Kategorie RECENZJE

6 postów

„Fatalne jaja” – wrażenia

NIEDZIELA

Po 25 dniach cudnej abstynencji znów na P. Mniej cudnie, acz znośnie. Nie wytrzymałem naporów porannych odczuć metafizczych, znacznych rozrostów wrażliwości duszy, która niczym płótno zaczęła przyjmować na siebie wszelkie koloryty niezbadanej rzeczywistości.

Teraz po lekturze „Fatalnych jaj” Bułhakowa. Geniusz. Czysty geniusz. Jest w tym pisarzu uroczy humor, trafna, ale zawsze żartobliwie ujęta krytyka Rosji, świetne, przekorne oddanie charakterów ludzkich i klimatu miasta. Co zauważyłem… chciałem, naprawdę żywo chciałem czytać go. Wolałem wczoraj zrezygnować z przedniej fety* aby czytać Bułhakowa i tego wyboru nie pożałowałem nawet przez minutę.

Co doskonale potrafi to zatrzymywać akcję, nie ujawniać od razu wszystkiego – wstrzymywać czytelnika na jakimś widoku, myśli bohatera – tak, że człowiek prosi „no niechże już ujawni, co ten Piersikow odkrył!”, „no niechże już powie, co oni w tej oranżerii zobaczyli!”. Ale w tym oczekiwaniu nie pobrzmiewa irytacja – jest tylko rosnąca fascynacja, ciekawość i żywa POTRZEBA czytania dalej. Pisarz prowadzi z czytelnikiem grę na niedopowiedzenia, ale równocześnie składa obietnicę, że czekać jest warto. I jest.

Podobnej fascynacji już tak dawno nie doświadczyłem, wobec tych wszystkich liniowych książek i filmów, które jestem w stanie porzucać w chwili dowolnej, a doczytuję i dooglądam tylko z przyzwoitości i potrzeby dokończenie tego co zaczęte. Na końcu myślę (w piątek oglądany „Kształt wody”) – „ładne. Ciekawe”. Ostatnia scena – w końcu dreszcz wzruszenia. A więc to wszystko, te dwie godziny tylko po to aby na finiszu odczuć lekkie drżenie.

U autora „Mistrza i Małgorzaty” jest inaczej. Tam każda chwila jest przepełniona ciekawością, humorem, napięciem. On nie buduje wielkiego rusztowania, po którym mozolnie trzeba się wspinać by na końcu dosięgnąć wisienki, o nie! On na każdej stronnicy nęci jej słodyczą i powidokiem, a co cztery, pięć, wisienkę czytelnikowi wręcza. Jego dzieła to przepyszny tort, mistrzowsko skomponowany – nie za słodki, wręcz wytrawny i każdy kęs jest rozkoszą. U innych odwrotnie – trzeba wtrąbić wpierw ziemniaki i przyciężkiego kotleta, po to by na końcu dostać nazbyt słodkie, banalne ciastko.

Tak pisać jak Bułhakow.

***

*feta –

1. dawniej: uczta;
2. potocznie: świętowanie sukcesu;
3. najpopularniejszy gatunek sera greckiego, produkowany z mleka owczego; fetta

„Fatalne jaja” są dostępna za darmo na stronie wolnelektury.pl

Marcin Wicha, Rzeczy, których nie wyrzuciłem – recenzja

Życie zamienione w anegdoty

Przeprowadzaliście się kiedyś? Ja wielokrotnie. Z każdymi przenosinami coś się zatraca; to sztuka kompromisów, wyborów. Jedno decydujemy się zostawić, drugie wyrzucić, trzecie oddać komuś gdzieś. Lżejsi o rzeczy, ciężsi o wspomnienia podróżujemy w kolejne Nieznane. Sami, czasem z kimś. Zwykle sami.

Taką mam zasadę: „wszystko ma wejść do kombi”. Dlatego kupiłem kombi. Zasada wyklucza meble; jeśli są, to podlegają kategorii przedmiotów „domowych” nie „osobistych”. Wśród osobistych, są na pewno książki. Lekkie, ciężkie, grube, cienkie, małe, wielkie, przeczytane i te „na kiedyś”, w oprawach twardych i miękkich, nowe – błyszczące oraz stare poszarzałe, kupione na bazarze zmarszczone. Trzeba to do kartonów pomieścić. Czasem, jak pakuję, mam ochotę zostawić na ulicy. Wyrzucić z rąk ważący pięćdziesiąt kilogramów karton i powiedzieć: pierdolę was! pierdolę papier, literaturę, obwoluty i pogięte rogi! Zostaję nomadem. Nomadem z ebookiem.

Ale potem przychodzi moment skruchy, przeprosin. Gładzę, układam kolorowe grzbiety na nowej półce, chucham, prostuję i jestem wdzięczny. Wdzięczny, że je mam, bo przesuwając wzrok po obwolutach to jakbym oglądał przyjaciół dawnych lat, kompanów, którzy nadali sens (i liczny bezsens) mnie dzisiaj. W książkach się człowiek odbija (Encyklopedia Polskiej Psychodeli). Jak ma na półce wszystkie wydania Gombrowicza i Białoszewskiego, o tak, na wyciągnięcie ręki, to jednak co innego niż gdyby tam stały świeczki i czytnik amazona.

Ja jeszcze nie mam Gombrowicza i Białoszewskiego wszystkiego, ale mam Marcina Wiche. Dużo poręczniej, bo wydał dwie – łatwiej być na bieżąco. Czy go stawiam obok tych powyżej? Tak. Bo mam wąską półkę. Czy tak jakby znaczeniowo, doniośle? Nie. Nie ta półka, inna kategoria, liga. Ale też bardzo dobra. No i książka ładnie wydana. Taka szara eminencja, z granatową podwiązką. Ma coś w sobie.

Książka Marcina Wichy, Rzeczy, których nie wyrzuciłem postuluje, że jako ludzie z przedmiotami się łączymy i gdzieś, czy tego chcemy czy nie, na zawsze w nich pozostajemy (dlatego warto je czasem przez życie nieść). One stanowią odbicie tego kim jesteśmy, kim byliśmy (kim się staniemy?).

Autor – skończony esteta – brodzi wśród materii: książek, ładowarek, lamp i zakurzonych półek, sięga po rzeczy bezpańskie i osamotnione. Nie jest to podróż bez celu; przyszło mu sprzątać mieszkanie po zmarłej przyjaciółce. A tak się ułożyło, że ta przyjaciółka była jednocześnie jego matką.

Nie mówiła o śmierci. Tylko raz. Nieokreślony ruch ręką, machnięcie w stronę półek:

– Co z tym wszystkim zrobisz?

A więc on teraz robi. Sprząta, układa, porządkuje. Rzeczy się stają wzmacniaczem wspomnień: zaczytane przez matkę powieści – przekaźniki obrazów i zachowań – barwnych, wyrazistych, takich „tylko jej”. Bo z tego obrazu, który kreśli syn wyłania się postać bezkompromisowa, zadziorna i ironiczna.

– Pamiętasz Mariuszka z naszej szkoły?

– Bardzo miły – odparła, ponieważ pamiętała, że go nie lubiłem.

Matka. Żona. Polka. Żydówka. Pedagog. I bohaterka. Taka w prawdziwym sensie, nie tylko historii. Bohaterka w oczach dziecka, które uczyła jak się zdobywa książki w PRL, jak się walczy o swoje, jak się trzeba szarpać, żeby wyszarpnąć i jak mówić prawdę, by nas szanowali.

Miała słowa na każdą okazję. Posługiwała się nimi jak zestawem narzędzi. Śrubokręt do każdej śrubki. Klucz do każdego zamka.

Wyrasta z tej postaci autorytet kobiety silnej. Nie nieskazitelnej. Po prostu takiej, którą być mogła w trudnych powojennych czasach. Przedstawicielka pokolenia, któremu obiecywano piękne życie, a które dostało kartki, kolejki i przepisy na królika w śmietanie. Ale zrobiło to co mogło.

 

Niezasadnie ten zbiór klasyfikować gatunkowo. Nazwanie „esejem” może odstraszać, mówienie, że to opowiadania, pamiętnik czy powiastka filozoficzna byłoby nadużyciem. Jest to wszystkim po trochu, gatunkowym synkretyzmem, który czyta się z zaskakująco lekko, bez ckliwości i bez wyrachowania. Mikroopowieści, duże na pół strony czasem na kilka, przecinają kilka porządków i czasów. Są kolorowe lata 60-te, dogasający PRL, początki wolnej Polski i współczesność – zakurzona i matowa wobec śmierci, która nadeszła. Układa się to wszystko w luźnej chronologii, która płynnie prowadzi nas do… do końca.

Wicha wytyka, że Europejczyk XXI wieku nie potrafi mówić o śmierci. Nie chcemy jej widzieć, myśleć. Brakuje słów.

– Zaczęło się już to [mówi lekarz]. Pan rozumie? Zaczęło się to. Pan rozumie? To.

Uczymy się jednak głębiej rozumieć, a to już wiele. Rzeczy, których nie wyrzuciłem są pochwałą codzienności oraz instrukcją pożegnań, tych ostatecznych. Instrukcją pamięci o tym jak chcielibyśmy zapamiętać swych najbliższych, a także jak sami będziemy zapamiętani. Nie bije z tej książki żal niewyjaśnionych spraw, obcości. Pozostają ciepłe i zabawne anegdoty. Te anegdoty, która chcemy opowiadać przy rodzinnym stole. Bez dat i szczegółów. Impresje po prostu, powtarzane wielokrotnie to tu, to tam.

I choć śmierć to niby nie temat do rozmów Wicha pokazał, że można. Że można z szacunkiem, przekąsem, nieraz uśmiechem, mówić o tych, którzy odeszli. Tego się warto nauczyć.

***

 

Przypis: Książka „Rzeczy, których nie wyrzuciłem” została w tym roku nagrodzona nagrodą im. W. Gombrowicza, Paszportem Polityki oraz Nagrodą Nike. Autor Marcin Wicha (ur. 1972) jest grafikiem oraz eseistą.

Za nadesłanie książki dziękuję wydawnictwu Karakter.

 

PRO8L3M „Ground zero mixtape” #RECENZJA

PRO8L3M „Ground zero mixtape” #RECENZJA

Uprzedzam z góry, że tekst ma formę lekkiej analizy filologicznej, stąd liczne cytaty i wchodzenia w „podmioty”.

Odpalając kolejne dzieło warszawskiego, teraz już międzynarodowego duetu, chciałbym jednocześnie odpalić papierosa, wygodnie rozłożyć się w fotelu, zamknąć oczy i posłuchać. Zaufać. Utonąć w toni perfekcyjnie dobranych dźwięków, złączonych z zaskakującym  flow i liryką. Jednym słowem uczynić to do czego PRO8L3M zdążył mnie już przyzwyczaić – do zaufania, bezpytaniowego pożyczenia kilku stów i kilkudziesięciu minut uwagi. Ale w przypadku tego albumu na zaufanie miejsca nie ma i być nie może.

Po pierwsze to efekt bitów. Rejvowych, na przestrzał elektronicznych, i może mieszają się tu jeszcze inne gatunki, ale pewien nie jestem. Nie wiem, bo choć album wydany jest razem z zinem, to znalazło się tam jedynie miejsce na kilka cytatów i fotografii (a właściwie to jednej i przetwarzanej) autorstwa Ady Zielińskiej, okrytych narkotycznymi soplami Thomasa Le Pivota. O ile konotacje i zapożyczenia na „Art Brut Mixtape” były jasne, bo osadzone w największych, synthpopwoych hitach Polski lat 80′, o tyle w przypadku „Ground Zero Mixtape” twórcy nie sprezentowali odbiorcom jaśniejszych odnośników do oryginalnych utworów*.

Przejdźmy do środka, do esencji. Mixtape otwiera chronologicznie numer „Styl sportowy”, szkoda, że wersja albumowa niczym nie różni się od tej dostępnej na Spotify. Na „Art Brut” nabywca fizyka, dostawał skromny, ale jakże miły prezent w postaci otwierającej nawijki do „Stówy”: „Art Brut Mixtape, sztuka marginesu dzieciaku, aha, sprawdź to” – wersja cyfrowa była pozbawiona tego wejścia.

„Styl sportowy” zwiastuje to, co dane nam będzie usłyszeć na przytłaczającej części płyty, to jest nawijkę o złości – (pierwsze słowa „Tak, jestem wkurwiony”), dalej o kobietach, pieniądzach, używkach i przyspieszonym kodeksie ulicznych zasad – czyli tym do czego przyzwyczaił nas najbardziej erudycyjny z uliczników:

Lecimy na dancing
Ona niebieskie rzęsy
Ja glany, martensy

[Zwrotka 2: Oskar]
Nie, nie widziałem
Nie, nie słyszałem
Nie wiem, nie znam go wcale
Nie było mnie tam, spałem
Bez nazwisk, bez wzmianek

Numer osadzony jest w klimacie lat 90’tych, dla Oskara stanowi jakby powrót do ery grungeu i rzeczywistości topniejącego PRL-u.

Dalej są „Macki meduzy”, utwór naprawdę otwierający mix:

Zamknij oczy i uwierz mi, zapij to wódą i lećmy
Ten miks nie jest bezpieczny, ale piguła jest dziś nieobecny

„Macki” to jedyny numer, w którym podmiot ulega fizycznej dominacji ze strony kobiety

Chciałem jej nalać do miarki, ale wyśmiała i przelała do szklanki
Panna pokazała ci majtki, ona mi po co naprawdę są kajdanki
Dobrze, że mam twarde nadgarski, gorzej znoszą to jej koleżanki

Oskar opisuje tu kobietę mocną, dominującą femme fatal, którą respektuje na poziomach emocjonalnym, fizycznym oraz intelektualnym. I czy to ta jedyna, o której przyjdzie nam słyszeć jeszcze później, w dalszych częściach mixtape’u?

[Refren: Oskar]
Ona szepcze mi do ucha, a jej szapcze diabeł
Jest jak nad miastem koszmar, który musi wreszcie nadejść
Byłem zły, z nią jestem jeszcze bardziej
Chcę jej nagiej, albo ona, albo nie chcę żadnej

Kobiet jest tu całe mnóstwo. „Ground Zero” to rozwinięty, Pilchowo-Pezetowski „Spis cudzołożnic”, gdzie dostajemy, mniej, lub bardziej złożone opisy kobiet pięknych, zepsutych, naiwnych, głupich, cynicznych. Modelka, jak z „V8” ona fajna, z twarzy jak Jessica Alba.
Na skitach mężczyźni rozmawiają głównie o kobietach. Przedłużenia i przetworzenia z „Makijażu” (Hack3d by Gho5t), tylko, że teraz ONA widziała „fotostory z Anką”, a nie „wysłała test ciążowy”  z czego może być chryja.

„Lody włoskie” to kolejny opis związkowo-seksualnych ekscesów, tym razem z kobietą, dla podmiotu, sortu drugiego. Zdradzaną, okłamywaną: nie w tym rzecz, że się zmyła, rzecz w tym, że mnie nakryła, po ostatnim zajściu, zamiast romansu jest jej płaszcz.

Mizogeniczny stosunek Oskara do kobiet w ogóle nie uległ zmianie w stosunku do „Tori Black” z pierwszego albumu, gdzie podmiot deklarował, że lubi duże dupy i płaskie brzuchy, jednak pewne, bardziej romantyczne momenty z „Jakby świat kończył się” sugerowały, że może da się kochać i da się dostrzegać piękno, nawet we wszechogarniającym, szarzejącym brudzie blokowisk. O ile wersy w stylu ogień w piczy już budziły pewne grymasy o tyle to co prezentuje Oski w utworze „Na audiencji” (sytuacja odwrotna niż w „Mackach meduzy”) budzi już niesmak.

Włożyłem jej całego, aż przypomniała sobie co było dziś do szamy
(…)
Dla odpoczynku znalazł się w jej ustach smoczek
Zrobiła minę, jakby miała wypić z rana ocet

Niesmak jakby się udziela, nie ze względu na praktyki seksualne, co ich opis: brutalny, bezpardonowy, prostacki. I może jest to metoda: uderzać wprost, bez kozery, ale jeśli tak, to po co te „smoczki”, pseudo-niedopowiedzenia i niby-zaokrąglenia? Numer ratuje Steez, nadając mu swoim głębokim wokalem, nieco więcej klasy i blasku:

[Outro: Steez]
Ona ubrana w złote cacka
To nie po parku przechadzka
Długie szpony, słony pot
Na oczach opaska
Kostki lodu, waniliowe masła

Przy dziewiątym numerze „Fair Play” następuje lekkie przełamanie dotychczasowej konwencji. Oskar daje popis swojego ulubionego środka poetyckiego, jakim jest anafora:

To inna historia, że gadam z Bogiem o piekle
Inna, że śmigam ostro, bo nie wiem jak wcisnąć heble
Inna, że trzymam fason, a jestem jak małolat we mgle

I tu warto zwrócić uwagę na motyw piekła, który przewija się na albumie kilkukrotnie:
to co miałem właśnie się smaży w płomieniach – Magnolie
sprawdzę, które piekło jest najmniej uciążliwe –
Vanitas

co w końcu odkrywa maski podmiotu, dając nam pojęcie na temat realnych strat i kosztów prezentowanego przez rapera stylu życia,

Dalej mixtape ewoluuje. W dobrą stronę. Gdyby chcieć zliczyć wszystkie zaimki „ona” i „jej” występujące na albumie, wyszłoby tego kilkadziesiąt. Choć „Ground Zero” stanowi wyraz męskiej dominacji i apoteozy życia macho, jest paradoksalnie zdominowany przez kobiety. Album nabiera kolorytu wówczas, kiedy Oskar rezygnuje z opisów przygodnych wojaży a skupia się na kobietach swojego życia, czego przykład dostajemy we flagowym numerze „Flary” opisującym, trudną, agresywno-pasywną relację między mężczyzną a kobietą. Kiedy podmiot przyznaje się do uczuć: tęsknoty i straty wywołanych brakiem tej jednej, przy której wszystkie maskarady: picie, lans, życie na pokaz, miały sens.

Doskonale sprawdzając się na płycie momenty wokalne, jak w luzującym atmosferę „Puerto Rico”, gdzie zostaje złamana koncepcja rave’u, a Oski pozwala sobie na knajpiane, pijackie zaśpiewki, brzmiące zaskakująco dobrze i rytmicznie. Podobnie jest w „Magnoliach”, gdzie śpiew znów stanowi wyraz (a jak) historii o kobiecie.
„Iskry” to pierwsza, poważniejsza spowiedź podmiotu na płycie, a śpiewane wstawki nadają jej pozornej lekkości w ciężkości bytu.

W ogóle na całym albumie Oskar dużo lepiej prezentuje się na bitach wolniejszych, które prowokują do refleksji, dają miejsce na jego charakterystyczny off beat, kiedy może na chwilę, zwolnić a nie pędzić w pogoni za wysokim BPM.

Moim absolutnym faworytem z płyty jest „Golden”, czyli opis psychodelicznego tripa po grzybkach, który rezonuje oczywiście z bezkonkurencyjnym, witkiewiczowskim „Strumieniem” z LP.

Ona gnie się jak promile mordę
Wyciąga sztylet, by wbić mi w żołądek
Siadam na fotel, a dopiero potem myślę, że na chwilę usiądę
Ooo, sufit jest niebem, sztos, diamenty śniegiem

Im dalej tym lepiej: „Vanitas” i „Sick boy” stanowiące kontestację życiowego pędu i sprzecznych, narzucanych przez kulturę wytycznych:

Pracuj, się spełniaj, miej cel
Marzenia, przyjaciół, błędy popełniaj, miej rodzinę
Cierpienia, nie miej hajsu, sadź drzewa
Weź kredyt, spłać kredyt, nie miej czasu
Biegaj, skończ studia, miej dziewczynę
Weź ślub, miej córkę, miej kłótnię

Weź rozwód, ożeń się ponownie

Kolejny utwór „Półsny” wydaje się redundanty w stosunku do „Flar”, ale jakże dobrze oddaje złożoność, skomplikowanej, pełnej relacji między mężczyzną i kobietą.

Na końcówce, słusznie oznaczony w długości trwania jako znak nieskończoności (pozioma ósemka) „Byłem tam” – numer podsumowujący zebrane doświadczenia i stanowiący o autentyczności podmiotu SPOWIEDŹ. Nieskończoność zdaje się sugerować, że podroż ta nigdy nie dobiegnie końca, a zeszłe błędy i doświadczenia, oraz przebłyski czystości powtarzać będą się do końca.

„Szkoda, lecz zapomnę jutro, co otwarty umysł mówi dziś” – Księżycowy krok, Art Brut Mixtape

Reasumując „Ground Zero Mixtape” to dobry materiał. To tylko i aż dobry. W zestawieniu z poprzednimi, absolutnie genialnymi w mojej opinii albumami, ten wypada co najwyżej dobrze. Jest to płyta zdominowana przez ubiegłe, niezmienne doświadczenia, głównie oparte na relacjach damsko-męskich, które ten album przytłoczyły. I może zabrakło w tym nieco lekkości, innego spojrzenia, porzucenia atmosfery macho na rzecz czystej radości i kontemplacji bycia z kobietą.

Otrzymaliśmy to, do czego przyzwyczaił nas PRO8L3M: szorstki, męski materiał, doskonale wyprodukowany i świetnie nawinięty. Jest tylko jeden problem. Ten bohater się nie zmienia. I chyba już nie zmieni. I może w tym paradoksalnie tkwi jego siła.

Piotr Sarmini

***

Sprawdź moją recenzję HACK3D by GHO5T: https://czarnykajet.com/2017/06/08/pro8l3m-hack3d-by-gho5t-2-0-recenzja/

 

*Może to być kwestią unikania pozwów za wykorzystane fragmenty i (czy?) sample, która to kwestia nie jest wcale abstrakcyjna, a w Stanach wręcz oczywista. W 1991 roku Cold Chillin Records – młoda, amerykańska wytwórnia hip-hopowa została pozwana przez piosenkarza Gilberta O’Sulivana za nieautoryzowane użycie fragmentu utworu „Alone Again (Naturally)” z repertuaru artysty, który to znalazł się w analogicznie zatytułowanym utworze z pływy „I Need A Haircut” Biza Markiego, wydanej nakaładem CC. Sąd uznał wniosek powoda i narzucił na wytwórnię karę, która stała się powodem jej niewypłacalności i w rezultacie zamknięcia.

Recenzja książki „Bez przekazu” Piotra Sarminiego

autor recenzji: Prof. dr hab. UAM Tomasz Mizerkiewicz

Powieść Bez przekazu należy do zupełnie nowej prozy, która świadomie i równocześnie czerpie z subkultur młodzieżowych, jak i z ich dotychczasowych przetworzeń literackich. Jej zasada organizacyjna opiera się nieoczekiwanie na rytmie, który nie tylko jest kolejną zabawą z rapem, ale i próbą „nakręcenia” czytelnika, wprowadzenia go w pewien nastrój, poprzez który zbliży się do niego opisywany świat, jego bohaterowie, ich sposób oglądania wszystkiego wokół. To ważne, bo dawno prozy tak jawnie nastrojowej nikt nie proponował.

Jako powieść pokoleniowa Bez przekazu zawiera świetne sceny z życia balangowego, zanurzona jest w młodzieżowe grypsy, bawi się hipsterką, a także konstruuje znakomitą scenę współczesnego debiutu (rozmowa bohatera z medialnym macherem Wojtkiem), gdzie na moment opadają ironiczne maski i pojawia się próba sformułowania jednostkowego i generacyjnego credo.

Do rangi metafory urasta futurologiczna fantazja historyczna, z której utkany został świat powieści. Przyszłościowa wersja Polski, okrojonej terytorialnie i składającej się z samej dawnej stolicy (tyle że rozrośniętej) Polszawy jest tyleż pewną kpiną ze współczesnej metropolitalizacji życia, co przenikliwą diagnozą. Wedle tej diagnozy szczególnie aktywne stają się współcześnie różne alternatywne scenariusze polityczne i historyczne, z powodu których całe wspólnoty narodowe mogą emigrować w osobliwe formy życia cywilizacyjnego. Powieść od razu przenosi nas w podobną alternatywną Polskę i pozwala poczuć smak tego, co uznaje się czasem dzisiaj za jej potrzebną „inną drogę”.

Zakończenie powieści ujawnia, że autor miał od samego początku interesujący pomysł na całość. Eksperyment naukowy, jakiego obiektem stał się bohater książki, nieoczekiwanie uświadamia, że powieść Sarminiego to nie tylko mądra lekcja wywiedziona z prozy Doroty Masłowskiej, ale i z fantastyki Jacka Dukaja. Zrozumiałe stają się wtedy pewne zawikłania narracyjne, a na poziomie autotematycznym autor ironicznie daje do zrozumienia, że „brudna” raperska stylistyka, zabawa w „nawijki”, prozę pokoleniową i środowiskową to wszystko składniki jego poszukiwań pisarskich i sprawdzeń językowych.

Pomimo owych autotematycznych nawiasów i lekko asekuracyjnych żartów w zakończeniu powieść Bez przekazu uderza jako wyjątkowo radykalny i bezkompromisowy przekaz literacki. Książka sięga do najostrzejszych współczesnych języków krytycznych, najdotkliwszych doświadczeń społecznych, najbardziej zawikłanych nastrojów zbiorowych, aby wypowiedzieć gwałtowną potrzebę zasadniczej korekty pokazywanej w futurologicznym sztafażu współczesności. „Dobry raper jest jak rewolucji zapalnik”, czytamy w ważnej dla powieści scenie, przy czym bohater Sarminiego swojej rewolucji nie wyczytał z modnych teorii politycznych, nie wymędrkował z cudzych tekstów, ale wyprowadził ze znanej sobie społecznej psychosfery. Bez przekazu zapowiada, że czas radykalnych zmian w naszym życiu zbiorowym dorowadzi do przechwycenia logiki zdarzeń przez zupełnie nierozpoznanych wykonawców. Przyszły głos publiczny, co już chyba teraz nie dziwi, będzie bowiem głosem młodych, których wiarygodnym wyrazem stała się powieść Piotra Sarminiego.

Tomasz Mizerkiewicz

***

Aby kupić książkę i dowiedzieć się więcej na temat „Bez przekazu” KLIKNIJ TU

moshed_2018-0-3_17.0.17

Recenzja książki „Bez przekazu” Piotra Sarminiego

autor recenzji: Prof. dr hab. UAM Tomasz Mizerkiewicz

Powieść Bez przekazu należy do zupełnie nowej prozy, która świadomie i równocześnie czerpie z subkultur młodzieżowych, jak i z ich dotychczasowych przetworzeń literackich. Jej zasada organizacyjna opiera się nieoczekiwanie na rytmie, który nie tylko jest kolejną zabawą z rapem, ale i próbą „nakręcenia” czytelnika, wprowadzenia go w pewien nastrój, poprzez który zbliży się do niego opisywany świat, jego bohaterowie, ich sposób oglądania wszystkiego wokół. To ważne, bo dawno prozy tak jawnie nastrojowej nikt nie proponował.

Jako powieść pokoleniowa Bez przekazu zawiera świetne sceny z życia balangowego, zanurzona jest w młodzieżowe grypsy, bawi się hipsterką, a także konstruuje znakomitą scenę współczesnego debiutu (rozmowa bohatera z medialnym macherem Wojtkiem), gdzie na moment opadają ironiczne maski i pojawia się próba sformułowania jednostkowego i generacyjnego credo.

Do rangi metafory urasta futurologiczna fantazja historyczna, z której utkany został świat powieści. Przyszłościowa wersja Polski, okrojonej terytorialnie i składającej się z samej dawnej stolicy (tyle że rozrośniętej) Polszawy jest tyleż pewną kpiną ze współczesnej metropolitalizacji życia, co przenikliwą diagnozą. Wedle tej diagnozy szczególnie aktywne stają się współcześnie różne alternatywne scenariusze polityczne i historyczne, z powodu których całe wspólnoty narodowe mogą emigrować w osobliwe formy życia cywilizacyjnego. Powieść od razu przenosi nas w podobną alternatywną Polskę i pozwala poczuć smak tego, co uznaje się czasem dzisiaj za jej potrzebną „inną drogę”.

Zakończenie powieści ujawnia, że autor miał od samego początku interesujący pomysł na całość. Eksperyment naukowy, jakiego obiektem stał się bohater książki, nieoczekiwanie uświadamia, że powieść Sarminiego to nie tylko mądra lekcja wywiedziona z prozy Doroty Masłowskiej, ale i z fantastyki Jacka Dukaja. Zrozumiałe stają się wtedy pewne zawikłania narracyjne, a na poziomie autotematycznym autor ironicznie daje do zrozumienia, że „brudna” raperska stylistyka, zabawa w „nawijki”, prozę pokoleniową i środowiskową to wszystko składniki jego poszukiwań pisarskich i sprawdzeń językowych.

Pomimo owych autotematycznych nawiasów i lekko asekuracyjnych żartów w zakończeniu powieść Bez przekazu uderza jako wyjątkowo radykalny i bezkompromisowy przekaz literacki. Książka sięga do najostrzejszych współczesnych języków krytycznych, najdotkliwszych doświadczeń społecznych, najbardziej zawikłanych nastrojów zbiorowych, aby wypowiedzieć gwałtowną potrzebę zasadniczej korekty pokazywanej w futurologicznym sztafażu współczesności. „Dobry raper jest jak rewolucji zapalnik”, czytamy w ważnej dla powieści scenie, przy czym bohater Sarminiego swojej rewolucji nie wyczytał z modnych teorii politycznych, nie wymędrkował z cudzych tekstów, ale wyprowadził ze znanej sobie społecznej psychosfery. Bez przekazu zapowiada, że czas radykalnych zmian w naszym życiu zbiorowym dorowadzi do przechwycenia logiki zdarzeń przez zupełnie nierozpoznanych wykonawców. Przyszły głos publiczny, co już chyba teraz nie dziwi, będzie bowiem głosem młodych, których wiarygodnym wyrazem stała się powieść Piotra Sarminiego.

Tomasz Mizerkiewicz

***

Aby kupić książkę i dowiedzieć się więcej na temat „Bez przekazu” KLIKNIJ TU

moshed_2018-0-3_17.0.17

PRO8L3M – HACK3D By GHO5T 2.0 – RECENZJA

twój gł0śnik zo5tał zainf3kowany

Wbijasz na instagrama, tablicę ci zalała czarna plama, ciągi liter i cyfr: HACK3D By GHOST – profil PRO8L3M. Czyżby zhakowani? Niemożliwe raczej, ale media łykają, nagłówki: „Czy PRO8L3M padł ofiarą hakerów?”. Nie. Ale wasz głośnik – już tak.

cll

Kilka dni później duet ogłasza wydanie nowej EP-ki. Krótka, zawierająca pięć numerów płyta, rozchodzi się (jak zwykle) w ciągu kilku godzin. I nie ma w Polsce nikogo jak tych dwóch, kto by w jednym rzucie wyprzedawał całe nakłady. Dlaczego?

O to należałoby zapytać socjologów, bo na pierwszy rzut oka nic nie wskazuje, że undergroundowy rap, bez wsparcia dużej wytwórni może przyciągnąć do siebie zarówno chłopaków z osiedli jak i panie pracujące w reklamowym korpo.

PRO8L3M jest konsekwentny, nierozwiązywalny, przewlekły: muzycznie i wizerunkowo. W GHO5T 2.0 odbiorca znów zostaje wciągnięty w grę i zagadkę, którą rozwiązać może dopiero w dniu premiery.

Tym razem nie jest to intryga na miarę LP „PRO8L3M” – płyty w jakiś sposób koncepcyjnej, której kolejne numery składały się na określoną historię, całość. Najnowszy projekt duetu spaja natomiast motyw cyberprzestrzeni. Utwory stanowią kontynuację i rozwinięcie wątków, które pojawiały się na poprzednich krążkach duetu.

I tak „2#17” można potraktować jako swoiste rozwinięcie singla „2040”, w którym Oskar kreślił świat przyszłości rodem z „Łowcy androidów”. Dziś jest 2017 i ten świat nadszedł już. Nie ma jeszcze latających aut i biomechanicznych dłoni, ale jest życie – całe podłączone i uzależnione od sieci, pełne dobrodziejstw („Makijaż”) ale i niebezpieczeństw. Oskar jest mistrzem w kreśleniu czarnych scenariuszy, historii dosadnych, które mieści w dwóch, trzech wersach:

Nikt nie robi portfela, ani też tirów
Sprawdź konto bankowe, zbierałeś całe życie
Ta akcja trwała pięć minut

Refren przypomina ten z „2040”
„Chciałeś to masz, nawet jak byłeś przeciwko” vs.  „Możesz zaakceptować lub się zgodzić”

Twierdzić jednak, że to kawałki o tym samym, byłoby grubym nieporozumieniem. To spojrzenie na świat wielkich korporacji: katastroficzne i pozbawione złudzeń cechuje PRO8L3M już od numeru „Opowieść o tobie”.

A dalej, trochę więcej luzu i uśmiechu (choć nie bez goryczki): „Makijaż”. Tu się załącza „Tori Black” i „VHS”. Oskar wciąż lubi „duże dupy i płaskie brzuchy”, ale teraz zgarnia je już z tindera, nie z zakrapianych domówek. Kto nigdy nie szukał „miłości” w internecie, niech pierwszy rzuci smartfonem!

To jest jak dyskont, tanio i szybko, jest prawie wszystko

No i te flow, raper nie śpiewa, ale rymuje całą zwrotkę na -ule, -ure, co nadaje kawałkowi niepodrabialny, nonszalancki klimat.

Płynnie się te wątki „internetowe” łączą i przenikają, ukazując realny wpływ technologii na nasze życie – także w najintymniejszych strefach.

W „World Wide Web” dostajemy bit, który można określić jednym mianem: Steez. Syntezatory, świetnie budowane przyspieszenia, w tle jak refren dubstepowe mruknięcia. Oskar też daje to co najlepsze budując spójny, złożony storytelling o dniu, w którym sieć została odłączona.

Stałem cały w szarym dymie a obok mnie jakiś dureń recytował Biblię
Z gruzów budynku strażacy wyciągali ludzi ktoś zawodził płaczliwie

Następnie: „Michael De Santa” – czyli bohater GTA V (a więc także świata cybernetycznego) staje się inspiracją dla kawałka. A tam już „kasyna o świcie i M2 w kredycie” – jedyny moment, w którym Oskar wyraża dystans do tego co opisuje.

Podczas gdy niektórzy młodzi, polscy raperzy, nawijają bez skrępowania (i chyba z wiarą) o hajsie, furach i koksie, mieszkając z mamą, Oskar w wybranej przez siebie konwencji ograniczać się nie musi. Kreuje i używa głosu bohaterów, podobnie jak w „Dr Melfi” buduje obrazy zaczerpnięte z najlepszych lat, pełnego koksu Miami.

Ostatni, tytułowy numer a więc „HACK3D By GHO5T 2.0” to zdecydowane nawiązanie do singla „Heat”. Tu raper zręcznie posługuje się apostrofą „Kochał” opierając na niej cały kawałek. Wątek inwigilacji jest mocno zaznaczony w intrze.

Kochał gwałty, takie na żarty, kochał napady, raczej dla frajdy
Kochał karty, konie, charty i kochał układy z nazwiskami z gazet na pierwszych stronach otwartych

Reasumując: nowa EP-ka PRO8L3MU to projekt spójny i świeży. Oskar z każdą kolejną płytą oddala się od osiedlowych narracji i własnego życia, na rzecz snucia historii wyobrażonych, wciąż jednak brudnych i niepokojących. Wychodzi mu to jak zwykle przejmująco i autentycznie.

Jest na płycie parę lirycznych zgrzytów typu „było wilgotno / krzyczała „mordo” ” albo „dnia drugiego wyszłem z domu”. Brakuje też sztandarowego bangera typu „STÓWA” lub „Molly”. Pięć numerów to też nieco mało – nawet jak na EP.

PRO8L3M jednak ciągle w jak najlepszej formie – lirycznej, muzycznej, klimatycznej. Wyczekuję kolejnych infekcji.

OCENA: 8/10

foty: www.pro8l3m.pl