Kończy się mordowanie, zaczyna się byczenie.

Mordo i byku zbijają grabę

Nowsze pokolenie i periodyczne odświeżanie słownika o zwroty bezpośrednie zatoczyło kolejne koło. O ile kiedyś popularne było zwracanie się do kogoś per „przyjacielu”, wulgarniej, dystansując „typie”, potem długo królował „ziom” a.k.a. „ziomal” to niezaprzeczalnym hitem ostatnich dwóch lat jest „Morda”.

Morda, mordeczka, mordziunia umożliwiająca przeprowadzanie całych nieomal konwersacji:

– Mordo, mordo, mordo…

– Łe kurwa, mordo, mordo.

– Ale mordo!

– Mordziasto.

– No mordo.

Bardzo familiarny sposób, jakże zbliżający dwóch mężczyzn do siebie, akcentujący to, co w odbiorze drugiego człowieka jest najważniejsze – twarz. Ale dziś ciało zaczynać być nad twarz przekładane.

Czy to pokłosie kilkuletniej już mody na siłkę i jakiejś globalnej mutacji męskich (i kobiecych, ale to temat na inny tekst) ciał, czy influencje rapowe, zapewne jedno i drugie. Oto proszę Państwa nadchodzi: BYK.

Siema byku, trochę mnie tu nie było
Zwiedzałem świat z moją muzą”

Byk jest spoko, byk jest zły, byk ma bardzo ostre kły. Wszystko z nim w porządku, o ile ktoś sobie na order Byka zasłużył, bądź też jego ciało jakkolwiek może bycze przypominać. Ale robi się dziwnie kiedy określenie tym zaczynają się obdarzać swobodnie nawet internauci nie widzący nigdy nawet drugiego „Byka” na oczy.

„Morda” parała pijacką sympatią, ale „Byk” to już wyraz szacunku, którym nie powinno się chyba obrzucać byle kogo. Co to za bykowatość skoro Bykiem jest twój wieloletni przyjaciel, a potem koleś, którego raz na miesiąc widujesz na siłce. Przypomnijmy, że Zeus porwał Europę pod postacią Byka. Czy to już niezbyt przesadzone tak każdego brać za rogi?

Kolejnym przejawem walk o parującą męskość jest zbijanie szerokich, sierpowych GRAB przez gości noszących rurki i afiszujących się zimą nagością swych kostek. Wiecie o co chodzi, ten rodzaj graby, po którego poprawnym wykonaniu następuje odpowiednie „klaśnięcie” i obopólna satysfakcja. Nic nie mam do grabienia, sam się tak czasem witam. Ale z przyjaciółmi, kumplami, dawno nie widzianymi, taka graba to nawet czasem zaproszenie do męskiego uścisku, poklepanie po plecach Mordo-BYKA dawno niewidzianego. Ostatnio jednak bywam świadkiem sytuacji, w których graby są zbijane przez facetów mijających się na przystanku czy stacji kolejowej. Jeden idzie, spotyka grupę jakiś znajomych i bez słowa zbija im trzy obszerne graby, po czym nie zatrzymując się nawet na sekundę spieszy się dalej. Czy tak się objawia szacunek? Czy byłoby lepiej gdyby przy każdym klaśnięciu wyrzekł sakramentalnie: „byku…”

Po co? Po cóż ta cała pseudo-familiarność męski rodzie? Czy nie powinno być tak, że wyrazami sympatii obdarzamy tych, których lubimy/kochamy naprawdę, którzy są nam bliscy? A z pozostałymi samcami się kujemy, walczymy o dominację liryką i ciałem?!

Nie! Dziś te całe „BYCZENIE” i „GRABIENIE” stanowią wyraz tego co utracone, tęsknoty za prawdziwą solidarnością i przyjaźnią, tęsknoty za rozproszoną w sklepowych witrynach męskością. W moich oczach ten kto nadmiernie Byczy i Grabi sam pragnie być przez wszystkich Byczonym i Grabionym. A taki jegomość w gruncie rzeczy mocno jest niepewny siebie. „Nie bądź jak agentura zbytnio towarzyski. Bądź bliski dla bliskich”. Byczenie i grabienie ogranicz MORDO do swojej farmy.

TURBOT

Dzień, rozpoczęty notabene obiecująco, bo już o godzinie 8.00, z jedynie lekkim, półgodzinnym zaspaniem zatruł mi turbot z zamrażarki.

Dzień o potencjale rosnącym – rozpoczęty anapaną (zarówno wczoraj jak i dziś ostatnia myśl medytacji nie tyczyła się odczucia ciepła lub wyładowanie na wąsie, a którejś z dawnych kobiet, czy może precyzyjniej mówiąc *********), przez kawę zbożową marki Inka (którą wczoraj mi obrzydził nieergonomiczny [strasznie trudno się z nim poruszało; obok niego] Em. informując, że inkę podają na Kolskiej „taką zimną i ohydną nad ranem” [nie wiem skąd to wiedział]. Coś co do tej pory kojarzyłem jedynie z czystą atmosferą Dziadowieckiej kuchni Dhamma Pallavy, Em. musiał mi zohydzić wizją alkoholowej degradacji)

A potem decyzja szybka, w ułamku sekundy – na śniadanie zamiast owsianki zjem gnocchi. Wtedy też konstatując, że skoro gnocchi na śniadanie, to już nie na obiad, postanowiłem rozmrozić turbota. Jacek przywiózł znad morza chyba z 10 kg. Jestem przekonany, że podróż ta odbyła się z wszelkimi uchybieniami względem sanepidowskich norm przewozu żywności. Jedynie domniemany mróz lub temperatury lekko powyżej zera panujące na pace opla vivaro mogły działać na korzyć rozmrażającej się ryby.

Owszem, 2 tygodnie temu prezentowała się jeszcze całkiem nieźle, o ile wielka, zbita, różowa kula rybich, trójkątnych tusz może wyglądać nieźle. Turboty są tak zmrożone, że niemożliwością jest oddzielać je we właściwych kawałkach; zbita masa różowości może być cięta na wskroś bez zważania na to, gdzie przebiegają naturalne granice ości i kręgosłupów. Może być, ale nie tnę, bo rwanie mięsistych tkanek zamrożonych zbyt ohydne mi się wydaje. Szukam, więc tusz samotnych, odrzuconych od beznamiętnego, a twardego stada kuli, coś jakby dusz odepchniętych od społeczeństwa. Szukam ich i podaję im pomocną dłoń. Oferuję rozgrzanie, uwagę, trochę przypraw. Najważniejsze: sprawiam, że znów mogą stać się przydatne, przysłużyć się komuś – wyższej sprawie. Sprawie mojego żołądka.

Znajduję samotne, poza nawiasem folii, wygięte tuszyczki. Jedna ma na sobie szron, druga jakby – płatki śniegu.

Wyciągam wspaniałomyślnie dłoń i wtedy już czuję ich swąd. Nie powinny śmierdzieć skoro są w głębokiej hibernacji. Może to tylko zapach. Tak, zapach.

Zbliżam turbota, czy raczej to co z niego zostało pod drżący jeszcze anapaną nos i wtedy, i wtedy robię: „łue, łue e ehk!”.

A mimo wszystko kładę to na talerz, obok drugiego trupa i wkładam na górną półkę lodówki. Tak dziś wielka jest we mnie chęć pomocy bliźnim i darmowego napełnienia żołądka.

Staję się jednocześnie oprawcą i ofiarą, przedmiotem i podmiotem, mecenasem, beneficjentem.

* ostatecznie obiad skończył się na pizzy

notowane pierwotnie w Czarny Kajet FALL 2018

 

 

Wystarczy. | Żebra Wieloryba | WIERSZE

Wiersze w Czarnym Kajecie poczynione 1 XII 2018

 

 

Wystarczy.

Nie chcę jeść pizzy
chcę oliwki, buraczki w rozmarynie
i ogolone cipki
jedna w zasadzie wystarczy
chcę zielonej, parzonej herbaty
troszkę placka ziemniaczanego
garść nasion i dla wilgotności
łyżkę lekkiej śmietany
i chcę jej skóry ciepło
czuć na swojej skórze
chcę klepnąć pośladek
dwa w zasadzie wystarczą
tyle. wystarczy.

 

Żebra Wieloryba

Pod żebrami wieloryba
utkanymi barwnym szkłem
nocą kwitną łąki gwiazd

Płyniemy w brzuchach kolorowych ryb
o ślepiach czerwonych i żółtych
w strumieniu drogi jednej świadomości
stłuczonej w miliardy świadomości mniejszych
nawleceni jak błyszczące korale na nić

Każda ryba ma swoją rybią sprawę
i nie ma w tym nic złego
płyniemy, otoczeni żebrami wieloryba
w brzuchach kolorowych ryb
/niebo przywdziało czerń
i gotuje dla nas dzień/
w jedną stronę
a przecież nikt nam nie powiedział
gdzie
wiemy
jak ławica wie gdzie

w aucie słyszę tylko szum.

sarmini portret

Kraków, 25 X 2018

Czarny Kajet FALL 2018

Hostel B-Movie, Kraków

/Cejrowski i TVP napierdalają mi nad łbem spójną propagandą nienawiści. Dziennikarz – publicysta-konserwatysta się spotkał z drugim takim samym i teraz razem se takują i atakują i wynika z tego to, co zakute łby chcą./

A ja dziś chcę przeżywać, chcę się odrywać od przeżyć zapętlonych we fraktalach mikrocierpienia.

/Dzięki (Bogu) Hiszpanka przełącza kanał/

Rozmawiałem z Jabłonką i się pożegnałem z nią dobrze, odcinając ją od pępowiny wyrzutów sumienia i myśli kreślących alternatywne scenariusze przeszłości i przyszłości. Podziękowaliśmy sobie i teraz oboje ku wolności, przynajmniej tej od wzajemnej zależności. Bo do wolności osobistej daleka jeszcze droga… nie! CEL daleki, bo droga jest już kroczona. I potykana. I upadana. I dalej: powstająca, idąca (z bólem), biegnąca (z radością).

Materia. Ja w żyłach i arteriach dawnej stolicy tego kraju. Na łeb pada. Na łeb pada. Na  łeb  pada. Że nie mogę (choćbym chciał) wejść tu i tak, bo w kielni brak królów, na torsie munduru, że no brak. Bezdomność Kajeta. Bo ja chciałbym wszędzie. I na tego królika w śmietanie i na wino czerwone, na piwo zielone, deser nasączony alkoholem. A jak nie mogę to mi czyni nieszczęście, a jak mogę to krótką radość, spulchnienie materiału modnego: E G O.

I potem w sztosie, z jakąś u boku, przemierzam ciemne ulice w szlafroku(autentyk: #Sylwester2018) i zamawiam cierpa:

Weźmy narkotyki – mówię.

I płyniemy. Płyniemy na radiowych falach nocnego „Radia Kampus” do obskurnych bram, gdzie zostawiłem kiedyś swój tag i gdzie tagi inne też znam, a tam pan:

– Pięć dych za gram.

Tfe, ścierwo. Ale jakbym miał to jechałbym do szklanko-metal bram i tam:

– Siema. Pięć stów za gram.

I też bym brał.

A potem z nią na dom

/boję się, że mi się skończy tusz w piórze/

i na białe łoże. Ona skąpana w czerwieni kolorze
światła
Pręży się lub jest bardzo mała (to już zależne jest od niej i od ostatnich dwóch godzin [nietrzeźwych]), ale obojętnie jaka jest biorę ją jak Piękny Pies, a jeśli kocham, lubię, szanuję to nazwę „suką”.

A ona wtedy jęknie i na świecie, przez krótką chwilę znów będzie pięknie, bo dwoje ludzi przypomniało sobie, że w głębi, wypełnieniu, sokach, tarciu wilgotnej tkanki o skórę SĄ ZWIERZĘTAMI.

A potem leżymy w mokrej pościeli, paląc lub nie (to zależy od tego jaki był ostatni dzień) i śmiejeMY się, milczyMY, patrzyMY w oczy, dotykaMY lub nie (patrz wyżej).

A rano czuję nic. Kac. Nic. Kac. Smród. Nic. Ból.

Ona jest czy nie? To zależy (patrz wyżej).

/Facet stary i łysy, jebał go pies, przełączył ka nał, podgłośnił film o Stalinie, sytuacji rosyjskiej wsi, stracony romantyczny flow-chill/

Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem – recenzja

Życie zamienione w anegdoty

Przeprowadzaliście się kiedyś? Ja wielokrotnie. Z każdymi przenosinami coś się zatraca; to sztuka kompromisów, wyborów. Jedno decydujemy się zostawić, drugie wyrzucić, trzecie oddać komuś gdzieś. Lżejsi o rzeczy, ciężsi o wspomnienia podróżujemy w kolejne Nieznane. Sami, czasem z kimś. Zwykle sami.

Taką mam zasadę: „wszystko ma wejść do kombi”. Dlatego kupiłem kombi. Zasada wyklucza meble; jeśli są, to podlegają kategorii przedmiotów „domowych” nie „osobistych”. Wśród osobistych, są na pewno książki. Lekkie, ciężkie, grube, cienkie, małe, wielkie, przeczytane i te „na kiedyś”, w oprawach twardych i miękkich, nowe – błyszczące oraz stare poszarzałe, kupione na bazarze zmarszczone. Trzeba to do kartonów pomieścić. Czasem, jak pakuję, mam ochotę zostawić na ulicy. Wyrzucić z rąk ważący pięćdziesiąt kilogramów karton i powiedzieć: pierdolę was! pierdolę papier, literaturę, obwoluty i pogięte rogi! Zostaję nomadem. Nomadem z ebookiem.

Ale potem przychodzi moment skruchy, przeprosin. Gładzę, układam kolorowe grzbiety na nowej półce, chucham, prostuję i jestem wdzięczny. Wdzięczny, że je mam, bo przesuwając wzrok po obwolutach to jakbym oglądał przyjaciół dawnych lat, kompanów, którzy nadali sens (i liczny bezsens) mnie dzisiaj. W książkach się człowiek odbija (Encyklopedia Polskiej Psychodeli). Jak ma na półce wszystkie wydania Gombrowicza i Białoszewskiego, o tak, na wyciągnięcie ręki, to jednak co innego niż gdyby tam stały świeczki i czytnik amazona.

Ja jeszcze nie mam Gombrowicza i Białoszewskiego wszystkiego, ale mam Marcina Wiche. Dużo poręczniej, bo wydał dwie – łatwiej być na bieżąco. Czy go stawiam obok tych powyżej? Tak. Bo mam wąską półkę. Czy tak jakby znaczeniowo, doniośle? Nie. Nie ta półka, inna kategoria, liga. Ale też bardzo dobra. No i książka ładnie wydana. Taka szara eminencja, z granatową podwiązką. Ma coś w sobie.

Książka Marcina Wichy, Rzeczy, których nie wyrzuciłem postuluje, że jako ludzie z przedmiotami się łączymy i gdzieś, czy tego chcemy czy nie, na zawsze w nich pozostajemy (dlatego warto je czasem przez życie nieść). One stanowią odbicie tego kim jesteśmy, kim byliśmy (kim się staniemy?).

Autor – skończony esteta – brodzi wśród materii: książek, ładowarek, lamp i zakurzonych półek, sięga po rzeczy bezpańskie i osamotnione. Nie jest to podróż bez celu; przyszło mu sprzątać mieszkanie po zmarłej przyjaciółce. A tak się ułożyło, że ta przyjaciółka była jednocześnie jego matką.

Nie mówiła o śmierci. Tylko raz. Nieokreślony ruch ręką, machnięcie w stronę półek:

– Co z tym wszystkim zrobisz?

A więc on teraz robi. Sprząta, układa, porządkuje. Rzeczy się stają wzmacniaczem wspomnień: zaczytane przez matkę powieści – przekaźniki obrazów i zachowań – barwnych, wyrazistych, takich „tylko jej”. Bo z tego obrazu, który kreśli syn wyłania się postać bezkompromisowa, zadziorna i ironiczna.

– Pamiętasz Mariuszka z naszej szkoły?

– Bardzo miły – odparła, ponieważ pamiętała, że go nie lubiłem.

Matka. Żona. Polka. Żydówka. Pedagog. I bohaterka. Taka w prawdziwym sensie, nie tylko historii. Bohaterka w oczach dziecka, które uczyła jak się zdobywa książki w PRL, jak się walczy o swoje, jak się trzeba szarpać, żeby wyszarpnąć i jak mówić prawdę, by nas szanowali.

Miała słowa na każdą okazję. Posługiwała się nimi jak zestawem narzędzi. Śrubokręt do każdej śrubki. Klucz do każdego zamka.

Wyrasta z tej postaci autorytet kobiety silnej. Nie nieskazitelnej. Po prostu takiej, którą być mogła w trudnych powojennych czasach. Przedstawicielka pokolenia, któremu obiecywano piękne życie, a które dostało kartki, kolejki i przepisy na królika w śmietanie. Ale zrobiło to co mogło.

 

Niezasadnie ten zbiór klasyfikować gatunkowo. Nazwanie „esejem” może odstraszać, mówienie, że to opowiadania, pamiętnik czy powiastka filozoficzna byłoby nadużyciem. Jest to wszystkim po trochu, gatunkowym synkretyzmem, który czyta się z zaskakująco lekko, bez ckliwości i bez wyrachowania. Mikroopowieści, duże na pół strony czasem na kilka, przecinają kilka porządków i czasów. Są kolorowe lata 60-te, dogasający PRL, początki wolnej Polski i współczesność – zakurzona i matowa wobec śmierci, która nadeszła. Układa się to wszystko w luźnej chronologii, która płynnie prowadzi nas do… do końca.

Wicha wytyka, że Europejczyk XXI wieku nie potrafi mówić o śmierci. Nie chcemy jej widzieć, myśleć. Brakuje słów.

– Zaczęło się już to [mówi lekarz]. Pan rozumie? Zaczęło się to. Pan rozumie? To.

Uczymy się jednak głębiej rozumieć, a to już wiele. Rzeczy, których nie wyrzuciłem są pochwałą codzienności oraz instrukcją pożegnań, tych ostatecznych. Instrukcją pamięci o tym jak chcielibyśmy zapamiętać swych najbliższych, a także jak sami będziemy zapamiętani. Nie bije z tej książki żal niewyjaśnionych spraw, obcości. Pozostają ciepłe i zabawne anegdoty. Te anegdoty, która chcemy opowiadać przy rodzinnym stole. Bez dat i szczegółów. Impresje po prostu, powtarzane wielokrotnie to tu, to tam.

I choć śmierć to niby nie temat do rozmów Wicha pokazał, że można. Że można z szacunkiem, przekąsem, nieraz uśmiechem, mówić o tych, którzy odeszli. Tego się warto nauczyć.

***

 

Przypis: Książka „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” została w tym roku nagrodzona nagrodą im. W. Gombrowicza, Paszportem Polityki oraz Nagrodą Nike. Autor Marcin Wicha (ur. 1972) jest grafikiem oraz eseistą.

Za nadesłanie książki dziękuję wydawnictwu Karakter.

 

Nad morze przyjechał do mnie PeKa. Już dawno gadał mi o leku, który podkrada ojcu, (co swoją drogą uznaję za dość żałosne), i który to lek zaaplikowany przed snem wywołuje u niego doznania narkotyczne. Lek nazywa się "Na sen" (jeśli czyta to przedstawiciel koncernu farmaceutycznego, to nie mam nic przeciwko by ten product placement był komercyjny), a jego substancją czynną jest zolpidem. PeKa. z namaszczeniem wręczył mi nadwyrężony mocno blister leku NA SEN (widzicie jak ładnie lokuję? #SEO) i polecił połknąć jedną tabletkę. Wobec osaczającej mnie nudy uczyniłem to bez wahania. Połknąłbym nawet drugą i trzecią, byle przerwać nadmorską chandrę i durnodźwięki kapiące z telewizora. Połknąłem i czekałem ku uciesze PeKa - (zawsze go to bawi, kiedy się ućpię czy upiję, a że robię to coraz rzadziej, okazja była na swój sposób wyjątkowa.) 
Cała zabawa z zolpidemem (lekiem NA SEN - co na sen, ratunku nie mogę zasnąć, leki bez recepty na sen, na sen, problemy z zasypianiem)  polega na tym by go połknąć, ale NIE IŚĆ SPAĆ. Oczy mieć szeroko otwarte, umysł w trzeźwości i czekać. Czekać na stojąco, lub siedząco, ale na pewno nie leżąco. Po 20-30 minutach zopldiem zaczyna ujawniać swą dziwaczną moc, czyniąć świat i naszą świadomość miejscem onirycznym. Trudno opisać jego działanie, szczególnie, że przy końcu lek odbiera pamięć. Ostatnie co pamiętasz, to spadanie na otwartą klapę laptopa grającego Nicki Minaj. 
Stojąc w straceńczej służbie literatury, kontynuując dziedzictwo wszystkich pisarzy zażywających, niepraktykujących, postanowiłem PISAĆ i przekazać wam Niewdzięcznym (to nie do pana, panie przedstawicielu koncernu farmaceutycznego) okruchy zolpidemowej świadomości. PISAĆ i NAPISAĆ. Wyszło opowiadanie. Słowa wylewały po miękkich zagonach pościeli tworząc sensowne gramatycznie zdania. Zapewniam, że są one też złożone semantycznie. 
Kiedy dałem "Kopułę" do przeczytania Jerzemu (53 l.) powiedział: "nic z tego nie zrozumiałem". 
Nie dziwię mu się. 
Jest to bowiem opowiadanie wymagające od Czytelnika ufności i wnikliwości, a na te trudno dziś sobie pozwolić. 
Pozostawiam to jednak Twojemu osądowi.

KOPUŁA

Pierwszy dzień lata 2028 roku rozpoczął się drugiego kwietnia. Drugiego, bo pierwszego nikt nie zrobił żartu spektakularnego, ani jakiegokolwiek w ogóle. Nie pamiętam by zrobił, a więc nie zrobił. JA też nie zrobiłem, a więc współwinny się czuję napędu koła w osi posthipsterskiego-korpo marazmu, koła toczącego to miasto.

Warszawa jest wedle naocznych świadków – znajomych operatorów dronów, kręcących reklamy reklam, w kształcie wielkiego dysku. Axis Mundi dysku wyznacza Pałac Kultury, a pomniejszym axis tym bardziej pragmatycznym, tym bardziej „zejdźmy z chmur na ziemię i skilujemy deadline” jest siedziba firmy „DronSons”.

Te dwa punkty: PKiN oraz „DronSons” mieszczące się w kamienicy na Mokotowie, tuż obok McDonalda stanowią dla Ksawerego – droniarza – oś współrzędnych x i y, południk i równoleżnik, terytoria jego działań jakim jest dysk. Dysk Warszawa. Pokryty białą kopułą spermy, koksu i mąki z kajzerek. Zespojony solidnie sylikonem i niby to wyraźnie, a niby nie (tak, że łatwo zapomnieć) rzuca na Warszawę cień. Cień przytulnej ignorancji.

Modlitwa do Kopuły:

O Wielka Kopuło! Złożono ze spermy, amfy, jajek i kruszonek udziel nam, chroń nas, zyszczyj nam, racz się jaczy wola Twoja, jako w Kopule tak i na Ziemi, chroń nas o Kopuło! Nocą, o świcie! Chroń nas od innego złego, bo swego mamy już w kurwę. Chroń nas i jeśli woja Twoja to zyszcij nam coś spuści na stock. Ale niech cię od złego pokuszonego nietentego, jego jimię folołowane, zbaw nas, zbaw! na wieki, wieków. Cola.

Ksawery co dwa dni zmawia modlitwę do Kopuły, by mu się życie nie zwaliło na łeb. Przed każdym wyruszeniem na kręcenie reklamy, a później making-offa reklamy odmawia ją solennie. Nakazuje mu to przełożony i regulamin „DronSons” uaktualniony o nową „politykę prywatności”.

Polityka prywatności zmienia się często, bo chodzi w niej o utrzymanie prywatności, a ta ze swej natury nie powinna być przecież dobrze znana, czy publiczna. Publiczna prywatność? Dziś nawet oksymorony nie prowokują różowych, śliskich, łakomych ust Wielkich Pożeraczy Gówna. Gówno się stało tak powszechne, że jego zapach mało ich nęci. Co to za gówno, z którego wszyscy są zadowoleni, bo je pakują dzieci w bąbelkowe folie i ładne, jednorazowe kartoniki. Gówno, które mają za uszami wszyscy, nie może być już „gównem” dłużej nazywane! O teraz nazwiemy toooo…. „produktem”! eureka! Nowe gów… to znaczy … pprpodukt, produkt w aptekach!! PRODUKT w sklepach, marketach, szaletach….

PRO D U KT JEST WSZĘDZIE! PRZYJDZIE TEŻ W NOCY I CIĘ ZJE!!!!!

Jak go nie kupisz. Ale kupisz, tak? ?

– Ksawery jak twój start?

– Już już, Pani Tolo, rozkręcam śmigiełko i lecimy w niebololo!

– Ksszz kszzzz, wiem, że to ksz ksszzz, niepoprawnie w pracy, ale ksz kszksz, mógłbyś tak dziś pszybować ze mno na kolacji?

– Nie wiem ksz ksz czym dobrze odebrał Pani Tolo. Chce pani, żebym pani przywiózł tym kolację?

– Nie nie, ksz ksz, ja chcę Ksawerku cobyś mi ją zjędli razem. Drona zostaw u kolegów.

– Ale Pani Tolo, ksz, ja jestem operatorem, pilotem teo drona! Pani widzi jakie mam poważne skórzane rękawiczki i tu fsiu, bdźiu, niebieskie guziczki? To jest moje narzędzie pracy.

– Masz także inne kszksz narzędzia Kszksz. I twoim męskim obowiązkiem jest z nich korzystać. Pogadamy jak wylądujesz, a teraz skup się na celu żołnierzu, co widzisz?!

– Pani Tolu, za pośrednictwem swych gogli VR i kamerki nabrzusznej widzę plan reklamowy. Wielką ksz reklamę, wielkiego produktu. Over. Kszsz

– Co to za produkt Ksawery? kszksz. Czy uda ci się podlecieć bliżej i strzelić mu pack shota? Kszsz. Over

– Zdaje się, że to ksz zupełnie nowy i rewolucyjny płyn do prania tapicerek „Klinex”. Ma… o Kopuło Najbielsza… ma nowe aktywne składniki piorące i mikrogranulki, a do tego… o ksz sz.. świąteczny zapach cynamonu. Over! KszKSz

– Musimy to mieć Ksawery. Kszsz. Spróbuj podlecieć tak, aby reklama i produkt się nie wystraszyły. Postaraj się nagrać prezenterkę porównującą „Klinex” do zwykłego, wiodącego producenta płynów do prania tapicerek. Over!

– Kszsz, mam to. Narzucam czarno-biały filtr na Zwykłego Wiodącego Producenta.

– Doskonale… kszsz

– Czy dodać cyfrową wizualizację ukazującą moc nowych aktywnych składników piorących i mikrogranulek? Over!

– O Boże Ksawery, jak tu cię nie kochać. Spotkajmy się po pracy. Over… kszsz

– Ale pani Tolo. Uwagalolo, uwaga, namierzył mnie wrogi dron, powatrzam! Namierzył mnie wrogi dron! Lecę wprost, na kopułę, kszksz, powtarzam, lecę wprost na kopułę!

– Ksawery! Natychmiast zdejmij gogle, katapultuj się słyszysz?1 Zdejmij gogle, Ksawery! KszKSz

– Widzę szczegóły anatomiczne Wielkiej Kopuły! Kryształki amfetaminy, mąkę z kajzerki i obszczaną chusteczkę over!

– Ksawery, zawróć natychmiast! Rozpadniesz się jak Ikar, to nie jest prawdziwe, słyszysz? To nie jest prawdziwe życie, to są śmieci, to nie są produkty! Powtarzam: to są śmieci, to nie są produkty! Nie filmuj tego! Natychmiast zawrócić! KszKSz

– KszKszKszK

– Ksawery???

– KszKSzK Widzę bęben pralki i plastikowe butelki. Wcale nie są białe?! Co robić? KszKSz

– Ksa….

– Wrogi dron otwiera ogień! Muszę wylecieć przez kopułę, powtarzam: muszę wylecieć poza kopułę!

– Natychmiast za…

– …… fbz… bzzuuuuu. Iiii..yykszssz……

Tola obróciła się na krześle i spojrzała w przestronny pokój mieszczący się w kamienicy firmy „DronSans”. Na jej ściągniętej twarzy okalanej rudymi, kręconymi włosami, skupiły się teraz oczy pozostałych pracowników Centrum Dowodzenia. Wśród monitorów i hologramów przecinających pokój dało się wyczuć materię napięcia emocjonalnego, stresu, który tylko na krótkie chwile dnia, opuszczał te pomieszczenie. Tola wycelowała zielone oczy w Starszego Inspektora ds. Lotów WK – Tomka i wydała krótki rozkaz:

– Odłączyć.

Milczenie stało się głośne. Tomasz, z kroplami potu na czole, które przedrzeć się chcą przez gęste, czarne brwi, podnosi klapkę osłaniającą wielki czerwony przycisk. Patrzy, na Tolę po raz ostatni, a kiedy widzi jedynie lekkie skinienie głowy, przymyka oczy i…. naciska guzik.

Ksawery – operator drona zanurza się w śmieciowej chmurze dryfującej nad Warszawą. Zaczyna rozumieć. Zaczyna rozumieć wszystko. I boi się.

Rozumie co dzieje się z produktami, kiedy przestają działać i co dzieje się po tym jak Łowcy Produktów Umarłych zabierają je spod jego i sąsiadów drzwi. Do tej pory myślał, że produkty umarłe po prostu znikają. Że spala się je, albo przerabia i nie ma ich. W każdym razie nie tak wiele. Wielka Kopuła, miała być wielka, owszem, ale nie miała być wszystkim. Teraz Ksawery rozumie… i przeraża go to. Rozumie, że poza Warszawą – Wielkim Dyskiem, poza produktami i poza kopułą, Wielką Białą Kopułą śmieci, na tym świecie nie pozostało już dla niego Nic.

Sygnał czerwonego przycisku dochodzi do gogli. Mocne i precyzyjne wyładowanie elektryczne paraliżuje a następnie wyłącza mózg Ksawerego, tak jak wyłącza się mózgi zwierząt w rzeźni. Ksawery staje się w tej chwili zupełnie nieużytecznym produktem. Teraz można go już tylko wystrzelić w Wielką Biała Kopułę.

 

Fetysze emocjonalne

Fetysz: „w religiach pierwotnych: przedmiot, któremu przypisywano siłę magiczną”

„Fetysze emocjonalne” to projekt, który przyszedł mi do głowy wraz z początkiem lata – wspomniałem o nim w ostatnim wpisie.

Chodząc po plaży w stanach i towarzystwach przeróżnych, chodząc przez ponad dwa miesiące, napotykałem rozmaite przedmioty i formy: kamieni, muszli, przedmiotów etc. wyrzuconych przez morze. W ciągu tych dwóch miesięcy moje emocje, nastroje i siły zmieniały się jak struktura piachu, po którym stąpałem. Plaża niby pozostawała ta sama, jak i niby Piotr pozostawał Piotrem, ale w rzeczywistości niewiele z „dziś” przypominało to z wczoraj. Emocje są dynamiczne i nie jest to wyraz dysharmonii czy szaleństwa, a naturalny stan ludzkiej natury.

Zebrałem z plaży to co wydało mi się najwyrazistsze, co zarezonowało we mnie i luźnym skojarzeniem przywiodło emocje i stany, których ostatnio doświadczałem. „Fetysze emocjonalne” łącząc fotografię i surową poezję próbują ukazać złożoność ludzkich emocji, odnaleźć ich przyczyny (sytuacje) i rozpoznać warunki, w których takie emocje lubią się pojawiać.

Minerał szlachetnej dynamiki

Minerał szlachetnej dynamiki

emocje: rosnące podniecenie na wysokości splotu słonecznego, zadowolenie z siebie, odwaga, moc, sprawczość

sytuacja: wykonywanie elementów większego projektu z łatwością, polotem i autentycznym zaangażowaniem

warunki: umysł pozbawiony negatywnych emocji i wolny od przebodźcowania, ciało zdrowe, oddech głęboki, wolność w działaniu, samodzielność

 

Bursztynowy naszyjnik

Bursztynowy naszyjnik

emocje: radość w klatce piersiowej, krótkotrwała satysfakcja, atrakcyjność, kompulsywność

sytuacja: przebywanie w miejscach zakupowych, towarzystwo, chęć stymulacji humoru, „potrzeba” odświeżenia swojego „ja”

warunki: wypłata za pracę, poczucie „zasłużenia” na coś materialnego, oszczędność pieniędzy na innych polach

 

Martwa Mucha

Martwa Mucha

emocje: głęboki żal po stracie, poczucie pustki, bezsensu życia po zaznanym niepowodzeniu i utracie ukochanej osoby

sytuacja: emocjonalna i seksualna samotność, bycie daleko od domu, popadanie w nałogi, brak sił, niedotrzymywanie postanowień

warunki: nieprzepracowane ważnych doświadczeń w bieżącym czasie i zepchnięcie ich do podświadomości, brak wyraźnych sukcesów na polu zawodowym i prywatnym, brak poczucia stabilizacji życiowej

 

Pordzewiałe okowy wolności

Pordzewiałe okowy wolności

 

emocje: poczucie „zluzowania” dyscypliny, chwilowa wyrozumiałość, upojenie. Następnie: żal, wstyd, powątpiewanie we własną wolę i sprawczość. Dalej: podjęcie postanowienia o tym, by nigdy raz zrzuconych okowów powtórnie nie zakładać.

sytuacja: niespodziewany nawrót do dawnych myśli i wzorców zachowań, które uważało się za niebyłe. Nawrót często połączony z używkami, lub określonym towarzystwem wywołującym stany i zachowania, których potem się wstydzimy.

warunki: Sytuacje towarzyskie z ludźmi „z przeszłości”, którzy znali nasze inne, rozchełstane „ja”. Wyjazdy, nowe miejsca, osłabiona wola, używki

 

Smolista magma wielości

Smolista magma wielości

emocje: poczucie „zalania” informacjami, osłabiona pamięć, smutek, złość, podniecenie, lubieżność, ogłupienie

sytuacja: codzienna praca na komputerze wymagająca zbierania i przetwarzania informacji, prowadzenie portali społecznościowych, przykładanie wagi do „życia online”, potrzeba dzielenia się z innymi każdą chwilą

warunki: kompulsywne nadużywanie internetu, gier, pornografii. Niemożność zaprzestania „przeglądactwa”, potrzeba bycia w strumieniu informacji, potrzeba kompensaty wobec rzeczywistości

Chropowaty kamień pełni

Chropowaty kamień pełni

emocje: bezwarunkowa, spontaniczna radość, poczucie spełnienia „rozlane” po wnętrzu ciała, lekkie podniecenie seksualne, energia do działania w przyszłości

sytuacja: czas wolny od pracy spędzany zgodnie z własną  naturą, obcowanie z pięknem przyrody, poczucie obfitości w życiu

warunki: brak problemów na polu zawodowym i prywatnym, bądź nieprzywiązywanie do nich wielkiej wagi; zdrowie fizyczne, życie zgodne z własnymi dążeniami

 

Ciekawi mnie czy i Ty zaznajesz podobnych uczuć. Czy rozpoznajesz warunki i sytuacje, które na nie wpływają, czy dajesz się unosić falom emocji bez kontrolowania? Podziel się tym w komentarzu!

 

 

 

 

 

 

 

 

JA JA JA 5

3 lipca 2018, Jarosławiec

Mi

Im

Mnie

Einm

Ja

Aj

Rośnie we mnie coś, sam nie wiem, coś jest we mnie. To tu i tam, ale tego nie było we mnie.

Co to jest? Czy to się do ciebie zbliża?

Czy to jest daleko czy blisko?

Czy eksploduje, czy imploduje?

Czy to jest przeszłość czy przyszłość?

Czy to daje czy zabiera; oba?

Czy to wnosi, czy wynosi?

Czy to zabije czy da życie, czy przepoczwarzy?

Co to jest?

To chyba tekst.

 

Opowiadania się wybierają i klarują. Wyłaniają przy otwariu oczu. GRZECH: nie zapisałem rannego. Było coś o ataku na przeciętność. Pamflet na zwyczajność. Chyba tak. To jestem ja.

Znalazłem na plaży dwa czarne kamienie. Jeden – teraz jak nań patrzę – jest grafitowy bardziej; porowaty, ze srebrzystymi odpryskami, przy ruchu mieni się jak obsypana brokatem twarz dziewczyny na wiejskiej dyskotece. Czarny jest wtedy, gdy go obleje woda.

Drugi jest czarny dalej, porowaty mocno. Być może to kawałek asfaltu. Pachnie drogą. Zawiera w sobie tysiące jasnych kamieni, rożnych wielkości. Jest prawie trzykrotnie większy od poprzednika. Nie tak smukły w kształcie.

Wpadłem na pomysł, że te kamienie to będą moje emocje. Nie tylko te dwa. Kamieni uzbiera się cała kolekcja. A każdy z nich, jak muzealny obiekt zostanie nazwany i należeycie przez kustosza –czyli mnie – opisany. Niczym mierna instalacja jaką można oglądac w Zachęcie, tak przeciętna i banalna wizualnie (mogąca zadziwić jedynie umysły niewyrobione np. ośmioklasistów uczęszczających na lekcje etyki i historii sztuki), zostanie znadinterpretowana ciężkością lirycznego znaczenia. Mówiąc prościej: jeden kamień wyrażać będzie jedną emocję, a opis stanowić będzie moje wspomnienie łączącę się z tą emocją. Może zrobię z tego katalog, zin, czy plakaty.

Intuicyjnie rozpocząłem od kamieni czarnych, porowatych, przyciężkawych, niewyględnych, chcąc uporać się może na wstępie z emocjami nieprzyjemnymi, tymi, które tak trudno wydobywać na wierzch. Nie znam jeszcze znaczenia jakie niosą te kamienie. Muszę przyjrzeć się im bliżej, a wtedy zadecyduję.

ŁDZ toczas dla nas. PART 1

ŁDZ to czas dla nas. PART 1

Obudziłem się w moim mieszkaniu, które nie jest moje (bo je tylko wynajmuję), lecz czuję się tu względnie dobrze. Dobrze jeszcze przez 10 dni, bo wtedy znów przeprowadzka, wyjazdy, elo Warszawa! elo Bałtyk! taki los prekariatu, że się nosi co rok ze starymi gratami i nowymi zamiarami, które może wyrosną, a może zarosną je chwasty.

W pokoju panuje rozgardiasz: torba uber eats, rower, biurko, szklanko-gacie, stosy książek i pamiątek po wiedźmo-księżniczkach.

Telefon dzwoni:

– Kocie to dziś. W końcu dziś.
– Nie jadę.
– Jak to?
– To nie dla mnie. Zostaję stolarzem.
– Przestań się wygłupiać. Zakładaj buty i widzimy się na Wschodnim. Ja się jeszcze muszę umalować. Pa.

Sprzeciwiałem się wezwaniu, lecz nie miałem wyboru. Kasia odwróciłaby się ode mnie, gdybym teraz zawiódł ją po raz kolejny. Oczywiście zamierzałem jechać, ale chciałem sprawdzić jak zareaguje na moje droczenie się, czy weźmnie mnie na serio.

Nie wzięła.

Próby prasowania koszuli od razu zarzuciłem, przypomniawszy sobie, że deska do prasowania, a właściwie jej nogi pękły pod ciężarem Weroniki, która z deski chciała mieć krzesło. Jak trzeba być nieroztropnie pijanym i łaknącym wyzwolenia, ażeby siadać na desce! I to jeszcze kobieta. Dziś nie potrafią, ani prasować, ani gotować, ani…

Ale już nie marudzę, bo zegar wybija 6:20, woda prysznicowa stopni 20 – co najwyżej, orzeźwia, poprawia krążenie, wygładza cerę, wkurwia mnie; wyskakuję, look w lustro dumny, w tył zaczeska i na goleska się wybijam jak antyczny pomnik na piedestał.

– Brunon?
– o, hej, Paula, o sorry, wiesz, brałem prysznic zimny, o, no..

Dziewczyna współlokatora. Jedna z trzech. Kurwa i akurat teraz wyjść musiała, kiedy moja pa… męskość przypomina raczej chłopięcość (to przez zimny prysznic!).

6:27, pociąg, odjazd za 22 minuty. Zgarniam z łóżka byle ciuchy, śniadania nie jadam, dobra typie, zbieraj się! tam rozmowa życia czeka cię!

6:33 – wezmę rower, jestem gotów, telefon jeszcze… gdzie… okej. Dobra, wybita. Kurde, brak klucza… 6:37 – dwanaście minut. 6:38 kurde, gdzie on jest…

– Damian! Wchodzę!
Wchodzę do pokoju współlokatora, Paula już na właściwych sobie torach, czyli na nim, wow, teraz dostrzegam, w górę i w dół, w górę i w dół, za co ją tak… kocha.

– Człowiekiem jestem! – krzyczę – i nic co ludzkie nie jest obce mi!
– Kurwa, Brunon, puka się!
– No właśnie widzę, ale ja muszę wyjść! Wychodzę tarasem, zamknijcie za mną. Paula wiesz, to naprawdę była zimna woda… dobrego dnia! pa!

Dobiegam pędem na stację Veturillo, wypożyczam rower z ruchomą w pionie kierownicą, wrzucam bieg trzeci i pędzę pośród praskich kamienic na pociąg do Łodzi, który odjedzie za 7 minut z Dworca Wschodniego.

***

Część druga już za tydzień. Wypatruj i śledź mnie na instagramie i fejsie!

 

Wiersz 1#

1#

Ona patrzy się

na mnie

Lwiejąc

z rozpostartymi jak motyl ramiona

twarz ma

Piekniejacą

pok każdą perspektywą

bliży i dali

 

w pół przeciętą

setką czarnych mrówek

które się rozpadały nad nami

przy sprejowaniu muru

 

Patrzy

i wygląda na to

że coś zobaczyła.

***

 

 

 

Biznes, kultura i porno – #OPOWIADANIE

Czeka ktoś gdzieś,
patrzy w stronę drzwi,
dawno miałeś być,
ale nie wie tego,
że hasz był mocny.

Sokół i Marysia Starosta, Spotkanie

 

Biznes, kultura i porno
ku pamięci, że żyć tak dłużej nie wolno

Nie wie tego nie, że depresja była mocna i mroczny był dzień, taktowany bólem płata czołowego, zęba górnego, bodaj siódmego od przodu i był to dzień, jakich przeżywać się nie chce, a mimo tego, człowiek sam się na te dni skazuje, począwszy od zaspania, umyślnego snu przedłużania, nie zjedzenia śniadania, odpalania papierosa na pusty żołądek. Potem biegu ciągłego, syfu do mózgu wlewanego przez smartfon, kwejk, gang, bang, muza, elo, śmierć, coś tam gdzieś.

Ty tu sam w metrze ledwo się trzymasz, stoisz ledwo. Wysiadasz pośród setek, tysięcy wysiadających, okropna jest myśl o obowiązkach, i ludziach cię czekających, już zaraz, mimo braku w żołądku śniadania, odpalasz drugi papieros, by bolało, a jednocześnie nie czuło się nic. Narkoza i pobudzenie jednocześnie, dziś nie jesteś wieszczem, jesteś leszczem, śmieciem, milionem.

Dzwoni telefon, to szefowa pyta, kiedy zobaczy twój ryj, pyta pro forma, bo oboje zdajecie sobie po cichu sprawę, że tak naprawdę wolelibyście nie spotkać i nie widzieć się już nigdy. Lecz ona mimo wszystko pyta, kiedy zawitasz, to zbywasz ją pół-prawdą, coś o bezprądnych tramwajach na Pradze i idziesz dalej. Paląc patrzysz na mury, graffiti szukasz znajomych kresek, dziar na trzewiach i skórze miasta. Dostrzegasz napisy te same, co zwykle i głowę podnosisz w tym samym miejscu co zwykle, by ujrzeć… te co zwykle graffiti na kamienicy szczycie, tego dnia akurat wyjątkowo poszarzałe i niewyraziste, i nie czujesz nic. Pusto. Nic.
Kaszel. Skręt. W prawo. Udar. Rozbija beton i łeb. Buduje się. Rujnujesz się. Czemu tu idę. Nie tak miało być. EJ!
Wyrzucasz kiep, odbija się od puszki po tajgerze, spada na chodnik, nie schylasz się by go podnieść, to będzie tragiczny dzień i na pewno nie poruchasz, to już wiesz, bo kiedy niedopałek nie wpada do kosza to jest zły omen. Zły znak.

Oh men, schody, wbij kody, zbieraj nagrody, 120 klucz 8566, cześć! Cześć! Cześć! – pokoje otwarte, wyrzucamy sobie powiatania jakbyśmy rzucali okruchami czerstwego chleba do ptaków, w ptaki właściwie, po cichu licząc, że spadną im na główki, trafią w czarne, szkliste oczy. Skrzywdzą. Tak trochę dla żartu.
Dostaję odłamkiem od jej mrugnięcia, idę po szklankę, nalewam kawę, radio milczy jak przed zeznaniem kabel, a mogłoby grać Frediego. Włączam i Sen o Wiktorii, wyłączam, w ogóle nie nastrój dziś do tego, sen był już, a na wiktorię to nawet nie ma dziś szans: po pierwsze vibe, po drugie: szlug wypadł z kosza, po trzecie to się czuję jak gówno.

Siema! Hej mój pokój wita mnie, nie moi ludzie, nie mój warszawski sen, ale hajs jest, a prawda taka, że nigdzie nie umiem odnaleźć się, jeśli mam spełniac czyjś a nie własny sen.

ZEN. Siadam na krześle, one lekki uśmiech, może jeszcze nie jestem skreślony w ich oczach, może to ja sam tylko kreślę i zabijam się. Tracę barwę, lewe oko drży od niedoborów: magnezu, fosforanu, a miałem przecież na tej siłce wyrzec się potworów, zdrowo żyć, nie pić, nie palić, tymczasem serce bije to mocno, to ledwo, jak na sinusoidach mych zwycięstw i żali. Wbijam na maile, otwieram Excel, czy tego naprawdę chciałem? Nie, nigdy, jak sądzę. Mam nadzieję, że nie kończę, ja zaczynam, bo zdechnę jeśli tak dłużej będzie się patrzeć Karolina.
Proces to nuda, follow-up obłuda, stosunek mój do pracy jak to dup z tindera, walę ją i się na twarz spuszczam.
Kiedy wciskam enter, przesuwam myszkę, to głęboko czuję ten system i syf i fałsz, pogoń, mizerny hajs, czuję, że nie ma znaczenia czy za 2 czy za 10 k grasz, bo w obu przypadkach i tak pod koniec miecha nie masz nic. Jeden ma buty lepsze, drugi ma gorsze, jeden pije łyche na go go, drugi na murku goude. Jeden furą jedzie, a drugi busem, obaj spieszą się z rana, no bo „szef jest lamusem”.

Brzuch burczy, głód i to nieważne, że w portfelu parę stów, bo teraz nie mogę wstać, wyrwać się, to jeszcze nie czas na przerwę #kitkat.

Ona zaczyna swoją litanię, tysiące info kapią na łeb, na szyję, jak woda w wannie; moja bania jest dziurawa, wypływa z niej raport tygodnia, wypływa wzorcowa postawa. Plecy zgięte w łuk, ręce strzały wybijają klawisze, żołnierze na Wordzie chwały; ich esencje jak duchy na karty historii wlewają się: z r ó b  l i s t ę, naciskam, zabijam nieskończone zadania liter i cyfr, a ich awatary wciąż tkwią w laptopie, jak w moich płucach węgielny syf.

Kaszel to emanacja pokrzywdzonego ducha, czas równa się praca, słuchanie dorosłych nie popłaca.
A gdyby tak wyjść teraz i strzelić se w łeb, a gdyby tak złapać nóż, otworzyć czerep, a gdyby na ostatnie piętro wdrapać się, sprawdzić sztukę latania we własnej bluzie PROSTO label?

Może wtedy nastąpiłaby ulga i jebać tę pracę, jebać te miejsce, brak mi słów na takie podejście, jebać studia, moje życie to nie miała być studnia, to miała być wieża, EJ! Panie systemie, spierdalaj, zostaw moje kamienie, łopatę, cement, it’s my life, to ja za to płacę, fokusem, energią, czasem; proszę nie ruszać mych narzędzi, zasobów i planów, dlaczego skurwysyni mówisz mi jak żyć i dajesz tylko iluzję wyboru?!!

Zapalę chyba. Sam sobie sterem, żaglem, okrętem, kotwicą, wiatrem marnym z osłabionych płuc.
Na korytarzu łypie na mnie ona, to ta Ilona popierdolona, mówi: „poczekaj, pódję z tobą”. Zaczyna nawijać o swoich kotach, i coś o teatrze, że wejściówki ma dwie, ja kumam aluzję i wiem, że jej pussy chce być głaskana na twardo. Ale nie jara to mnie, bo zmarszki na czole ma dwie, poziome, choć jest jeszcze młoda i całkiem sportowa, to…
– Może wpadniesz dziś do mnie, hę? Poznasz moje kotki i trochę lepiej też mnie.
– W sumie czemu by nie?

Czyżby poranny omen jednak mylił się? Może ten dzień będzie lepszy niż ból głowy i zjebane ZEN. Kończymy kiep („We Włoszech żelaznym pachem, mąż kiep żony zasłania przed gachem”), ona uśmiecha się, ma kolczyk na pełnej wardze, zalotne niby spojrzenie i głowę niby niechcący opiera o moją pierś. Szczypię ją za bok, jakbym kijem tykał mrowisko. Wchodzimy na górę, bo Pan Kanapka na powiślańskim rejonie pojawił się. Dupy z biura jak sępy na padlinę zleciały się, czy jak gołębie na chleb. Wybieram szamę, wydaję dychę, mam węgle, białko, do ogrzania w mikrofali, trochę tłuszczu na widelcu i kuchenne gadki-szmatki.
Mam ochotę położyć się, uciekać w sen, czy to ten śnieg za oknem, czy kończę się jak atomowy reaktor, co nie wybuchnie, tylko pod wodą zatopi się?

Kawa chwilowo stawia, na oparach jak golf dresiarza, dzwonię do dziennikarza, on się zgadza na rozmowę a autorem książki, którą promuję z takim mozołem; efekty przynoszę, uprzejmie donoszę szefowej. Ją to cieszy chyba. Uzupełniam tabele jak egipski skryba. Umiem liczyć, znam litery i słowa, to dużo w świecie, gdzie wszystko buduje hajs i rozmowa.
Dzwonię, piszę, uzupełniam, nawijam, milczę. Gdy powininienem ze współpracownikami relacje budować, ale nie mam energii dziś, sorawa, dajcie tu więcej słońca iluminati Anieli.
W końcu 17.00 wybija, poza zawijać, czuję, że cuchnę, lecz ona zdaje się nie odczuwać, kiedy nawija, komplementuje co mam mam w głowie, że teksty genialne, a tak w ogóle to w przyszłym tygodniu chodźmy do teatru. „Hola, hol dup dziewczyno! Fist show me your pussy, interior desing, Albright?”. Okej, jedziemy, autobus 524; nie lubię tych busów, bo się zawsze czuję jak na podsłuchu, gęb korpo lamusów, do których sam, mimochodem muszę się teraz zaliczać. Dlatego noszę Fast najki, skity śniegowe i portki moro. Moja katana jest czarna, a czapka ma jaskrawy kolor, nocą nią świecę jak aureolą, by wyróżniać się od tych, co indywidualność pogrzebali pod ziemistym ubiorem i cieniem, smutnym kaszkietem, spojrzeniem. Ja nie chcę być smutny, ale ten świat często nie pozostawia mi wyboru. Walczę więc z nim malując mury sprejem i waląc coś w sklepie, czy z marmuru fete.

Ale i czasem pomedytuję, na oczyszczenie, rozpalę świece i zmówię mantrę: „om mani padme hum!”. Buddo, daj mi siłę, bo jej gadka chyba mnie wykończy.
– No i wiesz, moja ciotka prowadzi herbaciany sklep, biorę często od niej yerbę, a ta Matylda od nas z pracy to głupia jest jak cep, serio, moja inteligencja przerasta ją, a ty masz fajny uśmiech, wiesz?
– Wiem. Daleko jeszcze?
– To już tu chwila, o widzisz tutaj chodziłam na piwo z przyjaciółmi z gimnazjum, takim Markiem, co miał niebieską latarkę…

Gad dejmn, w co ja wjebałem się? Czy ona kiedyś przestanie gadać?
Dojeżdząmy na szczęście już, wysiadka ożywia mnie. Ursynów, smog, śnieg, szlug i z bloków tlen.  
Nie lubię ich betonowych mord z pokrzywionymi oknami, brzydkim zasłonkami, światłami niebieskimi emanującymi od ludziów przed telewizorami #szklana_pogoda  (co się gapisz? Zamknij te okno, nie puszczaj do mnie oczka, bo masz szarą, wstrętną elewację!).

Zawsze wolałem Służewiec z jego alejkami i parkami, choć dziś już gardzę tymi biurowcami, a nowa elewacja pochowała to co kocham. Wszystko takie sztuczne, robione na pokaz, okładka zmieniona, ale wciąż ta sama książka.

Na Służewcu była przestrzeń i tlen. Tutaj mam wrażenie, pośród długich parkingów, nic nie układa się. Samochody, samochody, samochody, dwa wypadają na jedne nogi, na nóg parę, a teraz para wolno, smoliście się wydobywa z naszych roześmianych ust, bo żart prosty: menel wiózł na wózku złom i jak po piwo z kieszeni sięgał to mu ten wózek zjechał i z drzewem zdzwonował. Taki dzwon, ding dong, pokrywa od pralki, się pokryła wgniotem,

“Panie, tego już do żadnej innej się nie przełoży, to trzeba nowy element wstawić, bo lakierować nie ma sensu. Chociaż znam takiego magika, co może i mógłby to wyklepać tanio, zaszpachlować, pędzlem białym pomalować, no, ale to za flaszkę, bo on na trzeźwo takich robót nie robi, to jest chłop co się do bycia mechanikiem sposobił, no ale jakoś tak wyszło, że piwko, drugie piwko, trzecie piwko, aż ze Zdzisława się stał swojsko – Zdziśko, i tak pan widzi, o tam, na tych garażach wgniecione klapy pralek i ram rowerów w nowe cuda przepoczwarza, ale to jak mówię, to zagadać muszę, o tam jutro do warzywniaka idę, to się przejdę, no, może zastanę go, ale to nie obiecuję nic.”

I tak jakoś zmierzamy dalej: ja i Ilonika, Ilonika i ja. Ilonika w majtki sika, a żółta oranżada Helena to siki Iloniki i tak mnie też się chcieć zaczęło, a więc pytam czy daleko jeszcze.

– O nie, o tu, to tam, piętro pierwsze.

No to okej, tyle mogę przetrzymać jeszcze, ale te bloki się zdają jak fatamorgana, miałby być blisko, a się oddala i oddala bloczysko, jakby z fundamentów sie urwało i teraz płynęło w zieloności, nurzało w przestrzeni, a im ja krok bliżej, tym ono dwa węzły dalej, jak ja dwa kroki to znów wiatr zawieje i NAZWA ULICY odpływa na kolejne trzy długości. Pęcherz się naciąga, mięsień Kegla ćwiczy, co by za szybko nie sikać i nie spuszczać się od przesłodzeń łóżkowych słodyczy, ale kurwa, gdzie ona mnie wywiozła, no gdzie?!

I ten dzień i tak za długo dłużył się a teraz w dodatku głód, szczyny, fizjologia najczystsza, najpierwotniejsza i najbrudniejsza w swych formach daje znać o sobie. No tylko, że popędu nie ma i go nie odnajduję w tej drugiej osobie, bo ona tylko miele i miele jęzorem, coś niby o mnie, ale głównie o sobie. Jeśli dobra rozmowa to wspólne się zazębianie to rozmowa z nią jest jak przez ścianę ruchanie. Jedno sobie, drugie sobie, niby się tam słyszymy, ale żadne czucie z tego nie wynika. Przynajmniej po mojej stronie, bo ona zdaje się być zachwycona każdym moim nastrojem  i już ją odpulam i zaczynam być i wulgarny i banalny i brutalny i próbuję każdej techniki jawnego “sięodpierdolenia”, ale na nią to działa jak na milionera szynki przecena.

W końcu, kurwa pod tę klatkę dochodzimy, szarość, szorstkość, obok wejście do śmietnika (to nie Afryka, drzwi się zamyka!), że można je pomylić z wejściem właściwym.

***

Część 2 niebawem.

Ściągnij moją książkę „Bez przekazu” za darmo: czarnykajet.com/bezprzekazu

 

Verurillo 29872 – niebezpieczna gra

Wracam do domu na tym veturillo, chyba powinienem wypić te czerwone wino. A więc: Praga, sklep24. Kolejka jakby na TVP właśnie ogłosili koniec świata, tymczasem słoneczko i wiatr lekki niczego podobnego nie zwiastują. Wężyk się ciągnie aż na dwór, no to rower zostawiam i między słuchaniem narzekań za mną, że „na chuj te jedzenie kupujo, mleko i sery. By se kupili browara jak ludzie he he i do jutra poczekali” a podziwianiem zręcznych podrywów z przodu: „a gdzie panie w taką ładną pogodę, co? Może by tak do parku z nami?” sobie myślę.
Co jakby mi ten rower chciał KTOŚ ukraść (bo nie przypinam jak peniacz), co bym mu wtedy powiedział. O tak: „Twoje kurwa? Co?! To czego ruszasz?”, a KTOŚ: „bo myślałem, że tak stoi…” a ja: „Widzisz ten słupek? Jego se ukradnij i w dupę se wsadź!”, a KTOŚ (zawstydzony) „przepraszam pana, to już się więcej nie powtórzy”.
Ale już koniec rozkmin, bo kolejka rusza jak w jakim Disnejlendzie i już dopadam do kasy i biorę cygaretki RETRO fioletowe i pizzę 4 sery DŻIUSEPPE i wychodzę.
I oto widzę jak osobnik w żółtym dresie wolno, acz stanowczo zaczyna oddalać się na moim VETURILLO rowerze w rejon sobie tylko znany. No to krzyczę:… „Ziomek!”, ale on nie słyszy. Łapię zatem mocno pizzę, że aż się wygniotła i biegnę za nim, co jakiś czas powtarzając przyjacielską komendę-sugestię bycia ziomkiem i się jednak rychłego zatrzymania. Ale on nic, więc włączam sprint i krzyczę „STÓJ!”. Gość pada jak porażony na prawy bok, żółty dres sobie szoruje, aż mu kuboty spadły (przeżył o dziwo) i wybąkuje coś w stylu skruszonego… „o kurwa…” i odbiega do swoich. Swoi się śmieją, on się śmieje, małżeństwo  z dzieckiem się śmieje i ja w sumie też się śmieję. Nawet policja się śmieje i operator kamery przemysłowej 02183 się śmieje i nawet ci z veturillo się śmieją. A pizza Dżisueppe 4 sery smakuje po takim śmiechu najpyszniej.

Palermitańczyk

PALERMITAŃCZYK

Chciałbym być palermitańczykiem
jak to pięknie brzmi!
Ma w sobie palenie
słońca i cygar
mity pożółkłej, boskiej Sycylii
ma taniec, tańczyk z czarnowłosą Włoszką
ma i może wyłowionego wprost z morza tuńczyka
a przy tym jest tak lekkie i niezobowiązujące
jak walczyk czy kluczyk
ot takie na przymróżenie oka

Jak to by było urodzić się w Palermo?
Spoglądać z tarasu na plamę koloru
na lekkość parujących u szczytów gór
odczuwać uderzający zapach ogrodu
słuchać szczekania psa
uderzeń noża porcjującego jagnięcinę

Topić się w upale na równi
ze wszystkimi
współodczuwać krople potu na czole
i chodzić wybrukowanymi ulicami
kryjąc się wśród cieni

Znać ludzi namiętnych i radosnych
a przy tym podejrzanych
trwać w zawieszeniu spokoju i wojny
nocą zaś popijać wino
pod czujnym okiem Jowisza i miliarda gwiazd
gładzić jej przybrane w pończochy uda
i gawędzić bez znawstwa o rzeczach nieznanych
zasypiać nago w białej pościeli
i zapominać o wszystkim:
skwarnym szumie szans.

PRO8L3M „Ground zero mixtape” #RECENZJA

PRO8L3M „Ground zero mixtape” #RECENZJA

Uprzedzam z góry, że tekst ma formę lekkiej analizy filologicznej, stąd liczne cytaty i wchodzenia w „podmioty”.

Odpalając kolejne dzieło warszawskiego, teraz już międzynarodowego duetu, chciałbym jednocześnie odpalić papierosa, wygodnie rozłożyć się w fotelu, zamknąć oczy i posłuchać. Zaufać. Utonąć w toni perfekcyjnie dobranych dźwięków, złączonych z zaskakującym  flow i liryką. Jednym słowem uczynić to do czego PRO8L3M zdążył mnie już przyzwyczaić – do zaufania, bezpytaniowego pożyczenia kilku stów i kilkudziesięciu minut uwagi. Ale w przypadku tego albumu na zaufanie miejsca nie ma i być nie może.

Po pierwsze to efekt bitów. Rejvowych, na przestrzał elektronicznych, i może mieszają się tu jeszcze inne gatunki, ale pewien nie jestem. Nie wiem, bo choć album wydany jest razem z zinem, to znalazło się tam jedynie miejsce na kilka cytatów i fotografii (a właściwie to jednej i przetwarzanej) autorstwa Ady Zielińskiej, okrytych narkotycznymi soplami Thomasa Le Pivota. O ile konotacje i zapożyczenia na „Art Brut Mixtape” były jasne, bo osadzone w największych, synthpopwoych hitach Polski lat 80′, o tyle w przypadku „Ground Zero Mixtape” twórcy nie sprezentowali odbiorcom jaśniejszych odnośników do oryginalnych utworów*.

Przejdźmy do środka, do esencji. Mixtape otwiera chronologicznie numer „Styl sportowy”, szkoda, że wersja albumowa niczym nie różni się od tej dostępnej na Spotify. Na „Art Brut” nabywca fizyka, dostawał skromny, ale jakże miły prezent w postaci otwierającej nawijki do „Stówy”: „Art Brut Mixtape, sztuka marginesu dzieciaku, aha, sprawdź to” – wersja cyfrowa była pozbawiona tego wejścia.

„Styl sportowy” zwiastuje to, co dane nam będzie usłyszeć na przytłaczającej części płyty, to jest nawijkę o złości – (pierwsze słowa „Tak, jestem wkurwiony”), dalej o kobietach, pieniądzach, używkach i przyspieszonym kodeksie ulicznych zasad – czyli tym do czego przyzwyczaił nas najbardziej erudycyjny z uliczników:

Lecimy na dancing
Ona niebieskie rzęsy
Ja glany, martensy

[Zwrotka 2: Oskar]
Nie, nie widziałem
Nie, nie słyszałem
Nie wiem, nie znam go wcale
Nie było mnie tam, spałem
Bez nazwisk, bez wzmianek

Numer osadzony jest w klimacie lat 90’tych, dla Oskara stanowi jakby powrót do ery grungeu i rzeczywistości topniejącego PRL-u.

Dalej są „Macki meduzy”, utwór naprawdę otwierający mix:

Zamknij oczy i uwierz mi, zapij to wódą i lećmy
Ten miks nie jest bezpieczny, ale piguła jest dziś nieobecny

„Macki” to jedyny numer, w którym podmiot ulega fizycznej dominacji ze strony kobiety

Chciałem jej nalać do miarki, ale wyśmiała i przelała do szklanki
Panna pokazała ci majtki, ona mi po co naprawdę są kajdanki
Dobrze, że mam twarde nadgarski, gorzej znoszą to jej koleżanki

Oskar opisuje tu kobietę mocną, dominującą femme fatal, którą respektuje na poziomach emocjonalnym, fizycznym oraz intelektualnym. I czy to ta jedyna, o której przyjdzie nam słyszeć jeszcze później, w dalszych częściach mixtape’u?

[Refren: Oskar]
Ona szepcze mi do ucha, a jej szapcze diabeł
Jest jak nad miastem koszmar, który musi wreszcie nadejść
Byłem zły, z nią jestem jeszcze bardziej
Chcę jej nagiej, albo ona, albo nie chcę żadnej

Kobiet jest tu całe mnóstwo. „Ground Zero” to rozwinięty, Pilchowo-Pezetowski „Spis cudzołożnic”, gdzie dostajemy, mniej, lub bardziej złożone opisy kobiet pięknych, zepsutych, naiwnych, głupich, cynicznych. Modelka, jak z „V8” ona fajna, z twarzy jak Jessica Alba.
Na skitach mężczyźni rozmawiają głównie o kobietach. Przedłużenia i przetworzenia z „Makijażu” (Hack3d by Gho5t), tylko, że teraz ONA widziała „fotostory z Anką”, a nie „wysłała test ciążowy”  z czego może być chryja.

„Lody włoskie” to kolejny opis związkowo-seksualnych ekscesów, tym razem z kobietą, dla podmiotu, sortu drugiego. Zdradzaną, okłamywaną: nie w tym rzecz, że się zmyła, rzecz w tym, że mnie nakryła, po ostatnim zajściu, zamiast romansu jest jej płaszcz.

Mizogeniczny stosunek Oskara do kobiet w ogóle nie uległ zmianie w stosunku do „Tori Black” z pierwszego albumu, gdzie podmiot deklarował, że lubi duże dupy i płaskie brzuchy, jednak pewne, bardziej romantyczne momenty z „Jakby świat kończył się” sugerowały, że może da się kochać i da się dostrzegać piękno, nawet we wszechogarniającym, szarzejącym brudzie blokowisk. O ile wersy w stylu ogień w piczy już budziły pewne grymasy o tyle to co prezentuje Oski w utworze „Na audiencji” (sytuacja odwrotna niż w „Mackach meduzy”) budzi już niesmak.

Włożyłem jej całego, aż przypomniała sobie co było dziś do szamy
(…)
Dla odpoczynku znalazł się w jej ustach smoczek
Zrobiła minę, jakby miała wypić z rana ocet

Niesmak jakby się udziela, nie ze względu na praktyki seksualne, co ich opis: brutalny, bezpardonowy, prostacki. I może jest to metoda: uderzać wprost, bez kozery, ale jeśli tak, to po co te „smoczki”, pseudo-niedopowiedzenia i niby-zaokrąglenia? Numer ratuje Steez, nadając mu swoim głębokim wokalem, nieco więcej klasy i blasku:

[Outro: Steez]
Ona ubrana w złote cacka
To nie po parku przechadzka
Długie szpony, słony pot
Na oczach opaska
Kostki lodu, waniliowe masła

Przy dziewiątym numerze „Fair Play” następuje lekkie przełamanie dotychczasowej konwencji. Oskar daje popis swojego ulubionego środka poetyckiego, jakim jest anafora:

To inna historia, że gadam z Bogiem o piekle
Inna, że śmigam ostro, bo nie wiem jak wcisnąć heble
Inna, że trzymam fason, a jestem jak małolat we mgle

I tu warto zwrócić uwagę na motyw piekła, który przewija się na albumie kilkukrotnie:
to co miałem właśnie się smaży w płomieniach – Magnolie
sprawdzę, które piekło jest najmniej uciążliwe –
Vanitas

co w końcu odkrywa maski podmiotu, dając nam pojęcie na temat realnych strat i kosztów prezentowanego przez rapera stylu życia,

Dalej mixtape ewoluuje. W dobrą stronę. Gdyby chcieć zliczyć wszystkie zaimki „ona” i „jej” występujące na albumie, wyszłoby tego kilkadziesiąt. Choć „Ground Zero” stanowi wyraz męskiej dominacji i apoteozy życia macho, jest paradoksalnie zdominowany przez kobiety. Album nabiera kolorytu wówczas, kiedy Oskar rezygnuje z opisów przygodnych wojaży a skupia się na kobietach swojego życia, czego przykład dostajemy we flagowym numerze „Flary” opisującym, trudną, agresywno-pasywną relację między mężczyzną a kobietą. Kiedy podmiot przyznaje się do uczuć: tęsknoty i straty wywołanych brakiem tej jednej, przy której wszystkie maskarady: picie, lans, życie na pokaz, miały sens.

Doskonale sprawdzając się na płycie momenty wokalne, jak w luzującym atmosferę „Puerto Rico”, gdzie zostaje złamana koncepcja rave’u, a Oski pozwala sobie na knajpiane, pijackie zaśpiewki, brzmiące zaskakująco dobrze i rytmicznie. Podobnie jest w „Magnoliach”, gdzie śpiew znów stanowi wyraz (a jak) historii o kobiecie.
„Iskry” to pierwsza, poważniejsza spowiedź podmiotu na płycie, a śpiewane wstawki nadają jej pozornej lekkości w ciężkości bytu.

W ogóle na całym albumie Oskar dużo lepiej prezentuje się na bitach wolniejszych, które prowokują do refleksji, dają miejsce na jego charakterystyczny off beat, kiedy może na chwilę, zwolnić a nie pędzić w pogoni za wysokim BPM.

Moim absolutnym faworytem z płyty jest „Golden”, czyli opis psychodelicznego tripa po grzybkach, który rezonuje oczywiście z bezkonkurencyjnym, witkiewiczowskim „Strumieniem” z LP.

Ona gnie się jak promile mordę
Wyciąga sztylet, by wbić mi w żołądek
Siadam na fotel, a dopiero potem myślę, że na chwilę usiądę
Ooo, sufit jest niebem, sztos, diamenty śniegiem

Im dalej tym lepiej: „Vanitas” i „Sick boy” stanowiące kontestację życiowego pędu i sprzecznych, narzucanych przez kulturę wytycznych:

Pracuj, się spełniaj, miej cel
Marzenia, przyjaciół, błędy popełniaj, miej rodzinę
Cierpienia, nie miej hajsu, sadź drzewa
Weź kredyt, spłać kredyt, nie miej czasu
Biegaj, skończ studia, miej dziewczynę
Weź ślub, miej córkę, miej kłótnię

Weź rozwód, ożeń się ponownie

Kolejny utwór „Półsny” wydaje się redundanty w stosunku do „Flar”, ale jakże dobrze oddaje złożoność, skomplikowanej, pełnej relacji między mężczyzną i kobietą.

Na końcówce, słusznie oznaczony w długości trwania jako znak nieskończoności (pozioma ósemka) „Byłem tam” – numer podsumowujący zebrane doświadczenia i stanowiący o autentyczności podmiotu SPOWIEDŹ. Nieskończoność zdaje się sugerować, że podroż ta nigdy nie dobiegnie końca, a zeszłe błędy i doświadczenia, oraz przebłyski czystości powtarzać będą się do końca.

„Szkoda, lecz zapomnę jutro, co otwarty umysł mówi dziś” – Księżycowy krok, Art Brut Mixtape

Reasumując „Ground Zero Mixtape” to dobry materiał. To tylko i aż dobry. W zestawieniu z poprzednimi, absolutnie genialnymi w mojej opinii albumami, ten wypada co najwyżej dobrze. Jest to płyta zdominowana przez ubiegłe, niezmienne doświadczenia, głównie oparte na relacjach damsko-męskich, które ten album przytłoczyły. I może zabrakło w tym nieco lekkości, innego spojrzenia, porzucenia atmosfery macho na rzecz czystej radości i kontemplacji bycia z kobietą.

Otrzymaliśmy to, do czego przyzwyczaił nas PRO8L3M: szorstki, męski materiał, doskonale wyprodukowany i świetnie nawinięty. Jest tylko jeden problem. Ten bohater się nie zmienia. I chyba już nie zmieni. I może w tym paradoksalnie tkwi jego siła.

Piotr Sarmini

***

Sprawdź moją recenzję HACK3D by GHO5T: https://czarnykajet.com/2017/06/08/pro8l3m-hack3d-by-gho5t-2-0-recenzja/

 

*Może to być kwestią unikania pozwów za wykorzystane fragmenty i (czy?) sample, która to kwestia nie jest wcale abstrakcyjna, a w Stanach wręcz oczywista. W 1991 roku Cold Chillin Records – młoda, amerykańska wytwórnia hip-hopowa została pozwana przez piosenkarza Gilberta O’Sulivana za nieautoryzowane użycie fragmentu utworu „Alone Again (Naturally)” z repertuaru artysty, który to znalazł się w analogicznie zatytułowanym utworze z pływy „I Need A Haircut” Biza Markiego, wydanej nakaładem CC. Sąd uznał wniosek powoda i narzucił na wytwórnię karę, która stała się powodem jej niewypłacalności i w rezultacie zamknięcia.

Przestań przeklinać do chuja! #felieton

Przestań przeklinać do chuja!

Homo Polacus deducis Homo Vulgaris.

Staliśmy się narodem chamów. Bystrych, przenikliwych, a czasem i zupełnie tępych, lecz za to wesołych… ale jednak chamów. W naszym cudownym, choć nie tak elastycznym jak się kiedyś zdawało, języku zaczęły królować wulgaryzmy. Królują do tego stopnia, że przestaliśmy już nawet zwracać na nie uwagę, czy traktować jako coś nieprzyzwoitego. Ot, „kurwa” jest dziś takim samym wyrażeniem jak tryptyk „sklep”, „wóda”, „melanż” – w tej kolejności i w tych ustach: czerwonych od szminki studentki prawa, popękanych od zimna i szlugów dresiarza.

Nie dowierzasz? Spróbuj przedostać się przez miasto, z domu do pracy, z pracy do domu, bez zasłyszenia choćby jednego wulgaryzmu. To raczej misja niemożliwa, chyba, że dojeżdżasz na dżoby rowerem czterdzieści kilometrów przez las i pracujesz w ośrodku dla głuchoniemych, pośrodku tegoż lasu. To nie kwestia „czy usłyszysz”, ale „jak prędko” oraz „ile razy”.

Kurwy otaczają nas z każdej strony, gdyby chcieć rzucić w każdą kamieniem, trzeba by rozebrać mury tego miasta.  Zawodzące „ja pierdolenia”, wyrażające przeciążenie „od chujowienia”, wzrasta ogólny poziom „spierdolenia” a dodatkowo nakłada się to z powszechnym, metafizycznym „zjebaniem”.
Pracuję w firmie zajmującej się promocją kultury. Ludzie tutaj reprezentują sobą pewien poziom intelektualny i edukacyjny, co jednak nie stoi na przeszkodzie w tym, aby szef wyraził zaniepokojenie „chujową” sytuacją, a koleżanka zdiagnozowała, że ta dziennikarka, do której przed chwilą dzwoniła jest jednak „jebnięta”.

Sam przeklinam, owszem, ale tu REFLEKSJA: wyrażając proste sądy, które tak ułatwiają nam przekleństwa, upraszczam świat. Nie tylko upraszczam, ale i upadlam, bo wartościując przekleństwami wartościuje się głównie pejoratywne. Wysłużone „zajebiście”, za którym nigdy nie przepadałem, coraz częściej ustępuje na rzecz powszechnej „chujowizny”, a stąd już krok do chuja w uszach i na oczach, czyli niewysublimowanego gwałtu oralnego na powszechnej świadomości.
Nieprzeklinanie może i sprawia pewną trudność: myśli trzeba zacząć składać, używając kilku wyrazów, zdań nawet wielokrotnie złożonych, ale i dzięki tym zdaniom i małym zadaniom doskonalenia, jakie sobie nasz umysł może postawić, da się dostrzec w otaczającej rzeczywistości nieco więcej złożoności i kolorytu.

Jeśli dalej uważasz, że przesadzam, czy może wykazuję się świętoszkowatym purytanizmem, mam dla Ciebie challenge. Nie przeklnij przez jeden dzień. Owszem, nie będzie to proste, bo i tkwią w nas głęboko (magazynując się przed snem) pokłady kurew do wyartykułowania, ale postaraj się. Zapisz sobie na dłoni, czy w telefonie „BĘDĘ WYRAŻAĆ SIĘ DZIŚ KULTURALNIE” i zaobserwuj z wyższością i zgrozą jak dziś wyrażają się Polacy. W metrze, swetrze, w kinie w Lublinie. To jest serio prze… rażające, i chyba coś jest głęboko nie tak, skoro się wymieszały języki plemion blokowych i plemion willowych, i niby to dobrze, że tak mówimy jednym głosem, za którego pomocą się można łatwo zrozumieć, nawiązać dialog, ale i czemu góra zamiast wyciągać doły z dołu zanurzyła łeb w pomyjach banalizującej wulgarności.

I nie pierdol mi tu, że wyrażasz swą emocję, ekspresję, jak się z kolegą dzielisz bułką pod sklepem i wam okruszek spadnie na nogie, a wtedy ty powiesz, „nosz kurwa, ja nie mogie, tyle się dobrej bułki zmarnowało, a te jebane gołębie i suki tylko lecą na moje siano”.

Bądź kulturalny, stań się niebanalny. I wyrażaj się. Kultura zobowiązuje.

7 rzeczy, które ogarniasz kończąc 25 lat

7 rzeczy, które ogarniasz kończąc 25 lat

 

Jak to jest mieć 25 lat? Absolutnie tak samo, jak wtedy gdy masz ich 24. Może w ciągu najbliższych dni, lub miesięcy drogę zaczną mi zachodzić tancerki Kankana, druga linia metra zostanie zalana przez Wisłę, a 200 złotych zainwestowane w kryptowaluty przemieni się magicznie w 200 000 złotych, ale póki co nic nie zapowiada takiego obrotu spraw.

25 lat to wiek, w którym zaczynasz odczuwać presję do nadania swojemu hulaszczemu żywotowi jakiejś celowości i ram. Biada tym, którzy urodziny świętują w poczuciu braku sensu i perspektyw. Nie o nich będzie ten tekst. Swe przemyślenia ubrane w doświadczenia kieruję raczej do osób młodszych, ażeby im po pierwsze uzmysłowić, jak już teraz mogą pokierować sobą, by znaleźć się w lepszym miejscu niż ja. Po drugie, aby im pokazać, jak nie znaleźć się w miejscu gorszym. Po trzecie aby się pomądrzyć i powspominać. W końcu mam już 25 lat. Raz do roku  – można.

  1. Uwierz w to i rób to.

Ale w co?
W to co lubisz robić, co daje ci poczucie spełnienia i satysfakcji, co jest korzystne i cenione przez innych. Kręcenie najlepszych blantów czy picie piw na haust to owszem fajne zajawki, ale pomyśl raczej nad czymś za co ludzie będą chcieli ci zapłacić.
„Ale przecież Snoop Dog ma gościa od kręcenia blantów, który zarabia 50 000 dolarów!” – możesz zakrzyknąć. Tak, ale ty nie jesteś murzynem z LA, tylko Polaczkiem z Chujwiegdzie Wielkich, a polscy raperzy muszą się raczej kredytować u dilerów, niż generować zbędne koszta. Nie tędy droga. Zarzuć ten sport.

Może teraz wpadnie ci do głowy by zostać dilerem? Serio, nie warto. Znam takich paru, lub znałem i albo nie żyją, albo żyją, a ich życie to seria wchodzenia i wychodzenia z nałogów, ciągłe długi i niewiele warte znajomości. Jeśli uważasz, że byłbyś świetnym i zdyscyplinowanym dilerem, to może przełóż swoje zdolności do zostania Acount Menagerem, w firmie, którą się jarasz, a nie… kurwa będziesz zarabiać 20 złotych na sztuce i cieszyć się, że masz na „darmowe” jaranie dla siebie i tej dupy poznanej w klubie.

2. Rozwijaj siebie i zajawkę

Jest to przedłużenie punktu pierwszego, Ty spostrzegawcza bestio.
Case-study:  Już w piątej klasie szkoły podstawowej odkryłem w sobie zdolności lingwistyczne. Na lekcji angielskiego zamiast słuchać Pani napisałem swój pierwszy rap, leciał tak (do dziś pamiętam te wielokrotne): „HWDP to moja zasada. Nienawidzę policji, jebana maskarada. W mundurkach se łażą i zabijają ludzi. Policja się nadaje, policja dupy daje, HWDP tę zasadę dziś wyznaję. W tym mieście…” – wtedy babeczka przejęła gryps, a ja miałem z nią długą rozmowę na temat szacunku do policji. Kto wie, może gdyby nie te przejęcie nawijałbym dziś jak Otsochodzi: „kiedy pytają czy mnie sumienie męczy? Nie.”
Dalej były konkursy literackie, wypracowania na tróję i zagrożenie z polskiego w liceum. Pisanie odkryłem w sobie na nowo, przy otwieraniu w 2012 roku firmy LONG TRIP. Napierdalałem wtedy kilkanaście teksów dziennie: marketingowych prezentacji, wrzutów na fp, ofert sponsorskich, pięknych idei itp. Człowiek, wtedy dla mnie ważny powiedział, że to naprawdę dobre i… uwierzyłem mu. Potem była filologia polska, stanowisko redaktora naczelnego w gazecie uniwersyteckiej, pisanie mniej lub bardziej wybitnych tekstów teoretyczno literackich, dziennikarstwo, aż w końcu powieść.
Dzisiaj pisaniem zarabiam na życie, i choć nie są to kokosy, to działając dla kilku agencji i portali mogę stale rozwijać swoje kompetencje, doświadczenie i uczyć się nowych rzeczy doskonaląc warsztat. Zamierzam także pójść na sceriopisartstwo do łódzkiej filmówki, ale o tym kiedy indziej. Wniosek?
Pomyśl co chcesz robić i rób to, a w wieku 25-lat nie będziesz musiał iść parzyć kawy w gastro. No chyba, że to naprawdę lubisz i jesteś w tym zajebisty. Wtedy parz kawę.

3. Starsze laski nie są już starsze

Kiedy mieliśmy po 20 lat i koleżka zacząć spotykać się z 27-letnią kobietą patrzyliśmy na niego jak na Boga. Fajnie jest poznać dziewczynę, która ma pracę, robi coś pożytecznego dla świata a przy tym nie wymiguje się sprawdzianem z matmy jutro na 8.00 rano. Jak mawiał pewien dziekan: studentki I roku nigdy się nie starzeją. Ty tak. I ma to swoje plusy.

4. Masz dużo hajsu i masz mało hajsu

Jak powiedziała moja ziomalka: „Raz jesz w domu suchą bułkę, a innym razem lecisz do Nowego Jorku  pierwszą klasą. Takie jest życie.” I to jest prawda, ale wiesz, nadążaj, aby nie żywić się głównie bułkami.
Chodzi o to, że kiedy masz 25 lat, to coraz częściej doznajesz licznych blichtrów, drogich restauracji i hoteli, lepszych ciuchów i fur. Wydajesz luźno 100 złotych na barze, po czym zamawiasz ubera i jedziesz do swojego domu, gdzie opierdolisz sobie wafla z awokado.
Ale potem nastaje koniec jakiegoś okresu i skarbonka, do której zawsze miałeś lekceważący stosunek staje się Twoją najbliższą przyjaciółką. Do tego stopnia, że czyścisz ją do cna, byle z rana mieć na bułę. Żujesz ją, czekają na przelew za ten poprzedni dżob, a potem znów wychodzisz na miasto jak król Ugandy.

5. Oszczędzaj i inwestuj hajs!

To coś czego nauczyłem się dopiero niedawno, a o czym powinni nas instruować bez przerwy od ukończenia 12. roku życia. Ale systemowi nie zależy na tym byś był samodzielny. Zależy mu na tym byś kupował masę zbędnego gówna, najlepiej na kredyt, i popadł w nałóg zależności od etatowej pracy.
Tymczasem zacznij już dziś odkładać co najmniej 10% swojego wynagrodzenia na przyszłość. Jeszcze lepiej, jeśli kolejne 10% zaczniesz inwestować. Najlepiej w krypto waluty, ale o tym kiedy indziej. Serio. Raz w życiu pracowałem na umowie o pracę. Myślisz, że Twoja emerytura spadnie Ci z nieba?

6. Dbaj o zdrowie i unikaj nałogów

To coś z czym ciągle walczę, paląc i rzucając szlugi średnio 3 razy w tygodniu. Ale poza tym mogę powiedzieć, że odżywam się zdrowo (produkty nisko, lub nie przetworzone), odczuwam zrywy do sportów, i nie angażuję się zbyt mocno w inne używki. Tylko rzucić te kiepy i zostanę joginem.

7. Nie trać czasu na czytanie blogów i oglądanie seriali

Serio. Zacznij już lepiej realizować swoje pomysły, bo do 25 roku życia pozostało Ci mniej czasu niż możesz sobie wyobrazić.

 

Czy 25 lat to w Twoim przekonaniu przełomy wiek? Gdzie jest granica? Zostaw komentarz, jeśli chciałbyś bym rozwinął jakiś wątek. Obserwuj blog (punkt 7 to ściema) i kupuj polskie rap książki. Elo!

Wiersze dwa zero osiem zero dwa

CZYTAĆ DWA RAZY

Ona  gar
nie  sie
do  mnie

no co
rano

śni
a danie
jemy
w trybie REST.
au! (no co)
racjach

***

Wydech

Ona wyjmuje lateksowe rękawiczki
rozkłada na podłodze

karton i bruliony uważnie
nalewa wodę demineralizowaną
do szklanki

następnie farby akrylowe
alabastrowe, czerwone, niebieskie

Miesza.

Przyglądam się jej jasnej cerze
i sińcom
na nogach.

Upijam łyk czerwonego wina zmiesznego
z wodą

zielonym tuszem znaczę białą kartę

włączam Eldo drania

Żoliborz jest dziś biało-szary
ciałami
kolorujemy świat.

 

Opowiadanie „Drugi dzień świąt”. Napisane w trzeci, a publikowane teraz

DRUGI DZIEŃ ŚWIĄT

#opowiadanie

Siadam.  W domu swoim w końcu. To znaczy, nie w swoim, a wynajmowanym. Mieszkaniu nie domu. Pokoju nie mieszkaniu.

Ale pokoje mamy trzy. A lokatorów jedynie dwóch, zatem znać pewne znamiona bogatości. Nie jest to typowa studencka melina. Bo Pablo nie studiuje. Ja w sumie też już nie. Czyli dwóch dorosłych typów wynajmuje dwa pokoje, w trzypokojowym mieszkaniu. Trzeci pokój jest zamknięty i należy do Szmuela, który powtarza, że urządzi tam swoja „ruchalnię”, ale póki co jedynie wstawił tam karton z książkami.

Święta dogorywają, jak dobrze. Po Bożym Narodzeniu zostały mi dwie nudne książki, stówa w portfelu, trochę pieczonej kaczki i kawał makowca. Jestem już sam, w końcu. Postanawiam przestać pić. Na kilka dni. I przestać palić. Od jutra. Więcej pisać. Od teraz.

Siadam. Otwieram pokrywę laptopa, chcę pisać. Nie wiem jeszcze o czym.
Dzwoni telefon:
– Siema, co robisz wariacie? – odzywa się Szmuel.
– Właśnie wróciłem od rodziny. Piszę.
– Dawaj, napij się z nami!
– Masz towarzystwo?
– Tak, ale nie tak liczne, jak możesz słyszeć w tle. Moje towarzystwo aktualnie milczy.
– No nie wiem, chciałem popisać.
– To jutro popiszesz, nie daj się prosić.
– Dobra, wpadajcie.

Wstaję. Trzeba tu posprzątać. Sprzątam, wstawiam pranie, układam równo prześcieradło, porządkuję biurko, rozpakowuję plecak, który leży w kącie odkąd wróciłem znad morza. Pokój wygląda przyzwoicie. Teraz ja. Zakładam bluzę PROSTO. Albo nie, czarny longsleeve. Tak lepiej. Lekkie perfumy. Jest dobrze. Siadam. Chcę popisać. Pukanie do okna tarasowego. Otwieram.
– Siema.
– Elo mordo.
– Poznajcie się, to jest Marianna, Marianno, to jest Tadeusz.
Poznajemy się. Marianna ma wysokie buty, za kolana, ciemne rajstopy, czarny płaszcz odsłaniający uda, burzę ciemnych włosów i ładny uśmiech. Jest naprawdę ładna, za co w duchu chwalę Szmuela.
– Przynieśliśmy ci piwko.
Mają całe ręce piwek. 9 butelek. To mi się podoba. Bo jak już pić to porządnie, a nie z jakimś niedosytem, połowicznie. Po co budzić demona, skoro potem tak trudno go uśpić.
Siadamy przy biurku. Ja znów narzekam, że tak mało tu miejsca i, że nie ma gdzie siedzieć, i powinienem tu wstawić jakąś kanapę, albo fotel, na co Szmuel odpowiada, że zawsze tak mówię, i to jest prawda.

Kolejnego dnia znajduję w bramie nieodległej kamienicy, kilkadziesiąt czerwonych skrzynek po butelkach coca coli. Zabieram cztery – to będą moje przyszłe taborety. Niosę je pewnie przez praskie ulice. W końcu wstawiam na taras i śmiejąc się zasiadam na fotelu, odpalając papierosa i podziwiając zdobyte okazy. Zastanawiam się jak przymocować do nich sklejkę, i czy sklejkę w ogóle. Tak, należy na czterech rogach, które są wykonane z grubego, czerwonego plastiku wywiercić otwory, następnie włożyć w nie znaczniki, czyli metalowe „pineski”, przyłożyć co tego kawał sklejki. Obrysować od skrzynki pożądane wymiary, na powierzchni sklejki, wyciąć wyrzynarką (zeszlifować), w miejscu śladów po znacznikach wkręcić śruby o odpowiedniej średnicy, następnie te śruby umieścić w wywierconych uprzednio otworach w plastykowej skrzynce. Sklejka powinna być z drzewa liściastego, najlepiej buku. Przetwory drzew iglastych uwalniają po czasie drzazgi, a przecież nie chcę aby mój gość miał podarte rajstopy. Np. Marianna, która zasiada teraz na jasnym lipowym krześle, naprzeciwko mnie.

Rozmawiamy dalej, wydobywamy z siebie pokłady męskości i kobiecości. Nawet nieźle nam idzie. Marianna mówi o swoim byłym chłopaku, przewodniczącym jakiegoś studenckiego sejmiku, czy innego gówna, a ja dopowiadam:
– A to o Tobie opowiadał Szmuel.
Ona droczy się, że jak to opowiadał, i jak on tak może opowiadać o niej ludziom nieznajomym. Szmuel uzupełnia, że owszem, to ta Marianna. Ta dziewczyna co zrobiła karierę w samorządzie przez łóżko. Szmuel uwielbia prowokować, jakby to nie było jasne.
– To nie było tak. Po prostu poznałam ludzi z tego samorządu, znajomych Marka, a, że oni mnie polubili, to już przecież kwestia niezależna.
– Powodowana twym osobistym urokiem – dopowiadam.
– Właśnie.
Otwieramy kolejna piwo.
– Jak się zaczęła spotykać z Markiem to on już był tym przewodniczącym, a potem ona zajęła jego miejsce, czaisz? Ona lubi takich dominujących samców, przewodników stada. Wiesz, Tadeusz też był redaktorem, redaktorem naczelnym gazety uniwersyteckiej.
– Naprawdę? Mogę zobaczyć?
Wręczam jej gazetę. Szmuel ma rzadki dar, chwalenia mnie przed kobietami w odpowiednich momentach. Reszta moich ziomków tego nie robi, albo bez wyczucia. Np. kiedy do Maliny wpada panna mówiąca, że lubi literaturę, i, że lubi pisać, a tak w ogóle to jest aktorką, Malina mówi:
– A wiesz, Tadeusz chce iść na scenariopisartswo, na łódzką filmówkę. Ja ci to podpowiedziałem, co Tadeusz?
Zamiast powiedzieć jej, że kurwa napisałem powieść i kilkaset artykułów, to nie, on powie, że chcę iść na filmówkę. Ale to jedynie odzwierciedla jego ucieczki od rzeczywistości i potrzebę karmienia – siebie i innych odległymi marzeniami.
Szmuel natomiast ma wyczucie idealne, i potrafimy porozumiewać się samym tylko spojrzeniem, w towarzystwie innych osób. Staram się nie być dłużny, bo też kiedyś w barze na Ząbkowskiej jakimiś lekkimi szturchnięciami słów i przestrzeni pomogłem poderwać mu jedną pannę, w dodatku solenizantkę, która była tam razem z kilkunastoma znajomymi.

Zaczynamy rozmawiać o Pradze, jaki to hardkor, albo i wcale nie, że po co tu bywać, a po co nie i w ogóle jaki cudowny skansen dawnych obyczajów.
– Kiedyś np. siedząc z Maliną na Placu Hallera i popijając piwo, byliśmy świadkami jak dwie dresiary, podążały za gościem, krzycząc, przy czym jedna z nich była jego dziewczyną. W pewnym momencie gość się obrócił i tak jej wyjebał, że echo plasku odbiło się po kamienicach całego placu.
– Zareagowaliście? – pyta Marianna.
– Nie, kim jestem by wchodzić między burzliwą miłość dwojga kochanków? Takie kobiety lubią być bite.

Zapada krótkie milczenie. Prowokacja jest udana. Marianna nie oburza się, ale trochę wzrosła jej temperatura, a to dobrze. Rodzi się dyskusja o tym jakie kobiety się bije, a jakie biją. Ja na obronę przywołuję scenę ze „Ślepnąc od świateł”, kiedy bohater reaguje na podobny akt przemocy, a skrzywdzona kobieta zaczyna go atakować. Ona odpowiada, że może są takie przypadki, ale nikt nie lubi być bity. Ja na to, że kim trzeba być aby się wiązać z recydywistą, mającym dziary gita pod oczami, ona odpowiada, że to z braku innych możliwości. Szmuel moderuje dyskusje opowiadając się raz po jednej, a raz po drugiej stronie. W końcu mówię, że niektóre kobiety lubią być przecież bite w łóżku, na co Marianna z rumieńcami, że „w łóżku to co innego”.

– Idziemy po wódkę? Chodźmy po wódkę! – ona proponuje i niezwykle miło mnie tym zaskakuje.
Zatem idziemy po wódkę, między ciemnymi blokami, ja wrzucam tagi CK na murze i pod monopolowym, trochę żeby się popisać, a trochę dlatego, że lubię je wrzucać.

W monopolowym naćpana baba z wielkimi cyckami doradza nam sok porzeczkowy pod półlitra. Kiedy daję jej 52 złote i 50 groszy, ona przez dłuższą chwilę mętli banknot w dłoni, i jest taki moment, że naprawdę myślę, że da mi go z powrotem w ramach reszty, a jej też to przechodzi przez wykręconą metafedronem głowę, ale opanowuje narkotyk i wykłada 20 groszy na bilownicę marlboro.
W sklepie znów gadki o Pradze i Marianna, mówi, że stąd nie jest, ale bardzo ładnie. Nietaktycznie i nietaktownie, bo za nami dwóch gości w czarnych kurtkach.

Wychodzimy, kończę tag na ścianie, ale zamiast Czarny Kajet, piszę Czarny Alibaba, a Szmuel, krzyczy „psy”. Odwracam się i faktycznie jadą, zatem wchodzę znów do sklepu. Przejeżdżają, wychodzę, kończę taga i doganiam ich.
Puszczam grime na telefonie i z Sz. zaczynamy fristajlować przez całą drogę, a M. idzie w swych wysokich, szpilowanych butach środkiem Łochowskiej ulicy.

Dochodzimy do domu i tam Freestyle Szmule Session trwa dalej. Wychodzi nam nawet nieźle. Jej się to chyba podoba bo na końcu bije brawo i się śmieje, i mówi, że podziwia naszą kreatywność. My swoją też. Zapuszczamy na wieży polskie hity: „Byłaś serca biciem”, „Parostatkiem w wielki rejs”, „Czarny Alibaba”, „Chcę Ci powiedzieć”, „Czerwone korale” i dziesiątki jeszcze innych. Rozlewam wódkę, zaczynamy tańczyć we troje, na środku pokoju.

Wybija druga w nocy i  do mieszkania wchodzi Pablo, który wróciwszy od swej kochanki, miał ochotę popracować i pójść spać, ale ja polewam mu kielona i Pablo już tańczy z nami. Mam ochotę porwać Mariannę do tańca, więc ją porywam i zaczynamy kręcić sobą piruety, stykać biodra, piersi i włosy i śmiać się. Szmuel z Pablem jeszcze tańczą, ale po kilkunastu minutach już tylko siadają, a potem to już idą do pokoju Pabla, aż w końcu, koło 3.00 Szmuel żegna się z nami i wychodzi. Zostaję tylko ja i Marianna, tańczymy jeszcze i całujemy się. Ściszam muzykę, dalej się całujemy, ale ona stopuje moje dalsze zakusy, choć leżymy na łóżku. I wtedy ona pyta:
– Miałeś kiedyś złamane serce? – po czym zaczyna szlochać.
– Miałem, ale się zrosło. Nie płacz mała. Będą kolejni, a teraz jesteś jeszcze zbyt piękna i młoda, by swoją przyszłość na kamieniu budować. Tańczmy na ruchomych piaskach.

Przytulamy się długo, po czym rozłączamy i każde idzie spać wyzwolone. O 8.00 ona pyta, o której poszliśmy spać. Mówię, że po 4.00.
Zasypia, a o 10.00 słyszę jak wstaje, słyszę stuk obcasów. Wychodzę do przedpokoju, ale jej już nie ma. Wyszła po angielsku, co podoba mi się bardzo.

Śpię do 13.00 po czym wstaję, idę na spacer i znajduję stos porzuconych skrzynek po coca-coli. Śmieję się tego dnia bardzo głośno.

***

Zapisz się do newslettera w zakładce MENU – świeże opowiadania i teksty najróżniejsze raz w tygodniu.

Zobacz także moją najnowszą powieść „Bez przekazu” https://czarnykajet.com/skl3p/

 

Dlaczego klapki kubota są zajebiste?

Artykuł sponsorowany*

Dlaczego kuboty są zajebiste? Na te nietendencyjnie zadane pytanie odpowiada nasz ekspert: bloger modowy Ireneusz Praga.

  1. Kuboty kosztują 15 zł (razem z przesyłką), a stanowią wyraz nieprzemijalnego sznytu i osiedlowej elegancji.

  2. Ludzie szanują ludzi w kubotach. Niezależnie od społecznych i ekonomicznych uwarunkowań.

  3. Ponadczasowa czarno-biała kolorystyka pasuje zarówno do nieformalnych szelestów, jak i bardziej eleganckich, chciałoby się rzec „hipsterskich” kreacji.

  4. Klapki sprawdzą się idealnie jako przenośna stacja multimedialna, dla Twojego smartfona.

  5. Kuboty dzięki zastosowaniu ultralekkich pianek, będących wynikiem zaawansowanej inżynierii oraz badań nad ergonomią , doskonale nadadzą się do rzucania w: wyłączniki świateł, owady, puszki z piwem, pomniejsze ssaki.

  6. Perforacja testowana przez sportowców, idealnie odpręża po trudnym dniu w call center czy tłoczni elementów blaszanych.

  7. Kiedy zapuka komornik, twój rządowy kontakt, to owierasz jemu w nowych kubotach, i mówisz, że jedyne co może, to może posprzątać.

    https://youtu.be/x7BtclKr5Jg?t=1m33s

  8. Ale komornik już widzi co masz na stopach i wie, że trafił na nie lada cwaniaczka.A Ty? Czy masz już swoje kuboty?

 

 

 

*artykuł sponsorowany przez „UBRANIA TANIO”, Bazar Różyckiego, pawilon numer 15.

Piekło utracone – nastroje PRL-u – o „Wniebowstąpieniu” Tadeusza Konwickiego

Piotr Sarmini

Piekło utracone

Nastroje PRL-u – o Wniebowstąpieniu Tadeusza Konwickiego

 

Wniebowstąpienie – w teologii chrześcijańskiej, o zmartwychwstałym Jezusie Chrystusie: wznieść się do nieba[1]

Zmartwychwstanie – w religiach: powrót Jezusa Chrystusa do życia trzeciego dnia po śmierci na krzyżu[2]

 

 

Warszawa lat 60-tych ukazana we Wniebowstąpieniu Konwickiego jest miastem dezintegracji. Rozpadają się budynki, ulice i płoty, z saturatorów cieknie czarna woda, na kanapkach z serem leżakują muchy. Ten rozkład pochłania także mieszkańców – cuchnących, brzydkich, a jeśli już w marynarkach to splamionych wódką i rybną przystawką. Sprzężenie zwrotne, wzajemne oddziaływanie miasta na ludzi i ludzi na miasto, zdaje się obejmować każdego, tworzyć krąg bylejakości, z którego nie ma ucieczki.

Protagonistą powieści jest typowy dla powieści Konwickiego outsider, dotknięty amnezją spowodowaną urazem głowy. Nie pamięta swego imienia ani przeszłości, jedynym co może go identyfikować jest strój, pęknięte okulary oraz neseser, a w nim dwa zdjęcia legitymacyjnego formatu. Te kilka przedmiotów konstytuuje jego bytowanie, w nowym, choć jakby widzianym wcześniej świecie. Stanisław Bereś tak określa bohaterów Konwickiego:

 

„pewien typ niezakorzenienia, obcości i kosmicznej niemalże samotności. Jego bohaterowie to także sieroty w sensie nieprzystosowania, integralnej niemożności  nawiązania ściślejszych więzów społecznych. Nie wiadomo skąd się zjawili, jakie naprawdę były ich losy(…)“[3]

 

Wrażenie obcości potęguje tu wspomniana amnezja. Może to być metafora, mitycznej rzeki i wody Lete, po wypiciu, której dusza zmarłego zapominała o swoim ziemskim życiu. Zagubiony bohater potrzebuje przewodnika by wejść w świat, ale też –wyjątkowo- przewodnik potrzebuje w równym stopniu jego aby przewidziana historia mogła się ziścić. W tym sensie postaci są „typowo“ wschodnioeuropejsko bierne – nie kreują akcji, rzadko decydują o sobie, są raczej wciągnięte w wir wydarzeń, który decyduje o ich losach i poczynaniach.

Przewodnikiem Charona staje się Lilek – drobny krętacz, szukający łatwej okazji do zarobku. Dłonie ma niepryzwoicie ciepłe, przysuwa się i uśmiecha konfidencjonalnie.

 

„Zobaczyłem  nagle tuż przed sobą jego zniszczoną w miarę twarz, ślady wyblakłych piegów, resztki starych blizn i rozszerzone naczynia krwionośne“[4]

 

Od pierwszych chwil przebudzenia świat objęty jest tajemnicą, stanowi swoiste ager hosticus zamieszałe przez nieprzyjazne istoty, chcące pochwycić protagonistę. Jeśli udaje się uciec, to tylko na chwilę, wszystkie niechciane widma wracają jak wskazówka sekundika, aż w końcu nie pozostaje nic innego jak pogodzenie się z ich obecnością i zaakceptowanie nieprzejrzystych reguł gry.

I tak po pierwszej ucieczce od Lilka, poznaniu Anny oraz nieudanej próbie dociekania swej tożsamości w urzędzie, Charon znów spotyka na swej drodze przypisanego mu Przewodnika, i ulega jego nieznoszącej sprzeciwu perswazji. Podróż taksówką na peryferie miasta implikuje wiele informacji na temat świata Warszawy lat 60-tych. Taksówkarz jest „Gruby, nieogolony (…) bez humoru“[5] Skrzypiące auto „zdobią“ kartonikowe napisy zakazów i nakazów: „nie trzaskać drzwiami, nie palić“,  szofer (warszawski „cierp“) narzeka na warunki życia: „Eszkalują, a naród się męczy. W sklepach towaru zabrakło już po obiedzie.“[6], z gazet epatują przepowiednie mającej nadejść wojny. Im dalej, tym zwyrodnienia stają się większe – prostytuujący się „zwyczajnie, przez te druty“ ułani, milicjani w dziurawych mundurach, naiwni stróżowie, elektrycy rażeni prądem, pijane barmanki i kierowcy autobusów zbaczający z trasy. Obowiązki pełni się tu byle jak, „na odwal“. Skrywane za uniformem kompetencje są w rzeczywistości kolejnymi warstwami amatorstwa. Byle jakoś przetrwać dzień, prześlizgnąć się niezauważonym, a wieczorem utopić w wódce i papierosach, w jendej z licznych knajp.[7]

 

„Wy się brzydzicie taką pracą, prawda? Każda praca was zresztą brzydzi, nie? Dlatego tak żyjecie.

–          Jak?

–          Marnie, plugawie, szaro. Sprzedajecie się”

 

Zarzuca bohaterowi Pan Niemiec – emigrant. Perspektywa przybyszów ze światów lepszych jest trzeźwa i bezlitosna. Kiedy „Cudzoziemiec“ w tweedowej marynarce wysiadł z samolotu:

 

“Zrozumiał, że ani godziny nie wytrzyma w tym mieście ogonków, prowizorki, chaosu, rozpasanej biurokracji, uniformistycznej przeciętnościi, aroganckich mężczyzn i kłótliwych kobiet. (…) Zaniedbał interesy swego mocarstw, utonął w zgubnej polskości, w eksperymentalnych teatrzykach  piwnicznch (…) Pół roku temu rzucił żonę z trojgiem dzieci (…) i studiuje Towiańskiego we francuksim tłumaczeniu Adama Mickiewicza. Wystarczy?“ (…) – Kurwa macz – rzekł z trudem cudzoziemiec“[8]

 

Czy pijaństwo i moralna degradacja, której oddają się bohaterowie stanowi wybór, czy też ucieczkę, przed brakiem lepszych perspektyw? Wydaje się, że to drugie, choć przecież zawsze można uciekać do książek, do kultury, do władzy, gdziekolwiek. Ale ten świat cały jest przesiąknięty paradygamtem zbydlęcenia jednostki, szczelnie ogrodzony, nie ma ucieczki, mądry czy głupi – obaj muszą znieczulać się tym samym sposobem, pierwszy by nie myśleć zbyt wiele, drugi by zacząć myśleć choć trochę. Ta „zgubna polskość“ – polskość wypaczona przez zaborcę i źle pojęta stanowi opium, które co dnia inchalują mieszkańcy nawiślańskiej krainy absurdu.

Tkana urbanistyczna Warszawy jest, podobnie jak system, pełna luk i tajemnych korytarzy. Dostać się można wszędzie i zewsząd można wyjść (nawet ze źle domkniętej celi), ale to tylko pozory – wolność latającej muchy w szczelnie zamkniętym słoiku.

 

“To świat, w którym we własnej łazience można pewnego dnia odkryć pokój przesłuchań, na zapleczu znajomego sklepu znaleźć komisariat milicji, przez piwnicę przedostać się do systemu atomowych schronów rozciągających się tajemną pajęczyną przejść pod Warszawą, z tunelu metra wejść do recepcyjnej sali Biura Politycznego PZPR (…) a przez dziurę w płocie dostać się na ostanie piętro PKiN. W odkrywaniu tych podziemnych światów nie ma jednak nic ekscytującego, bardziej towarzyszy mu znudzenie i poczucie bezradności.”[9]

 

W ten sposób, prowadzeni przez Lilka, odkrywamy z Charonem kolejne lokalizacje, raz nawet jedyny w powieściach Konwickiego odwiedzamy Pragę[10]. Przekroczenie Wisły przez bohatera o znamiennym imieniu wygląda na zabawę konwencją, łamanie jej. Za Charonem krążą dusze, ale on ich nigdzie nie prowadzi, nie ma świadomości swego obowiązku, a kiedy już warszawski Styks przekraczają, to nawet nie łodzią, a… polewaczką.

Z początku, tuż po przebudzeniu miasto jest oświetlane ciepłym, wczesnowrześniowym (dożynki) słońcem. Jest to zarazem czas niedojrzałości i pozornej świeżości bohatera, w którym znajdzie się czas nawet na początek miłości (poznanie Anny w parku). Wraz z nadchodzącym wieczorem dokonuje się zbrodnia – napad, potem wszystko zaczna ciemnieć – mrok zdają się rozświetlać jednie propagandowe neon i bary, nad ranem zaś w czasie rozwiązania, świat staje się dosłownie szary. Jest to sprzężenie warunków atmosferycznych z nastrojem i myślami bohatera, a może bardziej stanem jego uchodzącej duszy, która niechybnie powinna opuścić ciało.

 

„- Widzicie ten neon na dachu? W jakim kolorze świeci?

-Jest bezbarwny.

– Właśnie. A przecież wieczorem był niebieski.

– To taki czas przed świten, kiedy wszystko robi się szare.“[11]

 

Jak refren wraca warszawskie axis mundi – Pałac Kultury i Nauki. Według dawnych wierzeń na osi miało następować zatrzymanie czasu, przez co możliwy był pełny kontakt zarówno z przeszłością, jak i przyszłością. Było to miejsce najświętsze z najświętszych.[12] W świetle końcowych zdarzeń powieści, taka presupozycja zdaje się być wpisana w obraz PKiN Konwickiego.

Akcja rozgrywa się głównie na Śródmieściu, a więc punkcie prestiżowym, ważnym, to centrum daje bohaterom możliwości, pośród dożynkowych tłumów czują się bezpieczni i anonimowi. W przeciwieństwie do dalszych powieści Autora, we Wniebowstąpieniu nie odczuwamy zbyt mocno atmosfery inwigilacji, szpiclostwa czy terorru. Owszem gdzieniegdzie pojawiają się milicjancji, jednak ich działania są tak pozorne i nieskuteczne, że nie można obawiać się ich naprawdę. Wiesio i Lilek są na tyle pewni siebie, że po napadzie nie zaszywają się nawet w kryjówce, a dalej jeżdżą po mieście, piją i prowokują los. Bandyci okazują się, w końcu równie nieskuteczni co milicjanci. Worki z pieniędzmi ostatni raz widzimy przed wejściem do baru, potem znikają, a Charon nie może doprosić się swojej części. Zresztą zdobcie łupu jest poddane w wątpliwość: kiedy Charon zostaje tymczasowo aresztowany (ale nie za swoje winy, tylko za brak dokumentów) i jest wieziony milicyjnym wozem, dostrega „wymalowane wapnem rozkrzyżowane postacie i gabaryty jakichś skrzyń, albo furgonetek.“[13], dookoła stoją migające wozy, milicjant uzupełnia jego wizję, mówiąc: „Pomordowali się dla kilku worków z drukowanym papierem“. Nie „zamordowali ich“, ale „pomordowali się“ – kiedy kolejny raz pojawiają się Lilek i Wiesio, są juz bez wątpienia trupami, chociaż nie żywią do siebie urazy. Powyższy cytat poddaje w wąptliwość, czy napad faktycznie się udał, chociaż w innych fragmentach jest takie potwierdzenie. Czy to co przeżył Charon wydarzyło się naprawdę?

Odczytywanie Wniebowstąpienia jak powieści realistycznej ostatecznie wyczerpuje się w momencie kiedy docieramy na szczyt Pałacu Kultury tj. w ostatniej scenie. Od samego początku, deliryczna atmosfera i narracja każą nam powątpiewać w realność przedstawianych wydarzeń, ale w końcu wątpliwości niejako się rozwiązują. Sądzę, że warto tu przywołać skojarzenie z twórczością Julio Cortazara, szczególnie z tomem opowiadań Tango raz jeszcze, gdzie te wdarcia niezwykłości do codzienności odbywają się z równą nonszalancją i pozorną zwyczajnością co u Konwickiego. Nie jest to realizm magiczny, a neofantastyka – termin wprowadzony przez Jaimiego Alazraki – oznaczający występowanie fantastyczności w świecie realnym, ale na „innych niż w klasycznej fantastyce zasadach” – kwestionujących po prostu racjonalistyczny światopogląd.

Oto większość występujących na kartach postaci okazuje się po prostu żywymi trupami.

„Oni grają przed sobą – powiedział bardzo cicho. Oszukują się nawzajem, choć każdy dobrze wie.” Konwicki skrupulatnie zebrał szesnaście postaci[14] na tarasie PkiN, dając niejako złudzenie, że to „wszyscy”, ale wszyscy to nie są. Brak Ani, Jolki, barmanów, „majsetrków”, kelnera itd. – jednym słowem postaci „prawdziwych”, dychających jeszcze. Wchodziły one w zwyczajne interakcje z bohaterami, widziały ich i rozmawiały jak „żywy z żywym”. Znamienne, że te PRL-owskie zombie nie wyróżniają się specjalnie wśród tłumu. Piją, tańczą, kochają się i nienawidzą. Ich aparycje nadwątlone rozkładem, muszą być podobne do aparycji innych – żywych jeszcze, skoro nie budzą odrazy i niepokoju.

Doszukiwanie się związków i uzasadnień logicznych tego stanu rzeczy byłoby w tym momencie ślepą skrupulatnością, „szkiełkiem i okiem”  – w świecie przedstawionym, inność pojawia się nagle, wdziera się do codzienności, nie z hukiem i fanfarami, a bocznym wejściem – niezauważona. Czy teza, że Wniebostąpienie jest w istocie książką neofantastyczną prowadzi nas do jakiegoś „bliższego prawdy” rozwiązania? Raczej nie. Fantastyczność stanowi po prostu kolejny obok krytycznego realizmu i symbolizmu element budowy powieściowego świata. Zdejmuje logiczne chomąta z wyobraźni i pozwala na więcej – zarówno czytelnikowi jak i autorowi. Trupy są zatem żywe naprawdę. To świat, w którym nawet śmierć nie wywiązuje się swych powinności, i zamiast szybko zabierać, pozostawia duchy w gnijących ciałach. Jedyny „prawdziwy trup” w powieści to Madziar przywieziony z… Ameryki.

Jedyną „ładną” postacią jest Jolka pseud. Miss-cyc, ale jej uroda, znów nie jest czysta – stanowi instrument do oddawania się lubieży i zarabiania, jest darem pożytkowanym niewłaściwie. Jest także Anna, o jej urodzie możemy domniemywać i jest to bodaj najczystsza i najprawdziwsza postać z tego panoptikum

Czuwanie przy jego trumnie, na zmianę z piciem wódki wzmaga eschatologiczne nastroje i prowokuje do pytań nad sensem śmierci oraz istnenie Boga. Znamienny wydaje się wybrany przez Konwickiego tytuł przeprowadzonej przez Beresia rozmowy rzeki „Pół wieku czyśćca” – czyśća PRL-u. Świat Wniebowsąpienia bywa absurdalny – oniryczny, tajemniczny, objęty nieznanym prawami. Zaakceptowanie i przyjęcie tego stanu rzeczy jako normalności, świadczy o społecznym wypaczeniu i szaleństwie.

Jest więc Warszawa czyścem specyficznego rodzaju. W tym katolickim, drabina prowadzi już tylko w górę – do nieba. U Konwickiego czyściec byłby miejscem ciągłej weryfikacji, środkowym piętrem umożliwiającym wertykalne poruszanie się między piekielnym dołem a niebiańską górą. Ale czy górą? Bohaterowie w ostatniej scenie znajdują się w najwyższym punkcie miasta, ukończonej wieży Babel, jednak Boga tam nie spotykają. Co więcej, nie mogą też zjechać na dół, na poziom ulicy:

 

–          „Jezus Maria, nie stójmy tak bez sensu.

–          Niechże ktoś ściągnie windę.

–          Misiu, ty też chcesz zjechać na dół, do miasta?

–          Wszyscy chcą wrócić, co za pytanie.

(…) Ale nikt nie odchodził” [15]

 

Utkwili zatem w czyścu, sparaliżowani nieznaną siłą. Z tej perspektywy Warszawa w dole, jawi się jako piekło utracone, do którego wszysycy chcą wrócić, poza którym czują się nieswojo.

Jest w tej wielkiej metaforze eschatologicznej także odpowiednik Dantejskiego Werigliego – Bernard – twórca i przewodnik, na miarę czasów, w których przyszło mu żyć. To on śledzi Charona, ignorowany i groźny, na końcu wyjawia mu istotę rzeczy.

Główny bohater Charon – mityczny przewoźnik dusz – czy to jest imię znaczące? Raczej nie. On nikogo nie wozi, raczej sam jest wożony i bierny, wobec ludzi i zdarzeń, które narzucają mu swój bieg. W łączeniu symboliki i wierzeń różnych porządków religijnych, Koniwcki okazuje się cynkiem. Nie drwi, ale odziera właściwe sensy i znaczenia z ich metafizycznej konotacji. Czyściec, niebo, piekło, Charon, axis mudni – to wszystko są elementy konwencjonalnej (wytartej już) układanki, która ma stworzyć zagmatwaną, niejednoznaczną eschatologiczną wizję. Trudno uwierzyć, aby Autor umieszczając dusze na tarasie widokowym, na serio przyjmował taki obraz zaświatów. Jest to próba odpowiedzi na odwieczne pytanie: „co będzie po śmierci?” – ale kiedy nie udaje się jej znaleźć, bo znaleźć się nie da, pozostaje już tylko quazi-uduchowiony symbolizm, ciekawy myślowy wybieg.

Bezlitosny jest Konwicki w przedstawieniu polskiej rzeczywistości końca lat 60-tych. Republika absurdu, zamieszkała przez żywe trupy – miejsce, którego nawet po śmierci nie można opuścić. Nie będzie zbawienia, nie będzie spełnienia i miłości, nie będzie bogactwa ni sławy. Nie ma czegoś takiego jak „wniebowsąpienie”.

 

***

BIBLIOGRAFIA

 

  1. Arlt Judith, Mój Konwicki, TAiWPN UNIVERSITAS, Kraków 2002
  2. Bereś Stanisław, Szuflada z Atlantydy, Dolnośląskie wydawnictwo edukacyjne, Wrocław 2002,
  3. Eliade Mircea, Święt obszar i sakralizacja świata [w:] Antropologia kultury, pod red. Andrzeja Mencwela, Wydawnictwo UW, Warszawa 2001.
  4. Konwicki Tadeusz, Wniebowstąpienie, Agora, Warszawa 2010.

 

 

[1] Internetowy Słownik języka polskiego, http://sjp.pl/Wniebowst%C4%85pienie

[2] Internetowy Słownik języka polskiego, http://sjp.pl/zmartwychwstanie

[3] S. Bereś, Szuflada z Atlantydy, Dolnośląskie wydawnictwo edukacyjne, Wrocław 2002, s. 215.

[4] T. Konwicki, Wniebowstąpienie, AGORA, Warszawa 2010, s. 7

[5] T. Konwicki, op. cit., s. 12

[6] op. cit. s. 13

[7] Chciałoby się dodać Witkiewicza: „ciągłe szukanie byle jakiego towarzystwa, niepokój kwaśny i gorzki, bezsenność w nocy i ciężki sen poranny” – S. I. Witkiewicz, Narkotyki, dostęp: https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/witkacy-narkotyki.html

[8] T. Konwicki, op. cit. s. 143

[9] S. Bereś, op. cit., s 227

[10] J. Arlt, Mój Konwicki, TAiWPN UNIVERSITAS, Kraków 2002, s. 35

[11] T. Konwicki, op. cit., s. 150

[12] M. Eliade, Święt obszar i sakralizacja świata [w:] Antropologia kultury, pod red. Andrzeja Mencwela, Wydawnictwo UW, Warszawa 2001, s. 123.

[13] op. cit., s. 150

[14] Urzędnik paszportowy, Bernard, Ciocia Pola, Lilek, Schlebiacz, milicjant w dziurawym mundurze, Wiesio, uczeń, pan Niemiec, niedoszli rozwodnicy, mężczyzna w wyszmelowanej wiatrówce, wiedźma z komisariatu, harmonista z rosyjskiej restauracji, łysy Leszek.

[15] T. Konwicki, op. cit., s. 181

 

 

 

BEZ PRZEKAZU – premiera 25 stycznia

PREMIERA POWIEŚCI „BEZ PRZEKAZU” już we czwartek, 25 stycznia, tylko na czarnykajet.com/skl3p

Dostępne są dwie wersje książki:

FIZYCZNA – lekkie, kieszonkowe wydanie, 256 stron, idealne do czytania w drodze do pracy, na uczelnię czy podczas imprezy techno. Książka dotrze do Ciebie w ciągu 2-3 dni roboczych.

29 zł + przesyłka

EBOOK- otrzymujesz wersję pdf (rekomendowaną do czytania) oraz epub. Ta wersja sprawdzi się na wszystkich czytnikach ebooków, oraz na tabletach i smartfonach. Książkę otrzymujesz natychmiast po zaksięgowaniu płatności.

19 zł + przesyłka free

 

 

RECENZJE:

„BEZ PRZEKAZU” BOLI. TO NIE JEST LEKKA KSIĄŻKA. NIE JEST ŁATWA. TA KSIĄŻKA MÓWI NAM O NAS COŚ, CZEGO NIE CHCEMY WIEDZIEĆ. CO NAS UWIERA. SWĘDZI. ŁASKOCZE. NIE POZOSTAWIA NAS OBOJĘTNYMI. ANGAŻUJE WSZYSTKIE NASZE EMOCJE. PRZEŻYWAMY TĘ POWIEŚĆ CAŁYM CIAŁEM. DOSTAJEMY CZKAWKI. DUSIMY SIĘ. CHRAPIEMY. OD DAWNA W POLSKIEJ LITERATURZE NIE BYŁO PROZY TAK ODWAŻNEJ. TAK WAŻNEJ. DŁUGIEJ. DAWNO NIE BYŁO U NAS KSIĄŻKI, KTÓRA BY ROZLICZAŁA POLSKĘ Z JEJ POLSKOŚCI. KTÓRA ROZLICZAŁABY HIP HOP Z JEGO HIPHOPATOWOŚCI.*

Karol Mroziński

 

„Powieść Bez przekazu należy do zupełnie nowej prozy, która świadomie i równocześnie czerpie z subkultur młodzieżowych, jak i z ich dotychczasowych przetworzeń literackich. Jej zasada organizacyjna opiera się nieoczekiwanie na rytmie, który nie tylko jest kolejną zabawą z rapem, ale i próbą „nakręcenia” czytelnika, wprowadzenia go w pewien nastrój, poprzez który zbliży się do niego opisywany świat, jego bohaterowie, ich sposób oglądania wszystkiego wokół. To ważne, bo dawno prozy tak jawnie nastrojowej nikt nie proponował.”**

Tadeusz Mizerkiewicz, Prof. dr hab. UAM

 

Z A J E B I O Z A

Anna Maria Wierzchucka – Laureatka Grand Prix VII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „O Granitową Strzałę” 2015, Laureatka II nagrody XII Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Stanisława Grochowiaka 2016 w kategorii poezja a także m.in. I nagrody V Turnieju Jednego Wiersza im. Wandy Karczewskiej 2015 oraz I nagrody X Ogólnopolskiego Otwartego Turnieju Jednego Wiersza im. Pawła Bartłomieja Greca 2016.

 

PREMIERA KSIĄŻKI 25 stycznia na czarnykajet.com

 

  • *PARAFRAZA OPOWIADANIA KAROLA MROZIŃSKIEGO „IDA”, [W:] K. MROZIŃSKI, RAZZMATAZZ, WYDAWNICTWO JÓZEF CZĘŚCIK, GDAŃSK 2015, S. 88.
    UŻYCIE FRAGMENTU ZA ZGODĄ WYDAWCY.
  • ** PEŁNA RECENZJA „BEZ PRZEKAZU” JEST DOSTĘPNA TU 

JA JA JA 4

Oh, tak bardzo nie mam ochoty pisać tego korporacyjnego bełkotu!
„Najlepsze kampanie influencerskie roku 2017”, „Jak zarobić na youtube?”, „Czego chcą dziś milenialsi w mediach społecznościowych?”. Niby to wszystko ważne, niby też doraźne, skrojone odpowiednio do chwili i potrzeb, tych, którzy by chcieli zarabiać więcej, mieć więcej, być więcej, przeżywać więcej. Słowotoki korporacyjnego stylu: „fuzja”, „przetarg”, „kampania”, „influencer”, „ SEO”, „SEM”, „koneksja”, „CEO”,  i ja, skromny pisarczyk i piewca wielkich marek i ich jakże wielkich działań.
Tak jak kiedyś pisarze trudnili się posadami urzędniczymi, tak my dziś, oddajemy swoje ciała i dusze zamożnym korporacjom, które za te słowa, słowa, słowa, sklecone jakoś na siłę, są w stanie uszczknąć nam nieco ze swego bogactwa. Nudne to wszystko i pragmatyczne, bo dzisiaj chciałbym pisać tylko dla siebie i o sobie, przelewać zajawkę, myśli, przeżyć, taplać się w sosie własnym, i tak może, skromnie, rozjebać to wszystko na caly świat, do każdej biblioteki, księgarni, na każdy mur, aby tak każdy, w wolnej chwili mógł poczytać sobie mnie, bo przecież osobą jestem najbardziej na świecie fascynującą. I to niezmiernie ważne, co się wczoraj działo w tym mieszkaniu, i co mi się pomyślało dziś przy śniadaniu, i co zrobiłem dwa lata temu będąc na haju. Tak, to ważne, a te nowe technologie, te pieniądze to komu to potrzebne, jest, przecież z tego nie ma…

Mios Dios! Niczym się od tych korporacji nie różnimy!

Milena – cz. I #opowiadanie

O co ja się z nią kłócę ciągle? Od trzech i pół roku. Choć w początkach nie spieraliśmy się jeszcze. Byliśmy powściągliwi, nieśmiali, niewinni, zależało nam na robieniu dobrego wrażenia.
Teatr?
Zgodziła się, choć przez sekundę miałem wrażenie, że odmówi.
Idziemy warszawską nocą, wśród lwowskich kamienic, pachniemy ładnie, mówimy inteligentnie, staramy się być zabawni. Średnio to idzie, więc zapalam papierosa.
– Palisz? – pytam.
Nie pali. Prawie w ogóle jej nie znam.
I teraz dopiero widzę jak chodzi. Widziałem wcześniej na wydziale, ale nie chciałem w to wierzyć. Że ona tak chodzi normalnie-nienormalnie. Z twarzą w szalu, karkiem ze złamaną głową spoglądającą zdałoby się tylko w ziemię. Nogi  ma z pozoru mocne, ale w swej istocie chwiejne. Jakby zaraz miała przewrócić się, upaść niczym przedwcześnie ścięta sekwoja. Może to przez obcasy, bruk nierówny, lub jakiś niedowład. Nie piliśmy nic tego wieczora.
Teatru nie znajdujemy. To teatr undergroundowy. Idziemy do innego budynku, piękniejszego. Lekko spóźnieni wkraczamy na deski Czechowa. Grają studenci. Dobrze nawet. Teatr piąte piętro.
Niech studenci grają Czechowa, ale błagam, wy teatry komercyjne i drogie, przestańcie już. Nie ma kurwa nikogo lepszego? Kogo żyjącego, kogo z Polski? Bez tych wszystkich sióstr, generałów, cherlawych ojców, strzelb wiszących na ścianach?
Studenci grają nieźle, przerwa, palę, prawie nic nie mówimy, wchodzimy, śmierdzę, grają, śmiech, grają, śmiech, w końcu beng! Strzelba wypala!
Któż to mógł przewidzieć.
Wychodzimy. Nie mam pieniędzy zabierać jej, to tu to tam. Chcę całować, ale jej głowa ciągle w szalu, jak szczelnie owinięte trawą jajo. Czy ona jest aligatorem, żółwiem, a może ptakiem?
Żegnamy się.
Muszę coś o niej dopowiedzieć. Ma piękną twarz, długie blond włosy, świetny tyłek i zgrabne ciało. Tylko ten chód i te ruchy, zupełnie nieprzystające do jej nadkobiecej urody.
Nigdy więcej nie zaprosiłem jej do teatru.
Od nieszczęsnego Czechowa zaczęła się między nami pleść długa nić, lina okrętowa nieporozumień.
Nie zagadywałem do niej przez jakiś czas. Na wydziale mijaliśmy się obojętnie, patrząc po ścianach, podłodze, po oczach innych ludzi.
Po roku mi to wypomniała, bo chciała bym zagadywał.
Zawsze dawała sprzeczne sygnały. Gdyby była nawigatorem morskim okręty wielkie jak lodowce zaczęłyby wpadać w kolizje, a łodzie podwodne wypływać na plaże jak dogasające wieloryby.
Od Czechowa minęły tygodnie, zbliżały się Święta, miasto pustoszało. Widziałem z okna jak pustynnieje, jak klapnie, jak błotnieje, jak się cofa estetycznie do czasów Kontrolowanej Republiki Chaosu.
I wtedy ona zadzwoniła. Ucieszyło mnie to. Jest na dworcu i czy jej pożyczę na bilet, bo zgubiła portfel. Wsiadłem na rower, pojechałem na dworzec i dałem jej na ten bilet. Chciałem ją pocałować, ale głowę miała w kapturze i szalu. Wróciła w nowym roku i oddała mi za ten bilet pełna wdzięczności.
Nasze relacje polepszyły się. Rozmawialiśmy i pisaliśmy śmielej. Także publicznie, bo takie się robi rzeczy na zajęciach z literatury.
Wyszliśmy po nich na piwo w deszczowy, ciemny dzień z moim przyjacielem Emem.  Zasiedliśmy w najgorszej studenckiej spelunie z szafą grającą. Piliśmy tanie, dobre piwo. Kręciliśmy papierosy z resztek tytoniu paczkowanego i mieliśmy już ostro w czubie. Ona pożyczyła nam na dalsze picie i wyszła. Nie zaniepokoiło mnie to. Emem oddał jej ten hajs dopiero po dwóch latach.
Gdy wiosna zaczęła rozkwitać, rozkwitła znów nasza znajomość. Mogliśmy chodzić do pobliskiego parku i tam niby rozmawiać o czymś ważnym, albo zupełnie doraźnym. Ja robiłem pompki, i ona też zrobiła kilka. Założyliśmy się o trzysta złotych, z jej inicjatywy, że do maja schudnie pięć kilogramów, choć naprawdę nie miała ich wiele. Powiedziała:
– Jesteś jedyną, tak bezwzględną osobą, że wydusisz ze mnie ten hajs. Chcę abyś to zrobił.
Nie schudła. Na kilka dni po terminie zakładu zacząłem cisnąć ją o pieniądze. Oddała z grobową miną. Potem żywiła się jedynie bezglutenowym makaronem. I może dzięki temu schudła.

 

rysunek. Phil Ostojski

Kurki i borowiki #opowiadanie

Siedziałem nad otwartym edytorem tekstowym i zastanawiałem się, co napisać. Niby dzieje się tyle niesamowitych rzeczy, i tyle jest historii dookoła, a ja ich słucham i dopowiadam swoje, ale jestem głupi, bo nie zapisuję tych cudzych, a i swoje niezbyt często.

Gdy tak siedziałem na twardym krześle, plując sobie w brodę, że swe powinności pisarza wykonuję niechlujnie i nie pełnoetatowo, ktoś zapukał do moich tarasowych drzwi. Tak, owszem, posiadam taras o imponujących rozmiarach 2×8 metrów, co daje oszałamiającą liczbę 16 metrów kwadratowych, w jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic Warszawy – Pradze Północ.

Pukanie rozległo się ponownie, a ja przepełniony ciekawością i lekkim przestrachem, któż to może być o godzinie 22:35 zbliżyłem się do okna. Uchyliłem papierowe żaluzje, lecz nikogo nie zastałem.

Z powrotem zasiadłem przy biurku i w tem pukanie rozległo się znów. Tym razem podbiegłem do okna kuchennego, które również wychodzi na taras, aby na gorącym uczynku przyłapać żartownisia. Jednak i tym razem nie ujrzałem nikogo, a pukanie o szybę nie ustawało. Wróciłem więc do pokoju i zaopatrzony w czerwony flamaster, którym zamierzałem skrzywdzić ewentualnego napastnika, mężnie otworzyłem tarasowe drzwi. Nikogo tam nie było, i kiedy już chciałem domykać okiennicę, by następnie zadzwonić do swojego przyjaciela Ema z prośbą o polecenie dobrego psychiatry, rozległ się piskliwy głos:

– Tu jestem frajerze, na dole!

Koło moich stóp przybranych w stylowe klapki Kubota stała salaterka z parującą zupą grzybową.

– Czy to pani mówiła, pani zupo?
– Nie jestem kurwa panią, tylko facetem, nie widzisz? – zabulgotała zupa
– Proszę wybaczyć, nie często widuje się zupy rodzaju męskiego.
– Nie przyszedłem tutaj na pogadanki o gender. Zresztą kurwa spójrz na siebie, jak ty kurwa sam wyglądasz.
– Przepraszam, ale jak w ogóle, żeś pan tu zapukał panie zupa grzybowa?
– Nie interesuj się, bo kociej mordy dostaniesz- zupa zawrzała a z jej bulgocącej tafli wyskoczył gorący kawałek borowika i wylądował na mojej białej skarpetce.
– Uważaj pan panie, z tym bulgotaniem, skarpetkie, żeś mnie pan pobrudził!
– Słuchaj młody, jest taka sprawa, nie miał byś może pieprzem trochę poratować?
– Czy nie można było tak od razu? Kulturalniej. Ależ oczywiście, że mam pieprz, proszę tu poczekać, zaraz przyniosę.

Skierowałem się do kuchni, z ulgą, że zupie chodziło tylko o pieprz, jednocześnie zastanawiając się jak mogła zapukać, skoro nie widziałem u niej żadnych członków. Ale może zapukała brzegiem salaterki, tak to było możliwe. Otwarłem szafkę i wśród naderwanych, niearomatycznych saszetek odnalazłem pieprz. Chciałbym kiedyś dorobić się plastykowego młynka i mieć pieprz świeżo mielony, ale póki co mam ważniejsze wydatki, jak papierosy i chleb. Kiedy wróciłem do pokoju, pan zupa grzybowa stał na moim łóżku i uśmiechał się bezczelnie. To znaczy, pływające w przeźroczystej salaterce grzyby, przybrały taką formę, że rydze tworzyły oczy a dwie kurki wstrętny, żółty, nikotynowy uśmiech.

– Hej, panie, uważaj pan! Zaraz się pan tu wylejesz, a to jest kurwa biała kołdra. I gdzie z tym brudnym spodem z dworu, dopiero, co no?
– Dobra, facet, masz ten pieprz? Weź mnie dosyp od góry, o tak, bo mnie strasznie suszy ziomek.
– Dobrze, ale potem pan sobie pójdzie tak?
– No a jak, po chuj mam tu siedzieć, patrzeć jak se konia walisz?
– Nie waliłem konia, tylko pisałem, to znaczy chciałem coś napisać.
– Ta, jasne, He He He, ja tu trochę dłużej pod tymi drzwiami stałem. Weź no mnie dosyp od góry, tak od serca.

Spięty zbliżyłem się do łóżka, modląc się aby pan zupa nie stracił równowagi. Poczułem parującą woń grzybów i sfermentowanego alkoholu. Ostrożnie rozwarłem saszetkę i zacząłem sypać, w pełnej koncentracji, aby nic nie uszczknąć na łóżko.

– O tak, o kurwa, o tak! Tak dobrze, dosyp jeszcze młody! O kurwa, tego mi było trzeba!
– Panie zupa, zaraz pan będziesz niezjadliwy, może już wystarczy?
– Weź mi nie pierdol, co tam jeszcze masz? Rozmaryn? Ziele angielskie? Lubczyk? Weź mnie to wszystko wpierdol młody. O! I liścia laurowego daj!
– Czy pan oby nie przesadzasz?
Odwróciłem się i zdecydowanym krokiem wszedłem do kuchni celem odnalezienia łyżki. Wysunąłem pierwszą od góry szufladę i wyjąłem jedyny sztuciec, niosący w dodatku ślady dawnych zacieków. Kiedy odwróciłem się, pan zupa stał na kancie kuchennego stołu. Żołądek stanął mi w gardle.

– Odłóż tę łyżkę, bo skoczę!
– Nie skacz pan, dzisiaj myłem podłogę!
– Odłóż łyżkę, powoli, tak abym widział twoje rączki. Dobrze, spokojnie… A teraz sięgnij po te przyprawy co je masz za sobą.

Ale ja nie zamierzałem, dać za wygraną, w ostatniej chwili odwinąłem się i wbiłem łyżkę w pana zupę. Krzyknął przeraźliwe i zakaszlał. Salaterka zatrzepotała chwilę na rogu stołu, po czym z impetem uderzyła o kremową posadzkę. Grzyby ułożyły się na kształt krzyża, a z bulgocącej, dogasającej masy dało się usłyszeć, ciche, coś jakby
–Ty skurwysynu…

O nie, ja już sprzątałem w tym tygodniu. Nie mam siły robić tego drugi raz. Wróciłem do pokoju, usiadłem na krześle, przed edytorem tekstu i zacząłem zastanawiać się o czym mogę napisać opowiadanie.

**

– Niezłe. A nie mogłeś po prostu napisać, że wróciłeś najebany  i się porzygałeś?
– Nie.

***

Podobało się? Polub Czarny Kajet na facebooku i obserwuj blog, zapisując się do newslettera w zakładce MENU.
https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

Świąteczno-noworoczne pozdrówki i co dalej z blogiem?

Szanowni Czytelnicy,

ci z Was, którzy śledzą moje insta odnotowali zapewne fakt, że ostatnie dni spędzałem nad morzem, a bywało, że i w morzu (po kostki).

Wierzę, że każdemu należy się trochę odpoczynku a odpowiednio dozowana samotność dobrze wpływa na kondycję twórczą. Jak możecie zauważyć, od pewnego czasu nic nowego na blogu się nie pojawiało. Ale spokojnie, piszę, natomiast główną uwagę koncentruję teraz na wydaniu mojej debiutanckiej powieści „Bez przekazu” – czarnykajet.com/bezprzekazu/    

Książka poszła do druku, wszystko zmierza w planowanym kierunku i powiem Wam tak skromnie… będzie rozpierdol,

a od nowego roku na blogu pojawiać się będą już same sztosy związane głównie z książką, ale nie tylko.

Tymczasem pozostawiam Was na te ostatnie dni roku w ciszy. Od maja czarnykajet odwiedziliście blisko 4000 razy i było Was tu 1514 osób, za co bardzo dziękuję.

Blog nabiera kształtów, m.in. dzięki zajebistemu brandingowi od Saiko Studio.

Wypatrujcie tagów na murach i w ogóle patrzcie na ulice bo CK wjeżdża teraz z ostrym guerilla marketing.

Życzę Wam wiele energii, mocy, metafizycznych i literackich wrażeń.

Badajcie czarnykajet.com od 1 stycznia! Elo!

Sarmini