii mówił katecheta: po spodniach ich poznacie. Już ma interweniować nasz bohater, ale co to? Ten homo Iwonkę do tańca porywa i jakby mało było zniewag, to jego piwo z kubka EKOo pije, wąsem swym gejowskim dobre piwo bąbluje, zawłoszcza.

– Nie będzie sobie promili we krwi podbijał śródmieszczyk homoś jeden moim kosztem! Koniec tego tańcowania! Hola, hola, koleżko, odczep się od niej! Ja jej to piwo postawiłem, to własność moja jest!

Tamten tylko patrzy na Iwonę, by spór rozsądziła, na co ona wzrokiem poczyna lustrować i się odsuwa na krok, by mieć rozpoznanie szersze. Co chwila ją ktoś potrąca, do tańca chce rwać, lecz ona #Salomon i wyrok musi wydać. Maciek buty ma trochę przetarte, pedałki takie, jak to się mówi. Zawstydzony ekoskóry widocznymi brakami udaje, że go łydka swędzi, więc trze tym przetartym napięte mięśnie, uśmiechając się napięcie. Twarz niczym nie wyróżniona przez Pana Boga, włosy krótkie koloru blond, nos kartoflowaty, zarost nietęgi, lekko od nikotyny pożółkłe zęby, no i ten swetr, sweter do klubu kto dziś zakłada? Hipsterstwa już nie ma, są neohipsterzy, a więc i ta część Maćkowa nieatrakcyjna Iwonie zdała się. Dla niej się nie liczy, że dobry z niego chłopak.

Za to ten drugi: no owszem, trochę jak homo, bo te spodnie, ale jakie ma powietrzne Maxy! No i ta koszulka z napisem „Ssij fiuta” taką ładną czcionką napisanym, co ją od razu trochę ujęła. No i ta broda, mmm, taka druciasta, co prawda zeza trochę ma i z nosa mu cieknie, ale to nic, nic! Z tej brody będą jeszcze ludzie!

– No to cześć, człowieku, no, dzięki za piwo, no, pozdrawiam – Iwona rzecze do Maćka i łapie tamtego za rękę roześmiania, z ekokubkiem w dłoni, już są na parkiecie, już wtuleni zapoznają swoje bakterie i pot ze sobą.

Maciek zezłoszczony, że życiowy parkiet bywa śliski, znów był bliski dla niebliskich, znów się przejechał. Światła kolorowe, ludzie tańczą, „bloł mi bloł mi bejbi” – hit nowy zakłóca tu okrzyki dramatyczne. Tylko zimna wódka może ochłodzić krew gorącą, a więc bar i kolejka długa nasiąknięta papierosowym dymem. To czas do złości, ale i refleksji, bo zagubiony i zraniony się Maciek czuje takimi obyczajami śródmiejskiej Polszawy. Niby to wszystko jedno państwo–miasto, jeden ród Piastowy (kim byli ci piastowie, piaści?), ale jeszcze różnice nie zostały zatarte i da się rozpoznać, kto przyjezdny, kto zamiejscowy.

„To jeszcze musi potrwać, wszystko jest procesem, popracuję na Śródmieściu i też sobie kupię powietrzne Maxy, a Iwon takich to będę miał na pęczki, i basta!”

Maciej z dzielnicy Radom, sto kilometrów od Śródmieścia, pociąg szybkich kolei polszawskich go woził do serca, godzina jazdy w jedną stronę. Może zapytasz: jak to dzielnicy? Ano normalnie. Mówiłem przecie, że państwo–miasto Polszawa, bo nie ma już miast odrębnych i wsi. Jest jeden wielki organizm, zurbanizowany – Polszawą zwany. Zapytasz, a co z Wrocławiem, co z Gdańskiem? To też Polszawa? A noga krowy, albo ogon krowy to też krowa?

Zastanów się nad tym, a ja tymczasem Ci opowiem bajkę: Polska od 2005 roku rosła w siłę. Siłę nowych dróg, muzeów i gładkich, klimatyzowanych autobusów. Siłę estetyczną głównie, ale siłę jednak widoczną gołym okiem. W Warszawy dawnym Śródmieściu stała tablica z cyferkami, skakały, śmiały się, podnosiły. Naokoło reklamy bajek, kreskówek, o, jak wesoło jest! Pod tymi cyferkami tylko napis brzmiał niby niechciane widmo: „dług publiczny na obywatela” #upiórwplenerze. Ale jaki dług? Skoro w portfelu każdy miał, nic nie parowało, za wyjątkiem karku spoconego z soboty na niedzielę, kałuży pod blokiem i e–papierosa. Cyfry wielkie są iluzją dla mas niezrozumiałą, dla inteligencji niezrozumiałą także, dla elit obojętnością, dla rządów rozbitą zastawą porcelany od pokoleń rodzinnej. Szybko znaleźć duży dywan, dużą miotłę i szur, szur pod spód, przyklepać nogami.

Niewielu zatem wiedziało z wielu powodów o stanie realno-ekonomicznym państwa polskiego, a życie biegło po ruchomych schodach lewą.

W podziemiach Warszawy coraz gęściej się robiło, na siedzenia w metrze wprowadzono abonamenty – kartę „Premium Warszawiaka”, już nie szło rozpoznać, czyj dziad tu od pokoleń bezpośrednio od Syrenki i Warsa, uchowan w trzcinach nadwiślańskich, a kto od Czecha, Rusa i Hindusa.

Na powierzchni gęściej jeszcze, korki na chodnikach coraz częstsze, zderzenia, notoryczne potrącania, zadeptywania pantoflami, szpilkami, biegówkami. Z wolna zaczęto malować pasy ruchu pieszego, przy chodnikach stawiać znaki, kto ma pierwszeństwo w danej sytuacji: podczas gdy tym idącym prosto zaraz winda odjedzie, a tym z prawej tramwaj. Kolizje jednak wciąż występowały, a nawet liczniej dochodziło do pokolizyjnych rękoczynów, bo sfrustrowany obywatel nadchodzący z pierwszeństwa, w razie potknięcia o tego z podporządkowanej drepcącego, mógł teraz całkowicie legalnie mieć pretensje i mieć krzyki. Wcześniej byłoby „przepraszam”, lub „jak leziesz, baranie?” i tyle, ale kiedy prawo poczęło określać ruch pieszy, frustraci całej Polszawy zatarli ręce od uciechy, od imaginacji, ileż to afer, ileż telefonów i impertynencji będą mogli wypruwać z siebie dnia każdego, ile pomyj wylać z rana na łeb bliźniego.

Ubezpieczyciele także wywęszyli okazję do korzyści: programy ochrony: „Czysty but”, „Ała! Mój palec”, „Co się wozisz, prostaku?” i „Bezpieczna tkanina”. Szczęśliwie dla Polszawian projekty modernizacji dalszych chodników zarzucono. Nikt nie pytał ani nie wyjaśniał dlaczego.

Wszystko w świecie krąży i się przeobraża, filolog Stefan w Stevena murarza, technik Wacław w „Jak mogę pomóc?” sklepikarza, bo jeden do UK poleciał, drugi do Warszawy, obaj ze światów gorszych do nowych, w poszukiwaniu szans. „Go getter”, tak to się nazywa. Kto nie ryzykuje, ten piwa nie pije, kto nie ryzykuje, temu pralka się zepsuje, kto nie ryzykuje, ten w sierpniu nad Bałtyk nie wyjedzie.

Już każdy znał taką, co pojechała za granicę, i każdy znał taką, co za gminę, do Warszawy. Wszystko było okej, proporcje na rzut oka się zgadzały, bo przecie świat, jak wiemy, jest mały, i chyba niewielka różnica, że tu czy tam. Tylko wsie jakby coraz bardziej pustoszały, pola z samolotu okien już nie tak obficie wyglądały, a nawet z miast mniejszych choć przecie niemałych: Lublina, Olsztyna, Koszalina, też emigrowano na zmianę: jedna za granicę, na zmywaku szukać kariery, drugi do stolicy składać burgery.

W kraju i mediach afery, cały czas, niesprzyjające koniunktury, lewe faktury, duże cyferki zysków i strat, rosnący VAT, w barze mlecznym droższy schabowy. Jednak najgorzej nie było, a nawet całkiem spoko, bo z funduszów Federacji Gwiezdnej ufundowano nagrody w „1z10”, autostradę małopłatną, długopisy w urzędach i basen klimatyzowany w Zabrzu.
Z czasem coś tylko zaczęło się psuć, prócz przyjemności także obowiązki, „najpierw drugie, potem deser”. Obowiązkowe baterie słoneczne tu i tam (choć przede wszystkim na dachach), obowiązkowe mleka małorobienie, imigrantów i uchodźców odgórne rozmieszczanie, więc i czasem wysiedlanie, rosnące odsetki kredytów, zadłużenia, samobójstwa, i w końcu wiek emerytalny do 70. roku ledwożycia. Tak dla dobra. Dobra Polski, bo inaczej się nie da. Niby były w tym kraju jakieś afery, stadiony drogie, prywatyzacje tajemnicze i Komitety ds. Sztucznych, mercedesy służbowe i drogi dziwnie drogie. Ale kto by tam drążył, kto się doszukiwał, to oszołomstwo jawne jest.

To u nas należy szukać pieniędzy, nam podatek podnieść, żebyśmy za daleko nie zajechali, żebyśmy się nie napalili za bardzo nevadami, żebyśmy z firmy rozkręceniem nie przesadzali. I w sumie spoko, każdy jakby wkurwiony chodził, ale mało kto cokolwiek robił, aż tu nagle, pewnego dnia kwietniowego, bodajże dziesiątego, roku dwa tysiące trzydziestego piątego mówią: że beng! Że koniec i zbankrutowała Polska! Że się zadłużyła u Saturna i u Słońca, że każdy obywatel sześć zer ma do spłaty, a przecież osobiście brał tylko lodówkę na raty. Ludzie wyszli na ulice z lampkami ogrodowymi słonecznymi, nożyczkami i nogami od stołów z IKEI, strajki wielkie na ulicach. Janek z wiśniówką padł! Prędko się lampki wyczerpały, nożyczki zbyt tępe okazały, nogi połamały, tylko kule gumowe i gazy łzawiące nad głowami świstały, a i to dobrze, że nie amunicja ostra czy cyklon B.

Wojsko, policja, przez Janka z wiśniówką, jednodniowa prohibicja, a potem obniżka nagła cen alkoholu. Ze smutku i zadłużenia pije cały naród od bankiera po kasjera. Po tygodniu strajki ustały…

To już było w czasach, kiedy w Krakowie żyło sto tysięcy ludzi, w Poznaniu takoż. Wsie wyludniły się w 60% i teraz stały smutniejsze niż zwykle, już nawet koguty z depresji nie piały.

Za to w Warszawie? W Warszawie dziesięciomilionowy przyjezdny otrzymał wśród blasku fleszy klucze do miasta od samego prezydenta. Owszem, było już ciasno, ale jednak własno, i tutaj pomysł, jakiż to pomysł zrodził się w Brukseli! Umórzmy Polsce długi! Taaak! Krzyknęli wszyscy, wielce ucieszeni. Zaczniemy od nowa ten kraj budować, na starych wartościach, na religii i pamięci błędów, na nowej silnej gospodarce, „Polska stronk! Polska stronk!” – skandowano. Posłów wysłano do Islamskiej Republiki Belgii, by tam warunki dla nas wygadali jak najkorzystniejsze. Narada, stół okrągły za księżycowymi drzwiami i wywalczyli nam, ugadali. Państwo nowe – Polszawę – oficjalnie otwieramy!

Cieszą się obywatele, szykują paszporty emigranci, no, tylko że w drugiej minucie przemówienia premier z zielonymi łzami w oczach oświadcza:

– Wymaga to od nas, od nas wszystkich, determinacji! Wymaga siły! Wymaga cięć terytorialnych na rzecz Saturna i Słońca, by tam, gdzie było Opole, gdzie stały Kielce, mogło teraz bardziej świecić słońce i asteroidy gęściej padać.

Rozległ się szum na sali, rozległy „kurwy przed telewizyjnymi odbiornikami. Co to znaczy, mów, premierze?!

Drodzy rodacy, wszystkie województwa poza mazowieckim są nierentowne i zadłużone na 58 biliardów bitcoinów.

Oł maj Gasz, o kurwa, jak to wiele jest, przecież poł bitcoina to jeden chleb!

– Dlatego też wspólnie z naszymi przyjaciółmi z Federacji Gwiezdnej zadecydowaliśmy, że dla nas wszystkich, dla obywateli Polski najkorzystniej będzie je zamknąć. Wszystkich, pozostałe dziesięć milionów obywateli z tych rejonów zapraszamy na wielki festiwal piwa do Warszawy! Wraz z całymi rodzinami! Pakujcie graty, drzwi nie zamykajcie! Piwo i wódka dla każdego, kto w ciągu miesiąca przeprowadzi się do Polszawy! Polszawa, nasz kraj nowy, zostanie umieszczona na terytorium województwa mazowieckiego i będzie jednym, scalonym miastem-państwem! Wywalczyliśmy, dla was, Polacy, nowe bloki 30-piętrowe, już wkrótce rozpoczynamy budowę na obrzeżach dawnych miast mazowieckich, w tym stolicy zwanej od dziś Śródmieściem! Cieszcie się, ludziska, albowiem już nie musicie swoich milionów spłacać! Na każdego w nowej Polszawie czeka świetna praca! Mało tego, dobrych wiadomości ciąg dalszy! Przy Ostrołęce wykopiemy drugi Bałtyk! Federacja stawia nam kanał i wykopy, i zrobimy tam sobie drugi Balaton, to będzie Polski, znaczy się Polszawy hit turystyczny! Tysiące miejsc pracy! Z tej ziemi, co ją wykopiemy, od Lipska po Szydłowiec wam góry usypiemy! Piękniejsze od Tatr, wyższe od Giewontu! Polska będzie Polską nadal, tylko taką w miniaturce. Uwierzcie, obywatele, wspólnymi siłami uda nam się, będzie tak great, jak nigdy wcześniej! To tyle i przypominam o darmowej skrzynce wódki dla każdego! Wypijmy zdrowie, zdrowie na budowie, naszego nowego kraju – Polszawy! Z uszanowaniem, wasz premier – Paweł Rak.

Tak to było w skrócie, ale teraz co się w tym klubie dzieje? Ktoś po mordzie wali DJ-a, ten mu odpowiada disco polo na prędkości włączonym kawałkiem, tamtego ucho lewe rozbolało i odpuszcza, za to cała sala tańczyć i śpiewać zaczyna, kieliszki w górę idą. W tym rozgardiaszu Maciej wciąż w kolejce stoi, czas cenny trwoni, gdy tymczasem Iwona z tym pajacem na parkiecie się całują, co w sumie szokującym niczym nie jest, gdyż obyczajowość znaczne postępy poczyniła, i teraz to nawet wypada, jest dobrze widziane, by po siedmiu minutach znajomości się z kimś zaprzyjaźnić bliżej.

„Wstrzemięźliwość cielesna w miejscach rozrywki jest źle widziana, a czasem może zostać poczytana nawet za obraźliwą. Tak zwana katolicka moralność zbyt wiele już szkód w reprodukcji wyrządziła, zbyt mocno nas trzymała na uwięzi. Wyobraź sobie, Maćku, że tańczysz z dziewczynką całą dyskotekę, a ona po zakończeniu zabawy odmawia ci nawet pocałunku. Miło byś się czuł? Dobrze by ci było?” – pytała retorycznie Pani na przedmiocie szkolnym tolerancja w maćkowym gimnazjum. Czyste zasady empatii, ogólnoludzkiej życzliwości nakazywały, by zapoznawać się bliżej.

Tym dotkliwsze było odebranie piwa i odejście Iwony z tym typem ni to homo, ni to trans, ni to elektro. Ale już ma gasić nerwy, bo zbliża się koniec kolejki, i w momencie gdy Maciek kolejkę chce zamawiać, dziewczynie obok kolejne piwo stawiać, to barman, bezczelna łachudra, sobie smartfona chwyta i dzwoni sobie gdzieś, gdzieś tak po prostu, i niczym się zdaje nie przejmować. Nakazy życzliwości, obsługi miłej łamie, bo dyrektywa taka weszła, że obsługa ma być miła i były z tego nawet szkolenia ogólnopolszawskie. „Tacy wywrotowcy doprowadzą ten kraj do ruiny” – myśli Maciej.

Ale barmanowi szkolenia są obojętne. To Toczek, co zastępuje tu kumpla na noc za barem, bo tamten miał jakąś nieprzyjemną przygodę bodaj z mefedronem, nie w tę dziurę poszło czy coś, i się obudził ponoć na granicy z Królestwem Słońca na północy. A prawie wszyscy wiemy, jak to jest mieć zjazd na pełnym słońcu – nieprzyjemnie jest. Nie mógł przyjść, reasumując, i po Toczka zadzwonił, o nim własnie pomyślał, bo tylko on miał tak dużo tatuaży, by zadaniom barmańskim sprostać. Jak bowiem powszechnie wiadomo, umiejętności barmana mierzymy ilością tatuaży, im współczynnik tuszu na centymetr kwadratowy ciała wyższy, tym barman lepszy.

Możesz nawet roczniki win językiem rozpoznawać, kręcić spirale szejkerem i wyłapywać na czoło, ale sory, jak nie masz dziary, to nie ten klub, tu nie znajdziesz pracy, młody, bo wiesz, barman z dziarami ma u nas lepsze chody.

Toczek mimo dziar na drinkach za bardzo się nie znał, w sumie to wszystkie robił na wódzie, nawet tequile sunrise tej nocy, ale nikt nie oponował, jego tatuaży autorytetem porażony. Coś tam stłukł, kogoś oblał, ale w sumie to git, manadżer był zadowolony, Toczek też, bo połowę hajsu do kasy, połowę do kieszeni pchał, a teraz stwierdzil, że przerwa, fajrant i do ziomka powinien zadzwonić, go tu ściągnąć, bo jest dobra wixa. Smartfona musiał wyciągać z plecaka, co było fatygą dość sporą, bo generalnie teraz wszyscy je nosili przylepione do dłoni. Kojarzycie takie stare zdjęcia z Wall Street, ci brokerzy w garniakach mieli takie wielkie, prymitywne tablety z paskami na rzepy przyczepione do lewicy, by tam wszystko kontrolować, akcje lamusom sprzedawać? To coś w tym stylu, tylko już bez pasków, bez rzepów starej technologii, dzisiaj wszyscy noszą smartfony, co działają na pole siłowe dłoni i one się trzymają jak przylepione, dopóki tej opcji domyślnej nie wyłączysz. Widok dwóch dłoni wolnych, zwłaszcza w miejskiej komunikacji należy już do rzadkości. Raz nawet do roku przyznaje się za to nagrodę w postaci uścisku ręki prezesa.

Te–te–tele–fon!

– Siema Kajetan, barmanię dziś w 66, wpadasz? Jest dobra wixa, ostry melanż leci po pixach!

– Piszę teraz tekst, człowieniu, rozumiesz, jestem w trakcie pracy artystycznej.

– Weź nie pierdol, i co masz taki głos inny? Chodź, mam dla ciebie darmową wódeczkę, przecież wiesz, że każdy artysta potrzebuje swojej muzy.

– Moją muzą jest muza właśnie, mordo… są jakieś fajne laski?

– Człowieku! Zatrzęsienie! Cały sklep z laskami, wszystko dla pań i panów jak u Zoli! Co sobie życzysz? Już mam taką jedną upatrzoną dla ciebie, jej mówiłem, że mam takiego znajomka rapera wschodzącego, chodź, chodź, będzie numer z tego!

Kajetan już dłużej nie daje się namawiać, to nie wypada kumpla samego w klubie zostawiać. „Niewidzialne ziomki” zostają w zeszycie już tylko wpół niewidzialne, bo coś tam naskrobał, lecz raczej średnio mu ta tematyka siedzi, pierwszy gibonowy entuzjazm poszedł z dymem i pozostała teraz niepewność, czy to sens ma jakikolwiek:

 

NIEWIDZIALNE ZIOMKI

By by by byli
i się zawinęli
do celi
kto cweli
ten tu nie będzie miał przywilei
wileńskiej kolei opóźnień
są tacy
których świat nie zmienił
ocenił
i skazał
na życia
przegraną
przy butli i kiepie
gdzie się podziali
ci moi przyjaciele
poszukam ich pod sklepem

Wychodzę piruetem przez drzwi
w tym balu wirując coraz prędzej
a kysz!
Biesów w chuj mnie prześladuje dziś
wodą ognistą je zmażę:
ognistą i świętą jak krzyż
haczyk sobie zakładam na ryj
łowca stał się tu przynętą, idę się utopić dziś

***

                  To wszystko w zeszycie zostaje samotnie, Kajtek łapie palto, w sensie katanę, kurtałę z krzesła. Mija butelki jakieś, nogą roztrąca stos winyli, by po chwili zawrócić, ułożyć równo: Sokół Solo, John Coltrane, Joy Division, Kuba Knap, Maryla Rodowicz, Irena Santor, 2PAC i jeszcze koło setki tego typu oldschoolu, na wierzchu Popek „Gang Polszawy”, płyta specjalna na objęcie tytułu premiera.

Zamyka drzwi na klucz i wychodzi po chwili na Aleje Jerozolimskie przy nowej Rotundzie, gdzie kiedyś były ulice, tramwaje górą jeździły. Teraz jest deptak wielki od palmy po plac Nowej Konstytucji pod PKiN. Wyłączone zostały Aleje z ruchu samochodo–torowego aż po JPII. Obecnie jest park i ścieżki rowerowe, park wiecznie zielony, gdzie od Arabów można dostać kokę i gibony. Ruch został przeniesiony do podziemi, w Centrum, inwestycja wielka jak Kanał Sueski, ale jakże przyjemne, jakże ładne jest teraz Śródmieście! Może i dziesięć lat sparaliżowane stało, może i sklepy w końcu pozamykano, mieszkańców powysiedlano, bo czynsze wzrosły, no ależ kurde! Teraz te drzewa i ławki, a każda z logiem FG przypominająca, kto sponsorem był tej inwestycji, na szczebelkach wygrawerowane logo Saturna i Słońca przypominające, kto drzewa zasponsorował promieniami, kto dał metal asteroidowy na poręcze.

Ach, piękne jest nocą Śródmieście, każdy tu może czuć się bezpiecznie. Patrole co chwila przechodzą europolicji, monitorują, czy wandale gum nie przykleili pod ławki, jeśli tak, to cyk do próbówki i zaraz się dowiedzą, na czyje DNA mandat przez otwór bezpieczeństwa w drzwiach przysłać należy (zawsze doręczone przez otwór protekcyjny). Ale dziś noc spokojna, gumy w koszach grzecznie recyklingowych czekają na przerobienie w kondomy. Kajtek idzie i mija patrol jeden, już bez strachu, bez nienawiści, jak kilka lat temu jeszcze, gdy jointy były nielegalne, co stanowiło łówną i ostatnią zarazem przyczynę buntu przeciwko systemowi babilońskiemu. Dziś marihuana jest legalna, Popek sobie zapewnił ustawą drugą kadencję, naród wyzwolony, raperzy potracili połowę tematów.

Tak sobie myśli Czarny Kajet, podbija do grupy Arabów, żeby użyczyli ognia do szluga.

– Ej, chłopaki, macie ognia?

Oni tylko spojrzeli po sobie, śmiechem drwiącym zarechotali, jeden wziął gryza kebsa i nic nie gadali.

– To spierdalajcie – im Kajtek odpowiada i wnet se uświadamia powagę sytuacji. Te jointy zbyt mocno jednak go wyluzowały, pamięć o zasadach świata zredukowały, i o ile Arabowie o zapalniczkę nie rozumieli pytania, o tyle słówko „spierdalaj” znali doskonale.

I co? I teraz myślisz, podły rasisto, że go gonić zaczęli? Że go pobili i się jeszcze pewnie pod sejmem wysadzili? Że na wielbłądach tratowali niewinne białogłowe? Otóż nie, bo „sam spierdalaj” odpowiedzieli, też najarani byli i na sport akurat nie mieli ochoty. Jedyna strata, że papieros nie odpalony, że gryz kebaba zbyt szybko połknięty. Z tego zgaga może być, a to już rzecz niemała, więc w sumie to Kajtek ich trochę bardziej pobił, niż oni jego. Amir – gej zadeklarowany, lekko zszokowany, też falafela popuścił, Anna Jantar mu wypadła z ucha pod postacią czopkosłuchawki, oburzony był agresją młodzieży polszawskiej, co zaraz swoim kolegom oznajmił:

– Jaka to dzicz, ta Polszawa, siedzieć nie można, żeby człowiekowi nie poczynili afrontu.

Powiesz może, że to nie może być prawda, a ja ci powiem: patrz trochę szerzej, ty mentalny Sarmato. Pojedź sobie do Paryża, a jak nie możesz, to film obejrzyj z roku starego 2015, jak tam robili sondę uliczną i pytali na wyrywki o cytaty z Balzaca, jak kazali wskazywać na podstawie dwóch obrazków, który do Paula Gaugina należał, a który do Clauda Moneta. Ty powiesz może, że to łatwe zadanie, że to każdy umie odróżnić prymitywistyczny postimpresjonizm od impresjonizmu, ale ci Arabowie też się nie mylili, jeden nawet datowanie znał, a to, że jakiś prowokator, islamofob zakrzyknął z tyłu, że Allah to jednak Akbar, to się przecież zawsze zdarzyć może.

Kajtek szedł tymczasem niepocieszony, wydarzeń kanwą zaskoczony, obmyśla sobie plan na lachony, bo raper bez dupy to jak gej bez dupy, czyli trochę lipa. Tak, nie miał już kobiety dawno, choć przecież niczego mu nie brakowało. Wysoki był całkiem o twarzy inteligentnej, wąs ciemny, oczy zielone, ciało szczupłe, przybrane w ciuchy dobrego sortu, co na nie wziął kredyt szybki, chwilowy. Myślał, że spłaci, bo miał jechać na Kempa koncert grać, ale go odwołali, w ostatniej chwili go zastąpił ten lamus, ten, co go wszyscy teraz śpiewali, Tortilla Hemingway. I wybił się, wybił się na Kajtka miejscu, a przecież on przemyślenia miał takie same, tylko inaczej trochę ubrane, nie tak częstochowsko, tak prymitywnie nie zrymowane. Okej, może i jeszcze nie nagrane, może nie napisane, bo pisał w tym czasie coś o europolicji jebaniu, no ale wciąż, wciąż to były jego pomysły i jego zysk tak na dobrą sprawę. Po tej porażce grał jeszcze koncertów parę z tym jeszcze starym, nieco żeńskim wokalem, nim zaczął ćwiczyć głos, to był czas, gdy zaczął walić w nos i staczać się jak Kate Moss. Upijał się często do nieprzytomności i w SWAGu szukał życia radości, w używkach, z dewizą YOLO na twarzy i na koszulkach. Takie miał wartości również w sercu. To było trochę zagubienie, jak dziś sam przyznaje w programie „Magnez na śniadanie”, kiedy sobie imaginuje rozmowę z Jarzębiną Biegagowską. Lecz czy można mu się dziwić? Czyż nie każdy się czasem pogubi? Jeden w lesie, drugi w metrze, trzeci w miasta kanale #powstanie.

Rodzice? Gdzie byli rodzice?! Mama w UK robiła fakultet na kuchnię, komórka jej wpadła do zupy i już jej odratować w ryżu nie zdołała. Internety here w London bardzo expensive, to i rzadko się łączyła, aż w końcu kawiarenkę zamknięto i już nie zadzwoniła. Kajtkowi pozostało zdjęcie, ściągnięte z Facebooka jeszcze, mamy solo we framudze drzwi, i jedno z tatą cyknięte w klubie. Miał je zapisane na dysku, miał je drukować, ale w końcu dysk twardy się stał al dente i nie uruchomił się więcej. Mama przepadła, wizerunek mamy przepadł i z czasem pamięć o mamie przepadła, wyparta poniekąd innymi wrażeniami. To znaczy wiadomo, że mama była, tak jak wiadomo, że istniały dinozaury, po nich pozostały kości, a po niej człowiek i stara konsola, czyli kości i śmieci.

Tata. Ojciec był spoko, luzak Romek. Na trzecie urodziny sprezentował tablet, kupił w kiosku jak wyszedł z pracy. Nie wymagał wiele, wiele nie mówił, o wiele nie pytał. Miał swoje sprawy i swoje życie. W tym życiu było dziecko. Lubił o nim myśleć jak o rybce w akwarium, które zawsze jest w domu, gdy się do niego wraca, bez znaczenia, ile czasu to zajmuje, czy to dzień, czy dwa. Ryby przeżyją. Akwarium, do którego należy wsypać pokarm, ale można też inne rzeczy: słowa, złość, złotą monetę na szczęście wrzucić. Wszystko wchłonie woda i zbombluje filtr. Szkło stoi w rogu i można do niego mówić, ale wcale nie trzeba. Gorzej, kiedy ono zaczyna mówić, wtedy można udawać, że się nie słyszy, „dzieci i ryby głosu nie mają”. Tak, to był jego największy cytat, najgłębsza myśl, odziedziczona zresztą po własnym ojcu.

„Tyle dać mogłem Kajtkowki, ile mnie w domu nauczono, nie to, że go nie kochałem. Kochałem. Ale ktoś musiał zarabiać na szamę. Patrycja mnie opuściła, bankowo z jakimś brytolskim gachem się puściła, a mnie zostawiła dzieciaka, błąd, owoc pękniętej, truskawkowej gumy. Trudno jest samemu chłopaka wychować, nie mogłem nad nim czuwać, all day all night. A młody mężczyzna ma swoje potrzeby. Samemu utonąć, aby jego na powierzchni utrzymać? Nie, tak się nie robi”.

A był to czas kolejnej seksualnej rewolucji i w końcu się ojciec mógł wyszaleć. Pamięta Kajtek, jak na szóste urodziny tata mu zaprosił gości – dwie dziewczyny, z tym że żadna nie była Kajtka koleżanką. Dały mu buzi, we dwie na dobranoc, potem nie mógł spać długo, czując dziwne mrowienie z obrzydzeniem zmieszane, gdy je słyszał, jak z tatą jęczały za ścianą. Wtedy się bał, bo nie rozumiał. Myślał, że tata robi im coś złego, a później kiwający się przyjdzie także po niego i go zje. Ale tata nie zjadł. Tylko we śnie.

Rano ujrzał szczupłą brunetkę, ładną, jak mu się zdawało, nago wodę na herbatę wstawiała i był to pierwszy raz, gdy kobietę widział nago, obrazek zapadł głęboko w pamięć i zbieg okoliczności lub nie, ale do dzisiaj preferował szczupłe i ciemne.

Ojciec zmarł parę lat później na zawał, miał lat 34, zostawił Kajtkowi dwupokojowe mieszkanie przy Alejach i trochę długów. Kajetan miał wtedy piętnaście lat, sąd zarządził opiekę babci – matce matki, która podobnie do córki nie przykładała większej wagi do wychowania chłopca. Właśnie wtedy postanowił, że wzorem swych idoli – Chady, Chief Kiefa – zostanie raperem. Żył samotnie w sercu wielkiego miasta, już wtedy Śródmieścia.              Samotność nie trwała zresztą długo, bo kumple zaczęli wpadać zajarani non–stop wolnym kwadratem i to właśnie wtedy na szesnaste urodziny, w wakacje ktoś przyniósł pierwszą torbę białego proszku. Do dziś pamięta skrystalizowane uczucie, okrzyk: „Jestem bogiem!”, nikt nie wyobraził tego sobie, tarcie zębami. Rozmowy długie z kolegami, jakby się wtedy dopiero poznali: marzenia, zwierzenia, wcięcia pamięci. Przerażał go ten stan, ale i upajał, bo było tylko tu i teraz. Dzika chęć życia i ciągnięcia dalej.

Okres nosów trwał z drobnymi przerwami do osiemnastki, a do tej historii wrócimy za czas jakiś, bo teraz już balet, już głośników serpentyna po Parkingowej ulicy niesie się, swądem spoconych wagin przywołuje do działania, do zaprzestania myśli o życiu, o sztuce, o jakiejś karierze i o nauce, joł!

Kajtek wbija na prom, wbija się ziom do klubu 66, zarzuca na bramce, że koleżka barmanem tu jest, że taki w dziarach i wszystkofest. Kajtek jakby na dowód swój tatuaż bramkarzowi pokazuje, na lewym przedramieniu HWDEP i już polubili się, no bo każdy, kto kiedy za gumę pod ławką został spisany wie, co, to jest za organ z tej europolicji jebany.

Zszedł do podziemia krętymi schodami, rapu dźwięki się niosły ponad parkingami.

                  To są te kluby, które dają nam światło, jest tu alkohol, który daje nam zasnąć, są tu dziewczyny, które dają nam miłość. Jesteśmy tu, chłopaku, w weekendy żyjąc[1].

Na parkiecie tłok jak w środku peletonu, zmęczenie podobne, nie kolarstwo, lecz picie wyczynowe, takie tu się bije rekordy. Kajtek zna te klimaty, przecież ma je koło chaty – same imprezownie, a tę nadzwyczaj dobrze zna, bo to miejsce popularne na melanżowej jego mapie Polszawy. Elo! Elo zbija piątki z typami znajomymi z pół-widzenia, pół-kiedyśimprezy. Pajacowaty Jarek jeszcze z liceum, obok inny jakiś ziomek, nie chce mu się gadać z nimi, konwenasów głupich realizować.

Kajtek idzie, w oczy mu się rzuca para taka: laska gumą ciumkająca tańczy z typem jakimś takim gejowatym nieco, co ma koszulkę „Ssij fiuta”, a ona się zdaje ulegać tej retoryce. Głupia krowa. W ogóle panny dzisiaj to porażka, myśli sobie K., ale już oczy gdzie indziej ma, na dziewczynie pięknej, prężnej, polszawskim słońcem opalonej i solarium, okutej jedynie w te szorty dżinsowe cięte w połowie pośladka. Włosy, długie, czarne i proste opadają swobodnie na młode plecy, pośladki podskakują w rytm kroków. „Ależ widoki piękne oj, mała, jakbym cię wziął na kolana”. Zniknęła w toalecie.

Kajtek chciałby tutaj grać, po głośnikach napierdalać swoje rapsy, piosenki, salę bujać. „Lewa stona mówi: ELOOO, elooo!” Ale poczekać chwilę jeszcze musi, bo wie: że kariera rapera to od zera do bohatera, od łaka do lesera, od zapomnienia do wydobycia się z cienia, #exegimonumentum. Elo.

Tak więc i na Kajtka przyjdzie czas, co kwestią czasu jest, o ile nie odpuści, o ile nie powie muzyce „precz!”. Być wytrwałym to podstawa sukcesu. Nie, nie powie „precz”, bo to jego rzecz: mieć, być. „Tak, kurwa! Gdzie ten Toczek?”

Dygresja mała na marginesie, ileż to się potrafi zadziać na ułamku schodów, w ułamku myśli. Ty może myślisz, że długo to czytałeś, że to kawał czasu już minął, ja myślę pisząc, że nawet więcej, długi ten fragment mnie się wydaje. Ale weź tak pomyśl: jak ty myślisz, ile wariantów w sekundę ogarniasz:

Wejście przez ochronę, ukazanie tatuażu, muzyka – Małolat, tłok jak w środku peletonu, kolarstwo #LanceArmstrong. Chwilowe ogłuszenie, nic nie myślenie, znajome twarze, ręki wyciągnięcie, nie chcę mu się gadać z nimi. Przerzutnia na parkiet, skupienie na obiekcie najwyraźniejszym – parze zabawnej, ocena pejoratywna kobiety. Przejście do kolejnego widziadła wzrok przykuwającego, ocena tym razem pozytywna.

Bodziec: muzyka – jestem muzykiem. Kariera – uda mi się, o ile nie zniweczę. Jakaś złota myśl, ugruntowanie. Przypomnienie sobie celu – Toczka.

Tak ja myślę, że on myślał, a jeśli ty myślisz inaczej, że Kajtek inaczej myślał, to wymyśl jak, wymyśl odpowiedź, prześlij mi już tak naprawdę, nie na wymyślanie, na skrzynkę pocztową nr 5 Hugo Poland sp. z o.o.

Kajtek w klubie odnajduje się, lecz nie ma ochoty dzisiaj na balety, na picie, jaranie, broń Boże ćpanie. Dobry chłopak jest, więc wpadł do ziomka, żeby z nim pogadać chwilę. No może jedno piwko, można sobie strzelić, w końcu Toczek dziś na barze, to sobie pogadamy chwilę.

Toczek istotnie na barze piwo leje, z miną zblazowaną, choć dziewczynie leje całkiem ładnej, ale dziś ona uwagi nie zwraca na niego wcale. Dziś on jest epsilonem, ona alfą i nie ma równości między nimi. On pracuje dla niej i ma lać to piwo szybciej! Nie mam czasu! Nasz klient nasz pan! Jutro, nawet o tym nie wiedząc, zamienią się rolami – ona zadzwoni do niego z call center, kartę kredytową chcąc mu sprzedać, a on jej skacowany powie przez słuchawkę:

– Pojebało was? O dwunastej ludzi budzić? Proszę do mnie więcej nie dzwonić!

Tak jest, proszę pana, już notuję, przepraszam i życzę miłego dnia.

Od alfy do epsilonu, od epsilonu do alfy, codzienne przeobrażenia Polszawian.

– Elo, typie!

– O, elo, Kaj! How are you, ołrajt?

– Ołrajt, men, fenks, co tam, mordo, mi lejesz dobrego?

– To dla tej pani: drink na wódce z sokiem. Dla ciebie mam drink z wódki z wódką.

– Nie człowieniu, ja dzisiaj lajtowo jedno piwko.

– Dobra, to piwko i wódeczka. No ze mną się nie napijesz?

– A Ty możesz tu pić?

– No pewno! I tak jestem tylko na zastępstwo. Dwadzieścia PLN. Panie poczekają chwilę, pozwolą, że się z kolegą napiję? Zdrowie, Kajtek!

Elo, i zdrowie! Polszawa w przebudowie i remoncie. Za to się napijmy, za Polszawę żyjmy, bo było już tak blisko jej ponownego utracenia, #StanisławAugustIV, znów leci afera na mieście. Teraz Warszawa to Śródmieście, Radom to przedmieście, Ostrołęka deptakiem nadmorskim Sopotem Polszawy. Bawić, się bawić! Zachlewać na pałę, potem rano na biegging i do robo, takie zwyczaje.

– Zdrowie, Kajtek!

– Zdrowie, Toczek! Kurwa, nieśmiertelność sobie zapewniamy! Gdyby tak toasty choć w jednej trzeciej się sprawdziły, to żylibyśmy ponad sto dwadzieścia lat. Cały świat do ogarnięcia wtedy, szybkie koleje, samoloty, potrzeby. Tuzin łatwych panien, albo i seta! Póki co seta na stole, nie ma na co czekać!

– Halo, halo, panowie!

– Ooops, dzwonią do mnie – Toczek mówi – To menago, chyba.

Chwyta znów telefon, od pracy się odrywa.

– Tak, ta, szefuniu, wszystko okej. Tatiana pozmywa.

Rozłącza.

– Wiesz, Kaj, nie chce mi się tu siedzieć. Przed nami jest all night. Ostatnie ładne dni, ostatnie dni, najpiękniejsze uciekają nam właśnie dziś. W spelunach, ciemnościach, na wyuzdanych przyjemnościach. Napijmy się jeszcze, za Śródmieście!

Kajtek wychylił kielona i musiał chwilowo zostawić kolegę, bo tam szła jego przyszła żona, albo żona do kielona, albo nałożnica, albo nic nie znacząca bicza. A czemu nie szła tam zakonnica, albo myślicielka wybitna? Bowiem obie teraz spały w domach, a nie o nich jest ta opowieść.

***

[1] Małolat & Ajron, W weekendy żyjąc, [w:] W pogoni za lepszej jakości życiem, Prosto, 2004.

Fragment mającej się ukazać na jesieni powieści Piotra Sarminiego, „Bez przekazu”

Jeśli Ci się podobało, podeślij link znajomym i obserwuj tego bloga. ELO!

PRO8L3M – HACK3D By GHO5T 2.0 – RECENZJA

twój gł0śnik zo5tał zainf3kowany

Wbijasz na instagrama, tablicę ci zalała czarna plama, ciągi liter i cyfr: HACK3D By GHOST – profil PRO8L3M. Czyżby zhakowani? Niemożliwe raczej, ale media łykają, nagłówki: „Czy PRO8L3M padł ofiarą hakerów?”. Nie. Ale wasz głośnik – już tak.

cll

Kilka dni później duet ogłasza wydanie nowej EP-ki. Krótka, zawierająca pięć numerów płyta, rozchodzi się (jak zwykle) w ciągu kilku godzin. I nie ma w Polsce nikogo jak tych dwóch, kto by w jednym rzucie wyprzedawał całe nakłady. Dlaczego?

O to należałoby zapytać socjologów, bo na pierwszy rzut oka nic nie wskazuje, że undergroundowy rap, bez wsparcia dużej wytwórni może przyciągnąć do siebie zarówno chłopaków z osiedli jak i panie pracujące w reklamowym korpo.

PRO8L3M jest konsekwentny, nierozwiązywalny, przewlekły: muzycznie i wizerunkowo. W GHO5T 2.0 odbiorca znów zostaje wciągnięty w grę i zagadkę, którą rozwiązać może dopiero w dniu premiery.

Tym razem nie jest to intryga na miarę LP „PRO8L3M” – płyty w jakiś sposób koncepcyjnej, której kolejne numery składały się na określoną historię, całość. Najnowszy projekt duetu spaja natomiast motyw cyberprzestrzeni. Utwory stanowią kontynuację i rozwinięcie wątków, które pojawiały się na poprzednich krążkach duetu.

I tak „2#17” można potraktować jako swoiste rozwinięcie singla „2040”, w którym Oskar kreślił świat przyszłości rodem z „Łowcy androidów”. Dziś jest 2017 i ten świat nadszedł już. Nie ma jeszcze latających aut i biomechanicznych dłoni, ale jest życie – całe podłączone i uzależnione od sieci, pełne dobrodziejstw („Makijaż”) ale i niebezpieczeństw. Oskar jest mistrzem w kreśleniu czarnych scenariuszy, historii dosadnych, które mieści w dwóch, trzech wersach:

Nikt nie robi portfela, ani też tirów
Sprawdź konto bankowe, zbierałeś całe życie
Ta akcja trwała pięć minut

Refren przypomina ten z „2040”
„Chciałeś to masz, nawet jak byłeś przeciwko” vs.  „Możesz zaakceptować lub się zgodzić”

Twierdzić jednak, że to kawałki o tym samym, byłoby grubym nieporozumieniem. To spojrzenie na świat wielkich korporacji: katastroficzne i pozbawione złudzeń cechuje PRO8L3M już od numeru „Opowieść o tobie”.

A dalej, trochę więcej luzu i uśmiechu (choć nie bez goryczki): „Makijaż”. Tu się załącza „Tori Black” i „VHS”. Oskar wciąż lubi „duże dupy i płaskie brzuchy”, ale teraz zgarnia je już z tindera, nie z zakrapianych domówek. Kto nigdy nie szukał „miłości” w internecie, niech pierwszy rzuci smartfonem!

To jest jak dyskont, tanio i szybko, jest prawie wszystko

No i te flow, raper nie śpiewa, ale rymuje całą zwrotkę na -ule, -ure, co nadaje kawałkowi niepodrabialny, nonszalancki klimat.

Płynnie się te wątki „internetowe” łączą i przenikają, ukazując realny wpływ technologii na nasze życie – także w najintymniejszych strefach.

W „World Wide Web” dostajemy bit, który można określić jednym mianem: Steez. Syntezatory, świetnie budowane przyspieszenia, w tle jak refren dubstepowe mruknięcia. Oskar też daje to co najlepsze budując spójny, złożony storytelling o dniu, w którym sieć została odłączona.

Stałem cały w szarym dymie a obok mnie jakiś dureń recytował Biblię
Z gruzów budynku strażacy wyciągali ludzi ktoś zawodził płaczliwie

Następnie: „Michael De Santa” – czyli bohater GTA V (a więc także świata cybernetycznego) staje się inspiracją dla kawałka. A tam już „kasyna o świcie i M2 w kredycie” – jedyny moment, w którym Oskar wyraża dystans do tego co opisuje.

Podczas gdy niektórzy młodzi, polscy raperzy, nawijają bez skrępowania (i chyba z wiarą) o hajsie, furach i koksie, mieszkając z mamą, Oskar w wybranej przez siebie konwencji ograniczać się nie musi. Kreuje i używa głosu bohaterów, podobnie jak w „Dr Melfi” buduje obrazy zaczerpnięte z najlepszych lat, pełnego koksu Miami.

Ostatni, tytułowy numer a więc „HACK3D By GHO5T 2.0” to zdecydowane nawiązanie do singla „Heat”. Tu raper zręcznie posługuje się apostrofą „Kochał” opierając na niej cały kawałek. Wątek inwigilacji jest mocno zaznaczony w intrze.

Kochał gwałty, takie na żarty, kochał napady, raczej dla frajdy
Kochał karty, konie, charty i kochał układy z nazwiskami z gazet na pierwszych stronach otwartych

Reasumując: nowa EP-ka PRO8L3MU to projekt spójny i świeży. Oskar z każdą kolejną płytą oddala się od osiedlowych narracji i własnego życia, na rzecz snucia historii wyobrażonych, wciąż jednak brudnych i niepokojących. Wychodzi mu to jak zwykle przejmująco i autentycznie.

Jest na płycie parę lirycznych zgrzytów typu „było wilgotno / krzyczała „mordo” ” albo „dnia drugiego wyszłem z domu”. Brakuje też sztandarowego bangera typu „STÓWA” lub „Molly”. Pięć numerów to też nieco mało – nawet jak na EP.

PRO8L3M jednak ciągle w jak najlepszej formie – lirycznej, muzycznej, klimatycznej. Wyczekuję kolejnych infekcji.

OCENA: 8/10

foty: www.pro8l3m.pl

 

7.06.2017

Prokrastynacja – (z łac. procrastinatio – odroczenie, zwłoka)

Sesja,

pierwsze ciepłe dni czerwcowe. Ludzie, nieliczna roślinność, jeszcze mniej liczna zwierzyna budzą się do życia właściwego.

Ale co to?

Ktoś mi próbuje życie odbierać, sterować, nakazywać! I tak zamiast nago biegać po łące, wąchać paprocie, śledzić trasy polnych żuków, MUSZĘ robić coś innego. Jakże bezzasadnie!

Szkoła, praca, dom – a fe! Pierdolić to wszystko.

Pierdolić najmilej jest na świeżym powietrzu, choć i domowy fotel ma pewne uroki.

Zapomnieć się w tym pierdoleniu, przestać myśleć na chwilę –  i jeśli czytać, to dla przyjemności, nie dla wymiernych korzyści w postaci oceny w indeksie.

Studia – toż to dziecinada! Im dłużej na nich jestem, tym lepiej to rozumiem.

I doprawdy, dużo dojrzalej jest wypić wino na łące

niźli przed komputerem uzupełniać luki w podziurawionych zdaniach.

6.06.2017

Ponoć blog to ciągłość pewnej opowieści.

Najłatwiej jest opowiadać o sobie – wszyscy to praktykujemy codzień.

W złudnym przekonaniu, że kogokolwiek poza naszymi najbliższymi to interesuje.

Ale okazuje, się, że interesuje.

Osobiście zawsze uważałem, że poglądy i fascynacje ludzi miernych i głupich są niewarte uwagi.

Jakież było moje zdziwienie kiedy ci ludzie zaczęli zgarniać setki lajków na fb.

To były rzeczy bardzo prozaiczne.

Więc co dopiero taki ja. Najmądrzejszy i najniemierniejszy.

I oto żyjemy w takich czasach, że każdy chce zostać gwiazdą – jedni to mówią głośno, inni po cichu, kolejni nie przyznają się wcale. Ale chcą. (czy autor zdradza takie aspiracje?

Tymczasem gwiazd nie widziałem od dawna na niebie. Tylko dziś na globusie, w sklepie z globusami (jest taki w Poznaniu), na urokliwej uliczce skrytej w bramie. Uliczka to doprawdy niewielka i wąska, po jej bokach rozpościerają się antykwariaty literackie, sklepy ze starociami, serwis napraw MP3 oraz „Centrum Motywacji” (dziś zamknięte). Na końcu pałacyk – restauracja, kino Apollo i mała scena, wyjęta z latynoskiego filmu. Dziś zalana deszczem, burzą i naszymi łzami. Pod parasolami.

Nigdzie nie było gwiazd.

A tylko dwoje ludzi.

Wiersze o butach

Butność

Nie powinno się
zakładać
nogi na nogę

Nie powinno się
celować
podeszwą w bliźniego

Jak tu wyrazić
nonszalancję
i bezczelność
kiedy się ma ochotę
a kiedy się ma też
dziury w podeszwach?

Dziury

W dwóch parach butów, które posiadam, zieją dwie dziury. W lewym najku podeszwa przy palcach dziurawa. W prawym etniesie otwór przy pięcie. Wymaga to stosowania specjalnych technik maskujących; więc gdy najki to prawą nogę zakładam na lewą, przy etniesach odwrotnie. Tylko w wysokiej trawie jestem bezpieczny przed wzrokiem tych co szukają dziury w (nie)całym.

Sadownictwo wyczynowe

automatyduze-1.jpg

tekst pierwotnie wydrukowany w magazynie „UW/AŻAJ” tom 3 nr 1 ISSN 2300-1720

autor: Piotr Sarmini, fotografie: Łukasz Łuciuk www.lukaszluciuk.pl
***

Wysiadam z nocnego autobusu i kieruję się do pobliskiego 24h po cygaretkę – sprzedają je tam na sztuki. Wokół sklepu tłoczno, pijackie zamieszanie, czekam cierpliwie na otwarcie okienka. Otwarto. – Setkę cytrynówki proszę – wpycha się przede mnie 40-letni mężczyzna. – Widzę, że bardzo się panu spieszy – zwracam się do niego z pewną ironią.
– Przepraszam bardzo, my tam na automatach gramy, i wie pan, nie ma czasu, papierosem mogę poczęstować.-  W sumie i tak miałem kupić, dzięki, powodzenia. – Nie dziękuję!

Wszystkie wydarzenia przedstawione w niniejszym artykule są oparte na faktach a postaci autentyczne. Przedstawione miejsca i personalia zostały zmienione. Rozmowy pochodzą z nagrań dyktafonowych realizowanych w końcu grudnia i na początku roku 2016; większość z nich pozostawiono w oryginalnej formie.

Czereśnie

Zgodnie z ustawą z dnia 19 listopada 2009 r. o grach hazardowych ostatnie automaty miały zniknąć z polskich ulic wraz z początkiem 2015 roku. Stoją jednak dalej. Zdania na ich temat są podzielone, sami gracze zdają się być zdezorientowani. Właściciele salonów mówić nie chcą, pracownicy niechętnie. Ludzi gra coraz więcej, a więc kary warto płacić – te finansowe. Z konsekwencjai społecznymi nikt się na razie nie liczy. Ale to wolny kraj, Pan Jerzy – pracownik salonu na warszawskim Mokotowie (sam siebie określa jako „konserwatywnego libertyna”) mówi: „nikt do gry nikogo nie zmusza”.

Wchodzimy z Łukaszem do piwnicznej klitki, w której niegdyś mieścił się warzywniak. Na drzwiach pozostawiono część dawnej okleiny – winograna, banany, jabłka zawieszone w białym tle. Właściciel komponując ten współczesny vanitas, świadomie czy nie, wykazał się przewrotnym humorem. Na obrotowych rolkach maszyn królują przecież motywy owoców. W środku niebiesko od papierosowego dymu, dwóch graczy i pracownik nie zwracają na nas większej uwagi, choć znać od razu, że przyszli amatorzy. Gdzie to się wrzuca? Całkiem incognito piątka ląduje w maszynie, wybieramy grę, nieśmiałe poklikiwania. Zagaduję mężczyznę siedzącego obok:

automatyduze-3.jpg

Pan często gra?

Od czasu do czasu.

Ile najwięcej się zdarzyło wygrać?

O panie! Chyba ile przegrać, hehe.

Żona co na to?

Goni, goni mnie. Słuchajcie to jest narkotyk, gorsze od gorzały.

Jakby zamknęli automaty?

To bym nie grał, zdarzało się czasem sporo przegrać.

Ma pan szczęście?

No… raczej nie.

Po kasynach pan czasem chodzi czy głównie stacjonarnie pod monopolem?

Nie, to nie dla mnie, na to trzeba mieć, wie pan..

Banany

Spotykam się ze znajomym, studentem ekonomii na jednej z prywatnych, warszawskich uczelni. Zajeżdża na parking kilkuletnim, błyszczącym BMW.

Kiedy ostatnio grałeś na automatach?

Antek: Nigdy w to za dużo nie grałem. Wolę  sobie pograć z krupierem, pogadać, a nie jak ten cep zahipnotyzowany.

Często chodzicie do kasyna?

Moi znajomi w sumie dużo nie grają, jest tylko jedna jednostka, która się jakoś szczególnie odznacza. Ja tak z chłopakami, ogólnie z mojej uczelni, chodzimy do kasyna rzadko, może trzy, cztery razy byliśmy. Raz wpadli na genialny pomysł, że będą liczyć karty. Ograją kasyno. Każdy miał wejść dyszką, maks  dwoma dyszkami, żeby ograć kasyno. W końcu każdy przegrał pięć dyszek i byli i tak w dupę.  Ale powiem szczerze, jak się naoglądałem jakie sumy ludzie przegrywają to to co przegrywam ja czy moi koledzy to są śmieszne pieniądze, żadne pieniądze.

Jak się przegrywa poważne pieniądze?

Pan Andrzej to jest taka postać jaką spotkaliśmy jakiś czas temu. Typka poznaliśmy w Prymasie (kasyno w Pałacu Prymasowskim), graliśmy w ruletkę,  kelnerka nie chciała dać nam drinków, no to się Andrzej spruł: „dlaczego nie chcesz dać moim kolegom drinka?!”. My zdziwieni, nie wiemy o co chodzi bo widzimy go pierwszy raz. Okazało się, że on tam dużo pieniędzy przegrywał, najwięcej przepierdolił 200 000 w jedną noc, ale ma chociaż kartę VIP. Postawił nam te drinki. Sam podchodził do nas, gadał, facet naprawdę z kasą. Co mnie najbardziej zdziwiło jak kiedyś go spotkaliśmy z jego synkiem nawąchanym, który jest młodszy od nas. Był tak naćpany, że latał tylko po tej ruletce. Stoły są tak ustawione, że można chodzić dookoła nich, grał równolegle na czterech stołach. Za każdym razem jak wygrał darł się: „Tato, tato, wygrałem!”. Andrzej zbijał z nim piątki i mówił, „dobrze synek, wygrałeś pieniążki”. Takie wiesz, sceny śmieszne, chociaż trochę przykre.

Ty masz jakieś limity? Wygranej i przegranej?

Jak ja chodzę do kasyna i mam sto procent profitu to mówię sobie: super, dziękuję wychodzę. Wrzucam 5 dych, mam stówe i jestem zadowolony. Przecież wiadomo, ze z 5 dych nie zrobię 5 milionów, nie kupię se jahtu i nie będę palił grama na Copacabana. Panowie, z czym do ludzi?

Rozmawiamy jeszcze chwilę i wracamy na parking. Antoni wiele wiedział o kasynach i miał tyleż ciekawych historii, ale mnie najbardziej interesowały maszyny – te hipnotyzujące rolki, które co dzień, dwadzieścia cztery godziny na dobę otwarte wabią przechodniów złudną pieśnią brzdęku monet. Na czym polega ich fenomen? Zakapturzone postaci, które próbuję zagaić w kolejnych przedmieściach Las Vegas nie są zbyt rozmowne. Jeśli mówią to nie na temat, lub krótkimi, zdawkowymi zdaniami:

automatyduze-5.jpg

Ile pan najwięcej wygrał?

<niezrozumiałe>

A teraz?

Teraz w plecy.

Dużo ludzi gra?

Coraz więcej, młodzi, starzy, kobiety, wszyscy grają. To jest jak seks, raz spróbujesz i chcesz więcej.

Często panowie gracie? 

Za często.

Ktoś się dorobił kiedyś?

Taa.. w banku kredytu. <śmiech>

 W trakcie naszej rozmowy zakapturzony mężczyna przegrywa 50 złotych. Z kieszeni lekko przybrudzonych jeansów, wyjmuje kolejnego Kazimierza Wielkiego i wsuwa do maszyny.

Chce się odzyskać to co się straciło. To jest najgorsze. Chcesz odejść a masz wrażenie, że ktoś wejdzie i weźmie twoje.

Rozmowa jest skończona, wciąż wiadomo niewiele. Eureka! Są znajomi, są przyjaciele.

Jak śliwka w kompot 

Jest jeden, który szczególnie często walczył z jednorękimi bandytami. Dzwonię do Brunona. Kolejnego dnia spotykamy się wieczorem w jednej z podwarszawskich miejscowości. Papierosy zamienił na e-fajka. Nowy rok? Postanowienia? – pytam. Chcę zmienić swoje życie P. – odpowiada. Ruszamy na spacer po zaniedbanych przedmieściach. Tuż przy stacji kolejowej stoją pierwsze maszyny w czerwonym, małym pokoiku wypełnionym kartonami. Neon 24 h, obok sklep monopolowy. Na razie pustki.

Brunon: Tutaj się campią menele, żeby od ewentualnego wygranego te pięć złotych na browar czy na cokolwiek zgarnąć. Jest to smutny widok.

Kiedy zacząłeś grać na automatach?

Brunon: Moje liceum mieściło się przy Galerii Mokotów, chodziliśmy tam na zakupy, po jakąś szamkę. Pewnego dnia zauważyłem wielki, świecący obiekt – okazało się, że są tam maszyny. Spodobała mi się ta zabawa.  Na początku wrzucałem pięć, dziesięć złotych, oby wygrać dyszkę – zawsze dwa czizy więcej. Jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Z czasem kwoty robiły się coraz większe, zarówno wygrane jak i przegrane.

Dużo osób z liceum grało? To było spore zjawisko czy raczej marginalne?

Myślę, że marginalne. Mnie zachęciła czyjaś duża wygrana, tak? Kiedy widzisz, że ktoś z pięćdziesięciu złotych wygrywa trzy stówy to myślisz: „ja też to mogę zrobić”. Tylko trzeba sobie przyznać, że wygrywa może jeden na pięćdziesięciu a reszta tak naprawdę składa się na jego wygraną. Szczęśliwy jest jeden, 49 osób jest wkurwionych i bez pieniędzy. A i ten jeden wkrótce do nich dołączy. Widziałem osoby, które potrafiły w ciągu godziny wrzucić do maszyny dziesięć tysięcy złotych po czym pójśc gdzieś i wrócić  z pięcioma tysiącami pożyczonymi. Także problem może przybrać dużą skalę.

Odkuwały się?

Kiedy już wychodzisz i chcesz odzyskać pieniądze to jest niemożliwe ponieważ, jak się idzie żeby wygrać to zazwyczaj się przegrywa. Trzeba iść żeby przegrać i najwyżej pozytywnie zaskoczyć się wygraną, tak mi się wydaje, to jest bezpieczniejsze dla psychiki i dla portfela. Chodź, pokażę ci jak w to się gra – na potrzeby atrykułu.

Wchodzimy do jednej z przydrożnych budek. Brunon wsuwa 10 złotych do maszyny.

Popadałeś w konflikty z rodziną przez hazard?

Zdarzało mi się podbierać pieniądze po pijaku żeby się odegrać. Po alkoholu te przegrane były największe. Po pierwsze strata trzeźwości i brak pomyślunku o jutrze ma na to wpływ. Po drugie podpity wracasz do domu i chcesz się odegrać. Zdarzało mi się po dwa razy, żeby jeszcze próbować. Przegrywałem dwieście złotych, potem brałem pięćdziesiąt, potem brałem nawet ostatnie dziesięć, żeby jeszcze może ta maszyna dala, tak. To było pod koniec okresu kiedy stwierdziłem, że trzeba z tym skończyć.

Kiedy pomyślałeś, że możesz być uzależniony od hazardu?
Kiedy grywałem prawie codziennie. Zdarzało mi się polecieć na przerwie do centrum handlowego, między lekcjami, wrzucić dyszkę czy dwadzieścia. Zdarzało mi się na piętnastominutowej przerwie przegrać 2 stówy, kiedy były to moje pieniądze na szamę na cały tydzień.

Po kilku minutach gry, dziesiątka urosła do dwudziestu złotych. Prosimy o wypłatę i wychodzimy.

Ile najwięcej wygrałeś?

To była 22.00, byłem strasznie pijany. Wrzuciłem stówę, przegrałem stówę. Została mi ostatnia stówa, z tej stówy zrobiłem tysiąc siedemset złotych, to było około 23.00. O 6.00 rano nie miałem na szlugi. Trzeba zauważyć, że jeśli zarobimy pieniądze ciężką pracą, nawet te 1600 to wiemy, że przepracowaliśmy 160 godzin żeby te pieniądze uzyskać. W przypadku maszyn, kiedy ze stu złotych w piętnaście minut zrobimy tysiąc zupełnie inaczej je traktujemy, łatwiej się je wydaje i dużo głupiej. Hajs z maszyny nie ma takiej samej wartości, ponieważ nieroztropnie go wydajemy.

Co najgorszego widziałeś na automatach?

Widziałem faceta, który tyle przegrał tyle, że rozpierdolił automat na którym grał, rozpierdolił sobie rękę. Zgarnęły go stamtąd psy ponieważ był tak pijany, że ciężko mu się było zawinąć.

Spacerując natrafiamy na znajomego Brunona, Maćka. Chłopak wciąż gra i wykazuje się znacznie większym entuzjamem, mówi wprost: „kocham automaty!”

Od kiedy grasz?

Od 18 roku życia (obecnie Maciek kończy 23 lata). No, zacząłem wtedy. Najpierw z zielskiem się zaczęło, a później skończyłem z zielskiem to zacząłem grać.

Masz jakąś strategię na grę?

Wiem kiedy skończyć po prostu. Jak widzę, że mi schodzi o dwie, trzy dychy to zakańczam gre. A jak widzę, że wzrasta, jest na przykład 250, 260, 270 i tak dalej to już gram dalej. Jak dochodzi do 290 to wyciągam. To jest najlepsze rozwiązanie. Nic więcej.

Mój kolega cztery tysiące przegrał, więc wiem jak to jest. Sąsiad samochód przegrał, więc trochę jest tego. Ale samochód to wiesz, samochód to samochód. Przegrać dwieście złotych, dla mnie to jest akurat dużo, wiem co mogę sobie kupić za te dwieście złotych. Jak samochody przegrywają albo takie pierdoły to trochę jest. Jak dla mnie. Jak dla nich to niby nic.

Pamiętasz jak Czester, wiesz z 25 euro zrobił 2 i pół koła euro, w kasynie internetowym. I też przepierdolił wszystko.

Brunon: Pisałem z nim wtedy. Wyciągaj. „mam tysiąc, mam dwa”. Wyciągaj, wyciągaj, wyciągaj! Ile ci zostało? – Nic.

Chłopak wpłacił 25 euro i w godzinę zrobił 2500 tysiące euro, ze stu złotych, dziesięc tysięcy przez godzinę klikając na black jacku. Coś nieprawdopodobnego. I tak przepierdolił, bo przecież zaraz da więcej. Przebicie kapitału o sto razy to za mało jak widać, więc chyba nie ma tego limitu, który satysfakcjonuje.

Maciek : Na pewno jak grać to na trzeźwo

Brunon: O tak, nigdy nie iść do kasyna po pijaku, to jest totalnie bez sensu.

Zbliża się 21.00, mróz doskwiera, czas się żegnać. Wracając wstepuję do jeszcze jednego przydworcowego kasyna. W środku dwaj osobnicy i pracowniczka, gęsto od papierosowego dymu i atmosfery. „Robię reportaż o automatach – chcecie pogadać?” „Jak dasz hajs to pogadam” odpowiada bujający się przy automacie młody chłopak w dresie. Spostrzegam, że wszyscy mają na stopach jedynie skarpety. Są tak wygrzani? Grą? Czują się jak w domu? Nie śmiem zapytać. Hajsu nie daję. Gdy wracam do domu dostaję sms’a od Maćka: „Jak chciałbyś kiedyś pograć na automatach to się odzywaj”.

automatyduze-4.jpg

Zakażenie [wiersz]

Zakażenie

Toczy mnie, pcha, po rubinowym wnętrzu choroba
twa. Grudzień zero dwa dwa, tam to się wydarzyło
coś we mnie urosło, coś się zmieniło, zapłonęło, zgasło
znów nie mogę zasnąć, w pokoju bardziej niż w umyśle
jasno

Przeniosło się to wzrokowo, tak ty zaraziłaś mnie patrząc
mi w oczy, moje ciało nie miało leukocytów na takie oczy

Zainfekowałaś mnie głosem, dźwięki, barwy, tony
pogniotły uszy, stały się głuche na wszystko inne

No a twój dotyk, zimne dłonie, gorące ciało
Na nosie pojawiły się krosty, na cerze plamy

Nasze języki się spotkały, bakterie, wilgoć
ciepło, najlepsze dla nich warunki w naszych ustach

I potem przyszedł Wirus, nieuleczalny, zdiagnozowany,
gdy strużka krwi z ust wyciekła kocham cię
między drżącymi w febrze ciałami.

Piotr Sarmini

PIOTR SARMINI

BEZ PRZEKAZU

Jedzie dalej karawan, psy będą szczekać
(Hoł, hoł, hoł) Gdzie jest przekaz?
(Hoł, hoł, hoł) Gdzie jest przekaz?
Gdzie jest przekaz?
Gdzie jest przekaz?

Gdzie jest przekaz? Co to przekaz?
Te wszystkie prawdy, które znać trzeba? Po to czekasz?
No to nie patrz, no to nie słysz
Nie ma przebacz. No bo niezbyt
Mnie obchodzi, kim są oni, i nie obchodzi mnie seria porad
Robi się z tego śmieszny serial, reżyseria Borat
(…)

Tede, Kara’van[1]

okl1

NAWIJKA I

                  Elo, mordy! Jak się bawicie?! Wszystkie ręce w górę! Kto nie skacze, ten z europolicji! Hip! Hop! Hip! Hop! Hip! Hop!

Tak sobie myślał Kajetan a.k.a. Czarny Kajet, gdy odpalał gibona od fajek, w myślach widział pulsującą salę, tłumy groupies szalejące za jego wokalem, ochronę odwróconą plecami, gdy on tymczasem zbierał tłum na sali. Tak to wszystko wyraźnie stanęło mu przed oczami, że już począł liczyć głowy na hali i kalkulować, ile od jednej zarobi, ile dla manadżera, ile dla klubu, hypemena, DJ-a, to będzie co najmniej dwa tysiące PLN dla niego, a więc całkiem rockafela, Bahamy, Seszele i siema! Siema, świecie, „siema, Czarny Kajecie” mu powie stewardessa z prowokującym spojrzeniem i spódniczką jakby za krótką, gdy on będzie leciał na koncert gdzieś hen, prywatnym jetem, pijąc szampana w trakcie turbulencji.

Ale stop! Wracamy: sala, hala i ta blondyna w pierwszym rzędzie roześmiana, już lekko pijana, w idolu swoim zakochana, już ją widzi, jak na backstage’u schodzi na kolana, i nie chodzi tu wcale o pacierz przed snem.

Te–te–tele–fon! przerywa myślo–wyobrażeń błogostan, więc wstał Kaj, choć niechętnie, z łóżka, bo nie lubił w połowie odkładać gwizdka, tym bardziej, gdy sobie karierę akurat imaginował, a miał to dość często ostatnio w zwyczaju. Po buchach na oko zmrużone siedmiu i lekkim już haju spogląda w nokię, tam numer nieznany. Sześć osiem jeden i coś tam jeszcze. Serce zabiło mocniej, dreszcz po plecach przeszedł cienkimi nóżkami, zatrzepotał muszymi skrzydłami za kotarą wejrzenia. Głos Kaj obniżył gardłowym pomrukiem, z powagą rozbijaną uwagą przez THC mówi: Halo. Siedzę w domu przesłuchałem wszystkie płyty[2]

To była próba, próba majka, próba głosu zakończona umiarkowanym powodzeniem, bo ten wciąż jakby łamliwy, stłumiony, od zbyt wielu papierosów bez filtra zadymiony. Wcisnął w końcu zieloną, albo przesunął, raz, drugi, i na opcję bezpieczną, „tak, słucham?”, zdecydował się. Wyszło z tego:

– Tak, halo? – nosz znów się pomieszało.

– Siemasz, morda – mówi głos jakby znajomy i wredna igła przekłuwa balon Kajtka wyobraźni, bo już był pewien na siedemdziesiąt siedem procent, może nawet siedemdziesiąt dziewięć, że to jakiś manadżer KRZYWO lub Nosy trafił na jego mikstejp jutubowy i chce go zaprosić na rozmowę, czy może bardziej nawijkę kwalifikacyjną. Ale to tylko Precz, znowu on się pyta:

– Jak tam ci, typie, idzie nowa płyta i czemu głos masz jakiś dziwny tubalny taki?

Głos mam zwyczajny – na to Czarny Kajet odpowiada, zaniepokojony jednak, że Precz, ten człowiek o reputacji marnej, głuchej, który potrafi nad ranem spijać pozostawione nad Wisłą butelki, tak łatwo go rozszyfrował. Nie wypada jednak z roli, pomruki, chrząknięcia z kolejnym sztachem oswoi, wraca na kołdry zaplecze.
– A płyta? Stary, pisze się, wszystko już prawie zrobione, z neta bity i tematy zainspirowane, ale także i moje wewnętrzne głosy przemawiają na niej. Tylko producenta dobrego potrzebuję, ale szukam, wiesz, szukam kogoś, kto w ten projekt uwierzy. I wytwórni, bez wytwórni będzie czyściec i piekło.

Kajet chce podawać lolka na lewą, w zgodzie z tradycją, ale sobie przypomina, że sam tu jest przecie, jak zwykle ostatnio, i mu nagle temat na kawałek wpada: „Niewidzialne ziomki”. Wow, olśnienie! Dzięki ci, marihuano, za podpowiedzenie, nigdy za niepowodzenie.

– Muszę kończyć, Precz, mam wenę, nagrywam teraz, kurwa jego mać, elo[3]!Brutalnie przyjaciela rozłącza, wykopuje z linii, i teraz nie ma go dla nikogo, bo pisze tekst jak Małolat, no, i ten typ drugi, Mes. Elo, świecie, zamykam się w Czarnym Kajecie!

Opuśćmy Kajetana na czas jakiś, bo świat ten pulsuje historiami i zdarzeniami równoległymi, których pominięcie byłoby zwyczajnym marnotrawstwem – pójściem do Luwru na godzinę, obejrzeniem jednego filmu na filmowym festiwalu, rozsypaniem zioła na wietrze, będąc na haju.

Być może zastanawiasz się, Czytelniku, gdzie jesteśmy, a rzadziej: dokąd zmierzamy? To wszystko po przerwie na reklamy.

REKLAMA I

Dom nierzeczywisty, pożyczony od gwiazdy Eufemii Plotek, perfekcyjna kuchnia. Mama 1 uśmiechnięta masuje chleb margaryną. W tle Vivaldi „La Follia”, dzieci biegają, krzyczą wyciszone.

DZIECKO 1

     Mama! Zrób kanapki, bo mi się bluzka pobrudziła od bólu głowy!

Mama 1, patrząc w kamerę.

MAMA 1

     Haha! Moje małe rozrabiaki, zawsze coś nabroją! Na szczęście mam nerwostop i już nie palę!

MAMA 2

     To prawdziwa ulga dla moich stóp!

DZIECKO 2

     I teraz możemy jeść to, co chcemy.

MARGARYNA

     Szur, szur.

Wszyscy zaczynają się śmiać.

***

Fragment mającej ukazać się na jesieni książki „Bez przekazu” autorstwa Piotra Sarminiego.

rysunek: Anita Gościniewicz

Kolejne nawijki sprawdzaj na przetwor.wordpess.com

——————————————————

[1] Tede, Kara’van, [w:] #kurt_rolson, Wielkie Joł, 2014.

[2] Pezet, Halo, [w:] Muzyka Rozrywkowa, Konkret Promo, 2007.

[3] WWO, ZEN, [w:] Witam was w rzeczywistości, Prosto, 2005.

[4] Małolat & Ajron, W weekendy żyjąc, [w:] W pogoni za lepszej jakości życiem, Prosto, 2004.

Gejzery i wulkany [wiersz]

Moje ciało
pełne jest uśpionych wulkanów i gejzerów

niespokojne ruchy płyt krwi
wojny limfocytów z bakteriami
meteory spadające w twarz
pożary i zadymy płuc
powodzie i klęski etanolu
długotrwałe susze i nieurodzaj

to wszystko prowokuje wulkany i gejzery
życie prowokuje wulkany i gejzery
flegma, szlam, złogi, ropa
szuka ujścia i
WYBUCH!
czerwone erupcje na czole i wardze
białe erupcje z fiuta
tłumy turystek chcą to podziwiać
pomarańczowa lawa z ust i nosa
zalewa kibel, wypala brzegi
odwracasz oczy
wulkan z odbytu
erupcje najohydniejsze i zwierzęce najbardziej,
a jak świadczące o ludzkiej kondycji!
zielone gejzery i wydzieliny z nosa
złota ropa skamieniała w kanaliku ucha
jucha z rany ciętej dłoni od kuchennego noża
gówno  rany kłutej brzucha od ulicznego noża

jak zręcznie się dziś uszczelniamy!
starzec chory tylko powie:
„ciało to gejzery i wulkany”


18.05.2017

Zaślinieni w absurdzie cz. I

– Andrzej – jej cienki głos przeciął kuchenne powietrze.
– Tak kochanie?
– Chodzi o Bazyla.
– Co z nim?
– Ostatnio zachowuje się jakoś dziwnie. Nie zauważyłeś?
– Nie.
– Chodzi o to, że kiedy do niego mówię, on jakby przestał reagować, w ogóle mnie nie słucha.
– Wiesz, że zawsze miał problemy z dyscypliną. Ta szkółka, w której byliście… no cóż, na pewno nie była warta swoich pieniędzy. – odparł stawiając kawę na stole.
– Gdybyś zobaczył, co było wcześniej! W ogóle nie dało się go kontrolować. Przez chwilę było lepiej, ale teraz…
– Wszystko z nim w porządku, spójrz: Bazylku, chodź do panka!

Chudy, pręgowany bokser przybiegł do kuchni merdając ogonem z częstotliwością sekundnika, obijając cienkim bacikiem pobliskie meble i futryny.

– Tak, dobry piesek. Kto jest moim Bazylkiem fazylkiem? Kto jest takim ślicznokiem czarnookiem?

Pies rozentuzjazmował się jeszcze bardziej. Zaczął bić ogonem o wystający róg szafki i jednocześnie rozglądać się za zabawką. Po chwili wypatrzył leżący w salonie węzeł. Doskoczył do niego dwoma susami, zupełnie jak wielki kot; przednie łapy rozpostarł dookoła zdobyczy i pochylił mordę wraz z grzbietem, tylną część tułowia pozostawiając jednakże w pozycji wyprostowanej. Nie przestając machać ogonem, pochwycił węzeł, ze szczęścia wykonał w miejscu dwa obroty i biegiem zawrócił do właściciela, lekko ślizgając się po kuchennych kaflach.

– Kto, ma taki węzełek, no kto? – Pies podskakiwał z radości, świadom że to on ma węzełek.

– Daj! No daj! Bazyl! Puść! – niechętnie, mieląc pyskiem resztki błękitnych strzępków, wypuścił zabawkę i w najwyższym skupieniu zaczął obserwować jej dalsze położenie. Niebieski węzeł został podniesiony przez samca. Teraz był już wysoko, w jego dłoni. Wysoko, ale nie na tyle wysoko,  aby Bazyl nie mógł doskoczyć. Mógł, ale czekał, był grzecznym piesiem, chciał tylko swoją zabawkę. Nikomu nie stanie się krzywda, jeśli tylko ją dostanie. Już za chwilę… Oh! Choćby ostatni raz poczuć ją między zębami, delikatnie pobudzić zwisającego, mokrego fafla… ten jeden ostatni raz! Czy to tak wiele?

Pan wykonał ruch i wyrzucił węzełek gdzieś daleko! Ale gdzie?! Ale czy na pewno?!

Bazyl rozejrzał się uważnie po kuchni i salonie, ale węzełka nie było nigdzie, jak okiem sięgnąć. Zaczął, więc węszyć. Wyczuwał podstęp. Samiec i samica, coś mówili, ale on nie miał teraz czasu się temu przysłuchiwać. Najważniejszy był węzełek. Piezu! A co jeśli już nigdy go nie odnajdzie?! Ta myśl wydała mu się straszna i czarna. Podwoił wysiłki! Już nie tylko wąchał, ale i rozglądał się naprzemiennie na boki.

– Patrz jak szuka głupiutki.
– Gdzie to schowałeś?
– Na blacie leży.

Wyczuł spisek. Jasno i wyraźnie. Z podejrzliwym wzrokiem skierował się ponownie w stronę samca, zdecydowany, by tym razem rzetelnie i dokładnie przeszukać całe jego otoczenie. Zaczął od stóp. Pachniały znoszonymi butami i mokrą skarpetą. Cudownie. Ale to nie był czas na kontemplację, to był czas na akcję! Sztachnąwszy się stopą dłużej niż wypadało począł szukać dalej.

Samica – ma podejrzany wyraz twarzy, na pewno coś ukrywa! Czy za plecami? Nie. Jest pusto. Zatem w wodopoju!

Podskoczył zgrabnie i przednie łapy oparł na brzegu zlewozmywaka. Brudne naczynia i śmierdząca chemią gąbka, jednak węzełka ani śladu.

Osobniki zapiały radośnie. Z pewnością coś knują. Ponownie obszedł samca i wykonał skok. Tak! Na blacie znajdował się piękny, ponętny, obśliniony i nęcący węzełek!

Bazyl chwycił go łapczywie, po czym zadowolony opadł na ziemię i oddalił się w bezpieczne miejsce – okolice kanapy.

Więcej, nie straci go w tak nieroztropny sposób. Osobniki zupełnie nie potrafią obchodzić się z tak delikatną i pyszną materią. Węzeł pachniał i smakował tak pięknie.

***

Część II już wkrótce. Sprawdzaj na czarnykajet.wordpress.com

Różewicz wyartykułowany

Piotr Sarmini

Różewicz wyartykułowany:
człowiek i cywilizacja w dwóch ujęciach

                  Może cieszyć, że na polskiej scenie rapowej wyrastają twórcy dojrzali, zaczynający rozumieć pokrewieństwo liryki własnej z tą, która (nie bójmy się tego powiedzieć) nadała im tchnienie – poezją. Rap bywa tłumaczony jako skrót od „rhytm and poetry” i te wspólne mianowniki – melodeklamacji i poezji pisanej, najpełniej zetknęły się na płycie „Różewicz interpretacje” w wykonaniu dwóch, czołowych polskich MC’s: Sokoła i Hadesa uzupełnionych muzyką zespołu Sampler Orchestra. Inicjatorem płyty była wytwórnia Prosto i  Narodowe Centrum Kultury.
Zestawienie dwóch na pozór odmiennych światów: poezji Różewiczowskiej ze stricte współczesną formą rapu wypadło dla obu niezwykle intratnie. Syntagmatyczne wiersze poety, mogły się zdawać w pewien sposób nieprzekładalne na język żywy, mówiony, bo jak sądzę jest to dla wielu jedna z tych poezji, którą czyta się „w myślach”, a jeśli rzadko bardzo na głos to jakoś niezgrabnie, nie odnajdując w niej rytmu. Artykułujący czytelnik wierszy Różewicza łatwo może popaść w zbędną sakralność objawiającą się długimi pauzami po każdym z wersów, lub też chybotliwą popędliwość dającą efekt nie czytania, lecz strzelania z sylabicznego karabinu. Łatwiej jest przecież czytać heksametry niż pojedyncze słowa, niekiedy ich zbitki pozbawione interpunkcji. Duet raperów udowodnił, że Różewicza nie tylko można, ale także warto czytać głośno. Wydeklamowana odpowiednio poezja jakby „stała się na nowo”, zyskując brzmieniowe symofnie, odkrywając nowe sensy, dosłownie wyrosła z pokrytych tuszem, milczących kartek tomików. Ogniwem spajającym poniższe porównanie będzie wykonawca wiersza  Zielona Róża – Hades, który to utwór porównamy z piosenką Robo Ty jego autorstwa. https://www.youtube.com/watch?v=vFsUGR4uK2U
Jak wobec niedoszłego absolwenta historii sztuki, członka Neoawangardy Krakowskiej tj. Różewicza wypada twórczość stricte współczesnego samouka, warszawskiego rapera Łukasza Bułata-Mironowicza (ur. 1985) występującego pod pseudniomem Hades? Ma on na swoim koncie ponad 40 muzycznych projektów, w tym cztery płyty z zespołem HI-Fi Banda, duety z czołowymi polskimi raperami: OSTR, Rak Raczej, Sokół i dwie solowe płyty. Trudno jednoznacznie przypisać jego twórczość do, któregoś z nurtów polskiego rapu, oscyluje ona wokół tzw. świadomego rapu (Nie śpię)  przeplatając się z szeroko pojętym życiem ulicy (Warsaw Outodoors) i refleksją kosmologiczną (por. Kosmos to rytm¸tegoż), możnaby pokusić się o sklasyfikowanie jej jako „nonkonformistycznego pragmatyzmu miejskiego”.
Jednym z wierszy jakie wydeklamował Hades na płycie „Różewicz Interpretacje” jest Zielona Róża, wiersz poruszający problemetykę rozrastającej się, XX-wiecznej cywilizacji a w konsekwencji wyobcowania jednostki. Trzecia strofoida pełni dla podmiotu lirycznego funkcję autopoznawczą. Zestawmy ten wiersz z utworem „Robo Ty” Hadesa, aby przekonać się czy między twórcami istieją: podobieństwa doświadczenia, wniosków, formy i środków wyrazu.

Wielkie miasta

rosną

przeludnione

wyludniają się

przypływ

i odpływ

ławice ludzi

tak blisko obok

jedno przy drugim (…)wersy 1-9

 

Różewicz zwraca uwagę na zjawisko gwałtownego przyrostu ludności po II wojnie światowej, ten wątek zaznacza także w wierszu Moje ciało:

Zwierzęta które rozmnożyły się tak zatrważająco nieobliczalnie
W XX wieku

W obu przypadkach przyrównuje świat człowieka do uniwersum zwierzęcego (ławice). Można odnieść wrażenie, że Różewicz siebie stawia w opozycji do narastającej fali ludzkości, jakby wyobcowany zarysowuje niemy konflikt między jednostką a społeczeństwem.

 

W jaki sposób Hades rozpoczyna swój utwór „Robo Ty”?

To nowa epoka super mocarstw
Człowiek kontra technologia, folia i szkło
Kto jest kto? 3, 2, 1, 0 – próba ognia
Ja nie dam się zwariować żadnej ze stron
Nowe dobro to zło, od monitorów mamy krótki wzrok
Duże bloki, niebieskie szyby po horyzont
Szeroki kąt, oko kamery śledzi mój każdy krok
2-0-1-4 rok zaraz po końcu świata

Refleksja rapera opiera się na typowej dla polskiego hip-hopu opozycji: pragnąca wolności jednostka kontra ciemiężniczy „system”. Ów „system” przyjmuje w rapie różne formy i środki opresji, bezpośredniego przymusu: nieobywatelskie prawo, policję, inwigilację, prymat pieniądza itp. Hades podobnie jak Różewicz zwraca uwagę na ludzkie masy (duże bloki), lecz także wzbogaca poetycki obraz o wymienienione wprost wytwory cywilizacyjne: folia, szkło, kamery, monitory, które służą w istocie do degradacji, upośledzania, i kontroli istoty ludzkiej. Konsekwencją powyższych zmian cywilizacyjnych jest m.in. osamotnienie jednostki, jej zagubienie w tłumie anonimowych twarzy. Różewicz ponownie sięga do metaforyki zwierzęcej, w jego oczach ludzkość przypomina bezładny, przepełniony ul czy mrowisko. Z kolei Hades zauważa, że w XXI wieku jedyną sferą wolności stał się internet, jednakże wypacza on kontakty międzyludzkie, czyni nas podobnymi do maszyn. Wciśnięcie przycisku enter, zastępuje mowę.

 

 

           Zielona Róża                                                         Robo Ty


ale w roju

bez matki

zaczynamy żyć coraz samotniej

odległość od człowieka do

rośnie pod neonami

w przeludnionych miastach

wersy 15-20

 

Nowa era – bioelektronika, światłowody
Połączenie ogranicza, tylko w sieci jesteś wolny (….)
Zwrotka 1 wersy 15-16

FB chce się żyćenter – nie mów nic zwrotka 1, w. 20


[Cuty: DJ Kebs] (refren)
Ro-roboty, poczuj strach, pojawią się kłopoty

 

 

 

Podmiot liryczny Zielonej Róży wymienia różne formy utraty koneksji z drugim człowiekiem: odejście dzieci z domu rodzinnego, koncentracja na karierze, alkoholizm – to wszystko co mogło go odseparować od dawnych towarzyszy życia. Zdaje się cierpieć z tego powodu, sam siebie stawia z boku, w roli obserwatora przemian społecznych.

 

zostajemy z garstką najbliższych

ale i oni odchodzą

każde w swoją stronę (…) wersy 24-26

jeszcze inni

odchodzą do swoich jaskiń

z mięsem w zębach

słabsi zostają

przy barach stolikach (…)wersy 37-41

i nikt nie przyznaje się że odchodzi

lepiej nie robić zamieszania

więc wszyscy żyją wiecznie wersy 49-51

 

Hades byłby tym o kim pisze Różewicz, typem, który umyślnie oddala się od bliskich, szuka zapomnienia, „nie przyznaje się, że odchodzi”:

 

Nie jestem twój człowiek, noszę w kieszeniach dłonie
50 nieodebranych połączeń w telefonie
Pierdolę technologie, może potem oddzwonię
(…)

Piszę teksty na projekt, tworzę historię, wiem co dobre, co złe
Kruszę piątkę na stole – niestety to mój zen

 

Tutaj między autorami następuje rozdźwięk: Różewicz –człowiek społeczny, który poznania Innego pragnie, cierpi nad niemożnością; Hades – człowiek przesycony, odnajduje satysfakcję w samotności i używkach.


W muzycznej interpretacji Zielonej Róży muzycznie i wokalnie wyróżniono drugą strofoidę. Bit zostaje znacznie wyciszony ustępując miejsca głosowi, na który nałożono efekt megafonu, daje to wrażenia jakby słowa były kierowane do zbiorowiska ludzi, jak gdyby były rodzajem manifestu i postulatu. Taką uwypuklającą aranżacje potwierdza podmiot liryczny, który zwraca się do odbiorów w liczbie mnogiej:

 

pamiętajcie

byliśmy otwarci

w czasach największego ucisku

cudze cierpienie i cudza radość

łatwo przenikały do naszego wnętrza

wasze życie biegło do mnie

ze wszystkich stron

teraz okrywają nas pancerze

tylko przez pęknięcia

w twarzach

można zobaczyć

 

Słowa te wyrażają tęsknotę za ludzką szczerością i prostotą. Zmechanizowanie i enigmatyczność człowieka wyraża także podmiot Robo Ty, umieszczając je jednocześnie w szerszym kontekście współczesnych wojen:

 

Wojny robotów bez duszy zbudowanych z mięsa
Od prezydenta do premiera, sekretna agenda (….) zwrotka 2, wersy 1-2

Ziemia jest za mała dla nas dwojga, wiec wojna
Masz zabić swego brata, to jest rozkaz
Że Bóg wybacza jeśli jest po twojej stronie
To nie prawda, wierzycie w jakiś błędne teorie (…) zwrotka 3, wersy 11-14

 

Trzecia strofoida Zielonej Róży to wyraz wątpliwości podmiotu wobec własnych funkcji poznawczych, możnaby te rozważania określić jako „sceptycyzm względem własnego sceptycyzmu”. Podmiot miota się między tym co myśli i co czuje, nieudolnie próbuje zdefiniować swoje stany by dojść do wniosku, że czuje po prostu „nic”, „nic jest w nas” oświadcza koncepcyjnie w ostatnim wersie. Sposób wykonania trzeciej strofoidy to absolutne mistrzostwo w wykonaniu Hadesa i Sampler Orchestry. Bit przyspiesza i ucina się odpowiednio z nadchodzącymi, krótkimi wersami zaś ostatnie cztery wersy zostają zaacentowane poprzez wspomniany już efekt megafonu.

Inna jest refleksja Hadesa nad stanem własnym i ludzkości, chociaż trudno nazwać ją optymistyczną. Niesie ona z pewnością nadzieję na lepsze jutro, implikuje wiarę we własne możliwości:

 

Stanąłem na nowej drodze rozumiem każdą godzinę
Bo żyję własnym życiem, tylko tyle zwrotka 3, wersy 15-16

XXI wiek od reszty dzieli wielka przepaść
Jesteśmy na krawędzi 
wysoko, jak Nepal
Nasze błędy i małe zwycięstwa
Dążymy do perfekcji ale ścieżka jest kręta zwrotka 3, wersy 17-20 (ostatni)

Reasumując w poezji XX wiecznego mistrza i XXI wiecznego pretendenta odnajdujemy wiele podobieństw i wspólnych motywów, jednak nadużyciem byłoby stawiać między nimi znak równości. Wydaje mi się, że w powyższym zestawieniu rap porusza więcej wątków, jednakże nie stawia nad nimi ostatecznej kropki. Poezja zaś Różewicza dąży do zdefiniowania i rozwiązania jednego problemu, ale czy to rozwiązanie daje? Nic jest w nas z pewnością nie może być ostateczną odpowiedzią. Podobnie jak aforyzm o krętej ścieżce.
Różne są formy wyrazu obu poetów, nieregularne wersy Hadesa (10-15 wersów) ujęte w 20-wersowych strofoidach, kontra syntagma Różewicza i urywane słowa. W powyższych tekstach widać pewien kontrast czasów, w których powstawały, objawia się to szczególnie jeśli mowa o mieście i cywilizacji.
Wydaje mi się, że Różewicz byłby zadowolony z tego, że jego poezja kwitnie wciąż i trafia do serc kolejnych pokoleń odbiorców.

 

Źródła:

Utwór Sokół / Hades / Sampler Orchestra – Zielona róża (audio): https://www.youtube.com/watch?v=vFsUGR4uK2U

Hades, Robo Ty, tekst: http://genius.com/Hades-robo-ty-lyrics

  1. Różewicz, Zielona Róża: http://donkaja0335.blog.onet.pl/2012/05/29/tadeusz-rozewicz-zielona-roa/

 

 

 

 

 

Statusy na fejsie – co naprawdę oznaczają?

 

1. „Kto mnie podwiezie na lotnisko? Płacę złotem!” – Mógłbym zamówić taksówkę, ale chcę się pochwalić, że będę leciał samolotem.

2. „Kto mnie zabierze na piwko? :>” – Jestem napalona, może coś z tego wyjdzie.
3. SHARE: „Mamy do rozdania 5 ferrari…” – Jestem debliem lub 13-latkiem
4. Notoryczne SHARE: Treści polityczne, bez komentarza – To mój prywatny kanał propagandowy, każdy kto się nie zgadza, staje się moim wrogiem i wrogiem ideałów, o które walczę!
5. „Jestem taka gruba” – Napiszcie mi, że wcale nie.
6. Półnagie fotki – Oczu i fiutów nie macie? Zerżnijcie mnie wreszcie!
7. Ciągłe statusy o pracy – Bez pieniędzy byłbym nikim
8. Randomowe treści „artystyczne” – Jestem nie tylko ładna, ale i nieprzeciętnie mądra.
9. Zdjęcie z teatru – To ten jeden dzień w roku, w którym założyłem garnitur.
10. Siłka, siłka, siłka – Hej dziewczyny, patrzcie na te bice!
11. SHARE teledysków, które zwykle dostają 3 lajki – Czuję się dokładnie tak jak podmiot liryczny, przetłumacz sobie z angielskiego i to rozkmiń idioto!
12. „Gdzie można dobrze zjeść w Gdańsku?” – W końcu, po raz pierwszy od roku wyrwałam się z Warszawy na te parę dni.
13. „Uuu najba z……” – ostatnio piję trochę za często.
14. Wiersze/proza/pomysłowe statuty – nie mam gdzie publikować, więc robię to na fejsie.

edit punktu 14.: teraz już mam

Pierwszy post

Łódź blokiTo jest pierwszy post. UWAGA: to jest pierwszy post. Najpierwsiejszy. I już próbuje być zabawny, on już próbuje być czymś więcej niż jest! To jest pierwszy post pisany bez weny, bez Wenery, bez jakichkolwiek pozornie aspiracji. A jednak! Ten niby przypadkowy bełkot już uzupuruje sobie prawo do bycia jakąś mikroformą. Spójrzcie Państwo, on już próbuje! Przecież to jest nudne, przecież to jest bez korekty, niepoddane zupełnie żadnym uprzednim dywagacją, przecież to się nie składa i w tym niczego nie ma, oprócz tego co w tym jest. Doprawdy, żenujące są takie próbki, pisane tu i tam, w zagłębiach internetu. Teraz każdy może sobie pisać, wysyp, zalewa, ospa amatorów. Kiedyś to było: ten co miał pióro gęsie i pergamin to mógł pisać, a teraz? Panie. Dziadostwo, padaka wszędzie. I to jest taka próbka właśnie. To nawet nie jest całość, to nawet nie jest na poważnie, to nawet nie było planowane. To jest po prostu szczyt! To jest powtórzę jeszcze raz: bełkot. Bełkot nieroba i beztalencia. To każda baba bazarowy by lepiej napisała! Z większą fantazją, z większą energią z treścią. Ba! Z mądrością nawet. A nie taki, jakiś… doprawdy, słów szkoda.

(i jeszcze te zdjęcie, zupełnie nie pasujące, wyrwane, a nawet nie wyrwane, tylko wrzucone, brutalnie wrzucone – wjebane (nie bójmy się tego słowa!) Bez żadnego sensu, bez żadnego znaczenia i powiązania z tekstem.)

My tego użytkownika nie polecamy, my nie rekomendujemy. Państwo czytacie na własne ryzyko.

11 maja 2017