Przestań przeklinać do chuja! #felieton

Przestań przeklinać do chuja!

Homo Polacus deducis Homo Vulgaris.

Staliśmy się narodem chamów. Bystrych, przenikliwych, a czasem i zupełnie tępych, lecz za to wesołych… ale jednak chamów. W naszym cudownym, choć nie tak elastycznym jak się kiedyś zdawało, języku zaczęły królować wulgaryzmy. Królują do tego stopnia, że przestaliśmy już nawet zwracać na nie uwagę, czy traktować jako coś nieprzyzwoitego. Ot, „kurwa” jest dziś takim samym wyrażeniem jak tryptyk „sklep”, „wóda”, „melanż” – w tej kolejności i w tych ustach: czerwonych od szminki studentki prawa, popękanych od zimna i szlugów dresiarza.

Nie dowierzasz? Spróbuj przedostać się przez miasto, z domu do pracy, z pracy do domu, bez zasłyszenia choćby jednego wulgaryzmu. To raczej misja niemożliwa, chyba, że dojeżdżasz na dżoby rowerem czterdzieści kilometrów przez las i pracujesz w ośrodku dla głuchoniemych, pośrodku tegoż lasu. To nie kwestia „czy usłyszysz”, ale „jak prędko” oraz „ile razy”.

Kurwy otaczają nas z każdej strony, gdyby chcieć rzucić w każdą kamieniem, trzeba by rozebrać mury tego miasta.  Zawodzące „ja pierdolenia”, wyrażające przeciążenie „od chujowienia”, wzrasta ogólny poziom „spierdolenia” a dodatkowo nakłada się to z powszechnym, metafizycznym „zjebaniem”.
Pracuję w firmie zajmującej się promocją kultury. Ludzie tutaj reprezentują sobą pewien poziom intelektualny i edukacyjny, co jednak nie stoi na przeszkodzie w tym, aby szef wyraził zaniepokojenie „chujową” sytuacją, a koleżanka zdiagnozowała, że ta dziennikarka, do której przed chwilą dzwoniła jest jednak „jebnięta”.

Sam przeklinam, owszem, ale tu REFLEKSJA: wyrażając proste sądy, które tak ułatwiają nam przekleństwa, upraszczam świat. Nie tylko upraszczam, ale i upadlam, bo wartościując przekleństwami wartościuje się głównie pejoratywne. Wysłużone „zajebiście”, za którym nigdy nie przepadałem, coraz częściej ustępuje na rzecz powszechnej „chujowizny”, a stąd już krok do chuja w uszach i na oczach, czyli niewysublimowanego gwałtu oralnego na powszechnej świadomości.
Nieprzeklinanie może i sprawia pewną trudność: myśli trzeba zacząć składać, używając kilku wyrazów, zdań nawet wielokrotnie złożonych, ale i dzięki tym zdaniom i małym zadaniom doskonalenia, jakie sobie nasz umysł może postawić, da się dostrzec w otaczającej rzeczywistości nieco więcej złożoności i kolorytu.

Jeśli dalej uważasz, że przesadzam, czy może wykazuję się świętoszkowatym purytanizmem, mam dla Ciebie challenge. Nie przeklnij przez jeden dzień. Owszem, nie będzie to proste, bo i tkwią w nas głęboko (magazynując się przed snem) pokłady kurew do wyartykułowania, ale postaraj się. Zapisz sobie na dłoni, czy w telefonie „BĘDĘ WYRAŻAĆ SIĘ DZIŚ KULTURALNIE” i zaobserwuj z wyższością i zgrozą jak dziś wyrażają się Polacy. W metrze, swetrze, w kinie w Lublinie. To jest serio prze… rażające, i chyba coś jest głęboko nie tak, skoro się wymieszały języki plemion blokowych i plemion willowych, i niby to dobrze, że tak mówimy jednym głosem, za którego pomocą się można łatwo zrozumieć, nawiązać dialog, ale i czemu góra zamiast wyciągać doły z dołu zanurzyła łeb w pomyjach banalizującej wulgarności.

I nie pierdol mi tu, że wyrażasz swą emocję, ekspresję, jak się z kolegą dzielisz bułką pod sklepem i wam okruszek spadnie na nogie, a wtedy ty powiesz, „nosz kurwa, ja nie mogie, tyle się dobrej bułki zmarnowało, a te jebane gołębie i suki tylko lecą na moje siano”.

Bądź kulturalny, stań się niebanalny. I wyrażaj się. Kultura zobowiązuje.

7 rzeczy, które ogarniasz kończąc 25 lat

7 rzeczy, które ogarniasz kończąc 25 lat

 

Jak to jest mieć 25 lat? Absolutnie tak samo, jak wtedy gdy masz ich 24. Może w ciągu najbliższych dni, lub miesięcy drogę zaczną mi zachodzić tancerki Kankana, druga linia metra zostanie zalana przez Wisłę, a 200 złotych zainwestowane w kryptowaluty przemieni się magicznie w 200 000 złotych, ale póki co nic nie zapowiada takiego obrotu spraw.

25 lat to wiek, w którym zaczynasz odczuwać presję do nadania swojemu hulaszczemu żywotowi jakiejś celowości i ram. Biada tym, którzy urodziny świętują w poczuciu braku sensu i perspektyw. Nie o nich będzie ten tekst. Swe przemyślenia ubrane w doświadczenia kieruję raczej do osób młodszych, ażeby im po pierwsze uzmysłowić, jak już teraz mogą pokierować sobą, by znaleźć się w lepszym miejscu niż ja. Po drugie, aby im pokazać, jak nie znaleźć się w miejscu gorszym. Po trzecie aby się pomądrzyć i powspominać. W końcu mam już 25 lat. Raz do roku  – można.

  1. Uwierz w to i rób to.

Ale w co?
W to co lubisz robić, co daje ci poczucie spełnienia i satysfakcji, co jest korzystne i cenione przez innych. Kręcenie najlepszych blantów czy picie piw na haust to owszem fajne zajawki, ale pomyśl raczej nad czymś za co ludzie będą chcieli ci zapłacić.
„Ale przecież Snoop Dog ma gościa od kręcenia blantów, który zarabia 50 000 dolarów!” – możesz zakrzyknąć. Tak, ale ty nie jesteś murzynem z LA, tylko Polaczkiem z Chujwiegdzie Wielkich, a polscy raperzy muszą się raczej kredytować u dilerów, niż generować zbędne koszta. Nie tędy droga. Zarzuć ten sport.

Może teraz wpadnie ci do głowy by zostać dilerem? Serio, nie warto. Znam takich paru, lub znałem i albo nie żyją, albo żyją, a ich życie to seria wchodzenia i wychodzenia z nałogów, ciągłe długi i niewiele warte znajomości. Jeśli uważasz, że byłbyś świetnym i zdyscyplinowanym dilerem, to może przełóż swoje zdolności do zostania Acount Menagerem, w firmie, którą się jarasz, a nie… kurwa będziesz zarabiać 20 złotych na sztuce i cieszyć się, że masz na „darmowe” jaranie dla siebie i tej dupy poznanej w klubie.

2. Rozwijaj siebie i zajawkę

Jest to przedłużenie punktu pierwszego, Ty spostrzegawcza bestio.
Case-study:  Już w piątej klasie szkoły podstawowej odkryłem w sobie zdolności lingwistyczne. Na lekcji angielskiego zamiast słuchać Pani napisałem swój pierwszy rap, leciał tak (do dziś pamiętam te wielokrotne): „HWDP to moja zasada. Nienawidzę policji, jebana maskarada. W mundurkach se łażą i zabijają ludzi. Policja się nadaje, policja dupy daje, HWDP tę zasadę dziś wyznaję. W tym mieście…” – wtedy babeczka przejęła gryps, a ja miałem z nią długą rozmowę na temat szacunku do policji. Kto wie, może gdyby nie te przejęcie nawijałbym dziś jak Otsochodzi: „kiedy pytają czy mnie sumienie męczy? Nie.”
Dalej były konkursy literackie, wypracowania na tróję i zagrożenie z polskiego w liceum. Pisanie odkryłem w sobie na nowo, przy otwieraniu w 2012 roku firmy LONG TRIP. Napierdalałem wtedy kilkanaście teksów dziennie: marketingowych prezentacji, wrzutów na fp, ofert sponsorskich, pięknych idei itp. Człowiek, wtedy dla mnie ważny powiedział, że to naprawdę dobre i… uwierzyłem mu. Potem była filologia polska, stanowisko redaktora naczelnego w gazecie uniwersyteckiej, pisanie mniej lub bardziej wybitnych tekstów teoretyczno literackich, dziennikarstwo, aż w końcu powieść.
Dzisiaj pisaniem zarabiam na życie, i choć nie są to kokosy, to działając dla kilku agencji i portali mogę stale rozwijać swoje kompetencje, doświadczenie i uczyć się nowych rzeczy doskonaląc warsztat. Zamierzam także pójść na sceriopisartstwo do łódzkiej filmówki, ale o tym kiedy indziej. Wniosek?
Pomyśl co chcesz robić i rób to, a w wieku 25-lat nie będziesz musiał iść parzyć kawy w gastro. No chyba, że to naprawdę lubisz i jesteś w tym zajebisty. Wtedy parz kawę.

3. Starsze laski nie są już starsze

Kiedy mieliśmy po 20 lat i koleżka zacząć spotykać się z 27-letnią kobietą patrzyliśmy na niego jak na Boga. Fajnie jest poznać dziewczynę, która ma pracę, robi coś pożytecznego dla świata a przy tym nie wymiguje się sprawdzianem z matmy jutro na 8.00 rano. Jak mawiał pewien dziekan: studentki I roku nigdy się nie starzeją. Ty tak. I ma to swoje plusy.

4. Masz dużo hajsu i masz mało hajsu

Jak powiedziała moja ziomalka: „Raz jesz w domu suchą bułkę, a innym razem lecisz do Nowego Jorku  pierwszą klasą. Takie jest życie.” I to jest prawda, ale wiesz, nadążaj, aby nie żywić się głównie bułkami.
Chodzi o to, że kiedy masz 25 lat, to coraz częściej doznajesz licznych blichtrów, drogich restauracji i hoteli, lepszych ciuchów i fur. Wydajesz luźno 100 złotych na barze, po czym zamawiasz ubera i jedziesz do swojego domu, gdzie opierdolisz sobie wafla z awokado.
Ale potem nastaje koniec jakiegoś okresu i skarbonka, do której zawsze miałeś lekceważący stosunek staje się Twoją najbliższą przyjaciółką. Do tego stopnia, że czyścisz ją do cna, byle z rana mieć na bułę. Żujesz ją, czekają na przelew za ten poprzedni dżob, a potem znów wychodzisz na miasto jak król Ugandy.

5. Oszczędzaj i inwestuj hajs!

To coś czego nauczyłem się dopiero niedawno, a o czym powinni nas instruować bez przerwy od ukończenia 12. roku życia. Ale systemowi nie zależy na tym byś był samodzielny. Zależy mu na tym byś kupował masę zbędnego gówna, najlepiej na kredyt, i popadł w nałóg zależności od etatowej pracy.
Tymczasem zacznij już dziś odkładać co najmniej 10% swojego wynagrodzenia na przyszłość. Jeszcze lepiej, jeśli kolejne 10% zaczniesz inwestować. Najlepiej w krypto waluty, ale o tym kiedy indziej. Serio. Raz w życiu pracowałem na umowie o pracę. Myślisz, że Twoja emerytura spadnie Ci z nieba?

6. Dbaj o zdrowie i unikaj nałogów

To coś z czym ciągle walczę, paląc i rzucając szlugi średnio 3 razy w tygodniu. Ale poza tym mogę powiedzieć, że odżywam się zdrowo (produkty nisko, lub nie przetworzone), odczuwam zrywy do sportów, i nie angażuję się zbyt mocno w inne używki. Tylko rzucić te kiepy i zostanę joginem.

7. Nie trać czasu na czytanie blogów i oglądanie seriali

Serio. Zacznij już lepiej realizować swoje pomysły, bo do 25 roku życia pozostało Ci mniej czasu niż możesz sobie wyobrazić.

 

Czy 25 lat to w Twoim przekonaniu przełomy wiek? Gdzie jest granica? Zostaw komentarz, jeśli chciałbyś bym rozwinął jakiś wątek. Obserwuj blog (punkt 7 to ściema) i kupuj polskie rap książki. Elo!

Wiersze dwa zero osiem zero dwa

CZYTAĆ DWA RAZY

Ona  gar
nie  sie
do  mnie

no co
rano

śni
a danie
jemy
w trybie REST.
au! (no co)
racjach

***

Wydech

Ona wyjmuje lateksowe rękawiczki
rozkłada na podłodze

karton i bruliony uważnie
nalewa wodę demineralizowaną
do szklanki

następnie farby akrylowe
alabastrowe, czerwone, niebieskie

Miesza.

Przyglądam się jej jasnej cerze
i sińcom
na nogach.

Upijam łyk czerwonego wina zmiesznego
z wodą

zielonym tuszem znaczę białą kartę

włączam Eldo drania

Żoliborz jest dziś biało-szary
ciałami
kolorujemy świat.

 

Opowiadanie „Drugi dzień świąt”. Napisane w trzeci, a publikowane teraz

DRUGI DZIEŃ ŚWIĄT

#opowiadanie

Siadam.  W domu swoim w końcu. To znaczy, nie w swoim, a wynajmowanym. Mieszkaniu nie domu. Pokoju nie mieszkaniu.

Ale pokoje mamy trzy. A lokatorów jedynie dwóch, zatem znać pewne znamiona bogatości. Nie jest to typowa studencka melina. Bo Pablo nie studiuje. Ja w sumie też już nie. Czyli dwóch dorosłych typów wynajmuje dwa pokoje, w trzypokojowym mieszkaniu. Trzeci pokój jest zamknięty i należy do Szmuela, który powtarza, że urządzi tam swoja „ruchalnię”, ale póki co jedynie wstawił tam karton z książkami.

Święta dogorywają, jak dobrze. Po Bożym Narodzeniu zostały mi dwie nudne książki, stówa w portfelu, trochę pieczonej kaczki i kawał makowca. Jestem już sam, w końcu. Postanawiam przestać pić. Na kilka dni. I przestać palić. Od jutra. Więcej pisać. Od teraz.

Siadam. Otwieram pokrywę laptopa, chcę pisać. Nie wiem jeszcze o czym.
Dzwoni telefon:
– Siema, co robisz wariacie? – odzywa się Szmuel.
– Właśnie wróciłem od rodziny. Piszę.
– Dawaj, napij się z nami!
– Masz towarzystwo?
– Tak, ale nie tak liczne, jak możesz słyszeć w tle. Moje towarzystwo aktualnie milczy.
– No nie wiem, chciałem popisać.
– To jutro popiszesz, nie daj się prosić.
– Dobra, wpadajcie.

Wstaję. Trzeba tu posprzątać. Sprzątam, wstawiam pranie, układam równo prześcieradło, porządkuję biurko, rozpakowuję plecak, który leży w kącie odkąd wróciłem znad morza. Pokój wygląda przyzwoicie. Teraz ja. Zakładam bluzę PROSTO. Albo nie, czarny longsleeve. Tak lepiej. Lekkie perfumy. Jest dobrze. Siadam. Chcę popisać. Pukanie do okna tarasowego. Otwieram.
– Siema.
– Elo mordo.
– Poznajcie się, to jest Marianna, Marianno, to jest Tadeusz.
Poznajemy się. Marianna ma wysokie buty, za kolana, ciemne rajstopy, czarny płaszcz odsłaniający uda, burzę ciemnych włosów i ładny uśmiech. Jest naprawdę ładna, za co w duchu chwalę Szmuela.
– Przynieśliśmy ci piwko.
Mają całe ręce piwek. 9 butelek. To mi się podoba. Bo jak już pić to porządnie, a nie z jakimś niedosytem, połowicznie. Po co budzić demona, skoro potem tak trudno go uśpić.
Siadamy przy biurku. Ja znów narzekam, że tak mało tu miejsca i, że nie ma gdzie siedzieć, i powinienem tu wstawić jakąś kanapę, albo fotel, na co Szmuel odpowiada, że zawsze tak mówię, i to jest prawda.

Kolejnego dnia znajduję w bramie nieodległej kamienicy, kilkadziesiąt czerwonych skrzynek po butelkach coca coli. Zabieram cztery – to będą moje przyszłe taborety. Niosę je pewnie przez praskie ulice. W końcu wstawiam na taras i śmiejąc się zasiadam na fotelu, odpalając papierosa i podziwiając zdobyte okazy. Zastanawiam się jak przymocować do nich sklejkę, i czy sklejkę w ogóle. Tak, należy na czterech rogach, które są wykonane z grubego, czerwonego plastiku wywiercić otwory, następnie włożyć w nie znaczniki, czyli metalowe „pineski”, przyłożyć co tego kawał sklejki. Obrysować od skrzynki pożądane wymiary, na powierzchni sklejki, wyciąć wyrzynarką (zeszlifować), w miejscu śladów po znacznikach wkręcić śruby o odpowiedniej średnicy, następnie te śruby umieścić w wywierconych uprzednio otworach w plastykowej skrzynce. Sklejka powinna być z drzewa liściastego, najlepiej buku. Przetwory drzew iglastych uwalniają po czasie drzazgi, a przecież nie chcę aby mój gość miał podarte rajstopy. Np. Marianna, która zasiada teraz na jasnym lipowym krześle, naprzeciwko mnie.

Rozmawiamy dalej, wydobywamy z siebie pokłady męskości i kobiecości. Nawet nieźle nam idzie. Marianna mówi o swoim byłym chłopaku, przewodniczącym jakiegoś studenckiego sejmiku, czy innego gówna, a ja dopowiadam:
– A to o Tobie opowiadał Szmuel.
Ona droczy się, że jak to opowiadał, i jak on tak może opowiadać o niej ludziom nieznajomym. Szmuel uzupełnia, że owszem, to ta Marianna. Ta dziewczyna co zrobiła karierę w samorządzie przez łóżko. Szmuel uwielbia prowokować, jakby to nie było jasne.
– To nie było tak. Po prostu poznałam ludzi z tego samorządu, znajomych Marka, a, że oni mnie polubili, to już przecież kwestia niezależna.
– Powodowana twym osobistym urokiem – dopowiadam.
– Właśnie.
Otwieramy kolejna piwo.
– Jak się zaczęła spotykać z Markiem to on już był tym przewodniczącym, a potem ona zajęła jego miejsce, czaisz? Ona lubi takich dominujących samców, przewodników stada. Wiesz, Tadeusz też był redaktorem, redaktorem naczelnym gazety uniwersyteckiej.
– Naprawdę? Mogę zobaczyć?
Wręczam jej gazetę. Szmuel ma rzadki dar, chwalenia mnie przed kobietami w odpowiednich momentach. Reszta moich ziomków tego nie robi, albo bez wyczucia. Np. kiedy do Maliny wpada panna mówiąca, że lubi literaturę, i, że lubi pisać, a tak w ogóle to jest aktorką, Malina mówi:
– A wiesz, Tadeusz chce iść na scenariopisartswo, na łódzką filmówkę. Ja ci to podpowiedziałem, co Tadeusz?
Zamiast powiedzieć jej, że kurwa napisałem powieść i kilkaset artykułów, to nie, on powie, że chcę iść na filmówkę. Ale to jedynie odzwierciedla jego ucieczki od rzeczywistości i potrzebę karmienia – siebie i innych odległymi marzeniami.
Szmuel natomiast ma wyczucie idealne, i potrafimy porozumiewać się samym tylko spojrzeniem, w towarzystwie innych osób. Staram się nie być dłużny, bo też kiedyś w barze na Ząbkowskiej jakimiś lekkimi szturchnięciami słów i przestrzeni pomogłem poderwać mu jedną pannę, w dodatku solenizantkę, która była tam razem z kilkunastoma znajomymi.

Zaczynamy rozmawiać o Pradze, jaki to hardkor, albo i wcale nie, że po co tu bywać, a po co nie i w ogóle jaki cudowny skansen dawnych obyczajów.
– Kiedyś np. siedząc z Maliną na Placu Hallera i popijając piwo, byliśmy świadkami jak dwie dresiary, podążały za gościem, krzycząc, przy czym jedna z nich była jego dziewczyną. W pewnym momencie gość się obrócił i tak jej wyjebał, że echo plasku odbiło się po kamienicach całego placu.
– Zareagowaliście? – pyta Marianna.
– Nie, kim jestem by wchodzić między burzliwą miłość dwojga kochanków? Takie kobiety lubią być bite.

Zapada krótkie milczenie. Prowokacja jest udana. Marianna nie oburza się, ale trochę wzrosła jej temperatura, a to dobrze. Rodzi się dyskusja o tym jakie kobiety się bije, a jakie biją. Ja na obronę przywołuję scenę ze „Ślepnąc od świateł”, kiedy bohater reaguje na podobny akt przemocy, a skrzywdzona kobieta zaczyna go atakować. Ona odpowiada, że może są takie przypadki, ale nikt nie lubi być bity. Ja na to, że kim trzeba być aby się wiązać z recydywistą, mającym dziary gita pod oczami, ona odpowiada, że to z braku innych możliwości. Szmuel moderuje dyskusje opowiadając się raz po jednej, a raz po drugiej stronie. W końcu mówię, że niektóre kobiety lubią być przecież bite w łóżku, na co Marianna z rumieńcami, że „w łóżku to co innego”.

– Idziemy po wódkę? Chodźmy po wódkę! – ona proponuje i niezwykle miło mnie tym zaskakuje.
Zatem idziemy po wódkę, między ciemnymi blokami, ja wrzucam tagi CK na murze i pod monopolowym, trochę żeby się popisać, a trochę dlatego, że lubię je wrzucać.

W monopolowym naćpana baba z wielkimi cyckami doradza nam sok porzeczkowy pod półlitra. Kiedy daję jej 52 złote i 50 groszy, ona przez dłuższą chwilę mętli banknot w dłoni, i jest taki moment, że naprawdę myślę, że da mi go z powrotem w ramach reszty, a jej też to przechodzi przez wykręconą metafedronem głowę, ale opanowuje narkotyk i wykłada 20 groszy na bilownicę marlboro.
W sklepie znów gadki o Pradze i Marianna, mówi, że stąd nie jest, ale bardzo ładnie. Nietaktycznie i nietaktownie, bo za nami dwóch gości w czarnych kurtkach.

Wychodzimy, kończę tag na ścianie, ale zamiast Czarny Kajet, piszę Czarny Alibaba, a Szmuel, krzyczy „psy”. Odwracam się i faktycznie jadą, zatem wchodzę znów do sklepu. Przejeżdżają, wychodzę, kończę taga i doganiam ich.
Puszczam grime na telefonie i z Sz. zaczynamy fristajlować przez całą drogę, a M. idzie w swych wysokich, szpilowanych butach środkiem Łochowskiej ulicy.

Dochodzimy do domu i tam Freestyle Szmule Session trwa dalej. Wychodzi nam nawet nieźle. Jej się to chyba podoba bo na końcu bije brawo i się śmieje, i mówi, że podziwia naszą kreatywność. My swoją też. Zapuszczamy na wieży polskie hity: „Byłaś serca biciem”, „Parostatkiem w wielki rejs”, „Czarny Alibaba”, „Chcę Ci powiedzieć”, „Czerwone korale” i dziesiątki jeszcze innych. Rozlewam wódkę, zaczynamy tańczyć we troje, na środku pokoju.

Wybija druga w nocy i  do mieszkania wchodzi Pablo, który wróciwszy od swej kochanki, miał ochotę popracować i pójść spać, ale ja polewam mu kielona i Pablo już tańczy z nami. Mam ochotę porwać Mariannę do tańca, więc ją porywam i zaczynamy kręcić sobą piruety, stykać biodra, piersi i włosy i śmiać się. Szmuel z Pablem jeszcze tańczą, ale po kilkunastu minutach już tylko siadają, a potem to już idą do pokoju Pabla, aż w końcu, koło 3.00 Szmuel żegna się z nami i wychodzi. Zostaję tylko ja i Marianna, tańczymy jeszcze i całujemy się. Ściszam muzykę, dalej się całujemy, ale ona stopuje moje dalsze zakusy, choć leżymy na łóżku. I wtedy ona pyta:
– Miałeś kiedyś złamane serce? – po czym zaczyna szlochać.
– Miałem, ale się zrosło. Nie płacz mała. Będą kolejni, a teraz jesteś jeszcze zbyt piękna i młoda, by swoją przyszłość na kamieniu budować. Tańczmy na ruchomych piaskach.

Przytulamy się długo, po czym rozłączamy i każde idzie spać wyzwolone. O 8.00 ona pyta, o której poszliśmy spać. Mówię, że po 4.00.
Zasypia, a o 10.00 słyszę jak wstaje, słyszę stuk obcasów. Wychodzę do przedpokoju, ale jej już nie ma. Wyszła po angielsku, co podoba mi się bardzo.

Śpię do 13.00 po czym wstaję, idę na spacer i znajduję stos porzuconych skrzynek po coca-coli. Śmieję się tego dnia bardzo głośno.

***

Zapisz się do newslettera w zakładce MENU – świeże opowiadania i teksty najróżniejsze raz w tygodniu.

Zobacz także moją najnowszą powieść „Bez przekazu” https://czarnykajet.com/skl3p/

 

Dlaczego klapki kubota są zajebiste?

Artykuł sponsorowany*

Dlaczego kuboty są zajebiste? Na te nietendencyjnie zadane pytanie odpowiada nasz ekspert: bloger modowy Ireneusz Praga.

  1. Kuboty kosztują 15 zł (razem z przesyłką), a stanowią wyraz nieprzemijalnego sznytu i osiedlowej elegancji.

  2. Ludzie szanują ludzi w kubotach. Niezależnie od społecznych i ekonomicznych uwarunkowań.

  3. Ponadczasowa czarno-biała kolorystyka pasuje zarówno do nieformalnych szelestów, jak i bardziej eleganckich, chciałoby się rzec „hipsterskich” kreacji.

  4. Klapki sprawdzą się idealnie jako przenośna stacja multimedialna, dla Twojego smartfona.

  5. Kuboty dzięki zastosowaniu ultralekkich pianek, będących wynikiem zaawansowanej inżynierii oraz badań nad ergonomią , doskonale nadadzą się do rzucania w: wyłączniki świateł, owady, puszki z piwem, pomniejsze ssaki.

  6. Perforacja testowana przez sportowców, idealnie odpręża po trudnym dniu w call center czy tłoczni elementów blaszanych.

  7. Kiedy zapuka komornik, twój rządowy kontakt, to owierasz jemu w nowych kubotach, i mówisz, że jedyne co może, to może posprzątać.

    https://youtu.be/x7BtclKr5Jg?t=1m33s

  8. Ale komornik już widzi co masz na stopach i wie, że trafił na nie lada cwaniaczka.A Ty? Czy masz już swoje kuboty?

 

 

 

*artykuł sponsorowany przez „UBRANIA TANIO”, Bazar Różyckiego, pawilon numer 15.

Piekło utracone – nastroje PRL-u – o „Wniebowstąpieniu” Tadeusza Konwickiego

Piotr Sarmini

Piekło utracone

Nastroje PRL-u – o Wniebowstąpieniu Tadeusza Konwickiego

 

Wniebowstąpienie – w teologii chrześcijańskiej, o zmartwychwstałym Jezusie Chrystusie: wznieść się do nieba[1]

Zmartwychwstanie – w religiach: powrót Jezusa Chrystusa do życia trzeciego dnia po śmierci na krzyżu[2]

 

 

Warszawa lat 60-tych ukazana we Wniebowstąpieniu Konwickiego jest miastem dezintegracji. Rozpadają się budynki, ulice i płoty, z saturatorów cieknie czarna woda, na kanapkach z serem leżakują muchy. Ten rozkład pochłania także mieszkańców – cuchnących, brzydkich, a jeśli już w marynarkach to splamionych wódką i rybną przystawką. Sprzężenie zwrotne, wzajemne oddziaływanie miasta na ludzi i ludzi na miasto, zdaje się obejmować każdego, tworzyć krąg bylejakości, z którego nie ma ucieczki.

Protagonistą powieści jest typowy dla powieści Konwickiego outsider, dotknięty amnezją spowodowaną urazem głowy. Nie pamięta swego imienia ani przeszłości, jedynym co może go identyfikować jest strój, pęknięte okulary oraz neseser, a w nim dwa zdjęcia legitymacyjnego formatu. Te kilka przedmiotów konstytuuje jego bytowanie, w nowym, choć jakby widzianym wcześniej świecie. Stanisław Bereś tak określa bohaterów Konwickiego:

 

„pewien typ niezakorzenienia, obcości i kosmicznej niemalże samotności. Jego bohaterowie to także sieroty w sensie nieprzystosowania, integralnej niemożności  nawiązania ściślejszych więzów społecznych. Nie wiadomo skąd się zjawili, jakie naprawdę były ich losy(…)“[3]

 

Wrażenie obcości potęguje tu wspomniana amnezja. Może to być metafora, mitycznej rzeki i wody Lete, po wypiciu, której dusza zmarłego zapominała o swoim ziemskim życiu. Zagubiony bohater potrzebuje przewodnika by wejść w świat, ale też –wyjątkowo- przewodnik potrzebuje w równym stopniu jego aby przewidziana historia mogła się ziścić. W tym sensie postaci są „typowo“ wschodnioeuropejsko bierne – nie kreują akcji, rzadko decydują o sobie, są raczej wciągnięte w wir wydarzeń, który decyduje o ich losach i poczynaniach.

Przewodnikiem Charona staje się Lilek – drobny krętacz, szukający łatwej okazji do zarobku. Dłonie ma niepryzwoicie ciepłe, przysuwa się i uśmiecha konfidencjonalnie.

 

„Zobaczyłem  nagle tuż przed sobą jego zniszczoną w miarę twarz, ślady wyblakłych piegów, resztki starych blizn i rozszerzone naczynia krwionośne“[4]

 

Od pierwszych chwil przebudzenia świat objęty jest tajemnicą, stanowi swoiste ager hosticus zamieszałe przez nieprzyjazne istoty, chcące pochwycić protagonistę. Jeśli udaje się uciec, to tylko na chwilę, wszystkie niechciane widma wracają jak wskazówka sekundika, aż w końcu nie pozostaje nic innego jak pogodzenie się z ich obecnością i zaakceptowanie nieprzejrzystych reguł gry.

I tak po pierwszej ucieczce od Lilka, poznaniu Anny oraz nieudanej próbie dociekania swej tożsamości w urzędzie, Charon znów spotyka na swej drodze przypisanego mu Przewodnika, i ulega jego nieznoszącej sprzeciwu perswazji. Podróż taksówką na peryferie miasta implikuje wiele informacji na temat świata Warszawy lat 60-tych. Taksówkarz jest „Gruby, nieogolony (…) bez humoru“[5] Skrzypiące auto „zdobią“ kartonikowe napisy zakazów i nakazów: „nie trzaskać drzwiami, nie palić“,  szofer (warszawski „cierp“) narzeka na warunki życia: „Eszkalują, a naród się męczy. W sklepach towaru zabrakło już po obiedzie.“[6], z gazet epatują przepowiednie mającej nadejść wojny. Im dalej, tym zwyrodnienia stają się większe – prostytuujący się „zwyczajnie, przez te druty“ ułani, milicjani w dziurawych mundurach, naiwni stróżowie, elektrycy rażeni prądem, pijane barmanki i kierowcy autobusów zbaczający z trasy. Obowiązki pełni się tu byle jak, „na odwal“. Skrywane za uniformem kompetencje są w rzeczywistości kolejnymi warstwami amatorstwa. Byle jakoś przetrwać dzień, prześlizgnąć się niezauważonym, a wieczorem utopić w wódce i papierosach, w jendej z licznych knajp.[7]

 

„Wy się brzydzicie taką pracą, prawda? Każda praca was zresztą brzydzi, nie? Dlatego tak żyjecie.

–          Jak?

–          Marnie, plugawie, szaro. Sprzedajecie się”

 

Zarzuca bohaterowi Pan Niemiec – emigrant. Perspektywa przybyszów ze światów lepszych jest trzeźwa i bezlitosna. Kiedy „Cudzoziemiec“ w tweedowej marynarce wysiadł z samolotu:

 

“Zrozumiał, że ani godziny nie wytrzyma w tym mieście ogonków, prowizorki, chaosu, rozpasanej biurokracji, uniformistycznej przeciętnościi, aroganckich mężczyzn i kłótliwych kobiet. (…) Zaniedbał interesy swego mocarstw, utonął w zgubnej polskości, w eksperymentalnych teatrzykach  piwnicznch (…) Pół roku temu rzucił żonę z trojgiem dzieci (…) i studiuje Towiańskiego we francuksim tłumaczeniu Adama Mickiewicza. Wystarczy?“ (…) – Kurwa macz – rzekł z trudem cudzoziemiec“[8]

 

Czy pijaństwo i moralna degradacja, której oddają się bohaterowie stanowi wybór, czy też ucieczkę, przed brakiem lepszych perspektyw? Wydaje się, że to drugie, choć przecież zawsze można uciekać do książek, do kultury, do władzy, gdziekolwiek. Ale ten świat cały jest przesiąknięty paradygamtem zbydlęcenia jednostki, szczelnie ogrodzony, nie ma ucieczki, mądry czy głupi – obaj muszą znieczulać się tym samym sposobem, pierwszy by nie myśleć zbyt wiele, drugi by zacząć myśleć choć trochę. Ta „zgubna polskość“ – polskość wypaczona przez zaborcę i źle pojęta stanowi opium, które co dnia inchalują mieszkańcy nawiślańskiej krainy absurdu.

Tkana urbanistyczna Warszawy jest, podobnie jak system, pełna luk i tajemnych korytarzy. Dostać się można wszędzie i zewsząd można wyjść (nawet ze źle domkniętej celi), ale to tylko pozory – wolność latającej muchy w szczelnie zamkniętym słoiku.

 

“To świat, w którym we własnej łazience można pewnego dnia odkryć pokój przesłuchań, na zapleczu znajomego sklepu znaleźć komisariat milicji, przez piwnicę przedostać się do systemu atomowych schronów rozciągających się tajemną pajęczyną przejść pod Warszawą, z tunelu metra wejść do recepcyjnej sali Biura Politycznego PZPR (…) a przez dziurę w płocie dostać się na ostanie piętro PKiN. W odkrywaniu tych podziemnych światów nie ma jednak nic ekscytującego, bardziej towarzyszy mu znudzenie i poczucie bezradności.”[9]

 

W ten sposób, prowadzeni przez Lilka, odkrywamy z Charonem kolejne lokalizacje, raz nawet jedyny w powieściach Konwickiego odwiedzamy Pragę[10]. Przekroczenie Wisły przez bohatera o znamiennym imieniu wygląda na zabawę konwencją, łamanie jej. Za Charonem krążą dusze, ale on ich nigdzie nie prowadzi, nie ma świadomości swego obowiązku, a kiedy już warszawski Styks przekraczają, to nawet nie łodzią, a… polewaczką.

Z początku, tuż po przebudzeniu miasto jest oświetlane ciepłym, wczesnowrześniowym (dożynki) słońcem. Jest to zarazem czas niedojrzałości i pozornej świeżości bohatera, w którym znajdzie się czas nawet na początek miłości (poznanie Anny w parku). Wraz z nadchodzącym wieczorem dokonuje się zbrodnia – napad, potem wszystko zaczna ciemnieć – mrok zdają się rozświetlać jednie propagandowe neon i bary, nad ranem zaś w czasie rozwiązania, świat staje się dosłownie szary. Jest to sprzężenie warunków atmosferycznych z nastrojem i myślami bohatera, a może bardziej stanem jego uchodzącej duszy, która niechybnie powinna opuścić ciało.

 

„- Widzicie ten neon na dachu? W jakim kolorze świeci?

-Jest bezbarwny.

– Właśnie. A przecież wieczorem był niebieski.

– To taki czas przed świten, kiedy wszystko robi się szare.“[11]

 

Jak refren wraca warszawskie axis mundi – Pałac Kultury i Nauki. Według dawnych wierzeń na osi miało następować zatrzymanie czasu, przez co możliwy był pełny kontakt zarówno z przeszłością, jak i przyszłością. Było to miejsce najświętsze z najświętszych.[12] W świetle końcowych zdarzeń powieści, taka presupozycja zdaje się być wpisana w obraz PKiN Konwickiego.

Akcja rozgrywa się głównie na Śródmieściu, a więc punkcie prestiżowym, ważnym, to centrum daje bohaterom możliwości, pośród dożynkowych tłumów czują się bezpieczni i anonimowi. W przeciwieństwie do dalszych powieści Autora, we Wniebowstąpieniu nie odczuwamy zbyt mocno atmosfery inwigilacji, szpiclostwa czy terorru. Owszem gdzieniegdzie pojawiają się milicjancji, jednak ich działania są tak pozorne i nieskuteczne, że nie można obawiać się ich naprawdę. Wiesio i Lilek są na tyle pewni siebie, że po napadzie nie zaszywają się nawet w kryjówce, a dalej jeżdżą po mieście, piją i prowokują los. Bandyci okazują się, w końcu równie nieskuteczni co milicjanci. Worki z pieniędzmi ostatni raz widzimy przed wejściem do baru, potem znikają, a Charon nie może doprosić się swojej części. Zresztą zdobcie łupu jest poddane w wątpliwość: kiedy Charon zostaje tymczasowo aresztowany (ale nie za swoje winy, tylko za brak dokumentów) i jest wieziony milicyjnym wozem, dostrega „wymalowane wapnem rozkrzyżowane postacie i gabaryty jakichś skrzyń, albo furgonetek.“[13], dookoła stoją migające wozy, milicjant uzupełnia jego wizję, mówiąc: „Pomordowali się dla kilku worków z drukowanym papierem“. Nie „zamordowali ich“, ale „pomordowali się“ – kiedy kolejny raz pojawiają się Lilek i Wiesio, są juz bez wątpienia trupami, chociaż nie żywią do siebie urazy. Powyższy cytat poddaje w wąptliwość, czy napad faktycznie się udał, chociaż w innych fragmentach jest takie potwierdzenie. Czy to co przeżył Charon wydarzyło się naprawdę?

Odczytywanie Wniebowstąpienia jak powieści realistycznej ostatecznie wyczerpuje się w momencie kiedy docieramy na szczyt Pałacu Kultury tj. w ostatniej scenie. Od samego początku, deliryczna atmosfera i narracja każą nam powątpiewać w realność przedstawianych wydarzeń, ale w końcu wątpliwości niejako się rozwiązują. Sądzę, że warto tu przywołać skojarzenie z twórczością Julio Cortazara, szczególnie z tomem opowiadań Tango raz jeszcze, gdzie te wdarcia niezwykłości do codzienności odbywają się z równą nonszalancją i pozorną zwyczajnością co u Konwickiego. Nie jest to realizm magiczny, a neofantastyka – termin wprowadzony przez Jaimiego Alazraki – oznaczający występowanie fantastyczności w świecie realnym, ale na „innych niż w klasycznej fantastyce zasadach” – kwestionujących po prostu racjonalistyczny światopogląd.

Oto większość występujących na kartach postaci okazuje się po prostu żywymi trupami.

„Oni grają przed sobą – powiedział bardzo cicho. Oszukują się nawzajem, choć każdy dobrze wie.” Konwicki skrupulatnie zebrał szesnaście postaci[14] na tarasie PkiN, dając niejako złudzenie, że to „wszyscy”, ale wszyscy to nie są. Brak Ani, Jolki, barmanów, „majsetrków”, kelnera itd. – jednym słowem postaci „prawdziwych”, dychających jeszcze. Wchodziły one w zwyczajne interakcje z bohaterami, widziały ich i rozmawiały jak „żywy z żywym”. Znamienne, że te PRL-owskie zombie nie wyróżniają się specjalnie wśród tłumu. Piją, tańczą, kochają się i nienawidzą. Ich aparycje nadwątlone rozkładem, muszą być podobne do aparycji innych – żywych jeszcze, skoro nie budzą odrazy i niepokoju.

Doszukiwanie się związków i uzasadnień logicznych tego stanu rzeczy byłoby w tym momencie ślepą skrupulatnością, „szkiełkiem i okiem”  – w świecie przedstawionym, inność pojawia się nagle, wdziera się do codzienności, nie z hukiem i fanfarami, a bocznym wejściem – niezauważona. Czy teza, że Wniebostąpienie jest w istocie książką neofantastyczną prowadzi nas do jakiegoś „bliższego prawdy” rozwiązania? Raczej nie. Fantastyczność stanowi po prostu kolejny obok krytycznego realizmu i symbolizmu element budowy powieściowego świata. Zdejmuje logiczne chomąta z wyobraźni i pozwala na więcej – zarówno czytelnikowi jak i autorowi. Trupy są zatem żywe naprawdę. To świat, w którym nawet śmierć nie wywiązuje się swych powinności, i zamiast szybko zabierać, pozostawia duchy w gnijących ciałach. Jedyny „prawdziwy trup” w powieści to Madziar przywieziony z… Ameryki.

Jedyną „ładną” postacią jest Jolka pseud. Miss-cyc, ale jej uroda, znów nie jest czysta – stanowi instrument do oddawania się lubieży i zarabiania, jest darem pożytkowanym niewłaściwie. Jest także Anna, o jej urodzie możemy domniemywać i jest to bodaj najczystsza i najprawdziwsza postać z tego panoptikum

Czuwanie przy jego trumnie, na zmianę z piciem wódki wzmaga eschatologiczne nastroje i prowokuje do pytań nad sensem śmierci oraz istnenie Boga. Znamienny wydaje się wybrany przez Konwickiego tytuł przeprowadzonej przez Beresia rozmowy rzeki „Pół wieku czyśćca” – czyśća PRL-u. Świat Wniebowsąpienia bywa absurdalny – oniryczny, tajemniczny, objęty nieznanym prawami. Zaakceptowanie i przyjęcie tego stanu rzeczy jako normalności, świadczy o społecznym wypaczeniu i szaleństwie.

Jest więc Warszawa czyścem specyficznego rodzaju. W tym katolickim, drabina prowadzi już tylko w górę – do nieba. U Konwickiego czyściec byłby miejscem ciągłej weryfikacji, środkowym piętrem umożliwiającym wertykalne poruszanie się między piekielnym dołem a niebiańską górą. Ale czy górą? Bohaterowie w ostatniej scenie znajdują się w najwyższym punkcie miasta, ukończonej wieży Babel, jednak Boga tam nie spotykają. Co więcej, nie mogą też zjechać na dół, na poziom ulicy:

 

–          „Jezus Maria, nie stójmy tak bez sensu.

–          Niechże ktoś ściągnie windę.

–          Misiu, ty też chcesz zjechać na dół, do miasta?

–          Wszyscy chcą wrócić, co za pytanie.

(…) Ale nikt nie odchodził” [15]

 

Utkwili zatem w czyścu, sparaliżowani nieznaną siłą. Z tej perspektywy Warszawa w dole, jawi się jako piekło utracone, do którego wszysycy chcą wrócić, poza którym czują się nieswojo.

Jest w tej wielkiej metaforze eschatologicznej także odpowiednik Dantejskiego Werigliego – Bernard – twórca i przewodnik, na miarę czasów, w których przyszło mu żyć. To on śledzi Charona, ignorowany i groźny, na końcu wyjawia mu istotę rzeczy.

Główny bohater Charon – mityczny przewoźnik dusz – czy to jest imię znaczące? Raczej nie. On nikogo nie wozi, raczej sam jest wożony i bierny, wobec ludzi i zdarzeń, które narzucają mu swój bieg. W łączeniu symboliki i wierzeń różnych porządków religijnych, Koniwcki okazuje się cynkiem. Nie drwi, ale odziera właściwe sensy i znaczenia z ich metafizycznej konotacji. Czyściec, niebo, piekło, Charon, axis mudni – to wszystko są elementy konwencjonalnej (wytartej już) układanki, która ma stworzyć zagmatwaną, niejednoznaczną eschatologiczną wizję. Trudno uwierzyć, aby Autor umieszczając dusze na tarasie widokowym, na serio przyjmował taki obraz zaświatów. Jest to próba odpowiedzi na odwieczne pytanie: „co będzie po śmierci?” – ale kiedy nie udaje się jej znaleźć, bo znaleźć się nie da, pozostaje już tylko quazi-uduchowiony symbolizm, ciekawy myślowy wybieg.

Bezlitosny jest Konwicki w przedstawieniu polskiej rzeczywistości końca lat 60-tych. Republika absurdu, zamieszkała przez żywe trupy – miejsce, którego nawet po śmierci nie można opuścić. Nie będzie zbawienia, nie będzie spełnienia i miłości, nie będzie bogactwa ni sławy. Nie ma czegoś takiego jak „wniebowsąpienie”.

 

***

BIBLIOGRAFIA

 

  1. Arlt Judith, Mój Konwicki, TAiWPN UNIVERSITAS, Kraków 2002
  2. Bereś Stanisław, Szuflada z Atlantydy, Dolnośląskie wydawnictwo edukacyjne, Wrocław 2002,
  3. Eliade Mircea, Święt obszar i sakralizacja świata [w:] Antropologia kultury, pod red. Andrzeja Mencwela, Wydawnictwo UW, Warszawa 2001.
  4. Konwicki Tadeusz, Wniebowstąpienie, Agora, Warszawa 2010.

 

 

[1] Internetowy Słownik języka polskiego, http://sjp.pl/Wniebowst%C4%85pienie

[2] Internetowy Słownik języka polskiego, http://sjp.pl/zmartwychwstanie

[3] S. Bereś, Szuflada z Atlantydy, Dolnośląskie wydawnictwo edukacyjne, Wrocław 2002, s. 215.

[4] T. Konwicki, Wniebowstąpienie, AGORA, Warszawa 2010, s. 7

[5] T. Konwicki, op. cit., s. 12

[6] op. cit. s. 13

[7] Chciałoby się dodać Witkiewicza: „ciągłe szukanie byle jakiego towarzystwa, niepokój kwaśny i gorzki, bezsenność w nocy i ciężki sen poranny” – S. I. Witkiewicz, Narkotyki, dostęp: https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/witkacy-narkotyki.html

[8] T. Konwicki, op. cit. s. 143

[9] S. Bereś, op. cit., s 227

[10] J. Arlt, Mój Konwicki, TAiWPN UNIVERSITAS, Kraków 2002, s. 35

[11] T. Konwicki, op. cit., s. 150

[12] M. Eliade, Święt obszar i sakralizacja świata [w:] Antropologia kultury, pod red. Andrzeja Mencwela, Wydawnictwo UW, Warszawa 2001, s. 123.

[13] op. cit., s. 150

[14] Urzędnik paszportowy, Bernard, Ciocia Pola, Lilek, Schlebiacz, milicjant w dziurawym mundurze, Wiesio, uczeń, pan Niemiec, niedoszli rozwodnicy, mężczyzna w wyszmelowanej wiatrówce, wiedźma z komisariatu, harmonista z rosyjskiej restauracji, łysy Leszek.

[15] T. Konwicki, op. cit., s. 181

 

 

 

BEZ PRZEKAZU – premiera 25 stycznia

PREMIERA POWIEŚCI „BEZ PRZEKAZU” już we czwartek, 25 stycznia, tylko na czarnykajet.com/skl3p

Dostępne są dwie wersje książki:

FIZYCZNA – lekkie, kieszonkowe wydanie, 256 stron, idealne do czytania w drodze do pracy, na uczelnię czy podczas imprezy techno. Książka dotrze do Ciebie w ciągu 2-3 dni roboczych.

29 zł + przesyłka

EBOOK- otrzymujesz wersję pdf (rekomendowaną do czytania) oraz epub. Ta wersja sprawdzi się na wszystkich czytnikach ebooków, oraz na tabletach i smartfonach. Książkę otrzymujesz natychmiast po zaksięgowaniu płatności.

19 zł + przesyłka free

 

 

RECENZJE:

„BEZ PRZEKAZU” BOLI. TO NIE JEST LEKKA KSIĄŻKA. NIE JEST ŁATWA. TA KSIĄŻKA MÓWI NAM O NAS COŚ, CZEGO NIE CHCEMY WIEDZIEĆ. CO NAS UWIERA. SWĘDZI. ŁASKOCZE. NIE POZOSTAWIA NAS OBOJĘTNYMI. ANGAŻUJE WSZYSTKIE NASZE EMOCJE. PRZEŻYWAMY TĘ POWIEŚĆ CAŁYM CIAŁEM. DOSTAJEMY CZKAWKI. DUSIMY SIĘ. CHRAPIEMY. OD DAWNA W POLSKIEJ LITERATURZE NIE BYŁO PROZY TAK ODWAŻNEJ. TAK WAŻNEJ. DŁUGIEJ. DAWNO NIE BYŁO U NAS KSIĄŻKI, KTÓRA BY ROZLICZAŁA POLSKĘ Z JEJ POLSKOŚCI. KTÓRA ROZLICZAŁABY HIP HOP Z JEGO HIPHOPATOWOŚCI.*

Karol Mroziński

 

„Powieść Bez przekazu należy do zupełnie nowej prozy, która świadomie i równocześnie czerpie z subkultur młodzieżowych, jak i z ich dotychczasowych przetworzeń literackich. Jej zasada organizacyjna opiera się nieoczekiwanie na rytmie, który nie tylko jest kolejną zabawą z rapem, ale i próbą „nakręcenia” czytelnika, wprowadzenia go w pewien nastrój, poprzez który zbliży się do niego opisywany świat, jego bohaterowie, ich sposób oglądania wszystkiego wokół. To ważne, bo dawno prozy tak jawnie nastrojowej nikt nie proponował.”**

Tadeusz Mizerkiewicz, Prof. dr hab. UAM

 

Z A J E B I O Z A

Anna Maria Wierzchucka – Laureatka Grand Prix VII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „O Granitową Strzałę” 2015, Laureatka II nagrody XII Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Stanisława Grochowiaka 2016 w kategorii poezja a także m.in. I nagrody V Turnieju Jednego Wiersza im. Wandy Karczewskiej 2015 oraz I nagrody X Ogólnopolskiego Otwartego Turnieju Jednego Wiersza im. Pawła Bartłomieja Greca 2016.

 

PREMIERA KSIĄŻKI 25 stycznia na czarnykajet.com

 

  • *PARAFRAZA OPOWIADANIA KAROLA MROZIŃSKIEGO „IDA”, [W:] K. MROZIŃSKI, RAZZMATAZZ, WYDAWNICTWO JÓZEF CZĘŚCIK, GDAŃSK 2015, S. 88.
    UŻYCIE FRAGMENTU ZA ZGODĄ WYDAWCY.
  • ** PEŁNA RECENZJA „BEZ PRZEKAZU” JEST DOSTĘPNA TU 

JA JA JA 4

Oh, tak bardzo nie mam ochoty pisać tego korporacyjnego bełkotu!
„Najlepsze kampanie influencerskie roku 2017”, „Jak zarobić na youtube?”, „Czego chcą dziś milenialsi w mediach społecznościowych?”. Niby to wszystko ważne, niby też doraźne, skrojone odpowiednio do chwili i potrzeb, tych, którzy by chcieli zarabiać więcej, mieć więcej, być więcej, przeżywać więcej. Słowotoki korporacyjnego stylu: „fuzja”, „przetarg”, „kampania”, „influencer”, „ SEO”, „SEM”, „koneksja”, „CEO”,  i ja, skromny pisarczyk i piewca wielkich marek i ich jakże wielkich działań.
Tak jak kiedyś pisarze trudnili się posadami urzędniczymi, tak my dziś, oddajemy swoje ciała i dusze zamożnym korporacjom, które za te słowa, słowa, słowa, sklecone jakoś na siłę, są w stanie uszczknąć nam nieco ze swego bogactwa. Nudne to wszystko i pragmatyczne, bo dzisiaj chciałbym pisać tylko dla siebie i o sobie, przelewać zajawkę, myśli, przeżyć, taplać się w sosie własnym, i tak może, skromnie, rozjebać to wszystko na caly świat, do każdej biblioteki, księgarni, na każdy mur, aby tak każdy, w wolnej chwili mógł poczytać sobie mnie, bo przecież osobą jestem najbardziej na świecie fascynującą. I to niezmiernie ważne, co się wczoraj działo w tym mieszkaniu, i co mi się pomyślało dziś przy śniadaniu, i co zrobiłem dwa lata temu będąc na haju. Tak, to ważne, a te nowe technologie, te pieniądze to komu to potrzebne, jest, przecież z tego nie ma…

Mios Dios! Niczym się od tych korporacji nie różnimy!

Milena – cz. I #opowiadanie

O co ja się z nią kłócę ciągle? Od trzech i pół roku. Choć w początkach nie spieraliśmy się jeszcze. Byliśmy powściągliwi, nieśmiali, niewinni, zależało nam na robieniu dobrego wrażenia.
Teatr?
Zgodziła się, choć przez sekundę miałem wrażenie, że odmówi.
Idziemy warszawską nocą, wśród lwowskich kamienic, pachniemy ładnie, mówimy inteligentnie, staramy się być zabawni. Średnio to idzie, więc zapalam papierosa.
– Palisz? – pytam.
Nie pali. Prawie w ogóle jej nie znam.
I teraz dopiero widzę jak chodzi. Widziałem wcześniej na wydziale, ale nie chciałem w to wierzyć. Że ona tak chodzi normalnie-nienormalnie. Z twarzą w szalu, karkiem ze złamaną głową spoglądającą zdałoby się tylko w ziemię. Nogi  ma z pozoru mocne, ale w swej istocie chwiejne. Jakby zaraz miała przewrócić się, upaść niczym przedwcześnie ścięta sekwoja. Może to przez obcasy, bruk nierówny, lub jakiś niedowład. Nie piliśmy nic tego wieczora.
Teatru nie znajdujemy. To teatr undergroundowy. Idziemy do innego budynku, piękniejszego. Lekko spóźnieni wkraczamy na deski Czechowa. Grają studenci. Dobrze nawet. Teatr piąte piętro.
Niech studenci grają Czechowa, ale błagam, wy teatry komercyjne i drogie, przestańcie już. Nie ma kurwa nikogo lepszego? Kogo żyjącego, kogo z Polski? Bez tych wszystkich sióstr, generałów, cherlawych ojców, strzelb wiszących na ścianach?
Studenci grają nieźle, przerwa, palę, prawie nic nie mówimy, wchodzimy, śmierdzę, grają, śmiech, grają, śmiech, w końcu beng! Strzelba wypala!
Któż to mógł przewidzieć.
Wychodzimy. Nie mam pieniędzy zabierać jej, to tu to tam. Chcę całować, ale jej głowa ciągle w szalu, jak szczelnie owinięte trawą jajo. Czy ona jest aligatorem, żółwiem, a może ptakiem?
Żegnamy się.
Muszę coś o niej dopowiedzieć. Ma piękną twarz, długie blond włosy, świetny tyłek i zgrabne ciało. Tylko ten chód i te ruchy, zupełnie nieprzystające do jej nadkobiecej urody.
Nigdy więcej nie zaprosiłem jej do teatru.
Od nieszczęsnego Czechowa zaczęła się między nami pleść długa nić, lina okrętowa nieporozumień.
Nie zagadywałem do niej przez jakiś czas. Na wydziale mijaliśmy się obojętnie, patrząc po ścianach, podłodze, po oczach innych ludzi.
Po roku mi to wypomniała, bo chciała bym zagadywał.
Zawsze dawała sprzeczne sygnały. Gdyby była nawigatorem morskim okręty wielkie jak lodowce zaczęłyby wpadać w kolizje, a łodzie podwodne wypływać na plaże jak dogasające wieloryby.
Od Czechowa minęły tygodnie, zbliżały się Święta, miasto pustoszało. Widziałem z okna jak pustynnieje, jak klapnie, jak błotnieje, jak się cofa estetycznie do czasów Kontrolowanej Republiki Chaosu.
I wtedy ona zadzwoniła. Ucieszyło mnie to. Jest na dworcu i czy jej pożyczę na bilet, bo zgubiła portfel. Wsiadłem na rower, pojechałem na dworzec i dałem jej na ten bilet. Chciałem ją pocałować, ale głowę miała w kapturze i szalu. Wróciła w nowym roku i oddała mi za ten bilet pełna wdzięczności.
Nasze relacje polepszyły się. Rozmawialiśmy i pisaliśmy śmielej. Także publicznie, bo takie się robi rzeczy na zajęciach z literatury.
Wyszliśmy po nich na piwo w deszczowy, ciemny dzień z moim przyjacielem Emem.  Zasiedliśmy w najgorszej studenckiej spelunie z szafą grającą. Piliśmy tanie, dobre piwo. Kręciliśmy papierosy z resztek tytoniu paczkowanego i mieliśmy już ostro w czubie. Ona pożyczyła nam na dalsze picie i wyszła. Nie zaniepokoiło mnie to. Emem oddał jej ten hajs dopiero po dwóch latach.
Gdy wiosna zaczęła rozkwitać, rozkwitła znów nasza znajomość. Mogliśmy chodzić do pobliskiego parku i tam niby rozmawiać o czymś ważnym, albo zupełnie doraźnym. Ja robiłem pompki, i ona też zrobiła kilka. Założyliśmy się o trzysta złotych, z jej inicjatywy, że do maja schudnie pięć kilogramów, choć naprawdę nie miała ich wiele. Powiedziała:
– Jesteś jedyną, tak bezwzględną osobą, że wydusisz ze mnie ten hajs. Chcę abyś to zrobił.
Nie schudła. Na kilka dni po terminie zakładu zacząłem cisnąć ją o pieniądze. Oddała z grobową miną. Potem żywiła się jedynie bezglutenowym makaronem. I może dzięki temu schudła.

 

rysunek. Phil Ostojski

Kurki i borowiki #opowiadanie

Siedziałem nad otwartym edytorem tekstowym i zastanawiałem się, co napisać. Niby dzieje się tyle niesamowitych rzeczy, i tyle jest historii dookoła, a ja ich słucham i dopowiadam swoje, ale jestem głupi, bo nie zapisuję tych cudzych, a i swoje niezbyt często.

Gdy tak siedziałem na twardym krześle, plując sobie w brodę, że swe powinności pisarza wykonuję niechlujnie i nie pełnoetatowo, ktoś zapukał do moich tarasowych drzwi. Tak, owszem, posiadam taras o imponujących rozmiarach 2×8 metrów, co daje oszałamiającą liczbę 16 metrów kwadratowych, w jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic Warszawy – Pradze Północ.

Pukanie rozległo się ponownie, a ja przepełniony ciekawością i lekkim przestrachem, któż to może być o godzinie 22:35 zbliżyłem się do okna. Uchyliłem papierowe żaluzje, lecz nikogo nie zastałem.

Z powrotem zasiadłem przy biurku i w tem pukanie rozległo się znów. Tym razem podbiegłem do okna kuchennego, które również wychodzi na taras, aby na gorącym uczynku przyłapać żartownisia. Jednak i tym razem nie ujrzałem nikogo, a pukanie o szybę nie ustawało. Wróciłem więc do pokoju i zaopatrzony w czerwony flamaster, którym zamierzałem skrzywdzić ewentualnego napastnika, mężnie otworzyłem tarasowe drzwi. Nikogo tam nie było, i kiedy już chciałem domykać okiennicę, by następnie zadzwonić do swojego przyjaciela Ema z prośbą o polecenie dobrego psychiatry, rozległ się piskliwy głos:

– Tu jestem frajerze, na dole!

Koło moich stóp przybranych w stylowe klapki Kubota stała salaterka z parującą zupą grzybową.

– Czy to pani mówiła, pani zupo?
– Nie jestem kurwa panią, tylko facetem, nie widzisz? – zabulgotała zupa
– Proszę wybaczyć, nie często widuje się zupy rodzaju męskiego.
– Nie przyszedłem tutaj na pogadanki o gender. Zresztą kurwa spójrz na siebie, jak ty kurwa sam wyglądasz.
– Przepraszam, ale jak w ogóle, żeś pan tu zapukał panie zupa grzybowa?
– Nie interesuj się, bo kociej mordy dostaniesz- zupa zawrzała a z jej bulgocącej tafli wyskoczył gorący kawałek borowika i wylądował na mojej białej skarpetce.
– Uważaj pan panie, z tym bulgotaniem, skarpetkie, żeś mnie pan pobrudził!
– Słuchaj młody, jest taka sprawa, nie miał byś może pieprzem trochę poratować?
– Czy nie można było tak od razu? Kulturalniej. Ależ oczywiście, że mam pieprz, proszę tu poczekać, zaraz przyniosę.

Skierowałem się do kuchni, z ulgą, że zupie chodziło tylko o pieprz, jednocześnie zastanawiając się jak mogła zapukać, skoro nie widziałem u niej żadnych członków. Ale może zapukała brzegiem salaterki, tak to było możliwe. Otwarłem szafkę i wśród naderwanych, niearomatycznych saszetek odnalazłem pieprz. Chciałbym kiedyś dorobić się plastykowego młynka i mieć pieprz świeżo mielony, ale póki co mam ważniejsze wydatki, jak papierosy i chleb. Kiedy wróciłem do pokoju, pan zupa grzybowa stał na moim łóżku i uśmiechał się bezczelnie. To znaczy, pływające w przeźroczystej salaterce grzyby, przybrały taką formę, że rydze tworzyły oczy a dwie kurki wstrętny, żółty, nikotynowy uśmiech.

– Hej, panie, uważaj pan! Zaraz się pan tu wylejesz, a to jest kurwa biała kołdra. I gdzie z tym brudnym spodem z dworu, dopiero, co no?
– Dobra, facet, masz ten pieprz? Weź mnie dosyp od góry, o tak, bo mnie strasznie suszy ziomek.
– Dobrze, ale potem pan sobie pójdzie tak?
– No a jak, po chuj mam tu siedzieć, patrzeć jak se konia walisz?
– Nie waliłem konia, tylko pisałem, to znaczy chciałem coś napisać.
– Ta, jasne, He He He, ja tu trochę dłużej pod tymi drzwiami stałem. Weź no mnie dosyp od góry, tak od serca.

Spięty zbliżyłem się do łóżka, modląc się aby pan zupa nie stracił równowagi. Poczułem parującą woń grzybów i sfermentowanego alkoholu. Ostrożnie rozwarłem saszetkę i zacząłem sypać, w pełnej koncentracji, aby nic nie uszczknąć na łóżko.

– O tak, o kurwa, o tak! Tak dobrze, dosyp jeszcze młody! O kurwa, tego mi było trzeba!
– Panie zupa, zaraz pan będziesz niezjadliwy, może już wystarczy?
– Weź mi nie pierdol, co tam jeszcze masz? Rozmaryn? Ziele angielskie? Lubczyk? Weź mnie to wszystko wpierdol młody. O! I liścia laurowego daj!
– Czy pan oby nie przesadzasz?
Odwróciłem się i zdecydowanym krokiem wszedłem do kuchni celem odnalezienia łyżki. Wysunąłem pierwszą od góry szufladę i wyjąłem jedyny sztuciec, niosący w dodatku ślady dawnych zacieków. Kiedy odwróciłem się, pan zupa stał na kancie kuchennego stołu. Żołądek stanął mi w gardle.

– Odłóż tę łyżkę, bo skoczę!
– Nie skacz pan, dzisiaj myłem podłogę!
– Odłóż łyżkę, powoli, tak abym widział twoje rączki. Dobrze, spokojnie… A teraz sięgnij po te przyprawy co je masz za sobą.

Ale ja nie zamierzałem, dać za wygraną, w ostatniej chwili odwinąłem się i wbiłem łyżkę w pana zupę. Krzyknął przeraźliwe i zakaszlał. Salaterka zatrzepotała chwilę na rogu stołu, po czym z impetem uderzyła o kremową posadzkę. Grzyby ułożyły się na kształt krzyża, a z bulgocącej, dogasającej masy dało się usłyszeć, ciche, coś jakby
–Ty skurwysynu…

O nie, ja już sprzątałem w tym tygodniu. Nie mam siły robić tego drugi raz. Wróciłem do pokoju, usiadłem na krześle, przed edytorem tekstu i zacząłem zastanawiać się o czym mogę napisać opowiadanie.

**

– Niezłe. A nie mogłeś po prostu napisać, że wróciłeś najebany  i się porzygałeś?
– Nie.

***

Podobało się? Polub Czarny Kajet na facebooku i obserwuj blog, zapisując się do newslettera w zakładce MENU.
https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

Świąteczno-noworoczne pozdrówki i co dalej z blogiem?

Szanowni Czytelnicy,

ci z Was, którzy śledzą moje insta odnotowali zapewne fakt, że ostatnie dni spędzałem nad morzem, a bywało, że i w morzu (po kostki).

Wierzę, że każdemu należy się trochę odpoczynku a odpowiednio dozowana samotność dobrze wpływa na kondycję twórczą. Jak możecie zauważyć, od pewnego czasu nic nowego na blogu się nie pojawiało. Ale spokojnie, piszę, natomiast główną uwagę koncentruję teraz na wydaniu mojej debiutanckiej powieści „Bez przekazu” – czarnykajet.com/bezprzekazu/    

Książka poszła do druku, wszystko zmierza w planowanym kierunku i powiem Wam tak skromnie… będzie rozpierdol,

a od nowego roku na blogu pojawiać się będą już same sztosy związane głównie z książką, ale nie tylko.

Tymczasem pozostawiam Was na te ostatnie dni roku w ciszy. Od maja czarnykajet odwiedziliście blisko 4000 razy i było Was tu 1514 osób, za co bardzo dziękuję.

Blog nabiera kształtów, m.in. dzięki zajebistemu brandingowi od Saiko Studio.

Wypatrujcie tagów na murach i w ogóle patrzcie na ulice bo CK wjeżdża teraz z ostrym guerilla marketing.

Życzę Wam wiele energii, mocy, metafizycznych i literackich wrażeń.

Badajcie czarnykajet.com od 1 stycznia! Elo!

Sarmini

 

Białe skiety

(…)

Palę teraz mentolowe marlboro, noszę biały dres prosto i białe skity no name. Czy to coś wprowadza do tej opowieści? Może fiksację bielą. Krótkotrwałą. Bielą, taką jak skóra A. Myślę o niej dziś, myślałem o niej wczoraj i pomyślę jutro. Myślę, odkąd aplikacja tinder nie dostarcza mi już drobnych wibracji na biurku czy w kieszeni, odkąd nie dostarcza małych wibracji i dużych zakłóceń w kroczu i umyśle.

Pojawiają się myśli inne, skojarzenia, bardziej twórcze z pewnością. Choć, czy to znowu takie wielkie, że kiedy widzę dresiarską, jakby ze skansenu wydobytą parę, która swoimi pocałunkami i wyznaniami wchodzi w myśli całego tramwaju (najbardziej koleżanki, która im towarzyszy. Najmniej motorniczego, który ma to wszystko w dupie.) to myślę, o tym, że mile puszysta dresiara, zaraz pobrudzi swoim różowym air maxem białe skity pana dresa.

Kiedy mu siedzi na kolanach, rozkochana cała i mówi: ale wódką od ciebie śmierdzi. Powąchaj Dominika jak od niego śmierdzi. No nie bój się! Przybliż twarz! Nie ugryzie cię! No chuchnij jej, chuchnij, ale nie tak mocno, tylko tak wiesz… A on chucha Dominice, po czym ona zgodnie stwierdza, że faktycznie wódką śmierdzi, to ja się modlę w duchu, aby tylko mile puszysta dziewczyna nie pobrudziła tych białych skarpet. Bo nogi jej zwisające są i bujające się, a i tramwaj i domniemana w tle wódka nie sprzyjają sztywnym ruchom ciała, a wręcz przeciwnie – zmiękczają je, wprowadzać mogą chaos. Jedno mocniejsze hamowanie, pleców odgięcie powodowane śmiechem i zaraz różowo-błotnista pięta różowego air maxa pobrudzi te białe skarpety.

Ale podróż trwa i w końcu docierają na Kijowską i ona mu z tych kolan schodzi. Bez najmniejszego dotknięcia i zabrudzenia.
Jestem za to wdzięczny motorniczemu i jestem wdzięczny tej miłej dziewczynie, że choć jest ekspresywna i bardzo zakochana, to przede wszystkim zdyscyplinowana jakoś wewnętrznie. Że nie jest rozchełstaną łajzą i fleją, która brudzi czyjeś skarpetki, tylko, że potrafi bawić się głośno, przeciągle, ale jednak na wewnętrznym poziomie w sposób czysty i higieniczny, nie obciążający domowego budżetu przeznaczanego na odplamiacze i wybielacze i szare mydło marki jeleń.

Dwutysięczniki (wiersz)

#tbt #Karpaty2015
Na nizinach zabijałem
i chłonąłem żniwa śmierci
dokładając swym pacnięciem muchę
do muszego tańca śmierci.

Im wyżej tym mniej do zabijania
trawa się strzeli do podeptania
kwiat niebieski do zerwania
mech zielony do spalania

Wyżej już tylko łyse głazy
i szczyt. chcę szczytu.

I teraz ja do podeptania
ja do spadania
do kostki złamania
wicher do przeziębiania
do ognisk mi zdmuchiwania
słońce do zanikania.

Wierch. sterta kamieni.
ale ja. TU. widzicie?
Nikt nie widzi. bo nikogo tu nie ma
tylko głazy kamienie porosty
wiatr ciszy
O! Orzeł! czarny przepiękny dryfuje z rozpostartymi skrzydłami w przestrzeni

tylko on i ja
świadkowie swej krótkiej wielkości
na wysokości. chwała.

Schodzę.
Urwiska zapraszają do spadania,
błoto do ześlizgiwania
tytoń do spalania

Nie nie skuszę się bo widzę zieleń w dole
trawę do odpoczywania
drzewa do się wspinania
kwiaty do powąchania

Schodzę.
bo to naprawdę duża góra
O! Oso! Coś zabrzęczała koło ucha!
Stałaś mi się teraz

najbliższą przyjaciółką.

***

Karpaty ukraińskie
wrzesień 2015

Co dzisiaj robisz?

Co dzisiaj robię?
Dzisiaj sobie z wolna umieram
niewiele jem, niewiele piję
palę papierosy przy biurku
sabotuję pracę
masturbuję się dwa razy
wspominam dawne kobiety
trochę się kryję pod kołdrą
czczę lęk
olewam gdzieś tam pojechanie
na cały dzień zostaję w domu
oglądam wyścigi ducatti i lambo
oglądam 25 najlepszych zagrań Ronaldinho
oglądam analizę mapy w CS:GO
oglądam swoje dłonie
wydobywam z podświadomości koszmary senne
jem ciasto od mamy
żuję gumę
myślę o dziurze w zębie
i myślę, że jakoś to będzie
bo jeszcze trzy tygodnie temu świat był
cały mój
a dzisiaj obaj udajemy, że się nie znamy
niezręczne spotkanie
grudy złota w skale

 

***

polub czarny kajet na fejsie: https://www.facebook.com/czarnyKAJET/
zapisz się do mailowej subskrybcji w zakładce MENU

 

MOJA (nie)PODLEGŁOŚĆ

11 listopada to dobry dzień by pomyśleć o Niepodległości. Niepodległości Państwa Polskiego od stuleci nam wydzieranego, tysiąckrotnie odzyskiwanego. Być wdzięcznym za to, że dziś żyjemy w kraju względnie wolnym, niepodległym, za to, że możemy chodzić nocą ulicami trzymając się za ręce i pić wino na wpół opustoszałych ulicach. Za to, że możemy mówić i pisać w języku ojczystym, za to, że mamy trochę grosza w kieszeni, za to, że mamy dachy. Zawsze warto być wdzięcznym, ale nigdy nie warto być psem skopanym, co za pięć minut zapomina i choć czuje jeszcze atmosferę niedawno wyrządzonej krzywdy, zaczyna nieśmiało pomerdywać ogonem. 
 
11 listopada to dobry dzień by pomyśleć o wolności osobistej w kontekście prywatnym, o własnych zezwoleniach i ograniczeniach o tym co nas trzyma a co pcha do przodu, o tym czy dalej, patrząc sobie w lustro, możemy nazwać się człowiekiem wolnym.
Są też wolności obywatelskie, takie na które zezwala nam ustawodawca w kontekście publicznym i o te wolności zacząłem się w ostatnim czasie niepokoić. Zaczynam gdzieś je gubić, jak złoty zegarek, jak paczkę marlboro, jak dawną przyjaciółkę. Gubię. Ale kiedy czyni to państwo, to mam wrażenie, że jednak bardziej jestem OKRADANY, niźli przez własną nieuwagę poszkodowany.
 
MOJA NIEPODLEGŁOŚĆ została wczoraj – 10 listopada, przez obecną władzę czterokrotnie ograniczona, w sposób bezpośredni, a to już nie podoba mi się bardzo i staje się zapalnikiem buntu.
1. Służbowo musiałem zadzwonić do TVP. Na ŻADNEJ ich stronie nie ma numeru, który byłby aktywny. Wszędzie włączają się automatyczne sekretarki i nie dają możliwości porozmawiania z żywym człowiekiem. „Telewizja publiczna”? To chyba taka, gdzie człowiek może chociaż porozmawiać z człowiekiem? Nic z tych rzeczy.
2. U dentysty nie dostałem znieczulenia, bo już go nie refundują. Wyobrażałem sobie, że jestem szpiegiem na torturach. Nie ujawniłem niczyich nazwisk: ani ministra zdrowia, ani premier, ani swojego dilera.
3. Wracając od dentysty Krakowskim Przedmieściem na mej drodze stanęła policja i mur metalowych barier. Nie mogąc przejść pod pałacem prezydenckim i dostać się pod Kolumnę Z. zszedłem Karową, potem dookoła przez Nowe Miasto, by w końcu wejść na most. Padał deszcz. Dopiero w domu dowiedziałem się, że zamknięto KRAKOWSKIE PRZEDMIEŚCIE W PIĄTKOWY WIECZÓR,… aby celebrować… miesięcznicę smoleńską.
Moje miasto, moją kurwa przestrzeń mi grodzą i ograniczają, dla wąskiej grupy ideologicznej!
4. Od 2018 zakaz handlu w co drugą niedzielę. Studenci, ludzie niewykwalifikowani, pracownicy tysięcy sklepów, podziękujcie PISowi za to, że zabiera Wam możliwość pracy. Biznesmeni też podziękujcie i Wy konsumenci też podziękujcie za to, że będzie teraz więcej czasu na oglądanie TVP.
WKURWIAM SIĘ. Bo choć przyjąłem kilka lat temu zasadę nie przejmowania się polityką, nie tracenia na nią energii ani nerwów to tym razem politycy, ich wstrętne łapska dotknęły mnie, skaziły mój dzień i MOJĄ KURWA NIEPODLEGŁOŚĆ.
Owszem, czynili na nią już zamachy wcześniej, np. dostarczając mi wezwanie do aresztu za nieprzyjęcie mandatu karnego – sprawa tyczyła się picia wina nad Wisłą.
Czynili na nią zamachy wcześniej podnosząc VAT, ograniczając fundusze na edukację, zabierając mi bez pytania pieniądze, ignorując mnie kiedy chciałem legalnego zioła i ignorując miliony kobiet w sprawie dotyczącej ich ciała.
Ignorowali mnie wielokrotnie, ale wczoraj WPŁYNĘLI na moją pracę, na moje zdrowie, na moją wolność przemieszczania się i na moje decyzje zakupowe.
Na dzień przed świętem mającym celebrować NIEPODLEGŁOŚĆ zaśmiali mi się w ryj i pokazali, że podległy jestem – im. 
Forma i otoczka całej tej niepodległości to jedynie propaganda. Dopóki obywatel jest traktowany jak milcząca ściera, dopóty o prawdziwej niepodległości państwa mowy być nie może.

Trening punchy

Teksty podmiotu lirycznego. Czarnego Kajeta, bohatera „Bez przekazu”:

 

Napisałem w booku 47 k słów
ty w agencji siedem kejsów
Pocisz się kiedy masz napisać zdanie?
Postaw kropkę swej twórczości zanim kurwa zmienisz zdanie.
Oni piszą te albumy jakby były Biblią
wjeżdżam im z dżihadem #Koran, rozpierdalam Pismo

twe wysiłki słyszę nawet w bicie
z producentem przegięliście dawkę o nabitę

Raperem jesteś, ale na autotjunie. Flow?
wchodzi, jak ty w swą niunię – ona kurwa nic nie czuje

Kilku pozerów co się nazywa polszawskim rapem
ambasadorzy Velvet – wrzucają gówno na papier
młodzi to łykają jak muszle, pelikany
chciałem jechać nad morze, przez to teraz zmieniam plany

najarany jak komin EC Siekierki
nawijasz ile masz patyków? lepiej kurwa sprzątnij bierki

wydobyły się z Kajetu pancze
nie przeszkadzaj dziwko, z tobą jeszcze dziś zatańczę
znowu piszą do mnie ruda, blond i rozczochrana
możecie wpaść we trzy na kwadrat
odrzucam zbędne pytania
jestem mistrzem algorytmów jakbym się nazywał Wozniak
twoje osiedlowe kontakty – pani w sklepie i pani woźna

To się nie kończy jak energia atomowa
napromieniuje cię jak Hulka,
zzieleniejesz z zazdrości
łeb w glebie jak kapusta, już twoja w tym głowa

mógłbym cię wyburzać jak jebany pustostan
ale kule mam zajęte obracaniem klona Miley Cyrus
pozwalam ci – zostań
wejdę w ciebie jak strażak
ale jebnę tag na czole,

wjeżdża to w ciebie jak meta
kiedy lukniesz w lustro z nową dziarą to wykrzykniesz:

CE KA ? !

META FETA

jadę tramwajem
myślę o metafedronie
to bardzo ładna nazwa
META     FETA       DRON
FOLIA  KRYSZTAŁ  DŁOŃ
META – językowość
FETA – balowanie
DRON – obserwowanie
z ptaka lotu

teraz w tramwaju
tęsknota do tych obłoków
odczuwana tak
w środku
trochę jak miłość
szklanka w połowie pełna
prosząca się o dopełnienie

POZNAŃ

Nigdy nie miałem tu rwania
naprawdę
Warszawskie dziewczyny czują mnie
bardziej

Staję w kolejce po więcej doświadczeń
dwie się wpychają
mówię „wracajcie”
Gościu w linii pluje „zamknij kaste”
Ja mam ochotę wyjebać mu #kastet

Kiedy wychodzi to zrzucam mu czapkę
oddalam się szybko, już mnie nie znajdzie

Te wszystkie blondi są tu jak
sample
Mówią to co krzyczy im parkiet

noce są chamskie, chaotyczne i przaśne
pijane typy, pijane raszple

Wracam do hotelu solo jak
alien
Odpalam setę, bawię się
hajs jest

piszę te rzeczy jak wyliczankę
pierdolę Poznań, pierdolę Wartę

Romanse jednonocne

Annie, listopad 2015

Dlaczego jesteś taka markotna?
Hej! Stop! Nie zbliżaj się do okna!
Piłaś zbyt wiele, chodźmy do kuchni
Tam jest wódka, są przyjaciele

Zostaw mnie, puszczaj! Chcę
Na parapet! Drwić ze świata
Pluć na ludzi z piątego piętra

Jesteś stuknięta. Psujesz mi
Rymy, strofy mylisz
Tak jesteś pijana

Całuj mnie, wyliż mi cipkę
Jestem w tobie rozkochana
<całuje>

Ale ludzie obok..!
Jak bosko się czuję..
<całuję>

Bluzkę zdejmuję, a ty zdejmuj koszulę
<całuje>
tylko nie gryź
ostatnio bardzo gryzłeś, nie lubię tego
daje ci swoją cipkę w opiekę, 
nie zagryź i tego

Ale co oni pomyślą?

Ty! Poeta! Drwij z nich,
Drwij ze świata
Wsadź mi go
Niech mnie rozkosz z bólem przeplata
Ah! Pijana się czuję
Kochasz mnie?

<milczy>

<całuje>

Praskie psy

Niełatwy jest żywot praskich psów. Pośród murów, z których jedne ogłaszają „jebać psy”, drugie „pierdolić dzielnicowego”, spacerują w kłębach papierosowego dymu i mgły, kobiety, mężczyźni, dzieci; po lewej stronie Wisły określani jako „podejrzani”, tutaj jako „swoi”, w krajobraz wpisani.

Smycze trzymają w lewej ręce, zwykle na niej wieszają też psy: yorki, pseudo-labradorki, pit bulle (I know you want me, wof!), bulteriery, przerzedzone kundle.
Psy te pełnią dla wyprowadzających funkcję terapeutyczną (napisy na murach – ekspresywną) psy te, ciasno zduszone obrożami, domykają zwykle krąg domowej przemocy.
Oto: mąż krzyczy na żonę, ta na dziecko, dziecko na psa (konfiguracje bywają różne, bo tu każdy na każdego krzyczy), na kogo ma krzyczeć pies?
Oto: kiedy wchodzę w bramę, bo mnie tam zaprosił (a to jak zaproszenie do domu) były więzień (o nim kiedy indziej) to wyskakuje na mnie nagle z zębiskami czarny kundel, broniący terytorium. To on, jako katalizator domowych napięć próbuje upuścić skumulowaną agresję, wyrzucając ją z pyska w kogoś obcego. Przyznaję mu rację, rozumiem, ale ugryźć się nie dam.
I nagle: były (a może nim się jest na całe życie) GIT podbiega do niego i otwartą dłonią wali przez łeb, dodając coś w stylu: „zamknij mordę, kurwa chuju”, a pies kuli się, wciska do ziemi. Przyjmuję to z pewną obojętnością. Krąg jednak nigdy się nie kończy. Na GITa godzinę temu nakrzyczała żona, o czym mi się zwierzył.

Inny wypadek: jadę rowerem, mijam kobietę i jej psa białego, pies podbiega na naprężonej smyczy, papieros wypada kobiecie z dłoni. Komórka wciąż przy uchu w drugiej: „pojebało cię?! Kurwa debilu, nie ciągnij! No kurwa, ciągnie jak pojebany!” – wyznaje telefonicznemu rozmówcy. Białemu psy jest chyba trochę smutno na te epitety.

Kolejnego dnia wracam pod parasolem, mijam Bazylikę (trawnik pod nią jest wychodkiem wszystkich psów) i podbiega do mnie zupełnie ufny i świata nie znający szczeniak. Wita się łapczywie, drobnymi łapkami próbuje wspiąć się w górę spodni moro. Głaszczę go i cmokam. Poprawiamy sobie dzień. Po chwili podbiega chłopak, mówi „sorry”, ja do niego „spoko” i się kończy na tym.

Niełatwy jest żywot praskich (jak wszędzie) psów. Niełatwe są żywoty (jak wszędzie) prażan. Ale i tu (jak wszędzie) zdarzają się dla psów i ludzi chwile szczęśliwe.

 

 

Recenzja książki „Bez przekazu” Piotra Sarminiego

autor recenzji: Prof. dr hab. UAM Tomasz Mizerkiewicz

Powieść Bez przekazu należy do zupełnie nowej prozy, która świadomie i równocześnie czerpie z subkultur młodzieżowych, jak i z ich dotychczasowych przetworzeń literackich. Jej zasada organizacyjna opiera się nieoczekiwanie na rytmie, który nie tylko jest kolejną zabawą z rapem, ale i próbą „nakręcenia” czytelnika, wprowadzenia go w pewien nastrój, poprzez który zbliży się do niego opisywany świat, jego bohaterowie, ich sposób oglądania wszystkiego wokół. To ważne, bo dawno prozy tak jawnie nastrojowej nikt nie proponował.

Jako powieść pokoleniowa Bez przekazu zawiera świetne sceny z życia balangowego, zanurzona jest w młodzieżowe grypsy, bawi się hipsterką, a także konstruuje znakomitą scenę współczesnego debiutu (rozmowa bohatera z medialnym macherem Wojtkiem), gdzie na moment opadają ironiczne maski i pojawia się próba sformułowania jednostkowego i generacyjnego credo.

Do rangi metafory urasta futurologiczna fantazja historyczna, z której utkany został świat powieści. Przyszłościowa wersja Polski, okrojonej terytorialnie i składającej się z samej dawnej stolicy (tyle że rozrośniętej) Polszawy jest tyleż pewną kpiną ze współczesnej metropolitalizacji życia, co przenikliwą diagnozą. Wedle tej diagnozy szczególnie aktywne stają się współcześnie różne alternatywne scenariusze polityczne i historyczne, z powodu których całe wspólnoty narodowe mogą emigrować w osobliwe formy życia cywilizacyjnego. Powieść od razu przenosi nas w podobną alternatywną Polskę i pozwala poczuć smak tego, co uznaje się czasem dzisiaj za jej potrzebną „inną drogę”.

Zakończenie powieści ujawnia, że autor miał od samego początku interesujący pomysł na całość. Eksperyment naukowy, jakiego obiektem stał się bohater książki, nieoczekiwanie uświadamia, że powieść Sarminiego to nie tylko mądra lekcja wywiedziona z prozy Doroty Masłowskiej, ale i z fantastyki Jacka Dukaja. Zrozumiałe stają się wtedy pewne zawikłania narracyjne, a na poziomie autotematycznym autor ironicznie daje do zrozumienia, że „brudna” raperska stylistyka, zabawa w „nawijki”, prozę pokoleniową i środowiskową to wszystko składniki jego poszukiwań pisarskich i sprawdzeń językowych.

Pomimo owych autotematycznych nawiasów i lekko asekuracyjnych żartów w zakończeniu powieść Bez przekazu uderza jako wyjątkowo radykalny i bezkompromisowy przekaz literacki. Książka sięga do najostrzejszych współczesnych języków krytycznych, najdotkliwszych doświadczeń społecznych, najbardziej zawikłanych nastrojów zbiorowych, aby wypowiedzieć gwałtowną potrzebę zasadniczej korekty pokazywanej w futurologicznym sztafażu współczesności. „Dobry raper jest jak rewolucji zapalnik”, czytamy w ważnej dla powieści scenie, przy czym bohater Sarminiego swojej rewolucji nie wyczytał z modnych teorii politycznych, nie wymędrkował z cudzych tekstów, ale wyprowadził ze znanej sobie społecznej psychosfery. Bez przekazu zapowiada, że czas radykalnych zmian w naszym życiu zbiorowym dorowadzi do przechwycenia logiki zdarzeń przez zupełnie nierozpoznanych wykonawców. Przyszły głos publiczny, co już chyba teraz nie dziwi, będzie bowiem głosem młodych, których wiarygodnym wyrazem stała się powieść Piotra Sarminiego.

Tomasz Mizerkiewicz

***

Aby kupić książkę i dowiedzieć się więcej na temat „Bez przekazu” KLIKNIJ TU

moshed_2018-0-3_17.0.17

Recenzja książki „Bez przekazu” Piotra Sarminiego

autor recenzji: Prof. dr hab. UAM Tomasz Mizerkiewicz

Powieść Bez przekazu należy do zupełnie nowej prozy, która świadomie i równocześnie czerpie z subkultur młodzieżowych, jak i z ich dotychczasowych przetworzeń literackich. Jej zasada organizacyjna opiera się nieoczekiwanie na rytmie, który nie tylko jest kolejną zabawą z rapem, ale i próbą „nakręcenia” czytelnika, wprowadzenia go w pewien nastrój, poprzez który zbliży się do niego opisywany świat, jego bohaterowie, ich sposób oglądania wszystkiego wokół. To ważne, bo dawno prozy tak jawnie nastrojowej nikt nie proponował.

Jako powieść pokoleniowa Bez przekazu zawiera świetne sceny z życia balangowego, zanurzona jest w młodzieżowe grypsy, bawi się hipsterką, a także konstruuje znakomitą scenę współczesnego debiutu (rozmowa bohatera z medialnym macherem Wojtkiem), gdzie na moment opadają ironiczne maski i pojawia się próba sformułowania jednostkowego i generacyjnego credo.

Do rangi metafory urasta futurologiczna fantazja historyczna, z której utkany został świat powieści. Przyszłościowa wersja Polski, okrojonej terytorialnie i składającej się z samej dawnej stolicy (tyle że rozrośniętej) Polszawy jest tyleż pewną kpiną ze współczesnej metropolitalizacji życia, co przenikliwą diagnozą. Wedle tej diagnozy szczególnie aktywne stają się współcześnie różne alternatywne scenariusze polityczne i historyczne, z powodu których całe wspólnoty narodowe mogą emigrować w osobliwe formy życia cywilizacyjnego. Powieść od razu przenosi nas w podobną alternatywną Polskę i pozwala poczuć smak tego, co uznaje się czasem dzisiaj za jej potrzebną „inną drogę”.

Zakończenie powieści ujawnia, że autor miał od samego początku interesujący pomysł na całość. Eksperyment naukowy, jakiego obiektem stał się bohater książki, nieoczekiwanie uświadamia, że powieść Sarminiego to nie tylko mądra lekcja wywiedziona z prozy Doroty Masłowskiej, ale i z fantastyki Jacka Dukaja. Zrozumiałe stają się wtedy pewne zawikłania narracyjne, a na poziomie autotematycznym autor ironicznie daje do zrozumienia, że „brudna” raperska stylistyka, zabawa w „nawijki”, prozę pokoleniową i środowiskową to wszystko składniki jego poszukiwań pisarskich i sprawdzeń językowych.

Pomimo owych autotematycznych nawiasów i lekko asekuracyjnych żartów w zakończeniu powieść Bez przekazu uderza jako wyjątkowo radykalny i bezkompromisowy przekaz literacki. Książka sięga do najostrzejszych współczesnych języków krytycznych, najdotkliwszych doświadczeń społecznych, najbardziej zawikłanych nastrojów zbiorowych, aby wypowiedzieć gwałtowną potrzebę zasadniczej korekty pokazywanej w futurologicznym sztafażu współczesności. „Dobry raper jest jak rewolucji zapalnik”, czytamy w ważnej dla powieści scenie, przy czym bohater Sarminiego swojej rewolucji nie wyczytał z modnych teorii politycznych, nie wymędrkował z cudzych tekstów, ale wyprowadził ze znanej sobie społecznej psychosfery. Bez przekazu zapowiada, że czas radykalnych zmian w naszym życiu zbiorowym dorowadzi do przechwycenia logiki zdarzeń przez zupełnie nierozpoznanych wykonawców. Przyszły głos publiczny, co już chyba teraz nie dziwi, będzie bowiem głosem młodych, których wiarygodnym wyrazem stała się powieść Piotra Sarminiego.

Tomasz Mizerkiewicz

***

Aby kupić książkę i dowiedzieć się więcej na temat „Bez przekazu” KLIKNIJ TU

moshed_2018-0-3_17.0.17

Agencja mała

#freestyle

 

Mała agencja, zajmuję tam krzesła dwa

Ua! Ua! Ula la! – mówią znajomi

A mnie to co mówią jak zwykle pierdoli

Jakieś lajki, bajki, wyliczanki, gratulanki

Jakbym w ciążę zaszedł, albo kupił nowe najki

Ua, ua!

Co za reno ma

Jak ty tam weszłeś na fotel – pyta ona

a mnie od tych pytań już boli głowa

chciałem tylko wypić z tobą wódkę w klubie

potem zabrać cię na chatę, chałupnictwo lubię

ciosać deski, freski, arabeski i majtki w opcji czereśni

czerwone jak one, gdy jej policzki płoną

jak na portrecie aureola Jezuza w koronie

o Jezu! Jest taki dobry, jakbym zjarała tonę

ale jak ty to robisz, no powiedz jak,

jak ty te fotele zajmujesz dwa?

No to proste, bo mam psa, na jednym on, na drugim ja

I heloł, chcę byś krzyczała, chcę byś błagała, o ja! A A A A, o ła! No choćby cokolwiek, byle nie pytała A!

Pytała o świat spoza świata, pytała o to skąd ma wypłata

I skąd ten tatuaż i o co w nim chodzi

I skąd się to bierze, jak to się tworzy

No jak?

Ty kochasz mnie, bo jestem ptak

Albinos, ten kebab na wynos, i panna na wynos, no tak

20, 40, okej ja wykładam, bo tak wypada

Się z bitu, obiegu, weź się mną zaopiekuj

Choć na chwilę stan, ty jesteś Hanna

A ja jestem twój stan

Agencja to tercja, cokolwiek to znaczy

Ty leżysz na kołdrze, ja wciąż mam tłumaczyć

O nie! Nie jestem translatorem gugle

O ble, ja nie pamiętam, ja nie chcę pamiętać

Wiem tylko, że tam twa sukienka,

No pa!

Ale jak, ale jak ty to robisz, że nic cię już poza chwilą nie obchodzi?

No jak?

Ano tak, ja nie zdradzę ci tego, chodź zdradzam ją z tobą

Jak brat klocki lego

Ale co to agencja, co ona szczęścia ci daje, no co?

Ano daje i odejdź i zbieraj tę suknię

I widzimy się po, po, po, po, pojutrze

Wtedy wyjawię ci być może, może o tym jak się

O tym jak się w tym świecie wykładam, wyłożę,

No jak

ALEJE 44 odc. 2

odcinek 1 przeczytasz tu: https://czarnykajet.wordpress.com/2017/08/15/aleje-44-odc-1/

ALEJE 44 odc. 2

… nawet gdy są złe to się budzisz,

możesz w nich kochać lub mordować ludzi,

krzywe odbicie w witrynie twego ducha,

są twoje, tajne, niejawne jak życie,

tu wszystko dzieje się naprawdę

 

Zbudował wokół siebie wały, z przedmiotów błahych, błyszczących tanią elegancją. Uszczelnił wszystko zwitkami banknotów i drobnym bilonem. Choć nie przesadzajmy, nie było tego tak wiele by zamatować conocne przypływy świadomości. Po prostu trochę szmelcu do zdmuchnięcia jednym porządnym przypływem. Lecz wtedy wydawało mu się, że ten worek z piaskiem może się równać z wałem co najmniej Zawadowskim, tamą Hoovera, kurwa mać. Mordo, jakże mogłeś być tak naiwny, co?

Stary, wiesz jak jest. Doświadczenie, świadomość przychodzą z czasem.

A co to jest ta cała „świadomość” powiesz mi? Jednego dnia wydaje ci się, że ją masz, drugiego też a po latach cofasz się pamięcią do miejsc i zdarzeń, w których uczestniczyłeś. W których „świadomość” tamtejsza była jednym wielkim fałszem, ułuda. Jakże człowiek może aspirować do miana świadomego, gdy ma tylko dwoje oczu, uszu i jedną głowę, w obliczu oczu, uszu i głów miliardów. Czego możemy być pewni, to „podświadomość”, ta ukazała Ci się wtedy w pełni, co?

O człowieku, co Ty możesz o tym wiedzieć?

JA WIEM. Jak się wstydzisz to mogę sam im zrelacjonować..

O nie, nie tego jeszcze brakuje byś moje życie relacjonował, ty spoza tego świata. Zagarniał MOJE kurwa historie. Idź, sam żyj, sam rób i kolekcjonuj własne. Dobra, słuchajcie to było tak:

Odebrałem TO, choć nie pamiętam skąd, nie pamiętam od kogo. Bo jest tylko tu. Spękane połacie kwadratowych płyt, skanseny mokotowskie Warszawy lat ’90 oprószone blachą falistą, co wyrosła pod słońcem na kształt budek z warzywami, też zresztą blaszanymi. Bar „Sai-gon”, pasmanteria i zegarmistrz, do tego „Tanio i modnie”, epicentrum warszawskiej bazarowości, rytuał odtwarzany wedle jednego wzorca, odtwarza tę samą rzeczywistość niezależnie od miejsca. Ale obczajcie to: idę i psy (znaczy policja) wyrastają spod ziemi i rozpoczynają interwencję wobec starowniki siwej, co do emerytury dorabia czosnku sprzedażą. Nierozsądnie byłoby się  w tym momencie zbliżać, lecz to robię na przekór zasadom zdrowego rozsądku i na przekór systemowi, tak sobie myślę wtedy.

Wydałem się podejrzany najwyraźniej w swoim bezciele, więc dwóch z pięciu co tę staruszkę spisywało podbija teraz do mnie, w celu dokonania rewizji osobistej. Mokry pot na czole, lecz oczywiście panowie, bądźcie gośćmi moich kieszeni! Tu trzymam papierki po gumach, tu stary mandat, o! Tu wyjątkowa kolekcja porozrzucanych zapałek (macie może szluga?), oh a tu już zbliżamy się do mojego centrum zarządzania. Oczywiście, że pokażę, nie mam nic do ukrycia, kartę miejską z emblematem PRAWDZIWEGO WARSZAWIAKA (panowie też z Warszawy?) doładowana! i 50 złotych. Telefon? Po co telefon? Tam jest budka jak pan policjant chce zadzwonić. Wy to naprawdę nie macie co robić, prawdziwi przestępcy kryją się po kuluarach, nie na bazarach! O! To wszystko? Nie kradziony? No co pan powie! A kupowałem od ruskich, tu na rogu. Dziękuję (chuj wam w dupy). Dowidzenia.

Udało się! Kurwa znowu się udało, lecz niejasne przeczucia każą mi skitrać towar gdzieś, daleko. Może pod kamieniem, jak siekierę chował Roskolnikov? Niee, zbyt oklepane. Za to ten śmietnik z braku laku będzie idealny. Wyjmuję więc grube zawiniątko z bokserek (ulga) i kitram, nie wiem jak. I tu nagła inspiracja, doświadczeń życiowych złożona konstelacja, przypomina się Morrowind i jedna z  pierwszych misji, gdzie celem było śledzenie elfa, żeby przyuważyć jego skrytkę. Typ się nie oglądał więc ją wyhaczyłem, zgarnąłem expy i golda, jak się okazuje teraz, również cenną naukę by się oglądać przez ramię jak coś chowam. Czynię to więc niezwłocznie i oto przyuważam osobnika co mi się przygląda z niedalekiej oddali. Ha! busted lamusie! Jakby samo zauważenie miało sprawić, że zniknie, że przegrał misję i musi wrócić na start, nie pobierając 200 złotych. Niewzruszony kończę kitrać i odchodzę…

Dlaczego by nie wrócić do tych policjantów, myślę? Teraz? Czysty? W obronie polsiej przedsiębiorczości, kupić narodowy czosnek. Wow! Zajebisty pomysł, poklepałbym się po plecach trzecią ręką, gdybym mógł. Tym razem afera jednak jest większa. Staruszka zawijana już do suki pod zarzutem narażenia skarbu państwa na znaczne straty finansowe. Łapanka miejscowej ludności, prześladowania etniczne – Polacy Polaków tu gnębią. I oto bum! Odkrycie jak malowidła z groty Chauveta, bo u typka niewiadomego mi pochodzenia znajdują woreczek wielkości pięści NAJPRAWDZIWSZEGO CZARNEGO KOKSU. Tyle towaru w gaciach a typ się buja po mieście jakby szedł po bułki albo udawał gwiazdę porno. W tej chwili oczy wszystkich zwracają się na mnie. (co jest kurwa). Pan Tadeusz? Przecież on już nie żyje, odpowiadam. Nie, chodzi o CIEBIE, ripostuje pies. O kurwa, no ja no i co (towar w śmietniku).

Znaleźliśmy u tego pana (wskazuje na tego lamusa) narkotyki. Ponieważ to są pana spodnie, musimy pana aresztować – oświadcza z grobową miną.

Kurwa co? Typ ma rzekomo „moje spodnie” więc to MNIE aresztujecie? – niedowierzam ciągle.

Dokładnie tak, zapraszam z nami.

Kolejne co pamiętam to areszt. Zimna, kraciasta cela i te uczucie rażącej niesprawiedliwości jakie mnie dotknęło. Farsa! „Moje spodnie” kurwa mać! Na szczęście zaraz proces ruszy i wszystko się wyjaśni. Szkoda tylko tego towaru w śmietniku, pewnie ktoś go już zawinął. Ja pierdole.

Przychodzi strażnik i otwiera kratę. Nagle przenosimy się w przestrzeń śnieżnokremową, gdzie nie ma wymiarów, ścian, podłóg, odległości. Widzę go, stoi  parę długości ode mnie, wąs kryje się pod niebieską czapką.

Panie Tadeuszu, niniejszym, w dniu dzisiejszym skazujemy pana na śmierć przez powieszenie za wprowadzenie na rynek znacznej ilości środków odurzających. – oświadcza, z twarzą przenikliwie smutną.

Nie wierzę w to co słyszę! Jak to na śmierć? – pytam. Przecież nie było żadnego procesu, sądu, nic. Jestem niewinny! – zaczynam tracić nad sobą kontrolę. Chcę uciekać ale nie ma dokąd. Cały świat to jedna, wielka, śnieżno kremowa pustka.

Wiem, że nie było. – odpowiada posmutniały, solidaryzujący się strażnik. – Zapraszam za mną.

Nie zgadzam się! Proszę, nie! – w tym momencie, gdy zdałem sobie sprawę z nieuchronności kary, niby nie zawinionej lecz jakby sprawiedliwej, zaczynają mi wypadać zęby. Widzę je w krwi na swoich jasnych dłoniach. Zaczynam seplenić swą ostatnią mowę obronną Sokratejską, zęby wypadają jeden po drugim. Krew ścieka mi przez poranione palce.

BUDZĘ SIĘ.

Sięgam po szklankę wody ze stołu, przy okazji znajdując kolczyk blondi co mnie opuściła kilka godzin temu. Bez blanta dziś nie zasnę.