Kategorie PROZA

31 postów

teksty nie całkiem prozaiczne

Wspomnienia wojenne Mateusza Storoniańskiego 1939, cz. 1

Wspomnienia wojenne Mateusza Storoniańskiego 1939, cz. 1

Niniejszym prezentuję Wam część swojej pracy dyplomowej, która polegała na poddaniu edycji naukowej wspomnień wojennych spisanych przez Mateusza Storoniańskiego (ur. 1918-1997) w 1973 roku. Żołnierz, więzień sowieckich łagrów, następnie czołgista w Armii Andersa, odznaczony Orderem Odrodzenia Polski i Krzyżem Walecznych. Przede wszystkim jednak wielki człowiek i patriota, który z pokorą i uśmiechem znosił to, co dla nas dzisiejszych wydaje się nieprawdopodobne. Wraz z postępującym kalendarium 80 rocznicy wybuchu wojny światowej, będę stopniowo udostępniać Wam kilka fragmentów jego pamiętnika, który niech będzie dla nas, zgodnie z intencją autora, „uczuleniem i przestrogą”.

 

M. Storoniański, Wspomnienia wojenne, wycinek 1

 

Wiosną 1939 roku stawiłem się jako poborowy przed Komisją Wojskową we Lwowie, gdzie
wówczas mieszkałem, i z racji mego zawodu mechanika pojazdów, zostałem przydzielony do 6.
Pułku Pancernego w tym mieście przy ulicy Janowskiej. Uczęszczałem jeszcze do Szkoły Technicznej przy Snopkowskiej. Gdzie między innymi przedmiotami było poznawanie broni palnej i strzelanie. Nasi wykładowcy dopingowali nas w tej sztuce bo mówili, że miesiące są policzone kiedy trzeba będzie dobrze celować aby nie zostać zabitym – wojna wisi na włosku. Prasa też nas przygotowywała na taką ewentualność, choćby przez opisywanie w prasie wędrówek dyplomatów państw zachodnich w różne części naszego globu, w celu zażegnania lub opóźnienia wybuchu wojny.
Szalę przeważyło podpisanie przez Rosjan paktu o nieagresji i współpracy z hitlerowskimi
Niemcami i… „stało się”.

W piątek 1 września 1939 roku w godzinach przedpołudniowych spadły w okolicy dworca
głównego we Lwowie pierwsze bomby i zburzyły sporą ilość domów, zabijając i raniąc ich mieszkańców.
Gdy nastąpił najazd „hitlerowskich hord” na nasz kraj, dużo młodych ludzi chętnych do
obrony swej Ojczyzny nie otrzymało wezwania do wojska. Ja z dużą grupą swoich kolegów, zgłosiłem się na ochotnika do wyżej wymienionej jednostki. Na miejscu okazało się, że wojsko ze sprzętem już jest w terenie i bierze udział w walce.
Wieści były niepomyślne, bo napastnik zastosował niekonwencjonalną taktykę wojenną i
miał przygniatającą przewagę w sprzęcie motorowym i lotnictwie. Z trudem dostaliśmy się do budynku gdzie mieściła się kancelaria. Przed wejściem do tej „jaskini lwa” stało dwóch oficerów i paru podoficerów, którzy obserwowali ćwiczenia swych podwładnych.
Zaintrygowała ich nasza duża grupa w cywilnych ubraniach. Skoczył na nas „z pyskiem”
starszy sierżant:
– Co wy tu robicie, kto was wpuścił na teren koszar? Rozstrzelać tych nieuków na bramie!
Kapitan go uspokoił, a nas zapytał po co tu wtargnęliśmy, po chwili namysłu, najbardziej z
nas elokwentny Tomek Mroczek – syn majora 14. Pułku Kawalerii, wyrecytował im nasze intencje zjawienia się tutaj.
Po wysłuchaniu naszego kolegi włączył się starszy sierżant i wspólnie z kapitanem, starali
się nam wyperswadować patriotyczny cel, ale nasz entuzjazm i optymizm przełamał opór tych panów.
Gdy oświadczyliśmy, że przeszkolenie PW mamy wszyscy ze szkoły, a jakieś stare umundurowanie i pukawka znajdzie się w magazynie. Najbardziej przekonujące było to, [że] znamy doskonale miasto i dalekie peryferie, możemy być potrzebni w ewentualnej obronie miasta, oraz przy drużynach łączności.
Nasi decydenci kazali nam czekać, a sami poszli do biura. Po chwili wyszedł starszy sierżant – ten który nas „objechał” – okazało się, że on jest szefem tej jednostki. Zawołał służbowego i rozkazał mu wezwać dwóch dowódców plutonu, wymienił ich nazwiska, gdy się oni zameldowali szefowi ten przydzielił nas po piętnastu na pluton i rozkazał tym „małym wodzom” rozdzielić nas po trzech na drużynę i pobrać z magazynu jakie można umundurowanie i uzbrojenie. Z miejsca zaczęliśmy bawić się w wojsko i w obowiązującym szyku maszerowaliśmy do „Sezamu”. Trudno było tam skompletować mundur, ale najważniejsze z tych sortów – była bluza wojskowa, pas i czapka, a spodni ani obuwia nawet nie szukaliśmy, bo mieliśmy swoje.

***

Za udostępnienie maszynopisu dziękuję rodzinie autora, w szczególności zaś Michałowi Łagunionokowi a.k.a. ŁAGU 5!

A morze tak, a może nie?

A morze tak, a może nie?

Znaj swe miejsce młody żeglarzu,
Bo twarde karki ocean gnie.
Już niejeden mocno się sparzył –
Może przemożesz, a może nie.

A może tak, a może nie?
Morze faluje zawsze tak jak chce…
A morze tak, a morze nie –
Woli nie próbuj mu narzucić swej.

(Tekst piosenki żeglarskiej: A morze tak, a może nie)

Kraina ze wszystkich stron oblegana przez szczepy Polan, od wschodu do zachodu, od północy do południa, kraina na wpół dzika, żyzna, gotowa do kolonizacji, kraina, gdzie proporce parawanowych murów przypominają wyraźnie – tu jest Polska – i nigdzie się stąd nie rusza. No chyba, że na obiad. Kraina dzieci zdrowych i głośnych, piw ciepłych a dobrych, pełna handlu i poezji: „Nawet Neptun wyszedł z wody by spróbować nasze lody!”, „Żono, żono, namów męża, jagodzianka wskrzesi węża!”. Ahoj!

Polski Bałtyk ma w sobie czar niepodrabialny.

Wiem coś o tym, spędziłem tu łącznie sześć miesięcy swojskiego życia. Okres tego wydłużonego stażu czyni mnie niejakim ekspertem w dziedzinie zbierania muszelek i prowadzenia rozmów pod automatem z wyskakującą bokserką gruszką do trzeciej nad ranem.

Pierwszy dzień nad morzem jest jak gruboziarniste połączenie piwa marki Bosman, drobin piachu na szyjce butelki, panierowanego dorsza, refrenów disco-polo i nawoływań dzieci. Wszystko wymieszane z nalewką bursztynową i lodem włoskim, na końcu okraszone aromatem zakręconego na patyku ziemniaka.

Gdzie indziej pójdziesz na plażę, kebab, lody, spacer leśny, wesołe miasteczko, piwo, festiwal reggae, gandzię, dorsza i to tego samego dnia?!

Przyjeżdżając nad Bałtyk trafiamy w sam środek kulturowego tygla, w którym mieszają się gastronomie i patenty rozrywkowe z całego świata. Lody tajskie spotykają się tu na granicy kostki brukowej z lodami włoskimi, lody kulki z lodami sześcianami, kebab doskonale koegzystuje z pizzą, a sushi baraszkuje swobodnie ze smażalnią ryb. To niemal historyczne doświadczenie przebywania na multikulturowym, XX wiecznym targu Wolnego Miasta Gdańsk, gdzie musieli handlować ze sobą Polacy, Niemcy, Żydzi, Turcy, Szwedzi i Rosjanie. Nikt wtedy nie słyszał o Tajach ani o Japończykach, ale i oni musieli przynajmniej duchowo uczestniczyć w tym wielki targowisku rozmaitości. Dziś uczestniczą, o ile nie fizycznie to przynajmniej ekonomicznie.

W Polsce, co nie dziwi, roi się bowiem od Polaków. Średnio na jednego Polaka przypadają tutaj trzy kamienie, 1018 ziarenek piasku oraz 308 litrów słonej wody.

Polacy są najróżniejsi, we wszystkich kolorach, zestawach, połączeniach i sandałach. Jest to jakby miniatura kraju, proporcjonalnie oddająca panujące w nim stosunki, o których to stosunkach zapomina się zbyt łatwo mieszkając w mieście zwanym przez wielu Warszawą. Polska jest bowiem prostoduszna, lekko otyła i niezbyt wymagająca. Polska to my! Polska to starsza pani o kulach, Polska to brzuchacz z żubrem w ręku, Polska to dzieci nagie na piachu i Polska to disco-polo śmiało dudniące na ryneczku. Stężenia polskości są tu wysokie i mogą nawet odrzucać, co bardziej lewicujące organizmy, ale w bojach z tymi zjawiskami nabiera się w końcu pewnej krzepy. Najpierw: zaprzeczenie: „Nie, nie, przecież to nie może być tak!”. Potem gniew: „nosz kurwa, ile tych ludzi!”. Negocjacje: „może przyjdę o innej porze”. Depresja: „jestem odciętą koniczyną społeczeństwa, nie pasuję tutaj”. W końcu: akceptacja: „Dobra, rozstawiaj parawan i daj te piwo”.

Gdzie indziej pójdziesz na plażę, kebab, lody, spacer leśny, wesołe miasteczko, piwo, festiwal reggae, gandzię, dorsza i to tego samego dnia?!

Wesołe miasteczko w Darłowie, lśniące bielą i rdzą gigantyczne wahadło, zwane finezyjnie „MŁOTEM PRZEBUDZENIA”.

Ostatni przegląd przeszło zapewne w 2012 roku w wejherowskim warsztacie samochodowym u szwagra. Zupełnie jak huśtawka, tylko mierząca 20 metrów, i wyrzucająca Cię w granatowy kosmos. Czyste katharsis. Przy zapinaniu foteli, pan z obsługi wyglądający na Serba lub może Albańczyka, łypie uważnie jakby kalkulował proporcje rozłożenia mas. Kiedy na blaszany, świecący piedestał wkracza ostatnia para, nie mam wątpliwości, że tak było. Nie sadza ich razem, tylko po przylegających rogach, tak, że w razie wypadnięcia, przynajmniej jedno z nich ma szansę przeżyć. Naprzeciwko mnie pani odmawia modlitwę, próbuję rozpogodzić ją uśmiechem i to coś daje, ale zaraz „MŁOT PRZEBUDZENIA” startuje i już nie ma czasu na czcze rozmowy. Wyrzuca cię w boki, tak, że z początku kalkulujesz między kalectwem tymczasowym a trwałym, w co by tu trafić by możliwie zredukować uszkodzenia ciała – czy w wirujące filiżanki, czy może jednak karuzelę? Po chwili wietrzne i mroźne odchylenia stają się coraz mocniejsze, tak, że godzisz się już z możliwością poniesienia natychmiastowej śmierci wskutek urwania wahadła. Bujamy się tak, już zupełnie na poważnie, a z kieszeni wysuwa mi się flaszka wiśniówki, spada i głośno pęka dramatycznie. Pozostali pasażerowie, nie wiedzą, że to flaszka. Zaczynają krzyczeć, modlitwy pomimo przeciążeń 1,5 G zostają wznowione.

Niniejszy felieton, grubo podszyty nićmi ironii, byłby jednak niczym więcej jak tylko kpiną, wyszydzeniem, piaskiem rzuconym w kierunku Bogu ducha winnego tłumu słuchającego radośnie koncertu polskiego country na małomiasteczkowym rynku, gdyby nie to, że… naprawdę kocham polskie morze! Praca nad Bałtykiem sprawiała, że mi się to opatrzyło, że przestało iskrzyć i barwić. W końcu ujrzałem zaplecza kebabów, na których pali się trawkę, poznałem sezonowych kucharzy i milionerów, wąchałem 100 kilogramów dorsza z zamrażarki i pijanego pracownika wesołego miasteczka, ale to wszystko nic! To wszystko nic! Bo może i kicz, bo może i pic, ale za to jak radośnie skrojony!

Kocham polskie morze i aby to udowodnić postanawiam rozliczyć się z kilkoma negatywnymi mitami, które ostatnimi czasy zaciążyły nad szumiącą famą Bałtyku. A co!

Parawany, które stały się synonimem „januszostwa”, grubiańskiej przestrzennej kolonizacji, w wykonaniu domorosłych Kolumbów, nie są w gruncie piachu niczym złym. Nad polskim morzem naprawdę wieje, a ten sprytny, lekki, tekstylno-drewniany wynalazek czyni nasze życie jedynie bardziej znośnym. To jakby biadolić na okulary słoneczne albo elektryczne szyby w aucie – bo owszem, można się obejść bez nich, ale po co, skoro dzięki nim życie staje się o ten jeden procent znośniejsze. 99% plażowiczów nie wychodzi o piątej nad ranem by zastawić taktyczne, przestrzenne wnyki, a po prostu chce w spokoju cieszyć się niezakłóconym dotykiem słońca na posmarowanej kremami z filtrem skórze.

Nadmorskie ceny; wybuchy internetowego oburzenia na flądrę za 50 zł czy przesolone frytki – owszem, to się zdarza. Wszędzie! Z tym, że jakoś szczególnie upodobaliśmy sobie psioczenie na górali i pomorzan, przyjmując te internetowe reportaże z restauracyjnych frontów jako obraz mówiący o całej tamtejszej gastronomii. Taka zbiorowa synekdocha. Tymczasem są to wypadki pojedyncze, dziejące się pod strzechami szybko zamykanych knajp. A te uczciwe, działające wieloletnie? O nich nikt nie wspomni, bo sensacji nie ma. Ot, porządny obiad za 20 zł, a do tego piwo za siódemkę. „Ryba była dobra, a nawet surówka więcej niż w porządku. Wrócimy na pewno!”. O tym żaden portal nie napisze. A uwierzcie mi, że tak to wygląda prawie wszędzie.

Ceny domków i hoteli.

„Coś mówiłeś, że za droga PROSTO bluza? To nie kupuj jej, ona nie jest dla lamusa” jak nawijał Wojtek Sokół, i miał słuszność. Tylko, że zamiast „PROSTO bluza” podstawcie sobie „domki przy morzu” i wyjdzie to samo, tylko, że bez rymu.

Czy są drogie? Dla singla czy pary, owszem, podróż zagraniczna z biurem podróży może wyjść porównywalnie, czy nawet taniej od polskiego Bałtyku, ale już dla rodziny z dzieckiem, czy dwójką, a nawet trójką, a nawet nawet czwórką, podróż za granicę to już znaczne operacje logistyczne, niespodziewane wydatki i brak bezpieczeństwa, którego Bałtykowi odmówić nie można.

A jeśli już jesteśmy przy dzieciach… Teraz pojmuję, że nadmorskie miasteczka skrojone są dokładnie pod dziecięcą wyobraźnię i wypełniają ją w sposób godny podziwu! Z wyjazdu z babcią, kiedy miałem 7 lat, pamiętam to, że kupiła mi śnieżnego Bionnicla. Z wypadu z mamą latawiec oraz incydent zagubienia się na plaży; kiedy moja biedna, zapłakana rodzicielka szukała mnie po całym Władysławowie, ja radośnie grałem z ratownikami w piłkę pod wieżyczką, nieświadom całej grozy wydarzenia. Dopóki dopóty mama nie znalazła mnie roześmianego w skrzącym, złocistym piachu. A potem chyba mi wlała. Nie pamiętam. Ale lody były pyszne!

Gdy byłem starszy, jeździłem z kumplami – gumy łamiszczęki, kauczukowe piłki, batalie w cymbergaya i nieudana próba kupienia Playboya, to właśnie takie rzeczy zapisują się w pamięci małoletnich podróżników. A to, że namiot w kiczowate paski, a to, że dyskoteka obciachowa, a to, że w „Tanich książkach” praktycznie same kryminały i romanse; kto by na to zwracał uwagę! Bo to nie jest istotne, bo to omija młody aparat krytyczny, a zamiast skupiać się na tym czego brakuje, skupia się na tym, co jest; a jest wiele!

Wakacje nad morzem, to coś więcej niż odpoczynek.

To czas karnawału, w którym opadają (lub chociaż próbują opaść) zwyczajowe maski, a każdy rolnik, informatyk, urzędniczka czy ekspedientka mają szansę na chwile stać się królami życia. Mogą zamienić swoje stare dżinsy na nowe szorty z 4F, mogą pójść do baru jak człowiek i przetańczyć tam całą noc, mogą sprezentować dziecku breloczek i lody, a później odpocząć od swych czterech ścian i zjeść spokojnie gofra z bitą śmietaną (i jeszcze tę polewę pani da). Wakacje nadmorskie to coś więcej niż wypoczynek. To terapia. Terapia gruntująca nas w polskości. Po co jechać do nieznanych krajów, borykać się z problemami językowymi i kulturowymi, czuć się znów podrzędniejszym, biedniejszym, zdezorientowanym wśród nowych miejsc i ludzi, skoro można na spokojnie, odwiedzać te same miasteczko przez 10 lat i znać w nim każdy kąt. Bałtyk to drugie domostwo, druga ojczyzna, tyle, że odświętna, karnawałowa i przez to wyjątkowa.

Znów popłynę na morze kąpać się z gwiazdami,
znów popłynę na morze, spotkam z kolegami.
W starych portach będę szperał, pewno spotkam przyjaciela,
no bo
znów popłynę na morze z łajbą za pan brat.

(Tekst piosenki żeglarskiej: Znów popłynę na morze)

CZARNY KAJET vol. 3

CZARNY KAJET vol. 3, 27.07.2019

Pieniądze wydaje się zbyt łatwo, trzeba ich mieć dużo by nie zabrakło. Na dobro pracujesz z mozołem tygodniami, do skoku w przepaść wystarczy chwila.

Kac sobotni, poranek wilgotny witany promieniami słońca odbitymi w kroplach deszczu. Techno party, Stalowa party, o piątej był jeszcze każdy nażarty tablicą Mendelejewa, ulewa czy nie, przy 180 BPM to już wszystko jedno jest. BUM, BUM, BUM, tak szybkie, tak nałożone jak wibracje pszczelich skrzydeł uderzających w kielich orchidei. Gniecie bas twoje ciało i serce, pęka powietrze, łamie się słowo stłuczonym sensem, co skruszony opada w błotną czeluść zadeptanych w parkiecie podeszw.

Chodzę w tym wszystkim z oczami wyłupiastymi, chociaż na zdjęciu wychodzę dostojnie. Poza momentem przystojnym, wypadają liczniej te nieprzystojne. Szukam miłości, czy choćby bliskości i wiem, że nie znajdę jej tutaj. Te co są pięknie nie mają serca, te co je mają nie ciągną druta. Niby okej. Chodź mała na bok, chcę poznać cię. Znaliśmy już się – 8 lat temu. Byłaś ziomalką mej ex, wtedy mówiliśmy sobie jak do zakazanego owocu „cześć”. Teraz są takie chwile, że mam ochotę patrząc w twe oczy zbłyskane molly zjeść cię, ale potem mi mija, gdy widzę w nich nasz smutek i dekadencję #Berent #Próchno #Ozimina.

Spoglądam w telefon, gdzie prowadziłem pisanie z byłymi. Rozmowy zamierają naturalnie po dniach, one przypominają sobie, że ty je znasz i one także znają ciebie. Był taki moment, że myślały już tylko o twoim pogrzebie, a ty teraz próbujesz wjeżdżać im przez literki ze swą wyśnioną rezurekcją, stać się swoją świeższą, wyższą wersją, ale na profilu wciąż masz te zdjęcie, na którym przechodziłeś przez piekło. I one to widzą i widzą cię nowego-starego i nie wierzą w twą zmianę, tak jak ty sam jeszcze w nią nie uwierzyłeś. Zbyt wiele już razy coś cię odepchnęło od DOBREGO, abyś teraz mógł sobie zaufać na słowo.

27 dzień trzeźwości nikotynowo-alkoholowej. Ze znajomymi prędzej czy później zawsze temat schodzi na używki: kto, co, gdzie, ile, jak. Zazwyczaj: każdy, wszystko, dużo, głupio i radośnie. Czasem też na smuta. Deklaracje, mikro ciągi i mikro kuracje, makro gramy płynące nam w żyłach i mózgach, wszystkich wielkich liter i wzorów chemicznych świata; wszystkich slangowych określeń, wszystkich hyperreal odniesień, wikipedii z działu „chemia” hiperlinków. Mazury: LSD, morze: wódka, klub: tabletki połówka, praca: speed, na chęć życia: prozac, na codzienność kicz.

A potem roll, roll Kazimierz Wielki, Jaśnie Pan pozwoli Zygmuncie Auguście Stary – proszę być tak dobrym i przez swój portret dostarczyć w nasze nosy sproszkowanego, białego szczęścia opary. Absurdu.

Trzeźwy czy nie, kończę na muruku. Czuję się tylko inaczej już dzisiaj i większy, pewniejszy, okrzepiony, wiedząc, że to co płynie mi w mózgu i żyłach to już bez wódki i papierosów atomy. Demonów mniej o dwa, więcej o dwanaście. Są takie ranki, że leżysz w łóżku i wiesz, że prędko nie zaśniesz.

 

„Fatalne jaja” – wrażenia

NIEDZIELA

Po 25 dniach cudnej abstynencji znów na P. Mniej cudnie, acz znośnie. Nie wytrzymałem naporów porannych odczuć metafizczych, znacznych rozrostów wrażliwości duszy, która niczym płótno zaczęła przyjmować na siebie wszelkie koloryty niezbadanej rzeczywistości.

Teraz po lekturze „Fatalnych jaj” Bułhakowa. Geniusz. Czysty geniusz. Jest w tym pisarzu uroczy humor, trafna, ale zawsze żartobliwie ujęta krytyka Rosji, świetne, przekorne oddanie charakterów ludzkich i klimatu miasta. Co zauważyłem… chciałem, naprawdę żywo chciałem czytać go. Wolałem wczoraj zrezygnować z przedniej fety* aby czytać Bułhakowa i tego wyboru nie pożałowałem nawet przez minutę.

Co doskonale potrafi to zatrzymywać akcję, nie ujawniać od razu wszystkiego – wstrzymywać czytelnika na jakimś widoku, myśli bohatera – tak, że człowiek prosi „no niechże już ujawni, co ten Piersikow odkrył!”, „no niechże już powie, co oni w tej oranżerii zobaczyli!”. Ale w tym oczekiwaniu nie pobrzmiewa irytacja – jest tylko rosnąca fascynacja, ciekawość i żywa POTRZEBA czytania dalej. Pisarz prowadzi z czytelnikiem grę na niedopowiedzenia, ale równocześnie składa obietnicę, że czekać jest warto. I jest.

Podobnej fascynacji już tak dawno nie doświadczyłem, wobec tych wszystkich liniowych książek i filmów, które jestem w stanie porzucać w chwili dowolnej, a doczytuję i dooglądam tylko z przyzwoitości i potrzeby dokończenie tego co zaczęte. Na końcu myślę (w piątek oglądany „Kształt wody”) – „ładne. Ciekawe”. Ostatnia scena – w końcu dreszcz wzruszenia. A więc to wszystko, te dwie godziny tylko po to aby na finiszu odczuć lekkie drżenie.

U autora „Mistrza i Małgorzaty” jest inaczej. Tam każda chwila jest przepełniona ciekawością, humorem, napięciem. On nie buduje wielkiego rusztowania, po którym mozolnie trzeba się wspinać by na końcu dosięgnąć wisienki, o nie! On na każdej stronnicy nęci jej słodyczą i powidokiem, a co cztery, pięć, wisienkę czytelnikowi wręcza. Jego dzieła to przepyszny tort, mistrzowsko skomponowany – nie za słodki, wręcz wytrawny i każdy kęs jest rozkoszą. U innych odwrotnie – trzeba wtrąbić wpierw ziemniaki i przyciężkiego kotleta, po to by na końcu dostać nazbyt słodkie, banalne ciastko.

Tak pisać jak Bułhakow.

***

*feta –

1. dawniej: uczta;
2. potocznie: świętowanie sukcesu;
3. najpopularniejszy gatunek sera greckiego, produkowany z mleka owczego; fetta

„Fatalne jaja” są dostępna za darmo na stronie wolnelektury.pl

Dziennik Wyzwolonego – Niedziela

Niedziela

Wraz z trwaniem i przyjmowaniem się sztuki, która na wzór kamienia wrzuconego w wodę społeczną zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, wracają do tego centrum, w którym jest moja RZECZ fale zwrotne. Ich intensywność wzrasta proporcjonalnie niosąc atomy zaczątków miłości i nienawiści, kultu i wyklęcia, szacunku oraz plwocin.

Na Wileńskim spotykam się z uroczą kobietą, która była na Wystawie. Kupuje ode mnie kolejne dwie książki. Mówi, że rozmawiała o mnie z ramiarzem w Opolu. O MNIE Z RAMIARZEM W OPOLU. I, że tam też by można z wystawą. Niesamowite jest to, i trudne do pojęcia, że oto poważny człowiek, tworzący ramy do obrazów, setki kilometrów stąd choć przez chwilę miał mnie i moją sztukę w głowie.

Z kolei im ludzie (rzekomo) bliżsi sztuki literackiej, tym wrożej (bo czemu by nie) i chętniej do szkalowania i obmowy, ale w ich słowach nigdy odniesienia do RZECZY nie ma. I choć czytają blog mój i książkę potajemnie, to nigdy się z tym nie ujawnią czy to w słowie krytycznym wprost, czy łechcącym.

Nie zauważyliby Norwida nawet gdyby im nastąpił na but. Nie dostrzegliby obrazu Beksińskiego, gdyby namalować go na murze, nie porozmawialiby z Magikiem nawet gdyby ich chciał oczarować. 

Oni sztukę potrafią dostrzegać dopiero kiedy im ją ktoś wskaże palcem, kiedy chwyci za główki i je przekręci i mówiąc: TO TO TO! To jest sztuka. A oni wtedy otwierają usta zadziwione i jak karpie żrą, ani przy tym nie rozumiejąc ani smaku nie czując, tego duszy pokarmu. I jak karpie się mydlą w wannie ciasnej, ocierając swe śliskie ciałka i oddechy, a nazywają to sobie towarzystwem.

Ha! Towarzystwem, do którego żaden człowiek mający poczucie rangi nie chciałby należeć. Towarzystwem, w którym są wyłącznie ci, których los – miejsce i czas – wtrącił akurat TU, i którzy przez owczy pęd do stada zebrali się w korytarzowej kupie razem żreć trawę i wymieniać nic nie znaczące banialuki. Ich rozmowy niczym się nie różnią od rozmów robotników, którzy na przerwie obiadowej omawiają bieżący przebieg robót, narzekając na kierownictwo i obmawiając nowych kolegów. Ich towarzystwa to koślawe kontynuacje szkolnych grupek, ale gorsze jeszcze,

bo wy ani się nie lubicie, ani nie jesteście szczerzy, ani też nie macie żadnego wpływu – jesteście zbiorowiskiem przypadkowych prowincjuszy, dla których gorsza od samodzielności może być tylko samotność.

I oto kiedy się trafia indywidualność, to ich początkowa ciekawość, pod wpływem grupowości zamienia się we wrogość.

Z rozkoszą podjudzam tedy ich chłopską nieufność do „literata”, tego nabieracza par excellence, i podpuszczam od czasu do czasu słówko, lub gest, zgoła wątpliwe a nawet wręcz pajacowate. Ich prostacki szacunek do powagi jest tak wielki, że zupełnie od tego baranieją.*

Oni! Czytający T.K. Węgierskiego, pilnie notujący biogramy futurystów, historię surrealizmu, oni wypowiadający się o Rimbaudzie – żyjąc w czasach dawnych byliby pierwsi do ignorancji, pierwsi do zamykania wystaw i ksiąg, pierwsi do podkładania ognia pod stos Giordana Bruno. Tak jak i dziś ignorują sztukę współczesną i młodych twórców. Oni nie potrafią żyć dzisiaj, a tylko w przeszłości, nie mają zdolności dostrzegania tego co się staje, a tylko tego co już się stało.

Coraz gęściej wokół mnie od mdłych kretynów tej uniwersyteckiej fabrykacji, która wie tylko to co się jej wsadza w głowię i wyfaszerowana wiadomościami, zatraciła poczucie takich imponderabiliów, jak charakter, rozum, poezja, wdzięk. (…) Niewrażliwi na sztukę, nie znający życia, formowani przez abstrakcje, są zarozumiali i ociężali. Lubię doprowadzać do furii tych nieestetycznych głuptaków (…).**

A te wiersze, dramaty i prozy piękne, wartości, o przyjaźni, honorze, solidarności o prawdzie, to dla nich tylko puste słowa. Potrafią czytać Mickiewicza a potem odbierać telefon słowami halo, kurwa, chełpić się lokalnością, a następnie rozbijać butelki o chodnik, deklarować przyjaźń, a potem w przyjaciół swych wbijać zatrute ostrza.

Jakże się cieszę, że ich poznałem! Że ich maski opadły w końcu i to, co podejrzewałem od samego początku ziściło się w i ukazało tak jawnie swą marność. Za ich rogowymi okularkami widać już tylko strach. Wystarczy mocniejszy tylko bodziec, by się przerodził w agresję. To wy Ateńczycy skazaliście Sokratesa na śmierć!

Nie śmiem komukolwiek mówić: bądź wielki!

Ale jednego możemy od siebie wymagać: nie bądźmy mali. 

——-

* W. Gomrbowicz, Dziennik 1957-1961, Wydawnictwo Literackie, s. 146

** ibidem

 

KokoDżambo i do przodu

Dziś o 20:00 spotkanie z gościem a.k.a. KokoDżambo. DJ, wodzirej, konferansjer; motto na czerwonej archaicznej wizytówce: „Koko Dżambo i do przodu!”. Taki też hasztag na insta.

Odczuwam dysonans między pierwszym jego wejrzeniem przez fejsa, wejściem w zdjęcia profilowe i jakieś wallowe, przeczytaniem kilku wpisów i licznymi polubieniami tychże, polubionych przez znajomych podzielających entuzjastyczny styl Roberta. Z fotografii wygląda do mnie facet uśmiechnięty, około 30-letni, z lekkim brzuszkiem, ale jednak wysportowany – co dumnie poświadczają trzymane przez niego medale, trofea, okraszone błotem na twarzy trzymającej biały uśmiech z jakiegoś biegu leśnego. Typ prezentuje się jako afirmator życia, szczery entuzjasta, naznaczony zwycięzca, sportowiec i przedsiębiorca, artysta muzyk i pragmatyk śmieszek, ale i w garniturze potrafiący. 

Zazwyczaj dilerzy to goście mający w zdjęciu profilowym małego powstańca, albo czarnego, łypiącego diabelskimi oczyma tandetnego potwora, postać z anime przybraną w biało-czerwony filtr „Polska dla polaków”, albo „Wpieram marsz”. Ich ostatni publiczny post pojawił się 13 marca 2012 roku i był zbierającym dwa polubienia utworem Rage Against The Machine, to goście, których stan ducha jest właśnie przez tę ścianę oddawany – są zaszyci – w sobie, w swoim świecie głęboko.

Robert przeciwnie. Kiedy spotykamy się pod Biedronką na skrzyżowaniu Hożej i Kruczej KokoDżambo wita mnie witą skrywającą w otwartej dłoni białe, ukryte w chusteczce higienicznej zawiniątko.

– Siema jestem Robert KokoDżambo.

– Siema, Miron.

Przed spotkaniem z typem stwierdziłem, że nic mu o sobie nie będę mówić. Ani czym się zajmuję, ani gdzie i czy w ogóle studiuję, gdzie pracuję, ale on zaczyna pierwszy:

– Kurwa – strasznie dużo klnie – właśnie wróciłem z terapii. Choć wstąpimy do biedry, bo tamta na Marszałkowskiej kurwa zajebana jak Koleje Mazowieckie z rana.

– Dlatego wybieram Auchan, człowieku – biel, luksus, awokado.

– Też lubię Oszołoma, ale daleko mam, nie zawsze chce mi się podjechać, a teraz mam taką kurwa ochotę na lody, człowieku.

Wchodzimy do biedry, co sprawia wrażenie jakby nie głównego wejścia, a kulis wielkiego mechanizmu branży spożywczo-usługowej. Biedronki z lubością odsłaniają swe kartonowo-druciane flaki, pokazując ukryte mechanizmy funkcjonowania marketu. To co w innych sklepach jest ukrywane, tutaj jest naświetlane, co tam czynione nocą po zamknięciu, tutaj w godzinie szczytu, gdzie tam jest śmietnik, tutaj główne wejście.

Polak chce widzieć, co mu się podaje, jak to się tworzy. Chce mieć #DziałkauSzwagra feeling, wejść w obieg zdarzeń i rzeczy, które mają go czynić. Czyż to nie szczodre? Mój przyjaciel G. powtarza, że chce przed ludźmi odsłaniać rzeczy tajemne, te, których zawsze chcieli spróbować, ale bali się zapytać. Dlatego ich uczy robienia waty cukrowej. Gdybyś zastanawiał się jak wygląda praca w biedronce, to jak w panoptikum zawsze możesz to ujrzeć między lodówką z mięsem, a kartonami porozrzucanych czipsów.

– Zośka! Zośka! Masz 5 dych rozmienić?

– Nie mam! Andrzej, masz 5 dych?!

– Mam! A na ile?

– Marta, na ile?

– Na 2 x 20 i 10

– Na 2x 20 i 10!

– To mam! Poczekaj! Przepraszam.

I Andrzej wstaje ze swego szarego, rozkręconego jak Opel Astra fotela i idzie do Marty, do kasy numer 3 rozmienić jej 5 dych, bo przecież korporacja obracająca miliardami złotych, nie może zapewnić swoim kasjerom dostatecznej ilości gotówki w kasie. Nie kurwa! Czy można drobniej? Jeszcze by zobaczyli ile tego jest. Jeszcze by korciło, by tak zabrać wszystko i wyjechać na Mazury. A tak? Masz 1500 na miesiąc i se radź.

KokoDżambo bierze dwa ogromne kubły lodów waniliowych oraz wiśniowych i pyta czy ja też chcę jeden. Grzecznie dziękuję. Potem dostrzegam, że te kubły to dla niego ciężki wyrzut sumienia, bo jak mu pół-żartobliwie sugeruję, że jest sportowcem, to mówi: „ta… pa na te kubły kurwy”. Zabawne, ja nigdy nie miałem wyrzutów z powodu jedzenia.

Czekając przy kasie on znów wspomina o terapii. Czwarty raz. Ewidentnie chce się tym podzielić, więc pytam, co za terapia.

– Od alkoholu i narkotyków. Ale ogólnie to wiesz jestem DJ-em, ratownikiem wodnym, runmagedon, wiesz. Sport wiesz.

Trzęsie się jak galerta.

– To bendzie 15 złotych i 20 groszych.

– Chwilka… jeszcze znajdę 20.

Idziemy na tramwaj razem, choć wolałbym już zakończyć te wojaże, ale on chce ewidentnie gadać jeszcze o życiu swym, widać dalej w terapii flow, coś znów o ratownictwie. Sugeruję Bałtyk, żeby se popracował w lato i już mam się wygadywać, że tam bywam i pracować może będę, że Mielno, ale się łapię za język. On na morskie ratownictwo:

– A weź kurwa. Ja mam swoje lata, a tam wiesz, niezależnie ile masz lat, nie to trafisz na młodszego od siebie, takiego kurwa co mi będzie rozkazywać, a jebać go, jebać to, kurwa jest taka fala, siostra mi mówiła, bo ona też ratowniczka, weź po chuj mi to. Tak naprawdę tam chodzi o balngę, wiesz, melanż cały czas, wóda… nos. Tam się nie zarabia. A weź kurwa rano na kacu, a nie daj Boże, odpukać jakaś tragedia, to cię sprawdzą alkomatem, weź, kurwa, nie chcę, wolę tutaj.

– Ja słyszałem, że rano seks, po południu seks, w nocy seks na plaży.

– Ta? A byłeś?

– Nie. Koleżanka była.

Wbijamy w tram i tam gadka jeszcze o znajomku naszym wspólnym i jakieś nasze wspólne z nim historie, potem o dziarach coś i tak się żegnamy.

– Do zobaczenia, dzwoń, dzwoń, w kotakcie!

– Elo.

Graba szersza niż być powinna, ale chuj. Cieszę się, że wysiadł na Ratuszu, a nie jechał ze mną na Pragę, bo już nie chciałoby mi się kontynuować tych o niczym gadek. Tego pseudokumpelstwa, które zespaja ludzi na kwadrans tylko dlatego, że jeden kupił od drugiego działę. Czy gadasz ze sprzedawcą w Biedronce 15 minut, albo ze sprzedawcą z Rossmana, co ma na promocji: „Nowa Maybaline mascara”? Nie. A tu gadasz i jeszcze powinieneś być przyjemny, bo diler to ktoś więcej niż sprzedawca. To sprzedawca marzeń, twojego spełnienia, twoich oczekiwań i twojego nałogu, którego stacja benzynowa 24h nie obsługuje. Diler is your friend. All caps are bastards.

Kruszę zasady patrząc na widok góry stołowej #Kapsztad.

WARSAW DŻUMANDŻI DAYS – sobota

WARSAW DŻUMADŻI DAYS

Dżuma – (także: dżumka, zadżumienie)- ogólny stan rozkojarzenia i kiepskości wywołany czynnikami zewnętrznymi takimi jak choroba, używki. Może prowadzić do serii nieprzemyślanych, prowadzących do katastrofy czynów.

SOBOTA

Ulicą okrążam pasma dziesięciopiętrowców, w których nie widzę już nic poetyckiego. Korale aut połyskują w żółtym świetle wydobywającym się z forda. Mego forda. Światło i rytmiczne bulgotanie silniku diesla, harmonizującego z wersami rapującego Oskara. Jadę, jadę i wypatruję miejsca odpowiedniego by w końcu ustać, zaparkować, wyjść, dojść gdzieś, opuścić ten fotel. Ale wnęk przestrzeni brak, wszystkie zostały zajęte przez tubylców ich śmiesznymi puszkami blaszek na gumach. Robię, więc koło, bo ulica jest jednokierunkowa i trzeba całą długą zjechać, by się zeń w końcu wydostać. Ulica imienia Stefana Bryły.

Wiem, że nie znajdę tu nic sensownego, zatem taktyka zmieniona i zaparkuję przy ulicy prostopadłej. I wtedy czuję lekki wstrząs, na wąsie swąd, dym się unosi znad maski i wiem, że właśnie wydarzyło się memu autu coś niedobrego. Parkuję ostatecznie, zaciągam ręczny i wychodzę by zbadać sytuację. Z zawieszenia, ciurem leje się rudy płyn i leje się jakby nigdy miał się nie skończyć.
– Cholera.

Ford został ranny. Ale nie mam tu tego za złe. Pięć miesięcy od zakupu służył mi wzorowo. Nie wiem, co to za płyn, więc dzwonię do PeKa by mi telefonicznie objaśnił meandry samochodowych ustrojów krążenia. Ten fachowo, poprzez serię odpowiednich pytań, zaocznie dochodzi do wniosku, że oto wycieka płyn chłodnicy.
– Puścić zapewne musiała uszczelka. – stwierdza.

Rekomenduje zakup wody litrów 5 i ostrożne wlewanie jej do miejsca właściwego płynowi chłodniczemu. Jest tylko jedno ale! Możliwe ujemne temperatury naszego klimatu, które taką wodę płynną mogą zamrozić, co doprowadzi do natychmiastowego zniszczenia chłodnicy. Na szczęście klimat jest tej nocy łaskawy, a termometr wskazuje całe osiem stopni, a więc wodę zakupioną w pobliskim sklepie (wraz z dwiema babeczkami kajmakowymi), leję śmiało. Potem idę do babci.

Babcia jaka jest każdy widzi. Moja jest taka właśnie, choć przejawiać musi także rysy indywidualne. Babcia ma czyraka, albo tętniaka, albo jeszcze coś innego, co sprawia, że twarz jej i ciało jest pokryte czerwonymi plamami, dla mnie już równie przezroczystymi i niewidocznymi jak plama na oknie w dzień pochmurny. Ona jednak widzi, na niej to jest i każdy tak mocno przejmuje sobą się. Ja plamą na nosie, inni plamą w kosmosie, a większość swymi wągrami i pryszczami, bo myślą, że cały świat patrzy na nich i patrzy im właśnie w czuły, brzydki i czerwony punkt ich twarzowego bytowania. Moja babcia jest dobra i jest miła i tylko takie epitety mogą do niej pasować.

Nie powiem, że babcia jest aniołem, albo „osobą fascynującą”, „atrakcyjną towarzysko”, że babcia jest „wyrachowana w swej inteligencji”, że babcia to jest „gracz”. Nie. Babcia jest dobra i miła, i kocha mnie, za co należy się jej podziw. Babcia wychowała mnie, stworzyła subtelnymi maźnięciami swego babcinego pędzla, podmuchami papierosowego dymu marki Caro, swoimi zadaniami pisanymi czarnym długopisem w kratkowanym zeszycie. Przy babci napisałem pierwsze w życiu słowo, i pamiętam tę sytuację do dziś. Było to słowo „koc”. Ze znanych literek układałem dowolne ich kombinacje np. „ABHAST” i każdorazowo, po postawieniu ostatniego znaku pytałem babci, „czy jest takie słowo?”. A ona cierpliwie odpowiadała.

Koc był słowem napisanym na szklanej tafli blatu okrywającej stół a’la dębowy, fornirowany, koc był słowem stworzonym w dużym pokoju trzeciego piętra bloku rosnącego na ulicy Stefana Bryły 3 i pamiętam, że było wtedy pochmurno. Pisząc, koc nie spodziewałem się, że w przyszłości przyjdzie mi tworzyć jeszcze „kocykarium”, „kocykowo”, „kocenie”, a nawet „kochanie”.

Jak jechaliśmy windą to babcia polecała mi wskazywać liczby parzyste i nieparzyste na przypalonych zapalniczką, nadtopionych guzikach dźwigu. Babcia czytała mi i chodziła ze mną i babcia była i sprawiła mnie, choć dzisiaj już tak niewiele może sprawiać.

Kiedy przychodzę, częstuje mnie kawą i zaznajamia ze sprawą następującą: sąsiadka jej z góry – Pani Iwona, poprosiła ją by sprawdziła stan mieszkania po lokatorach, którzy kilka dni temu opuścili Iwonowe lokum lokujące się na szóstym piętrze, tuż nad babci głową. Czy ja mogę pomóc jej otworzyć tam drzwi? No w tym mieszkaniu… bo ona nie ma siły w dłoni klucza przekręcić.

Ależ oczywiście, że mogę droga babciu, chodźmy zatem i te mieszkanie sprawdźmy, po tych nicponiach, lokatorach, co pewnie jakiś bałagan mniejszy, lub większy po sobie zostawili. Wchodzimy piętro wyżej, po betonowej klatce, zawsze lekko zsypem zalatującej i oboje się czujemy teraz jak para złodziei, niezręcznie jakoś, żeby nie popełnić żadnego faux-pas podczas obcowania z czyimś, powierzonym nam mieszkaniem. Odkluczam drzwi na korytarz – „Im in” – chciałbym nadać babci przez mikrofon zapięty na golfie, podczas gdy ona obserwowałaby całą akcję z dołu, na trzech monitorach, siedząc w fotelu i paląc fajka. Tymczasem ona wchodzi ze mną i „We’re in”. Zabieram się za dolny zamek, poszło gładko. Teraz górny. Cholera, coś nie idzie. Naciskam klamkę, nie idzie! Nie idzie! Babcia traci nerwy:
– Chodźmy, trudno, innym razem, jutro może spróbuję jak będzie lepsza pogoda.
– Poczekaj, no, raz się nie udało i już chcesz odpuszczać! – Próbuję jeszcze raz i drzwi się otwierają. Przybieram minę szelmy. Babcia czyni wydech. Wchodzimy.

Mieszkanie okazuje się pozostawione w stanie dobrym i przyzwoitym, doprawdy, pomimo szczerych chęci trudno się dopatrzyć jakiś uchybień w kwestii jego sterylności. Spisuję trzy liczniki: wody, gazu i prądu, wychodzimy, zamykamy i nasza misja kończy się powodzeniem. Na dole, już w pokoju babci, kiepsko oświetlonym o układzie mebli niezmiennym od lat, babcia próbuje mnie nęcić jeszcze ciastami, rosołami i kotletami, ale już moją głowę zaprząta rozwalony w dole i krwawiący brązem ford, dlatego skupiać się i znosić spokojnych rozmów dalej nie mogę. „Do widzenia babciu, czas ruszać w drogę!”, żegnam ją dwoma całusami w oba policzki, lecz tym razem głaszczę ją jeszcze po głowie, na co ona się śmieje ze swej postępującej nierosłości, a mej rosłości i żegnamy się szybko, a czule.

Pośród blokowisk ciemnych jak dusze ich mieszkańców, oświetlonych ledwie, gdzieniegdzie punktami żółto-niebieskiego światła, zbliżam się do samochodu mego – skupionego Forda rocznik 2000 kolor violent fiolet i odpalając latarkę telefoniczną zerkam mu pod nogi, koła znaczy, patrzę czy ciecze jeszcze, nie ciecze, szczęście. Nie ma z czego ciec ciecz wycieńczona zaciekłością swej grawitacyjnej dociekliwości. Dolewam zatem wody jeszcze, telefonicznie Gutka informuję, że dziś mu nie zezwiastuję już wizytą, którą odbyć mogłem, acz nie musiałem – wizyta ta miała być połączeniem biznesu jakiegoś, dilla, czegoś pół-tak, pół-nie istotnego; mogła czekać do jutra, mogła czekać do poniedziałku i poczekała. Ale Gutek jeszcze nadaje, że może pomóc mi, holować, co tak trzeźwe, pomocne i dobre jest z jego strony, że zaczyna gryźć mnie już demon wewnętrzny. Demon,

bo wcześniej Pudel pisze: „hej, wpadniesz dzisiaj?”. Pudla rok ponad nie widziałem, i się tak zbierałem tygodniami by zobaczyć w końcu, zupełnie jakbym pielgrzymkę miał odbyć do wizerunku świętego, z tym, że temu koledze do świętości brak jeszcze mil tysiąca. Anyway, już jak z Gutkiem rozmawiam, to wiem, że ta noc trzeźwo nie zakończy się, i spycham jego potencjalne hakujące, holownicze pomoce w zapomniane sobotnie noce, żegnam się i mówię „cześć”, a do Pudla: „będę”.

A tu jeszcze Dorys wzywa mnie na śmiechu kolędę, pisze, że portret Zbigniewa Wodeckiego malować będą, ale wcześniej jeszcze woda, wóda i kwasy wejdą z Szybką Wolną i kolegą jakimś.

Fordem dychającym, sfatygowanym i dziurawym od spodu, coś jakby ma dusza, durszlak zajeżdżam jeszcze do matki. Po co? Po blat do mego biurka, który został u niej i tkwił za łóżkiem drugą zimę, i na partyjkę szachów z brackim, gdzie remisujemy ostatecznie, co dość żenua pewnie jest biorąc pod uwagę jego siedmio, a mój dwudziestopięcioletni wiek.

Tu znów przejaw mego niedo bycia, mego onegdaj grania i niedogrania, czegoś tam liźnięcia, ale niedolizania i tak się ganiamy mając obaj po dwie figury i dogonić nie możemy. Potem za obliczenie dziesięciu przykładów matematycznych w zakresie odejmowania i dodawania do trzydziestu daję mu sześć polskich złotych, które on skrupulatnie z miną małego, chytrego Żyda chowa do portfela, co jest śmieszne w sumie i stanowi pretekst monologu matki na temat chwalebnych zwyczajów finansowych brata mego siedmioletniego Roberta Robertowskiego; o tym jak każe sobie wymieniać cztery dziesiątki na jedną pięćdziesiątkę, i o tym jak od ojca pożycza, ale nie oddaje, i wstydu wcale za to nie czuje. (Jeszcze siedzi i się śmieje chytrze na kanapie jak o tym z matką mówimy).

„A oddam kiedy się dorobię” – cytuję Moryca z Ziemi obiecanej i choć pewien jestem, że matka tego cytatu znać nie może (a może mylę się) to śmiejemy się długo, do łez i jest dobrze. Daje mi jakieś owoce, słodycze, ja zabieram blat, całus, całus, piona brat i lecę. Ford odpala ledwo, Pudla informuję, że zjawię się i dzwonię i pytam czy pić może, bo nie tak dawno jeszcze zarzekał się na całkowitą abstynencję i złych nawyków porzucenie, i nie tak dawno jeszcze w metrze telefonicznie z nim rozmawiając czułem trzeźwość jego przez słuchawkę, myśli uporządkowanie, ułożenie jakieś, dyscyplinę immanentną.

Teraz Pudel zapewnia, „tak, tak pić mogę i potrzebuję”, a potem pisze: „kup 0,7 i wino białe”. No to jest przesada spora, o ile 0,7 stanowi już wyraz pewnej nonszalancji, to jeszcze wino do tego jest niefinezyjnym zaproszeniem do bramy podłego alkoholizmu.

Na stacji benzynowej nieopodal wjazdu na autostradę A2, kupuję wódkę rzeczoną marki Żubrówka, płyn do chłodnicy najtańszy za 16,99, którego producent deklaruje skuteczność do -37 stopni Celsjusza, sok. Papierosów nie kupuję, choć już czuję, że pomimo 11 dni niepalenia wcześniej, to dziś właśnie przyjdzie mi zajarać znów. Ta myśl przeplata jak wianek myśli pozostałe, jak dym subtelnie w nie wchodzi i wędzi, a ja udaję, tak jak zwykle udawałem, że nie zauważam jej i pozwalam się uwodzić i wędzić jak zwierzę głupie, żaba w rondle siedząca, której kucharz podnosi temperaturę, stopniowo zwiększając płomień, a ta w swej zmiennocieplności żywcem daje się ugotować.

Płynu właściwego, różowego do forda zalewam i ruszam ku P. Puławską myśląc jak paskudne jest to miasto, o tej porze zaś szczególnie. Mijam opuszczoną „Basztę”, salony jakieś moto, niezliczone przejawy ludzkiej przedsiębiorczości i wjeżdżam w końcu w uliczki wąskie, głębokie by dotrzeć pod dom, który mnie gościł już wiele razy, zbyt wiele może.

Pudel zza bramy milcząc mnie wita z szamponem na głowie, z daleka wygląda jakby osiwiał, lub już do reszty był pomylony i chodził w jakimś czepcu, który miałby jego myśli ułożyć i zatrzymać w jednym miejscu. Czuję się trochę jak przestępca gdy tam wchodzę, jak kontrabandzista, Grek brzuszny, bo trzymam w torbie plastikowej kogo niby mającej oszukać 0,7 wódki i sok tymbark. W większości wypadków takie zestawienia są okej, ale tu nie, bo P. miał nie pić już przecież nigdy, w lato mi się chwalił przez telefon jaki jest super aktywny, jak maluje żyrafy trzeźwy jak bąk, spijając nektary życia, które do tej pory zgorzkniała mu wódka. Ukończył terapię, na którą uczęszczał też jakiś sławny aktor (nazwiska nigdy nie wyjawił) i ludzie inni, tak; na tej terapii dowiedział się o sobie bardzo wiele, dowiedział się dlaczego pije, dlaczego przestać mu trudno, dowiedział się, że ludzi krzywdził, że siebie najmocniej. Taki był mądry i oświecony, kiedy deklarował, że rzucił już gibony, że teraz tylko zdrowe flow i zdrowe tony przyniosą sens jego duszy utrapionej. I prawda, kiedy rozmawiałem z nim jeszcze czas temu jakiś to brzmiał rozsądniej, bardziej strukturalnie, jego myśl jak strumień drążyły koryto tematu i nie dawały się zboczyć kamieniom i gałęziom (o kształtach fallicznych) dygresji, które tak ochoczo do jego potoku słów ciskałem. Teraz… Pudel był znów zawartością szklanki wody rozlanej na chodniku, której strumyczki podążały wzdłuż mikrostruktur betonowej kostki, w zupełnym bezładzie, wysychając i dogasając w szczelinach piaseczkowych granic.

Jego psy obszczekały mnie, jeden ten shitshu Tommy, szczególnie, mały idiota, którego lubię denerwować, za co on odgryzł mi się kiedyś dość dotkliwie. Psy wymieniam z imienia: Tommy, Bila, Gustaw, Czopa – każdy jest inny, innej rasy, innego usposobienia. Moim faworytem jest od zawsze Gustaw – harcik włoski, koloru szarości, z rodowodem wartym 6000 złotych, niezwykle dystyngowany pies, który zamiast siadać na trawie woli siadać na poduszkach, za co go cenię, bowiem wykazuję jakąś słabość do arystokracji. Gustaw zyskał brzuszek odkąd go widziałem ostatnio, jednak wciąż pozostał fałszywie skromnym (jego maniery ukazują się dopiero po dłuższym współprzebywaniu) psem. Choć nie powiem, ten tłuszcz odbiera mu wiele fasonu.

Powołując się na znajomość z psami, głośno do nich z imienia wołając, uściski, głaski, polizania wymieniając, próbuję się uzasadnić w surowych oczach rodziców Pudlowych, którzy spoglądają z kanapy rozpraszani na szczęście telewizorem. Zawsze się czuję jakby mnie nie znali, nie kojarzyli wcale i czuję też jakby mnie posądzali o homoseksualizm, no bo któż może przychodzić do ich geja syna o 21.00 w sobotni wieczór, jeśli nie inny gej właśnie, z flaszką i tymbarkiem, w białej, foliowej torbie, która kogo ma niby zmylić? Nie dość więc, że jestem obcym pedałem, to jeszcze rozpijaczem syna, zdrajcą, Grekiem trojańskim, co pod ich strzechami będzie prowadzić synka ku zgubie.

Ale przecież to nie pierwsza flaszka Pudla w tym miesiącu. Ja pić jeszcze mogę i sorry, ale wyrzekać się nie będę, to znaczy mógłbym, ale chyba nie w tym układzie, a zresztą takie picie tajemnicze, wbrew, ma w sobie uroki minionej dawno niepełnoletniości.

Z matką P. wymieniam kilka konwencjonalnych, acz staram się je zabawnymi uczynić, zwrotów, po czym zostaję skierowany na górę do pokoju przejściowego, ładnego, świecami osmolonego, w którym to pokoju można palić, a mimo tego nigdy tam papierosem nie czuć. Jest tam biblioteczka dość spora (jedna z kilku w tym domu), zawierająca ciekawe pozycje np. „Wychowanie seksualne dla dzieci lat 7-9”, czy „Zbiór fraszek na każdą okazję”. Są tam książki tak rozmaite i antologiczne, o których ja nigdy bym nie pomyślał by je kupić, bo są czymś bez czego się można obejść absolutnie, ale i przez swą lekkość, różnorodność i często zbiorową formę są właśnie ciekawe i zapraszające do pobieżnego przeglądania.

Czekam, więc w tym pokoju cierpliwie aż P. zmyje ze łba pianę, a zza drzwi słyszę utyskiwania jego matki, jego uspokajania, które (mogę się tylko domyślać) dotyczą mojej tu obecności.

– Chodźmy na górę. – Pudel komenderuje, więc idziemy do studia nagraniowego i chlejnego, studia, w którym się raczej pije, pali i słucha muzyki, niż cokolwiek nagrywa, choć Pudel z konsekwencją twierdzi, że jest inaczej, w dowodzie pokazując strzępy jakieś, nigdy niedokończonych sprzed miesięcy nagrań.
– No to polewaj.

Tak, jakby o to głównie chodziło. Pokazujemy sobie piosenki, lepsze, gorsze. Mój rap ściera się z jego dawnym popem, czas płynie, wódka płynie, nasze sylwetki w dymie.

Zapaliłem.

Ot jakoś tak wyszło; „wódka lubi dym”, tak sobie mówię cytując genialną Siekierezadę, choć już nie tak genialnego bohatera i palę teraz niebieskiego camela i czuję się dobrze, jakbym się wcisnął w kolejkę, jakbym oszukał celnika i przemycił za granicę coś. Celnikiem jestem ja, granicą moje ciało, kolczaste druty postanowień składanych pisemnie, do luster (patrząc w oczy), składanych na nagraniach audio i wideo, składanych w pamiętnikach, w notatnikach w niezliczonych formach, miejscach i czasach, a pomimo tego chuj. Palę sobie i tak. I jak cudownie oszukać siebie, przynajmniej przez pięć minut, bo po sześciu sumienie i słabnący dech dają o sobie znać.

Siedzimy z P., gra jazz, wspominamy znajomych minionych; dawne dziewczyny moje, dawne przyjaciółki nasze, dawnych kolegów jego. Rzewnie to wszystko i zmierza ku niczemu, wiem to. Nie chcę niczego, chcę czegoś, skoro już wódkę piję, fura się psuje, ja się wędzę, to chcę z tej nocy wytłoczyć olej, paskudny, pełen smogu i lichych gwiazd, chcę czegoś, bo NIC niczego mi już nie może dać!

Tarabani Dorys dobija się, kolejny i kolejny SMS: „siema, wpadajcie, jestem z nią i z nim, będziemy malować portret Wodeckiego, ale najpierw kwasy i chill”. I to mi brzmi jak dobry dill, czuję, że tam już czeka na mnie COŚ, mięso, konkret, że tam się zadzieje. Delikatnie, aby nie spłoszyć, zaczynam Pudla drenować sugestiami, kusić większymi butelkami, pokazywać przypadkiem niby zdjęcia Dorys (te najkorzystniejsze), wspominać o jej otwartych i rozległych poglądach, szczerej względem gejów i Żydów sympatii. Polewam ofiarnie, zaznaczam, że o! Butelka 0,7 właśnie sięgnęła dna, jakaż to szkoda, a skoro już taksówkę bierzemy na stację, to może i na stację centrum? i jak to dawno, dawno nigdzie razem nie byliśmy, a człowiek socjalny przecież jest i powinien drugiego poznawać!

Pudelek daje się przekonać w końcu, obaj jesteśmy w sztorcu i wyczuwamy nieprzyjemne tu fale od jego trzeźwej familii, psów szczekających i faktycznie dobrze opuścić te miejsce, odświeżyć się, wyruszyć w świat. Na stacji bierzemy litra, ja przeglądam bajki, które tam sprzedają (kiepsko wydane, obrazki czarno-białe w środku). Z taksówkarzem się schodzi na Biedronia, Pudel się spierać próbuje, ale się okazuje, że taksówkarz jest wyważony bardzo, prezydenta Słupska popiera, choć nie w każdym punkcie i tak rozmowa rozbija się o falochrony ogólności.

Dojeżdżamy na miejsce wreszcie, jest wcześnie jeszcze, ziomek kontynuuje te brednie śmieszne, ja mówię: „daj szlugę”. Daje mi, ja w myślach liczę kwit, jest parę stów jeszcze, a więc wyjątkowo git, jak na warunki domówkowe, styknie z nadmiarem jak nic. Zerkam w esemesa, tam dokładny adresat naszego zajścia: „mieszkania 98” – ten sam numer co moja babcia, super, wchodzimy. Dochodzi północ.

***

Napisz komentarz jeśli dotarłaś/dotarłeś aż tu.

Portret warszawskiego polonisty, warszawskiej polonistki 

Poniższy tekst przeznaczony był na ogłoszony przez polonistyczny portal „nie?WINNI czarodzieje” konkurs pod poniższym tytułem. Został ogłoszony, jak to przy konkursach regulamin, który organizator złamał dwukrotnie: nie przestrzegając terminu rozstrzygnięcia oraz odwołując przyznanie nagrody.

Ja pewien, jak się zresztą sprawdziło, tego, że nikt prawie w tym konkursie nie wystartuje, pozwoliłem sobie na napisanie tekstu prowokacyjnego, miejscami wulgarnego, ale nie pozbawionego sensu, bo własnie wyłuszczającego tę bierność i niemoc twórczą studentów wydziału polonistyki. Jeśli na konkurs została zgłoszona nawet jedna praca, to powinna być ona, walkowerem uznana za najlepszą i to własnie byłby zamierzony jej cel. Ale niestety, znów się okazuje, że zasady mają służyć tylko tym, którzy je ustalają! Zachęcam do lektury!

 

Portret warszawskiego polonisty, warszawskiej polonistki 

nieżyczliwem pędzlem malowany przez oddanego kochanka Erato, a niepokornego sługę Jej Królewskiej Polonistycznej Mości.

JA

Nie pasowałem, chciałem się zająć spokojnym układaniem mojego szczęścia
Ale ja kurwa się czułem jak puzzel z innego pudełka
Matki i dziewczyny moich kolegów prosiły ich, by nie ufali mi nigdy
Że ja zmutuję
1 ich krzyki ambicji, ogólnie, że ja jakiś radioaktywny
Polon
2

TY

Lepiej nie podchodź, lepiej nie pochodź
Bo czekają tu nieodwracalne zmiany
Dziwko to Polon, dziwko to Polon
Właśnie zostałeś napromieniowany3

Białas, Polon

ONA

Ona jest stamtąd. Tam skąd wstyd jest trochę mówić, nie warto. Ona jest z „obok”, „w pobliżu” z „za” „i tak nie znasz”. Wychowała się „o tam”, za Szkolną ulicą, przy szosie błotnistej jesienią i wczesną wiosną, pod bilbordem Wielkiego Zaimka. Szkoła wiejska to było piekło, nieomal jak w Owczarach i dzieci te straszne wyrugowane z uczuć. Kiedyś na jej oczach skrzywdziły niewinnego psa. A ona nic, a ona nic, a ona „pa!”.

Czasem jest też z Krakowa lub Gdańska, ale wtedy to jest inna bajka. Wtedy to jest bajka opowiadana w kręgu przez starego Gadamera i się zapętla, wraca do punktu wyjścia zaklęta w powtarzalności przyjazdów i odjazdów, w końcu odjazdu ostatecznego, czy raczej ostatecznego powrotu.

I co z tego, że wyjechałaś, no co? Skoro i tak wracasz myślą, słowem, czynem do tego co cię stworzyło, wracasz do Gdańska jak Huelle, do maminego gniazda, wracasz, kiedy denko słoja klaska.

Czasem z Przasnysza. Boże, gdyby się tak udało tam wrócić i tam nauczyć. Ma taką szczerą nadzieję, że się uda. Że się uda. Że się uda. Rozłożyć w czasie jak Ewa Pobratyńska? Nie! Wszystko w rękach ekhm… Boga. Do kościoła chodzę mamo, tak. Tak, co niedzielę, tak. Piękne tu mają kościoły. Tak, co tydzień do innego. Tak. Pracę mam, tak. A w dużym sklepie. Ciężko jest, ale daję radę. Do Marcela piszę też. Podpisano: Denise.

Czy to persona w ogóle „warszawska”?

Dawniej w soboty oglądało się „Familiadę”, a w niedzielę szło do Domu Boga. Były pieśni, znak pokoju z Maciejem (dłonie miał mocne i białe), a potem się wracało, mówiło o roli roli, serialu, sądach, sąsiadach. Na obiad był schab, ziemniak, kapusta i kieliszek wódki (dla chłopów). Na deser telewizor.

Tu była dwa razy, w tym, no Jezu… W Najświętszej Widzenia Nawiedzenia Serca Miłościwego Maryi Jezusa Podziemia Parafii, ukrytej wśród bloków wysokich jak sto chałup. Ale nie chodzi raczej. Samej niefajnie. Wierzy, ale nie praktykuje, jak twierdzi.

No bo no nie wie, jakaś jest mętna atmosfera wokół tych kolumn, obrazów i rzeźb, coś stamtąd wraz z kadzielnicą ulotniło się. Kościół tu jest passe. „Jesus is my sugar daddy” – taki ostatnio widziała tatuaż na udach jednej dziewczyny w tramwaju. Dziwki z pewnością jak Nana. Jej daddy jest jej daddy i nie ma to podwójnych kontekstów, pamięta jak ją przywiózł dnia pierwszego do miasta pełnego kompleksów.

Jezu, ale tu wszystko wielkie jest! No owszem, byłaś wcześniej też, ale hej! ten wieżowiec nie stał tu wcześniej. Ah, piękne jest nocą Śródmieście, każdy tu może czuć się bezpiecznie. Niestety ty nie w Śródmieściu – za drogo trochę, a na Stegnach przyjdzie ci toczyć żywot, tuż obok stacji gdzie nocą leją browar i paliwo. Jakoś tak, mieszkanie, pokój, zwykły, w zwykłym bloku, tyle, że odnowionym i znikają tu wszelkie indywidualności pozory, bo oto koleżanka ma torbę tę samą a i może jest nawet od ciebie ładniejsza? Tam skąd pochodzisz uchodziłaś nawet za ładną, jednak w stolicy jesteś przeciętną panną. Trochę mina rzednie, co? Bo tam gdzie miało być pięknie, miejsko, rześko, nowe życie, high-life, dream team i chłopaki, nagle jesteś znów ta sama, tylko, że bardziej samotna niż zwykle, zdana na siebie, wkopana w dorosłe życie, a nikt ci nie powiedział jak ten ciężar nieść.

Ale póki rodzice płacą za czynsz i chleb, nie przejmuj tak mocno się! O nie! Korzystaj, korzystaj dziewczyno, bo trafiłaś do najpiękniejszego i najbarwniejszego miasta w tym kraju! Przed Tobą Warszawa! Nasza duma i sława, Syrenka i jej pierś wydęta, jej miecz tępy a wielki, jak co drugi chłopak tu, oto są bulwary skrzące lampionami, radością i pijackimi śmiechami, oto są szkła i betony skomponowane pod architektoniczne nagrody, są grube, żółte tomy ksiąg i rzędy żółtych zębisk do obejrzenia, na twoich nowych papierosowych, przerwach. Oto jest Warszawa, i powaga i czar kampusu, i radość wiosennego przedmieścia, bierz i korzystaj, bo to co na powierzchni to (prawie) wszystko Twoje i święć się imię Twoje – Iwona, Ilona, Anita, Dominika, Ola – jakkolwiek masz, tak możesz zaistnieć, tylko o jedno cię proszę, o jedno – w tym mieście nie bój się błyszczeć!

Ale ty co? Hej, hej! Czemu się tak zamykasz w tym pokoju, no? Byłaś na wykładzie, jednym, drugim i twierdzisz, że zmęczona już jesteś? A teksty na kolejne ćwiczenia to kto przeczyta? Czemu nie czytasz? I, co, i ja mam wszystko na zajęciach mówić, sam z profesorem rozmawiać?

Do klubu też nie wyjdziesz – wszak musisz się uczyć. Nie chcesz nawet. Co w tych klubach robią. Narkotyki i seks, to obleśne jest. I drogie. Bydło. Napisałaś kiedyś o tym wiersz?

Musisz się uczyć. I obejrzeć ten filmik na jutubie i ten serial nowy, ponoć super. O prawnikach. Prawnicy to mają. Mogłaś pójść na prawo, na prawie pieniądze byłyby lepsze. Ale rodziców nie byłoby stać by cię tu utrzymywać pięć lat. Rodziców Marioli stać, kupują jej wszystko, nawet samochód. A twoi? No wstyd, aż wstyd chłopaka jakiegoś tam zaprosić, bo ojciec zacznie wypytywać jakie plany, matka, kiedy wnuki, a potem włączą jak zwykle telewizję i przez chwilę tylko będzie dobrze, kiedy Starsburgera głos zagłuszy głosy duszy.

Muzeum? Nie, sztuki plastyczne nie interesują cię. Nie muszą. Ty studiujesz LITERATURĘ. Nie ma sensu się rozdrabniać, co te obrazy, tam jakiś Witkacy, Malczewski, Gerstl se wisi, niech wisi. W gablocie Zwrotnica i nóż jakiś z brzucha, a dalej meble, które wspierały obfite morale takiej Ćwierczakiewiczowej, biedermeier wyjęty z salonu literackiego wprost, ale nie! Ty nie jesteś jakąś kioskarką czy stolarzem ani stolarką! Muzea są drogie. Oj, bardzo drogie! Tak słyszałaś: „że studenci uczelni artystycznych mają za darmo, a my mamy jak normalnie. Studenci tego PA SE PE.” – „ASP – poprawia cię koleżanka.” „Tak. My drogo”4.

Nie wiesz ile dokładnie, bo nie byłaś by sprawdzić. Pytasz koleżanki: „czy żeby wejść do Muzeum Narodowego trzeba się jakoś wcześniej zapisać, by wejść?”. Ona odpowiada: „Nie, nie trzeba, można o tak”. „Byłaś?”. „Nie, jeszcze nie (studiuje III rok). Trudno się z kimś tak umówić, a samemu to nie.5

Samemu nie! Nigdy nic samemu, nie! Bycie samemu jest w ogóle passe, nie po to jest na Ziemi 7 i pół miliarda ludzi by być samemu. Kiedyś, w czasach Abrahama to może uchodziło. W czasach Miłosza jeszcze wśród jakiś wysychających jezior Wileńszczyzny, gdzie wodne węże plaskały czmychając przed ciskanymi z brzegu kamieniami. Ale dziś? Sama nie możesz wybrać się już, ani do biblioteki, ani na spacer, ani do muzeum, ani też postać na korytarzu. A, że koleżanek masz w sumie bardzo mało, to wybierasz głównie ten numer do mamy.

Samotność. Artysta powiedziałby „metafizyczna”. Ale ty nie jesteś artystką, więc tak nie powiesz. Takie słowa tylko na zajęciach, poza nimi jest wielkie zapomnienie i umyślne nie-kojarzenie. W opisie na tinderze jesteś tą, która „czas kocha spędzać pod kocykiem, z herbatą w ręku i dobrą książką w dłoni”. A ja Ci dobrze radzę: zrzuć ten kocyk, herbatę zamień na wiśniówkę, a zamiast książki chwyć lepiej jakiegoś chłopaka za rękę, i życie poznaj w końcu mięsiste i krwawe jak stek, a nie tylko tymi pierogami ze stołówki żywisz się!

ON

On jest stąd. A jeśli jeszcze nie jest, to się stanie. Nie jechałby jak głupi studiować polonistyki do innego miasta, aż tyle warte to nie jest. Jeśli już przyjechał, to nie tylko studiować, ale i żyć. Polonistykę wybrał, bo w liceum pisał wiersze. Jedne spaliłby dziś ze wstydu (gdyby miał piec) inne były udane. Julii się podobały. Julii się podobały i być może śmielej otwarłaby swe serce, wydarła dłonią nagą i ci je przed twarz (bijące jeszcze) wystawiła, gdyby nie ten wyjazd. Te twoje marzenia, mówienie, mówienie, mówienie, o tym co będzie, a za mało o tym co jest. O tym co było już. No i akcja z Agatą na tym sylwestrze. Tak, to na pewno też Julię odstręczyło. Ale ona nieważna już, bo tu w tymże gmachu czeka na ciebie kordon dup. Tak, to wulgarne i banalne, ale chuj, tak sobie myślisz, a tego nikt sprawdzić ci i ocenić nie może. Zapominasz jednakże, że myśli są panewką słów, a te wystrzałem czynu.

Nieważne są te przeszłe wydarzenia, tu zaczniesz się na nowo jak Rastignac. W oczach kobiet rozpalając blask. Ale zapominasz, a może nie wiesz tego jeszcze, że oczy ludzkie odbijają i na twarz przenoszą to co widzą, a ty jesteś ubrany na szaro dziś. Jakże chcesz świecić spod papierosowego dymu, smogu, deszczu, zatęchłych od wiśniówki bram? Jak chcesz… cholera! świecić z tą dziurą w płaszczu wypaloną nieudolnie strzepniętym popiołem i plamą od piwa na nowych butach?

Ah! Przecież cię przyjęto do szkoły poetów! Tak, w pamięci masz słowa Adama, he he, ty już wiesz, że to nie komedia a dramat jest, ale jednak odległy w czasie jak od renesansu Pierwszy Wieszcz. Ciebie to zresztą spotkać nie może. Ty wiesz kto dobrze pisał – Bukowski! On znał się na życiu. Znał, chlał, używał, brał. Tak, to jest to! Warto spróbować chociaż, dłoń wyciągnąć i się przekonać, liznąć artyzmu. Wszak pisarz bez papierosa istnieć nie może. Oh, Świetlicki! Palił. Herbert, Białoszewski, Miłosz, Szymborska, Lem, Konwicki (czy Gombrowicz?) Wszyscy ze szlugiem! Mnie zatem też wypada te pieniądze przeznaczone na ostatnią bułkę, przeznaczyć jednak na papierosy marki Camel.

Budzisz się po dziesiątej i oczy masz podkrążone. Nie zdążysz już na te ćwiczenia, miał być jakiś Sępa-Szarzyńskiego sonet. Brodacz będzie zły, o ile w ogóle twoja obecność, lub nie cokolwiek zmienia w jego stoickiej (wzorcem Kochanowskiego w posążku zaklętego) egzystencji. Poruszasz się, wstajesz, i pierwsze co, to brakuje fajek. Nogą nieuważną potrącasz wino z wczoraj, rozlewa się na bok, barwi blok, na ten rok, robisz skok, szmatą blok, lecz notatki zniszczył już ten winny sok. No i trudno, w pokoju jest brudno, Bukowski flow wjechał na grubo, wczoraj była jakaś lejdi, dzisiaj wiesz, że bolą cię zęby, zbierasz myśli rozrzucone jak skarpety, ale nic nie rzuca na nie nowego światła; czy przez rolety? Warszawa jest szara, brudna, zamknięta. Chodząc ulicami w czarnym płaszczu sam na siebie sprowadzasz Małą Apokalipsę, poprzez szlugi i tyskie schowane gdzieś za winklem, a teraz łamiące strukturę materiałową płaszcza. Wszystko się rozkłada: sens, ona na kanapie brudnej od wesz (chciałoby się rzec, ale aż tak, źle jeszcze nie jest), książki niedokończone, i ten z wczoraj wiersz – kartka niosąca krwawy ślad dosychającego pióra, zroszona kroplą brudnej śliny i papierosowego próchna, świadectwo myśli zgubionej i roztrwonionej. Postępujesz tak jakbyś miał się nigdy nie skończyć, jakby oderwany fragment miał odrastać natychmiast, jakby trwanie wiecznie w pięknie, dyspozycji, wenie, było naddane. Ale teraz gdy patrzysz w lustro i oczy zmęczone jak Muńka to już odwracasz wzrok, w bok, nie chcesz widzieć tego, co sprowadza cię tu – na dno.

Do dna!

Mija miesiąc, ogarniasz się, ogarniasz się – dziękuję, nie piję – dziwnie i pretensjonalnie to brzmi w ustach jeszcze młodych od krwi, ale tak trzeba robić jeśli mają się przyśnić jeszcze kiedyś jabłonie i nimfy z harfami, strunami trącanymi delikatnymi palcami wibrujące falą górskiego strumienia.

I teraz jeśli masz szczęście i determinację to odrzucasz złe nawyki trwale by wstąpić na ścieżkę z dala od bierhalle, a ta cię zaprowadzi w doliny między wysokie półki, z których potrafią spadać jak głazy zdradzieckie tomiszcza na temat ekfrazy i zgnieść ci głowę, ale też ujrzysz cudowne wzloty Wergiliańskiej epopei, tysiące ptasich skrzydeł utkanych z bawełny czerwonej i niebieskiej, białe jak śnieg skropiony krwią beenki i ujrzysz słońce po długiej zimie przez BUW-owski dach i w jednej chwili cała myśl ludzka nabierze kości, ścięgien, mięśni, tłuszczu i skóry i ujrzysz, na chwilę ujrzysz Sens Ludzkiej Myśli cały i cień tego Sensu będzie ci towarzyszyć, już do końca twych dni.

A może też oślepniesz.

MY

Odkryjemy tego drugiego Polaka gdy zwrócimy się przeciwko sobie. A zatem przekora powinna stać się dominantą naszego rozwoju. Będziemy musieli na długie lata oddać się przekorze, szukając w sobie tego właśnie, czego nie chcemy, przed czym się wzdrygamy. Literatura? Literaturę powinniśmy mieć akurat przeciwną tej, która dotąd się nam pisała, musimy szukać nowej drogi w opozycji do Mickiewicza i wszystkich królów duchów. Literatura owa nie powinna utwierdzać Polaka w jego dotychczasowym pojęciu o sobie, lecz właśnie wyłamywać go z tej klatki, ukazywać mu to czym dotąd nie ośmielił się być.6

Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1956

WY

(…) Ja wierzę w raportowanie nowe, świeże, przełomowe! A pan by chciał nas zaprząc do pługu i kazał to samo orać, i orać w nieskończoność. Wy nie macie tu monopolu na prawdę, choć bardzo byście chcieli!7

Piotr Sarmini, Bez przekazu

ONI

– Mordo, mordo, mordo…

– Łe kurwa, mordo, mordo?

– Ale mordo!

– Mordziasto.

– No mordo.

ONE

– Miałam zajęcia z profesorem Nowakowskim i on kazał nam czytać tę, no…

– No kogo?

– Tę – ścisza głos – Masłowską.

– Masłowską? I jak, przeczytałaś? Ja jej nie czytałam, nie chcę tego czytać.

– Ja ci powiem zaczęłam tę „Wojnę polsko coś tam”, ale musiałam często przerywać. Bo mi się niedobrze momentami robiło. Niedobrze.

– Mój kolega to czytał jeszcze w liceum, bardzo mu się podobało, polecał. Ale ja nie chcę tego czytać. Nie. To ohydne jest. 8

Milczą znów. Długo. Nikt się nie poruszy, by drugiego nie spłoszyć.

*KONIEC*

PIOTR SARMINI, 29 XII 2018

1Zmutuję od (ang.) mute – dosł. wyciszyć.

2Białas, Polon, [w:] POLON, SB Maffija, 2017.

3Białas, op. cit.

4Sic! Autentyczny dialog podsłuchany w podziemnej, polonistycznej kawiarence w grudniu 2018 roku.

5Jak wyżej. Dialog autentyczny.

6Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1956, Wydawnictwo Literackie, Kraków – Wrocław, 1986, s. 173.

7Piotr Sarmini, Bez przekazu, Czarny Kajet, Warszawa 2018, s. 254.

8Dialog autentyczny podsłuchany w kawiarence „Lalka”, choć lingwistycznie może ładniej oddany niż w rzeczywistości przebiegał.

Dwie anegdoty

Dwie anegdoty

Chodzenie przez lata do odpowiedniego fryzjera obfituje wytworzeniem bliskich relacji:
 
– Panie Darku, a co pan tak na nogę utyka?
– A wie pan, uprawialiśmy wczoraj z żoną seks. UPRAWIALIŚMY to odpowiednie słowo, bo to było właśnie takie uprawianie.
– Rozumiem, takie oranie.
– Tak, po tym ja sobie musiałem smarować kolanem maść, a ona kręgosłup. Po 30 latach małżeństwa, tak właśnie wygląda POŻYCIE.
– Widzi pan, dlatego ja z całym szacunkiem, żony nie mam.
– Oh, jak skończymy to na głowie to już proszę pana nie będzie wyboru.
***
Idę z Tidumem Krakowskim Przedmieściem, zaczepiają nas Mormoni.
– Dżem dobry – mówi dziewczyna z amerykańskim akcentem – czy werzycze w Boga?
– Uważam, że wiara lub niewiara w Boga, nie wyczerpuje możliwości moich stosunków względem Absolutu. – odpowiada Tidum na jednym wydechu.
—— error, error, drzewko dialogowe zostało ścięte.

TURBOT

Dzień, rozpoczęty notabene obiecująco, bo już o godzinie 8.00, z jedynie lekkim, półgodzinnym zaspaniem zatruł mi turbot z zamrażarki.

Dzień o potencjale rosnącym – rozpoczęty anapaną (zarówno wczoraj jak i dziś ostatnia myśl medytacji nie tyczyła się odczucia ciepła lub wyładowanie na wąsie, a którejś z dawnych kobiet, czy może precyzyjniej mówiąc *********), przez kawę zbożową marki Inka (którą wczoraj mi obrzydził nieergonomiczny [strasznie trudno się z nim poruszało; obok niego] Em. informując, że inkę podają na Kolskiej „taką zimną i ohydną nad ranem” [nie wiem skąd to wiedział]. Coś co do tej pory kojarzyłem jedynie z czystą atmosferą Dziadowieckiej kuchni Dhamma Pallavy, Em. musiał mi zohydzić wizją alkoholowej degradacji)

A potem decyzja szybka, w ułamku sekundy – na śniadanie zamiast owsianki zjem gnocchi. Wtedy też konstatując, że skoro gnocchi na śniadanie, to już nie na obiad, postanowiłem rozmrozić turbota. Jacek przywiózł znad morza chyba z 10 kg. Jestem przekonany, że podróż ta odbyła się z wszelkimi uchybieniami względem sanepidowskich norm przewozu żywności. Jedynie domniemany mróz lub temperatury lekko powyżej zera panujące na pace opla vivaro mogły działać na korzyć rozmrażającej się ryby.

Owszem, 2 tygodnie temu prezentowała się jeszcze całkiem nieźle, o ile wielka, zbita, różowa kula rybich, trójkątnych tusz może wyglądać nieźle. Turboty są tak zmrożone, że niemożliwością jest oddzielać je we właściwych kawałkach; zbita masa różowości może być cięta na wskroś bez zważania na to, gdzie przebiegają naturalne granice ości i kręgosłupów. Może być, ale nie tnę, bo rwanie mięsistych tkanek zamrożonych zbyt ohydne mi się wydaje. Szukam, więc tusz samotnych, odrzuconych od beznamiętnego, a twardego stada kuli, coś jakby dusz odepchniętych od społeczeństwa. Szukam ich i podaję im pomocną dłoń. Oferuję rozgrzanie, uwagę, trochę przypraw. Najważniejsze: sprawiam, że znów mogą stać się przydatne, przysłużyć się komuś – wyższej sprawie. Sprawie mojego żołądka.

Znajduję samotne, poza nawiasem folii, wygięte tuszyczki. Jedna ma na sobie szron, druga jakby – płatki śniegu.

Wyciągam wspaniałomyślnie dłoń i wtedy już czuję ich swąd. Nie powinny śmierdzieć skoro są w głębokiej hibernacji. Może to tylko zapach. Tak, zapach.

Zbliżam turbota, czy raczej to co z niego zostało pod drżący jeszcze anapaną nos i wtedy, i wtedy robię: „łue, łue e ehk!”.

A mimo wszystko kładę to na talerz, obok drugiego trupa i wkładam na górną półkę lodówki. Tak dziś wielka jest we mnie chęć pomocy bliźnim i darmowego napełnienia żołądka.

Staję się jednocześnie oprawcą i ofiarą, przedmiotem i podmiotem, mecenasem, beneficjentem.

* ostatecznie obiad skończył się na pizzy

notowane pierwotnie w Czarny Kajet FALL 2018

 

 

Nad morze przyjechał do mnie PeKa. Już dawno gadał mi o leku, który podkrada ojcu, (co swoją drogą uznaję za dość żałosne), i który to lek zaaplikowany przed snem wywołuje u niego doznania narkotyczne. Lek nazywa się "Na sen" (jeśli czyta to przedstawiciel koncernu farmaceutycznego, to nie mam nic przeciwko by ten product placement był komercyjny), a jego substancją czynną jest zolpidem. PeKa. z namaszczeniem wręczył mi nadwyrężony mocno blister leku NA SEN (widzicie jak ładnie lokuję? #SEO) i polecił połknąć jedną tabletkę. Wobec osaczającej mnie nudy uczyniłem to bez wahania. Połknąłbym nawet drugą i trzecią, byle przerwać nadmorską chandrę i durnodźwięki kapiące z telewizora. Połknąłem i czekałem ku uciesze PeKa - (zawsze go to bawi, kiedy się ućpię czy upiję, a że robię to coraz rzadziej, okazja była na swój sposób wyjątkowa.) 
Cała zabawa z zolpidemem (lekiem NA SEN - co na sen, ratunku nie mogę zasnąć, leki bez recepty na sen, na sen, problemy z zasypianiem)  polega na tym by go połknąć, ale NIE IŚĆ SPAĆ. Oczy mieć szeroko otwarte, umysł w trzeźwości i czekać. Czekać na stojąco, lub siedząco, ale na pewno nie leżąco. Po 20-30 minutach zopldiem zaczyna ujawniać swą dziwaczną moc, czyniąć świat i naszą świadomość miejscem onirycznym. Trudno opisać jego działanie, szczególnie, że przy końcu lek odbiera pamięć. Ostatnie co pamiętasz, to spadanie na otwartą klapę laptopa grającego Nicki Minaj. 
Stojąc w straceńczej służbie literatury, kontynuując dziedzictwo wszystkich pisarzy zażywających, niepraktykujących, postanowiłem PISAĆ i przekazać wam Niewdzięcznym (to nie do pana, panie przedstawicielu koncernu farmaceutycznego) okruchy zolpidemowej świadomości. PISAĆ i NAPISAĆ. Wyszło opowiadanie. Słowa wylewały po miękkich zagonach pościeli tworząc sensowne gramatycznie zdania. Zapewniam, że są one też złożone semantycznie. 
Kiedy dałem "Kopułę" do przeczytania Jerzemu (53 l.) powiedział: "nic z tego nie zrozumiałem". 
Nie dziwię mu się. 
Jest to bowiem opowiadanie wymagające od Czytelnika ufności i wnikliwości, a na te trudno dziś sobie pozwolić. 
Pozostawiam to jednak Twojemu osądowi.

KOPUŁA

Pierwszy dzień lata 2028 roku rozpoczął się drugiego kwietnia. Drugiego, bo pierwszego nikt nie zrobił żartu spektakularnego, ani jakiegokolwiek w ogóle. Nie pamiętam by zrobił, a więc nie zrobił. JA też nie zrobiłem, a więc współwinny się czuję napędu koła w osi posthipsterskiego-korpo marazmu, koła toczącego to miasto.

Warszawa jest wedle naocznych świadków – znajomych operatorów dronów, kręcących reklamy reklam, w kształcie wielkiego dysku. Axis Mundi dysku wyznacza Pałac Kultury, a pomniejszym axis tym bardziej pragmatycznym, tym bardziej „zejdźmy z chmur na ziemię i skilujemy deadline” jest siedziba firmy „DronSons”.

Te dwa punkty: PKiN oraz „DronSons” mieszczące się w kamienicy na Mokotowie, tuż obok McDonalda stanowią dla Ksawerego – droniarza – oś współrzędnych x i y, południk i równoleżnik, terytoria jego działań jakim jest dysk. Dysk Warszawa. Pokryty białą kopułą spermy, koksu i mąki z kajzerek. Zespojony solidnie sylikonem i niby to wyraźnie, a niby nie (tak, że łatwo zapomnieć) rzuca na Warszawę cień. Cień przytulnej ignorancji.

Modlitwa do Kopuły:

O Wielka Kopuło! Złożono ze spermy, amfy, jajek i kruszonek udziel nam, chroń nas, zyszczyj nam, racz się jaczy wola Twoja, jako w Kopule tak i na Ziemi, chroń nas o Kopuło! Nocą, o świcie! Chroń nas od innego złego, bo swego mamy już w kurwę. Chroń nas i jeśli woja Twoja to zyszcij nam coś spuści na stock. Ale niech cię od złego pokuszonego nietentego, jego jimię folołowane, zbaw nas, zbaw! na wieki, wieków. Cola.

Ksawery co dwa dni zmawia modlitwę do Kopuły, by mu się życie nie zwaliło na łeb. Przed każdym wyruszeniem na kręcenie reklamy, a później making-offa reklamy odmawia ją solennie. Nakazuje mu to przełożony i regulamin „DronSons” uaktualniony o nową „politykę prywatności”.

Polityka prywatności zmienia się często, bo chodzi w niej o utrzymanie prywatności, a ta ze swej natury nie powinna być przecież dobrze znana, czy publiczna. Publiczna prywatność? Dziś nawet oksymorony nie prowokują różowych, śliskich, łakomych ust Wielkich Pożeraczy Gówna. Gówno się stało tak powszechne, że jego zapach mało ich nęci. Co to za gówno, z którego wszyscy są zadowoleni, bo je pakują dzieci w bąbelkowe folie i ładne, jednorazowe kartoniki. Gówno, które mają za uszami wszyscy, nie może być już „gównem” dłużej nazywane! O teraz nazwiemy toooo…. „produktem”! eureka! Nowe gów… to znaczy … pprpodukt, produkt w aptekach!! PRODUKT w sklepach, marketach, szaletach….

PRO D U KT JEST WSZĘDZIE! PRZYJDZIE TEŻ W NOCY I CIĘ ZJE!!!!!

Jak go nie kupisz. Ale kupisz, tak? ?

– Ksawery jak twój start?

– Już już, Pani Tolo, rozkręcam śmigiełko i lecimy w niebololo!

– Ksszz kszzzz, wiem, że to ksz ksszzz, niepoprawnie w pracy, ale ksz kszksz, mógłbyś tak dziś pszybować ze mno na kolacji?

– Nie wiem ksz ksz czym dobrze odebrał Pani Tolo. Chce pani, żebym pani przywiózł tym kolację?

– Nie nie, ksz ksz, ja chcę Ksawerku cobyś mi ją zjędli razem. Drona zostaw u kolegów.

– Ale Pani Tolo, ksz, ja jestem operatorem, pilotem teo drona! Pani widzi jakie mam poważne skórzane rękawiczki i tu fsiu, bdźiu, niebieskie guziczki? To jest moje narzędzie pracy.

– Masz także inne kszksz narzędzia Kszksz. I twoim męskim obowiązkiem jest z nich korzystać. Pogadamy jak wylądujesz, a teraz skup się na celu żołnierzu, co widzisz?!

– Pani Tolu, za pośrednictwem swych gogli VR i kamerki nabrzusznej widzę plan reklamowy. Wielką ksz reklamę, wielkiego produktu. Over. Kszsz

– Co to za produkt Ksawery? kszksz. Czy uda ci się podlecieć bliżej i strzelić mu pack shota? Kszsz. Over

– Zdaje się, że to ksz zupełnie nowy i rewolucyjny płyn do prania tapicerek „Klinex”. Ma… o Kopuło Najbielsza… ma nowe aktywne składniki piorące i mikrogranulki, a do tego… o ksz sz.. świąteczny zapach cynamonu. Over! KszKSz

– Musimy to mieć Ksawery. Kszsz. Spróbuj podlecieć tak, aby reklama i produkt się nie wystraszyły. Postaraj się nagrać prezenterkę porównującą „Klinex” do zwykłego, wiodącego producenta płynów do prania tapicerek. Over!

– Kszsz, mam to. Narzucam czarno-biały filtr na Zwykłego Wiodącego Producenta.

– Doskonale… kszsz

– Czy dodać cyfrową wizualizację ukazującą moc nowych aktywnych składników piorących i mikrogranulek? Over!

– O Boże Ksawery, jak tu cię nie kochać. Spotkajmy się po pracy. Over… kszsz

– Ale pani Tolo. Uwagalolo, uwaga, namierzył mnie wrogi dron, powatrzam! Namierzył mnie wrogi dron! Lecę wprost, na kopułę, kszksz, powtarzam, lecę wprost na kopułę!

– Ksawery! Natychmiast zdejmij gogle, katapultuj się słyszysz?1 Zdejmij gogle, Ksawery! KszKSz

– Widzę szczegóły anatomiczne Wielkiej Kopuły! Kryształki amfetaminy, mąkę z kajzerki i obszczaną chusteczkę over!

– Ksawery, zawróć natychmiast! Rozpadniesz się jak Ikar, to nie jest prawdziwe, słyszysz? To nie jest prawdziwe życie, to są śmieci, to nie są produkty! Powtarzam: to są śmieci, to nie są produkty! Nie filmuj tego! Natychmiast zawrócić! KszKSz

– KszKszKszK

– Ksawery???

– KszKSzK Widzę bęben pralki i plastikowe butelki. Wcale nie są białe?! Co robić? KszKSz

– Ksa….

– Wrogi dron otwiera ogień! Muszę wylecieć przez kopułę, powtarzam: muszę wylecieć poza kopułę!

– Natychmiast za…

– …… fbz… bzzuuuuu. Iiii..yykszssz……

Tola obróciła się na krześle i spojrzała w przestronny pokój mieszczący się w kamienicy firmy „DronSans”. Na jej ściągniętej twarzy okalanej rudymi, kręconymi włosami, skupiły się teraz oczy pozostałych pracowników Centrum Dowodzenia. Wśród monitorów i hologramów przecinających pokój dało się wyczuć materię napięcia emocjonalnego, stresu, który tylko na krótkie chwile dnia, opuszczał te pomieszczenie. Tola wycelowała zielone oczy w Starszego Inspektora ds. Lotów WK – Tomka i wydała krótki rozkaz:

– Odłączyć.

Milczenie stało się głośne. Tomasz, z kroplami potu na czole, które przedrzeć się chcą przez gęste, czarne brwi, podnosi klapkę osłaniającą wielki czerwony przycisk. Patrzy, na Tolę po raz ostatni, a kiedy widzi jedynie lekkie skinienie głowy, przymyka oczy i…. naciska guzik.

Ksawery – operator drona zanurza się w śmieciowej chmurze dryfującej nad Warszawą. Zaczyna rozumieć. Zaczyna rozumieć wszystko. I boi się.

Rozumie co dzieje się z produktami, kiedy przestają działać i co dzieje się po tym jak Łowcy Produktów Umarłych zabierają je spod jego i sąsiadów drzwi. Do tej pory myślał, że produkty umarłe po prostu znikają. Że spala się je, albo przerabia i nie ma ich. W każdym razie nie tak wiele. Wielka Kopuła, miała być wielka, owszem, ale nie miała być wszystkim. Teraz Ksawery rozumie… i przeraża go to. Rozumie, że poza Warszawą – Wielkim Dyskiem, poza produktami i poza kopułą, Wielką Białą Kopułą śmieci, na tym świecie nie pozostało już dla niego Nic.

Sygnał czerwonego przycisku dochodzi do gogli. Mocne i precyzyjne wyładowanie elektryczne paraliżuje a następnie wyłącza mózg Ksawerego, tak jak wyłącza się mózgi zwierząt w rzeźni. Ksawery staje się w tej chwili zupełnie nieużytecznym produktem. Teraz można go już tylko wystrzelić w Wielką Biała Kopułę.

 

JA JA JA 5

3 lipca 2018, Jarosławiec

Mi

Im

Mnie

Einm

Ja

Aj

Rośnie we mnie coś, sam nie wiem, coś jest we mnie. To tu i tam, ale tego nie było we mnie.

Co to jest? Czy to się do ciebie zbliża?

Czy to jest daleko czy blisko?

Czy eksploduje, czy imploduje?

Czy to jest przeszłość czy przyszłość?

Czy to daje czy zabiera; oba?

Czy to wnosi, czy wynosi?

Czy to zabije czy da życie, czy przepoczwarzy?

Co to jest?

To chyba tekst.

 

Opowiadania się wybierają i klarują. Wyłaniają przy otwariu oczu. GRZECH: nie zapisałem rannego. Było coś o ataku na przeciętność. Pamflet na zwyczajność. Chyba tak. To jestem ja.

Znalazłem na plaży dwa czarne kamienie. Jeden – teraz jak nań patrzę – jest grafitowy bardziej; porowaty, ze srebrzystymi odpryskami, przy ruchu mieni się jak obsypana brokatem twarz dziewczyny na wiejskiej dyskotece. Czarny jest wtedy, gdy go obleje woda.

Drugi jest czarny dalej, porowaty mocno. Być może to kawałek asfaltu. Pachnie drogą. Zawiera w sobie tysiące jasnych kamieni, rożnych wielkości. Jest prawie trzykrotnie większy od poprzednika. Nie tak smukły w kształcie.

Wpadłem na pomysł, że te kamienie to będą moje emocje. Nie tylko te dwa. Kamieni uzbiera się cała kolekcja. A każdy z nich, jak muzealny obiekt zostanie nazwany i należeycie przez kustosza –czyli mnie – opisany. Niczym mierna instalacja jaką można oglądac w Zachęcie, tak przeciętna i banalna wizualnie (mogąca zadziwić jedynie umysły niewyrobione np. ośmioklasistów uczęszczających na lekcje etyki i historii sztuki), zostanie znadinterpretowana ciężkością lirycznego znaczenia. Mówiąc prościej: jeden kamień wyrażać będzie jedną emocję, a opis stanowić będzie moje wspomnienie łączącę się z tą emocją. Może zrobię z tego katalog, zin, czy plakaty.

Intuicyjnie rozpocząłem od kamieni czarnych, porowatych, przyciężkawych, niewyględnych, chcąc uporać się może na wstępie z emocjami nieprzyjemnymi, tymi, które tak trudno wydobywać na wierzch. Nie znam jeszcze znaczenia jakie niosą te kamienie. Muszę przyjrzeć się im bliżej, a wtedy zadecyduję.

ŁDZ toczas dla nas. PART 1

ŁDZ to czas dla nas. PART 1

Obudziłem się w moim mieszkaniu, które nie jest moje (bo je tylko wynajmuję), lecz czuję się tu względnie dobrze. Dobrze jeszcze przez 10 dni, bo wtedy znów przeprowadzka, wyjazdy, elo Warszawa! elo Bałtyk! taki los prekariatu, że się nosi co rok ze starymi gratami i nowymi zamiarami, które może wyrosną, a może zarosną je chwasty.

W pokoju panuje rozgardiasz: torba uber eats, rower, biurko, szklanko-gacie, stosy książek i pamiątek po wiedźmo-księżniczkach.

Telefon dzwoni:

– Kocie to dziś. W końcu dziś.
– Nie jadę.
– Jak to?
– To nie dla mnie. Zostaję stolarzem.
– Przestań się wygłupiać. Zakładaj buty i widzimy się na Wschodnim. Ja się jeszcze muszę umalować. Pa.

Sprzeciwiałem się wezwaniu, lecz nie miałem wyboru. Kasia odwróciłaby się ode mnie, gdybym teraz zawiódł ją po raz kolejny. Oczywiście zamierzałem jechać, ale chciałem sprawdzić jak zareaguje na moje droczenie się, czy weźmnie mnie na serio.

Nie wzięła.

Próby prasowania koszuli od razu zarzuciłem, przypomniawszy sobie, że deska do prasowania, a właściwie jej nogi pękły pod ciężarem Weroniki, która z deski chciała mieć krzesło. Jak trzeba być nieroztropnie pijanym i łaknącym wyzwolenia, ażeby siadać na desce! I to jeszcze kobieta. Dziś nie potrafią, ani prasować, ani gotować, ani…

Ale już nie marudzę, bo zegar wybija 6:20, woda prysznicowa stopni 20 – co najwyżej, orzeźwia, poprawia krążenie, wygładza cerę, wkurwia mnie; wyskakuję, look w lustro dumny, w tył zaczeska i na goleska się wybijam jak antyczny pomnik na piedestał.

– Brunon?
– o, hej, Paula, o sorry, wiesz, brałem prysznic zimny, o, no..

Dziewczyna współlokatora. Jedna z trzech. Kurwa i akurat teraz wyjść musiała, kiedy moja pa… męskość przypomina raczej chłopięcość (to przez zimny prysznic!).

6:27, pociąg, odjazd za 22 minuty. Zgarniam z łóżka byle ciuchy, śniadania nie jadam, dobra typie, zbieraj się! tam rozmowa życia czeka cię!

6:33 – wezmę rower, jestem gotów, telefon jeszcze… gdzie… okej. Dobra, wybita. Kurde, brak klucza… 6:37 – dwanaście minut. 6:38 kurde, gdzie on jest…

– Damian! Wchodzę!
Wchodzę do pokoju współlokatora, Paula już na właściwych sobie torach, czyli na nim, wow, teraz dostrzegam, w górę i w dół, w górę i w dół, za co ją tak… kocha.

– Człowiekiem jestem! – krzyczę – i nic co ludzkie nie jest obce mi!
– Kurwa, Brunon, puka się!
– No właśnie widzę, ale ja muszę wyjść! Wychodzę tarasem, zamknijcie za mną. Paula wiesz, to naprawdę była zimna woda… dobrego dnia! pa!

Dobiegam pędem na stację Veturillo, wypożyczam rower z ruchomą w pionie kierownicą, wrzucam bieg trzeci i pędzę pośród praskich kamienic na pociąg do Łodzi, który odjedzie za 7 minut z Dworca Wschodniego.

***

Część druga już za tydzień. Wypatruj i śledź mnie na instagramie i fejsie!

 

Biznes, kultura i porno – #OPOWIADANIE

Czeka ktoś gdzieś,
patrzy w stronę drzwi,
dawno miałeś być,
ale nie wie tego,
że hasz był mocny.

Sokół i Marysia Starosta, Spotkanie

 

Biznes, kultura i porno
ku pamięci, że żyć tak dłużej nie wolno

Nie wie tego nie, że depresja była mocna i mroczny był dzień, taktowany bólem płata czołowego, zęba górnego, bodaj siódmego od przodu i był to dzień, jakich przeżywać się nie chce, a mimo tego, człowiek sam się na te dni skazuje, począwszy od zaspania, umyślnego snu przedłużania, nie zjedzenia śniadania, odpalania papierosa na pusty żołądek. Potem biegu ciągłego, syfu do mózgu wlewanego przez smartfon, kwejk, gang, bang, muza, elo, śmierć, coś tam gdzieś.

Ty tu sam w metrze ledwo się trzymasz, stoisz ledwo. Wysiadasz pośród setek, tysięcy wysiadających, okropna jest myśl o obowiązkach, i ludziach cię czekających, już zaraz, mimo braku w żołądku śniadania, odpalasz drugi papieros, by bolało, a jednocześnie nie czuło się nic. Narkoza i pobudzenie jednocześnie, dziś nie jesteś wieszczem, jesteś leszczem, śmieciem, milionem.

Dzwoni telefon, to szefowa pyta, kiedy zobaczy twój ryj, pyta pro forma, bo oboje zdajecie sobie po cichu sprawę, że tak naprawdę wolelibyście nie spotkać i nie widzieć się już nigdy. Lecz ona mimo wszystko pyta, kiedy zawitasz, to zbywasz ją pół-prawdą, coś o bezprądnych tramwajach na Pradze i idziesz dalej. Paląc patrzysz na mury, graffiti szukasz znajomych kresek, dziar na trzewiach i skórze miasta. Dostrzegasz napisy te same, co zwykle i głowę podnosisz w tym samym miejscu co zwykle, by ujrzeć… te co zwykle graffiti na kamienicy szczycie, tego dnia akurat wyjątkowo poszarzałe i niewyraziste, i nie czujesz nic. Pusto. Nic.
Kaszel. Skręt. W prawo. Udar. Rozbija beton i łeb. Buduje się. Rujnujesz się. Czemu tu idę. Nie tak miało być. EJ!
Wyrzucasz kiep, odbija się od puszki po tajgerze, spada na chodnik, nie schylasz się by go podnieść, to będzie tragiczny dzień i na pewno nie poruchasz, to już wiesz, bo kiedy niedopałek nie wpada do kosza to jest zły omen. Zły znak.

Oh men, schody, wbij kody, zbieraj nagrody, 120 klucz 8566, cześć! Cześć! Cześć! – pokoje otwarte, wyrzucamy sobie powiatania jakbyśmy rzucali okruchami czerstwego chleba do ptaków, w ptaki właściwie, po cichu licząc, że spadną im na główki, trafią w czarne, szkliste oczy. Skrzywdzą. Tak trochę dla żartu.
Dostaję odłamkiem od jej mrugnięcia, idę po szklankę, nalewam kawę, radio milczy jak przed zeznaniem kabel, a mogłoby grać Frediego. Włączam i Sen o Wiktorii, wyłączam, w ogóle nie nastrój dziś do tego, sen był już, a na wiktorię to nawet nie ma dziś szans: po pierwsze vibe, po drugie: szlug wypadł z kosza, po trzecie to się czuję jak gówno.

Siema! Hej mój pokój wita mnie, nie moi ludzie, nie mój warszawski sen, ale hajs jest, a prawda taka, że nigdzie nie umiem odnaleźć się, jeśli mam spełniac czyjś a nie własny sen.

ZEN. Siadam na krześle, one lekki uśmiech, może jeszcze nie jestem skreślony w ich oczach, może to ja sam tylko kreślę i zabijam się. Tracę barwę, lewe oko drży od niedoborów: magnezu, fosforanu, a miałem przecież na tej siłce wyrzec się potworów, zdrowo żyć, nie pić, nie palić, tymczasem serce bije to mocno, to ledwo, jak na sinusoidach mych zwycięstw i żali. Wbijam na maile, otwieram Excel, czy tego naprawdę chciałem? Nie, nigdy, jak sądzę. Mam nadzieję, że nie kończę, ja zaczynam, bo zdechnę jeśli tak dłużej będzie się patrzeć Karolina.
Proces to nuda, follow-up obłuda, stosunek mój do pracy jak to dup z tindera, walę ją i się na twarz spuszczam.
Kiedy wciskam enter, przesuwam myszkę, to głęboko czuję ten system i syf i fałsz, pogoń, mizerny hajs, czuję, że nie ma znaczenia czy za 2 czy za 10 k grasz, bo w obu przypadkach i tak pod koniec miecha nie masz nic. Jeden ma buty lepsze, drugi ma gorsze, jeden pije łyche na go go, drugi na murku goude. Jeden furą jedzie, a drugi busem, obaj spieszą się z rana, no bo „szef jest lamusem”.

Brzuch burczy, głód i to nieważne, że w portfelu parę stów, bo teraz nie mogę wstać, wyrwać się, to jeszcze nie czas na przerwę #kitkat.

Ona zaczyna swoją litanię, tysiące info kapią na łeb, na szyję, jak woda w wannie; moja bania jest dziurawa, wypływa z niej raport tygodnia, wypływa wzorcowa postawa. Plecy zgięte w łuk, ręce strzały wybijają klawisze, żołnierze na Wordzie chwały; ich esencje jak duchy na karty historii wlewają się: z r ó b  l i s t ę, naciskam, zabijam nieskończone zadania liter i cyfr, a ich awatary wciąż tkwią w laptopie, jak w moich płucach węgielny syf.

Kaszel to emanacja pokrzywdzonego ducha, czas równa się praca, słuchanie dorosłych nie popłaca.
A gdyby tak wyjść teraz i strzelić se w łeb, a gdyby tak złapać nóż, otworzyć czerep, a gdyby na ostatnie piętro wdrapać się, sprawdzić sztukę latania we własnej bluzie PROSTO label?

Może wtedy nastąpiłaby ulga i jebać tę pracę, jebać te miejsce, brak mi słów na takie podejście, jebać studia, moje życie to nie miała być studnia, to miała być wieża, EJ! Panie systemie, spierdalaj, zostaw moje kamienie, łopatę, cement, it’s my life, to ja za to płacę, fokusem, energią, czasem; proszę nie ruszać mych narzędzi, zasobów i planów, dlaczego skurwysyni mówisz mi jak żyć i dajesz tylko iluzję wyboru?!!

Zapalę chyba. Sam sobie sterem, żaglem, okrętem, kotwicą, wiatrem marnym z osłabionych płuc.
Na korytarzu łypie na mnie ona, to ta Ilona popierdolona, mówi: „poczekaj, pódję z tobą”. Zaczyna nawijać o swoich kotach, i coś o teatrze, że wejściówki ma dwie, ja kumam aluzję i wiem, że jej pussy chce być głaskana na twardo. Ale nie jara to mnie, bo zmarszki na czole ma dwie, poziome, choć jest jeszcze młoda i całkiem sportowa, to…
– Może wpadniesz dziś do mnie, hę? Poznasz moje kotki i trochę lepiej też mnie.
– W sumie czemu by nie?

Czyżby poranny omen jednak mylił się? Może ten dzień będzie lepszy niż ból głowy i zjebane ZEN. Kończymy kiep („We Włoszech żelaznym pachem, mąż kiep żony zasłania przed gachem”), ona uśmiecha się, ma kolczyk na pełnej wardze, zalotne niby spojrzenie i głowę niby niechcący opiera o moją pierś. Szczypię ją za bok, jakbym kijem tykał mrowisko. Wchodzimy na górę, bo Pan Kanapka na powiślańskim rejonie pojawił się. Dupy z biura jak sępy na padlinę zleciały się, czy jak gołębie na chleb. Wybieram szamę, wydaję dychę, mam węgle, białko, do ogrzania w mikrofali, trochę tłuszczu na widelcu i kuchenne gadki-szmatki.
Mam ochotę położyć się, uciekać w sen, czy to ten śnieg za oknem, czy kończę się jak atomowy reaktor, co nie wybuchnie, tylko pod wodą zatopi się?

Kawa chwilowo stawia, na oparach jak golf dresiarza, dzwonię do dziennikarza, on się zgadza na rozmowę a autorem książki, którą promuję z takim mozołem; efekty przynoszę, uprzejmie donoszę szefowej. Ją to cieszy chyba. Uzupełniam tabele jak egipski skryba. Umiem liczyć, znam litery i słowa, to dużo w świecie, gdzie wszystko buduje hajs i rozmowa.
Dzwonię, piszę, uzupełniam, nawijam, milczę. Gdy powininienem ze współpracownikami relacje budować, ale nie mam energii dziś, sorawa, dajcie tu więcej słońca iluminati Anieli.
W końcu 17.00 wybija, poza zawijać, czuję, że cuchnę, lecz ona zdaje się nie odczuwać, kiedy nawija, komplementuje co mam mam w głowie, że teksty genialne, a tak w ogóle to w przyszłym tygodniu chodźmy do teatru. „Hola, hol dup dziewczyno! Fist show me your pussy, interior desing, Albright?”. Okej, jedziemy, autobus 524; nie lubię tych busów, bo się zawsze czuję jak na podsłuchu, gęb korpo lamusów, do których sam, mimochodem muszę się teraz zaliczać. Dlatego noszę Fast najki, skity śniegowe i portki moro. Moja katana jest czarna, a czapka ma jaskrawy kolor, nocą nią świecę jak aureolą, by wyróżniać się od tych, co indywidualność pogrzebali pod ziemistym ubiorem i cieniem, smutnym kaszkietem, spojrzeniem. Ja nie chcę być smutny, ale ten świat często nie pozostawia mi wyboru. Walczę więc z nim malując mury sprejem i waląc coś w sklepie, czy z marmuru fete.

Ale i czasem pomedytuję, na oczyszczenie, rozpalę świece i zmówię mantrę: „om mani padme hum!”. Buddo, daj mi siłę, bo jej gadka chyba mnie wykończy.
– No i wiesz, moja ciotka prowadzi herbaciany sklep, biorę często od niej yerbę, a ta Matylda od nas z pracy to głupia jest jak cep, serio, moja inteligencja przerasta ją, a ty masz fajny uśmiech, wiesz?
– Wiem. Daleko jeszcze?
– To już tu chwila, o widzisz tutaj chodziłam na piwo z przyjaciółmi z gimnazjum, takim Markiem, co miał niebieską latarkę…

Gad dejmn, w co ja wjebałem się? Czy ona kiedyś przestanie gadać?
Dojeżdząmy na szczęście już, wysiadka ożywia mnie. Ursynów, smog, śnieg, szlug i z bloków tlen.  
Nie lubię ich betonowych mord z pokrzywionymi oknami, brzydkim zasłonkami, światłami niebieskimi emanującymi od ludziów przed telewizorami #szklana_pogoda  (co się gapisz? Zamknij te okno, nie puszczaj do mnie oczka, bo masz szarą, wstrętną elewację!).

Zawsze wolałem Służewiec z jego alejkami i parkami, choć dziś już gardzę tymi biurowcami, a nowa elewacja pochowała to co kocham. Wszystko takie sztuczne, robione na pokaz, okładka zmieniona, ale wciąż ta sama książka.

Na Służewcu była przestrzeń i tlen. Tutaj mam wrażenie, pośród długich parkingów, nic nie układa się. Samochody, samochody, samochody, dwa wypadają na jedne nogi, na nóg parę, a teraz para wolno, smoliście się wydobywa z naszych roześmianych ust, bo żart prosty: menel wiózł na wózku złom i jak po piwo z kieszeni sięgał to mu ten wózek zjechał i z drzewem zdzwonował. Taki dzwon, ding dong, pokrywa od pralki, się pokryła wgniotem,

“Panie, tego już do żadnej innej się nie przełoży, to trzeba nowy element wstawić, bo lakierować nie ma sensu. Chociaż znam takiego magika, co może i mógłby to wyklepać tanio, zaszpachlować, pędzlem białym pomalować, no, ale to za flaszkę, bo on na trzeźwo takich robót nie robi, to jest chłop co się do bycia mechanikiem sposobił, no ale jakoś tak wyszło, że piwko, drugie piwko, trzecie piwko, aż ze Zdzisława się stał swojsko – Zdziśko, i tak pan widzi, o tam, na tych garażach wgniecione klapy pralek i ram rowerów w nowe cuda przepoczwarza, ale to jak mówię, to zagadać muszę, o tam jutro do warzywniaka idę, to się przejdę, no, może zastanę go, ale to nie obiecuję nic.”

I tak jakoś zmierzamy dalej: ja i Ilonika, Ilonika i ja. Ilonika w majtki sika, a żółta oranżada Helena to siki Iloniki i tak mnie też się chcieć zaczęło, a więc pytam czy daleko jeszcze.

– O nie, o tu, to tam, piętro pierwsze.

No to okej, tyle mogę przetrzymać jeszcze, ale te bloki się zdają jak fatamorgana, miałby być blisko, a się oddala i oddala bloczysko, jakby z fundamentów sie urwało i teraz płynęło w zieloności, nurzało w przestrzeni, a im ja krok bliżej, tym ono dwa węzły dalej, jak ja dwa kroki to znów wiatr zawieje i NAZWA ULICY odpływa na kolejne trzy długości. Pęcherz się naciąga, mięsień Kegla ćwiczy, co by za szybko nie sikać i nie spuszczać się od przesłodzeń łóżkowych słodyczy, ale kurwa, gdzie ona mnie wywiozła, no gdzie?!

I ten dzień i tak za długo dłużył się a teraz w dodatku głód, szczyny, fizjologia najczystsza, najpierwotniejsza i najbrudniejsza w swych formach daje znać o sobie. No tylko, że popędu nie ma i go nie odnajduję w tej drugiej osobie, bo ona tylko miele i miele jęzorem, coś niby o mnie, ale głównie o sobie. Jeśli dobra rozmowa to wspólne się zazębianie to rozmowa z nią jest jak przez ścianę ruchanie. Jedno sobie, drugie sobie, niby się tam słyszymy, ale żadne czucie z tego nie wynika. Przynajmniej po mojej stronie, bo ona zdaje się być zachwycona każdym moim nastrojem  i już ją odpulam i zaczynam być i wulgarny i banalny i brutalny i próbuję każdej techniki jawnego “sięodpierdolenia”, ale na nią to działa jak na milionera szynki przecena.

W końcu, kurwa pod tę klatkę dochodzimy, szarość, szorstkość, obok wejście do śmietnika (to nie Afryka, drzwi się zamyka!), że można je pomylić z wejściem właściwym.

***

Część 2 niebawem.

Ściągnij moją książkę „Bez przekazu” za darmo: czarnykajet.com/bezprzekazu

 

Verurillo 29872 – niebezpieczna gra

Wracam do domu na tym veturillo, chyba powinienem wypić te czerwone wino. A więc: Praga, sklep24. Kolejka jakby na TVP właśnie ogłosili koniec świata, tymczasem słoneczko i wiatr lekki niczego podobnego nie zwiastują. Wężyk się ciągnie aż na dwór, no to rower zostawiam i między słuchaniem narzekań za mną, że „na chuj te jedzenie kupujo, mleko i sery. By se kupili browara jak ludzie he he i do jutra poczekali” a podziwianiem zręcznych podrywów z przodu: „a gdzie panie w taką ładną pogodę, co? Może by tak do parku z nami?” sobie myślę.
Co jakby mi ten rower chciał KTOŚ ukraść (bo nie przypinam jak peniacz), co bym mu wtedy powiedział. O tak: „Twoje kurwa? Co?! To czego ruszasz?”, a KTOŚ: „bo myślałem, że tak stoi…” a ja: „Widzisz ten słupek? Jego se ukradnij i w dupę se wsadź!”, a KTOŚ (zawstydzony) „przepraszam pana, to już się więcej nie powtórzy”.
Ale już koniec rozkmin, bo kolejka rusza jak w jakim Disnejlendzie i już dopadam do kasy i biorę cygaretki RETRO fioletowe i pizzę 4 sery DŻIUSEPPE i wychodzę.
I oto widzę jak osobnik w żółtym dresie wolno, acz stanowczo zaczyna oddalać się na moim VETURILLO rowerze w rejon sobie tylko znany. No to krzyczę:… „Ziomek!”, ale on nie słyszy. Łapię zatem mocno pizzę, że aż się wygniotła i biegnę za nim, co jakiś czas powtarzając przyjacielską komendę-sugestię bycia ziomkiem i się jednak rychłego zatrzymania. Ale on nic, więc włączam sprint i krzyczę „STÓJ!”. Gość pada jak porażony na prawy bok, żółty dres sobie szoruje, aż mu kuboty spadły (przeżył o dziwo) i wybąkuje coś w stylu skruszonego… „o kurwa…” i odbiega do swoich. Swoi się śmieją, on się śmieje, małżeństwo  z dzieckiem się śmieje i ja w sumie też się śmieję. Nawet policja się śmieje i operator kamery przemysłowej 02183 się śmieje i nawet ci z veturillo się śmieją. A pizza Dżisueppe 4 sery smakuje po takim śmiechu najpyszniej.

Przestań przeklinać do chuja! #felieton

Przestań przeklinać do chuja!

Homo Polacus deducis Homo Vulgaris.

Staliśmy się narodem chamów. Bystrych, przenikliwych, a czasem i zupełnie tępych, lecz za to wesołych… ale jednak chamów. W naszym cudownym, choć nie tak elastycznym jak się kiedyś zdawało, języku zaczęły królować wulgaryzmy. Królują do tego stopnia, że przestaliśmy już nawet zwracać na nie uwagę, czy traktować jako coś nieprzyzwoitego. Ot, „kurwa” jest dziś takim samym wyrażeniem jak tryptyk „sklep”, „wóda”, „melanż” – w tej kolejności i w tych ustach: czerwonych od szminki studentki prawa, popękanych od zimna i szlugów dresiarza.

Nie dowierzasz? Spróbuj przedostać się przez miasto, z domu do pracy, z pracy do domu, bez zasłyszenia choćby jednego wulgaryzmu. To raczej misja niemożliwa, chyba, że dojeżdżasz na dżoby rowerem czterdzieści kilometrów przez las i pracujesz w ośrodku dla głuchoniemych, pośrodku tegoż lasu. To nie kwestia „czy usłyszysz”, ale „jak prędko” oraz „ile razy”.

Kurwy otaczają nas z każdej strony, gdyby chcieć rzucić w każdą kamieniem, trzeba by rozebrać mury tego miasta.  Zawodzące „ja pierdolenia”, wyrażające przeciążenie „od chujowienia”, wzrasta ogólny poziom „spierdolenia” a dodatkowo nakłada się to z powszechnym, metafizycznym „zjebaniem”.
Pracuję w firmie zajmującej się promocją kultury. Ludzie tutaj reprezentują sobą pewien poziom intelektualny i edukacyjny, co jednak nie stoi na przeszkodzie w tym, aby szef wyraził zaniepokojenie „chujową” sytuacją, a koleżanka zdiagnozowała, że ta dziennikarka, do której przed chwilą dzwoniła jest jednak „jebnięta”.

Sam przeklinam, owszem, ale tu REFLEKSJA: wyrażając proste sądy, które tak ułatwiają nam przekleństwa, upraszczam świat. Nie tylko upraszczam, ale i upadlam, bo wartościując przekleństwami wartościuje się głównie pejoratywne. Wysłużone „zajebiście”, za którym nigdy nie przepadałem, coraz częściej ustępuje na rzecz powszechnej „chujowizny”, a stąd już krok do chuja w uszach i na oczach, czyli niewysublimowanego gwałtu oralnego na powszechnej świadomości.
Nieprzeklinanie może i sprawia pewną trudność: myśli trzeba zacząć składać, używając kilku wyrazów, zdań nawet wielokrotnie złożonych, ale i dzięki tym zdaniom i małym zadaniom doskonalenia, jakie sobie nasz umysł może postawić, da się dostrzec w otaczającej rzeczywistości nieco więcej złożoności i kolorytu.

Jeśli dalej uważasz, że przesadzam, czy może wykazuję się świętoszkowatym purytanizmem, mam dla Ciebie challenge. Nie przeklnij przez jeden dzień. Owszem, nie będzie to proste, bo i tkwią w nas głęboko (magazynując się przed snem) pokłady kurew do wyartykułowania, ale postaraj się. Zapisz sobie na dłoni, czy w telefonie „BĘDĘ WYRAŻAĆ SIĘ DZIŚ KULTURALNIE” i zaobserwuj z wyższością i zgrozą jak dziś wyrażają się Polacy. W metrze, swetrze, w kinie w Lublinie. To jest serio prze… rażające, i chyba coś jest głęboko nie tak, skoro się wymieszały języki plemion blokowych i plemion willowych, i niby to dobrze, że tak mówimy jednym głosem, za którego pomocą się można łatwo zrozumieć, nawiązać dialog, ale i czemu góra zamiast wyciągać doły z dołu zanurzyła łeb w pomyjach banalizującej wulgarności.

I nie pierdol mi tu, że wyrażasz swą emocję, ekspresję, jak się z kolegą dzielisz bułką pod sklepem i wam okruszek spadnie na nogie, a wtedy ty powiesz, „nosz kurwa, ja nie mogie, tyle się dobrej bułki zmarnowało, a te jebane gołębie i suki tylko lecą na moje siano”.

Bądź kulturalny, stań się niebanalny. I wyrażaj się. Kultura zobowiązuje.

7 rzeczy, które ogarniasz kończąc 25 lat

7 rzeczy, które ogarniasz kończąc 25 lat

 

Jak to jest mieć 25 lat? Absolutnie tak samo, jak wtedy gdy masz ich 24. Może w ciągu najbliższych dni, lub miesięcy drogę zaczną mi zachodzić tancerki Kankana, druga linia metra zostanie zalana przez Wisłę, a 200 złotych zainwestowane w kryptowaluty przemieni się magicznie w 200 000 złotych, ale póki co nic nie zapowiada takiego obrotu spraw.

25 lat to wiek, w którym zaczynasz odczuwać presję do nadania swojemu hulaszczemu żywotowi jakiejś celowości i ram. Biada tym, którzy urodziny świętują w poczuciu braku sensu i perspektyw. Nie o nich będzie ten tekst. Swe przemyślenia ubrane w doświadczenia kieruję raczej do osób młodszych, ażeby im po pierwsze uzmysłowić, jak już teraz mogą pokierować sobą, by znaleźć się w lepszym miejscu niż ja. Po drugie, aby im pokazać, jak nie znaleźć się w miejscu gorszym. Po trzecie aby się pomądrzyć i powspominać. W końcu mam już 25 lat. Raz do roku  – można.

  1. Uwierz w to i rób to.

Ale w co?
W to co lubisz robić, co daje ci poczucie spełnienia i satysfakcji, co jest korzystne i cenione przez innych. Kręcenie najlepszych blantów czy picie piw na haust to owszem fajne zajawki, ale pomyśl raczej nad czymś za co ludzie będą chcieli ci zapłacić.
„Ale przecież Snoop Dog ma gościa od kręcenia blantów, który zarabia 50 000 dolarów!” – możesz zakrzyknąć. Tak, ale ty nie jesteś murzynem z LA, tylko Polaczkiem z Chujwiegdzie Wielkich, a polscy raperzy muszą się raczej kredytować u dilerów, niż generować zbędne koszta. Nie tędy droga. Zarzuć ten sport.

Może teraz wpadnie ci do głowy by zostać dilerem? Serio, nie warto. Znam takich paru, lub znałem i albo nie żyją, albo żyją, a ich życie to seria wchodzenia i wychodzenia z nałogów, ciągłe długi i niewiele warte znajomości. Jeśli uważasz, że byłbyś świetnym i zdyscyplinowanym dilerem, to może przełóż swoje zdolności do zostania Acount Menagerem, w firmie, którą się jarasz, a nie… kurwa będziesz zarabiać 20 złotych na sztuce i cieszyć się, że masz na „darmowe” jaranie dla siebie i tej dupy poznanej w klubie.

2. Rozwijaj siebie i zajawkę

Jest to przedłużenie punktu pierwszego, Ty spostrzegawcza bestio.
Case-study:  Już w piątej klasie szkoły podstawowej odkryłem w sobie zdolności lingwistyczne. Na lekcji angielskiego zamiast słuchać Pani napisałem swój pierwszy rap, leciał tak (do dziś pamiętam te wielokrotne): „HWDP to moja zasada. Nienawidzę policji, jebana maskarada. W mundurkach se łażą i zabijają ludzi. Policja się nadaje, policja dupy daje, HWDP tę zasadę dziś wyznaję. W tym mieście…” – wtedy babeczka przejęła gryps, a ja miałem z nią długą rozmowę na temat szacunku do policji. Kto wie, może gdyby nie te przejęcie nawijałbym dziś jak Otsochodzi: „kiedy pytają czy mnie sumienie męczy? Nie.”
Dalej były konkursy literackie, wypracowania na tróję i zagrożenie z polskiego w liceum. Pisanie odkryłem w sobie na nowo, przy otwieraniu w 2012 roku firmy LONG TRIP. Napierdalałem wtedy kilkanaście teksów dziennie: marketingowych prezentacji, wrzutów na fp, ofert sponsorskich, pięknych idei itp. Człowiek, wtedy dla mnie ważny powiedział, że to naprawdę dobre i… uwierzyłem mu. Potem była filologia polska, stanowisko redaktora naczelnego w gazecie uniwersyteckiej, pisanie mniej lub bardziej wybitnych tekstów teoretyczno literackich, dziennikarstwo, aż w końcu powieść.
Dzisiaj pisaniem zarabiam na życie, i choć nie są to kokosy, to działając dla kilku agencji i portali mogę stale rozwijać swoje kompetencje, doświadczenie i uczyć się nowych rzeczy doskonaląc warsztat. Zamierzam także pójść na sceriopisartstwo do łódzkiej filmówki, ale o tym kiedy indziej. Wniosek?
Pomyśl co chcesz robić i rób to, a w wieku 25-lat nie będziesz musiał iść parzyć kawy w gastro. No chyba, że to naprawdę lubisz i jesteś w tym zajebisty. Wtedy parz kawę.

3. Starsze laski nie są już starsze

Kiedy mieliśmy po 20 lat i koleżka zacząć spotykać się z 27-letnią kobietą patrzyliśmy na niego jak na Boga. Fajnie jest poznać dziewczynę, która ma pracę, robi coś pożytecznego dla świata a przy tym nie wymiguje się sprawdzianem z matmy jutro na 8.00 rano. Jak mawiał pewien dziekan: studentki I roku nigdy się nie starzeją. Ty tak. I ma to swoje plusy.

4. Masz dużo hajsu i masz mało hajsu

Jak powiedziała moja ziomalka: „Raz jesz w domu suchą bułkę, a innym razem lecisz do Nowego Jorku  pierwszą klasą. Takie jest życie.” I to jest prawda, ale wiesz, nadążaj, aby nie żywić się głównie bułkami.
Chodzi o to, że kiedy masz 25 lat, to coraz częściej doznajesz licznych blichtrów, drogich restauracji i hoteli, lepszych ciuchów i fur. Wydajesz luźno 100 złotych na barze, po czym zamawiasz ubera i jedziesz do swojego domu, gdzie opierdolisz sobie wafla z awokado.
Ale potem nastaje koniec jakiegoś okresu i skarbonka, do której zawsze miałeś lekceważący stosunek staje się Twoją najbliższą przyjaciółką. Do tego stopnia, że czyścisz ją do cna, byle z rana mieć na bułę. Żujesz ją, czekają na przelew za ten poprzedni dżob, a potem znów wychodzisz na miasto jak król Ugandy.

5. Oszczędzaj i inwestuj hajs!

To coś czego nauczyłem się dopiero niedawno, a o czym powinni nas instruować bez przerwy od ukończenia 12. roku życia. Ale systemowi nie zależy na tym byś był samodzielny. Zależy mu na tym byś kupował masę zbędnego gówna, najlepiej na kredyt, i popadł w nałóg zależności od etatowej pracy.
Tymczasem zacznij już dziś odkładać co najmniej 10% swojego wynagrodzenia na przyszłość. Jeszcze lepiej, jeśli kolejne 10% zaczniesz inwestować. Najlepiej w krypto waluty, ale o tym kiedy indziej. Serio. Raz w życiu pracowałem na umowie o pracę. Myślisz, że Twoja emerytura spadnie Ci z nieba?

6. Dbaj o zdrowie i unikaj nałogów

To coś z czym ciągle walczę, paląc i rzucając szlugi średnio 3 razy w tygodniu. Ale poza tym mogę powiedzieć, że odżywam się zdrowo (produkty nisko, lub nie przetworzone), odczuwam zrywy do sportów, i nie angażuję się zbyt mocno w inne używki. Tylko rzucić te kiepy i zostanę joginem.

7. Nie trać czasu na czytanie blogów i oglądanie seriali

Serio. Zacznij już lepiej realizować swoje pomysły, bo do 25 roku życia pozostało Ci mniej czasu niż możesz sobie wyobrazić.

 

Czy 25 lat to w Twoim przekonaniu przełomy wiek? Gdzie jest granica? Zostaw komentarz, jeśli chciałbyś bym rozwinął jakiś wątek. Obserwuj blog (punkt 7 to ściema) i kupuj polskie rap książki. Elo!

Opowiadanie „Drugi dzień świąt”. Napisane w trzeci, a publikowane teraz

DRUGI DZIEŃ ŚWIĄT

#opowiadanie

Siadam.  W domu swoim w końcu. To znaczy, nie w swoim, a wynajmowanym. Mieszkaniu nie domu. Pokoju nie mieszkaniu.

Ale pokoje mamy trzy. A lokatorów jedynie dwóch, zatem znać pewne znamiona bogatości. Nie jest to typowa studencka melina. Bo Pablo nie studiuje. Ja w sumie też już nie. Czyli dwóch dorosłych typów wynajmuje dwa pokoje, w trzypokojowym mieszkaniu. Trzeci pokój jest zamknięty i należy do Szmuela, który powtarza, że urządzi tam swoja „ruchalnię”, ale póki co jedynie wstawił tam karton z książkami.

Święta dogorywają, jak dobrze. Po Bożym Narodzeniu zostały mi dwie nudne książki, stówa w portfelu, trochę pieczonej kaczki i kawał makowca. Jestem już sam, w końcu. Postanawiam przestać pić. Na kilka dni. I przestać palić. Od jutra. Więcej pisać. Od teraz.

Siadam. Otwieram pokrywę laptopa, chcę pisać. Nie wiem jeszcze o czym.
Dzwoni telefon:
– Siema, co robisz wariacie? – odzywa się Szmuel.
– Właśnie wróciłem od rodziny. Piszę.
– Dawaj, napij się z nami!
– Masz towarzystwo?
– Tak, ale nie tak liczne, jak możesz słyszeć w tle. Moje towarzystwo aktualnie milczy.
– No nie wiem, chciałem popisać.
– To jutro popiszesz, nie daj się prosić.
– Dobra, wpadajcie.

Wstaję. Trzeba tu posprzątać. Sprzątam, wstawiam pranie, układam równo prześcieradło, porządkuję biurko, rozpakowuję plecak, który leży w kącie odkąd wróciłem znad morza. Pokój wygląda przyzwoicie. Teraz ja. Zakładam bluzę PROSTO. Albo nie, czarny longsleeve. Tak lepiej. Lekkie perfumy. Jest dobrze. Siadam. Chcę popisać. Pukanie do okna tarasowego. Otwieram.
– Siema.
– Elo mordo.
– Poznajcie się, to jest Marianna, Marianno, to jest Tadeusz.
Poznajemy się. Marianna ma wysokie buty, za kolana, ciemne rajstopy, czarny płaszcz odsłaniający uda, burzę ciemnych włosów i ładny uśmiech. Jest naprawdę ładna, za co w duchu chwalę Szmuela.
– Przynieśliśmy ci piwko.
Mają całe ręce piwek. 9 butelek. To mi się podoba. Bo jak już pić to porządnie, a nie z jakimś niedosytem, połowicznie. Po co budzić demona, skoro potem tak trudno go uśpić.
Siadamy przy biurku. Ja znów narzekam, że tak mało tu miejsca i, że nie ma gdzie siedzieć, i powinienem tu wstawić jakąś kanapę, albo fotel, na co Szmuel odpowiada, że zawsze tak mówię, i to jest prawda.

Kolejnego dnia znajduję w bramie nieodległej kamienicy, kilkadziesiąt czerwonych skrzynek po butelkach coca coli. Zabieram cztery – to będą moje przyszłe taborety. Niosę je pewnie przez praskie ulice. W końcu wstawiam na taras i śmiejąc się zasiadam na fotelu, odpalając papierosa i podziwiając zdobyte okazy. Zastanawiam się jak przymocować do nich sklejkę, i czy sklejkę w ogóle. Tak, należy na czterech rogach, które są wykonane z grubego, czerwonego plastiku wywiercić otwory, następnie włożyć w nie znaczniki, czyli metalowe „pineski”, przyłożyć co tego kawał sklejki. Obrysować od skrzynki pożądane wymiary, na powierzchni sklejki, wyciąć wyrzynarką (zeszlifować), w miejscu śladów po znacznikach wkręcić śruby o odpowiedniej średnicy, następnie te śruby umieścić w wywierconych uprzednio otworach w plastykowej skrzynce. Sklejka powinna być z drzewa liściastego, najlepiej buku. Przetwory drzew iglastych uwalniają po czasie drzazgi, a przecież nie chcę aby mój gość miał podarte rajstopy. Np. Marianna, która zasiada teraz na jasnym lipowym krześle, naprzeciwko mnie.

Rozmawiamy dalej, wydobywamy z siebie pokłady męskości i kobiecości. Nawet nieźle nam idzie. Marianna mówi o swoim byłym chłopaku, przewodniczącym jakiegoś studenckiego sejmiku, czy innego gówna, a ja dopowiadam:
– A to o Tobie opowiadał Szmuel.
Ona droczy się, że jak to opowiadał, i jak on tak może opowiadać o niej ludziom nieznajomym. Szmuel uzupełnia, że owszem, to ta Marianna. Ta dziewczyna co zrobiła karierę w samorządzie przez łóżko. Szmuel uwielbia prowokować, jakby to nie było jasne.
– To nie było tak. Po prostu poznałam ludzi z tego samorządu, znajomych Marka, a, że oni mnie polubili, to już przecież kwestia niezależna.
– Powodowana twym osobistym urokiem – dopowiadam.
– Właśnie.
Otwieramy kolejna piwo.
– Jak się zaczęła spotykać z Markiem to on już był tym przewodniczącym, a potem ona zajęła jego miejsce, czaisz? Ona lubi takich dominujących samców, przewodników stada. Wiesz, Tadeusz też był redaktorem, redaktorem naczelnym gazety uniwersyteckiej.
– Naprawdę? Mogę zobaczyć?
Wręczam jej gazetę. Szmuel ma rzadki dar, chwalenia mnie przed kobietami w odpowiednich momentach. Reszta moich ziomków tego nie robi, albo bez wyczucia. Np. kiedy do Maliny wpada panna mówiąca, że lubi literaturę, i, że lubi pisać, a tak w ogóle to jest aktorką, Malina mówi:
– A wiesz, Tadeusz chce iść na scenariopisartswo, na łódzką filmówkę. Ja ci to podpowiedziałem, co Tadeusz?
Zamiast powiedzieć jej, że kurwa napisałem powieść i kilkaset artykułów, to nie, on powie, że chcę iść na filmówkę. Ale to jedynie odzwierciedla jego ucieczki od rzeczywistości i potrzebę karmienia – siebie i innych odległymi marzeniami.
Szmuel natomiast ma wyczucie idealne, i potrafimy porozumiewać się samym tylko spojrzeniem, w towarzystwie innych osób. Staram się nie być dłużny, bo też kiedyś w barze na Ząbkowskiej jakimiś lekkimi szturchnięciami słów i przestrzeni pomogłem poderwać mu jedną pannę, w dodatku solenizantkę, która była tam razem z kilkunastoma znajomymi.

Zaczynamy rozmawiać o Pradze, jaki to hardkor, albo i wcale nie, że po co tu bywać, a po co nie i w ogóle jaki cudowny skansen dawnych obyczajów.
– Kiedyś np. siedząc z Maliną na Placu Hallera i popijając piwo, byliśmy świadkami jak dwie dresiary, podążały za gościem, krzycząc, przy czym jedna z nich była jego dziewczyną. W pewnym momencie gość się obrócił i tak jej wyjebał, że echo plasku odbiło się po kamienicach całego placu.
– Zareagowaliście? – pyta Marianna.
– Nie, kim jestem by wchodzić między burzliwą miłość dwojga kochanków? Takie kobiety lubią być bite.

Zapada krótkie milczenie. Prowokacja jest udana. Marianna nie oburza się, ale trochę wzrosła jej temperatura, a to dobrze. Rodzi się dyskusja o tym jakie kobiety się bije, a jakie biją. Ja na obronę przywołuję scenę ze „Ślepnąc od świateł”, kiedy bohater reaguje na podobny akt przemocy, a skrzywdzona kobieta zaczyna go atakować. Ona odpowiada, że może są takie przypadki, ale nikt nie lubi być bity. Ja na to, że kim trzeba być aby się wiązać z recydywistą, mającym dziary gita pod oczami, ona odpowiada, że to z braku innych możliwości. Szmuel moderuje dyskusje opowiadając się raz po jednej, a raz po drugiej stronie. W końcu mówię, że niektóre kobiety lubią być przecież bite w łóżku, na co Marianna z rumieńcami, że „w łóżku to co innego”.

– Idziemy po wódkę? Chodźmy po wódkę! – ona proponuje i niezwykle miło mnie tym zaskakuje.
Zatem idziemy po wódkę, między ciemnymi blokami, ja wrzucam tagi CK na murze i pod monopolowym, trochę żeby się popisać, a trochę dlatego, że lubię je wrzucać.

W monopolowym naćpana baba z wielkimi cyckami doradza nam sok porzeczkowy pod półlitra. Kiedy daję jej 52 złote i 50 groszy, ona przez dłuższą chwilę mętli banknot w dłoni, i jest taki moment, że naprawdę myślę, że da mi go z powrotem w ramach reszty, a jej też to przechodzi przez wykręconą metafedronem głowę, ale opanowuje narkotyk i wykłada 20 groszy na bilownicę marlboro.
W sklepie znów gadki o Pradze i Marianna, mówi, że stąd nie jest, ale bardzo ładnie. Nietaktycznie i nietaktownie, bo za nami dwóch gości w czarnych kurtkach.

Wychodzimy, kończę tag na ścianie, ale zamiast Czarny Kajet, piszę Czarny Alibaba, a Szmuel, krzyczy „psy”. Odwracam się i faktycznie jadą, zatem wchodzę znów do sklepu. Przejeżdżają, wychodzę, kończę taga i doganiam ich.
Puszczam grime na telefonie i z Sz. zaczynamy fristajlować przez całą drogę, a M. idzie w swych wysokich, szpilowanych butach środkiem Łochowskiej ulicy.

Dochodzimy do domu i tam Freestyle Szmule Session trwa dalej. Wychodzi nam nawet nieźle. Jej się to chyba podoba bo na końcu bije brawo i się śmieje, i mówi, że podziwia naszą kreatywność. My swoją też. Zapuszczamy na wieży polskie hity: „Byłaś serca biciem”, „Parostatkiem w wielki rejs”, „Czarny Alibaba”, „Chcę Ci powiedzieć”, „Czerwone korale” i dziesiątki jeszcze innych. Rozlewam wódkę, zaczynamy tańczyć we troje, na środku pokoju.

Wybija druga w nocy i  do mieszkania wchodzi Pablo, który wróciwszy od swej kochanki, miał ochotę popracować i pójść spać, ale ja polewam mu kielona i Pablo już tańczy z nami. Mam ochotę porwać Mariannę do tańca, więc ją porywam i zaczynamy kręcić sobą piruety, stykać biodra, piersi i włosy i śmiać się. Szmuel z Pablem jeszcze tańczą, ale po kilkunastu minutach już tylko siadają, a potem to już idą do pokoju Pabla, aż w końcu, koło 3.00 Szmuel żegna się z nami i wychodzi. Zostaję tylko ja i Marianna, tańczymy jeszcze i całujemy się. Ściszam muzykę, dalej się całujemy, ale ona stopuje moje dalsze zakusy, choć leżymy na łóżku. I wtedy ona pyta:
– Miałeś kiedyś złamane serce? – po czym zaczyna szlochać.
– Miałem, ale się zrosło. Nie płacz mała. Będą kolejni, a teraz jesteś jeszcze zbyt piękna i młoda, by swoją przyszłość na kamieniu budować. Tańczmy na ruchomych piaskach.

Przytulamy się długo, po czym rozłączamy i każde idzie spać wyzwolone. O 8.00 ona pyta, o której poszliśmy spać. Mówię, że po 4.00.
Zasypia, a o 10.00 słyszę jak wstaje, słyszę stuk obcasów. Wychodzę do przedpokoju, ale jej już nie ma. Wyszła po angielsku, co podoba mi się bardzo.

Śpię do 13.00 po czym wstaję, idę na spacer i znajduję stos porzuconych skrzynek po coca-coli. Śmieję się tego dnia bardzo głośno.

***

Zapisz się do newslettera w zakładce MENU – świeże opowiadania i teksty najróżniejsze raz w tygodniu.

Zobacz także moją najnowszą powieść „Bez przekazu” https://czarnykajet.com/skl3p/

 

Piekło utracone – nastroje PRL-u – o „Wniebowstąpieniu” Tadeusza Konwickiego

Piotr Sarmini

Piekło utracone

Nastroje PRL-u – o Wniebowstąpieniu Tadeusza Konwickiego

 

Wniebowstąpienie – w teologii chrześcijańskiej, o zmartwychwstałym Jezusie Chrystusie: wznieść się do nieba[1]

Zmartwychwstanie – w religiach: powrót Jezusa Chrystusa do życia trzeciego dnia po śmierci na krzyżu[2]

 

 

Warszawa lat 60-tych ukazana we Wniebowstąpieniu Konwickiego jest miastem dezintegracji. Rozpadają się budynki, ulice i płoty, z saturatorów cieknie czarna woda, na kanapkach z serem leżakują muchy. Ten rozkład pochłania także mieszkańców – cuchnących, brzydkich, a jeśli już w marynarkach to splamionych wódką i rybną przystawką. Sprzężenie zwrotne, wzajemne oddziaływanie miasta na ludzi i ludzi na miasto, zdaje się obejmować każdego, tworzyć krąg bylejakości, z którego nie ma ucieczki.

Protagonistą powieści jest typowy dla powieści Konwickiego outsider, dotknięty amnezją spowodowaną urazem głowy. Nie pamięta swego imienia ani przeszłości, jedynym co może go identyfikować jest strój, pęknięte okulary oraz neseser, a w nim dwa zdjęcia legitymacyjnego formatu. Te kilka przedmiotów konstytuuje jego bytowanie, w nowym, choć jakby widzianym wcześniej świecie. Stanisław Bereś tak określa bohaterów Konwickiego:

 

„pewien typ niezakorzenienia, obcości i kosmicznej niemalże samotności. Jego bohaterowie to także sieroty w sensie nieprzystosowania, integralnej niemożności  nawiązania ściślejszych więzów społecznych. Nie wiadomo skąd się zjawili, jakie naprawdę były ich losy(…)“[3]

 

Wrażenie obcości potęguje tu wspomniana amnezja. Może to być metafora, mitycznej rzeki i wody Lete, po wypiciu, której dusza zmarłego zapominała o swoim ziemskim życiu. Zagubiony bohater potrzebuje przewodnika by wejść w świat, ale też –wyjątkowo- przewodnik potrzebuje w równym stopniu jego aby przewidziana historia mogła się ziścić. W tym sensie postaci są „typowo“ wschodnioeuropejsko bierne – nie kreują akcji, rzadko decydują o sobie, są raczej wciągnięte w wir wydarzeń, który decyduje o ich losach i poczynaniach.

Przewodnikiem Charona staje się Lilek – drobny krętacz, szukający łatwej okazji do zarobku. Dłonie ma niepryzwoicie ciepłe, przysuwa się i uśmiecha konfidencjonalnie.

 

„Zobaczyłem  nagle tuż przed sobą jego zniszczoną w miarę twarz, ślady wyblakłych piegów, resztki starych blizn i rozszerzone naczynia krwionośne“[4]

 

Od pierwszych chwil przebudzenia świat objęty jest tajemnicą, stanowi swoiste ager hosticus zamieszałe przez nieprzyjazne istoty, chcące pochwycić protagonistę. Jeśli udaje się uciec, to tylko na chwilę, wszystkie niechciane widma wracają jak wskazówka sekundika, aż w końcu nie pozostaje nic innego jak pogodzenie się z ich obecnością i zaakceptowanie nieprzejrzystych reguł gry.

I tak po pierwszej ucieczce od Lilka, poznaniu Anny oraz nieudanej próbie dociekania swej tożsamości w urzędzie, Charon znów spotyka na swej drodze przypisanego mu Przewodnika, i ulega jego nieznoszącej sprzeciwu perswazji. Podróż taksówką na peryferie miasta implikuje wiele informacji na temat świata Warszawy lat 60-tych. Taksówkarz jest „Gruby, nieogolony (…) bez humoru“[5] Skrzypiące auto „zdobią“ kartonikowe napisy zakazów i nakazów: „nie trzaskać drzwiami, nie palić“,  szofer (warszawski „cierp“) narzeka na warunki życia: „Eszkalują, a naród się męczy. W sklepach towaru zabrakło już po obiedzie.“[6], z gazet epatują przepowiednie mającej nadejść wojny. Im dalej, tym zwyrodnienia stają się większe – prostytuujący się „zwyczajnie, przez te druty“ ułani, milicjani w dziurawych mundurach, naiwni stróżowie, elektrycy rażeni prądem, pijane barmanki i kierowcy autobusów zbaczający z trasy. Obowiązki pełni się tu byle jak, „na odwal“. Skrywane za uniformem kompetencje są w rzeczywistości kolejnymi warstwami amatorstwa. Byle jakoś przetrwać dzień, prześlizgnąć się niezauważonym, a wieczorem utopić w wódce i papierosach, w jendej z licznych knajp.[7]

 

„Wy się brzydzicie taką pracą, prawda? Każda praca was zresztą brzydzi, nie? Dlatego tak żyjecie.

–          Jak?

–          Marnie, plugawie, szaro. Sprzedajecie się”

 

Zarzuca bohaterowi Pan Niemiec – emigrant. Perspektywa przybyszów ze światów lepszych jest trzeźwa i bezlitosna. Kiedy „Cudzoziemiec“ w tweedowej marynarce wysiadł z samolotu:

 

“Zrozumiał, że ani godziny nie wytrzyma w tym mieście ogonków, prowizorki, chaosu, rozpasanej biurokracji, uniformistycznej przeciętnościi, aroganckich mężczyzn i kłótliwych kobiet. (…) Zaniedbał interesy swego mocarstw, utonął w zgubnej polskości, w eksperymentalnych teatrzykach  piwnicznch (…) Pół roku temu rzucił żonę z trojgiem dzieci (…) i studiuje Towiańskiego we francuksim tłumaczeniu Adama Mickiewicza. Wystarczy?“ (…) – Kurwa macz – rzekł z trudem cudzoziemiec“[8]

 

Czy pijaństwo i moralna degradacja, której oddają się bohaterowie stanowi wybór, czy też ucieczkę, przed brakiem lepszych perspektyw? Wydaje się, że to drugie, choć przecież zawsze można uciekać do książek, do kultury, do władzy, gdziekolwiek. Ale ten świat cały jest przesiąknięty paradygamtem zbydlęcenia jednostki, szczelnie ogrodzony, nie ma ucieczki, mądry czy głupi – obaj muszą znieczulać się tym samym sposobem, pierwszy by nie myśleć zbyt wiele, drugi by zacząć myśleć choć trochę. Ta „zgubna polskość“ – polskość wypaczona przez zaborcę i źle pojęta stanowi opium, które co dnia inchalują mieszkańcy nawiślańskiej krainy absurdu.

Tkana urbanistyczna Warszawy jest, podobnie jak system, pełna luk i tajemnych korytarzy. Dostać się można wszędzie i zewsząd można wyjść (nawet ze źle domkniętej celi), ale to tylko pozory – wolność latającej muchy w szczelnie zamkniętym słoiku.

 

“To świat, w którym we własnej łazience można pewnego dnia odkryć pokój przesłuchań, na zapleczu znajomego sklepu znaleźć komisariat milicji, przez piwnicę przedostać się do systemu atomowych schronów rozciągających się tajemną pajęczyną przejść pod Warszawą, z tunelu metra wejść do recepcyjnej sali Biura Politycznego PZPR (…) a przez dziurę w płocie dostać się na ostanie piętro PKiN. W odkrywaniu tych podziemnych światów nie ma jednak nic ekscytującego, bardziej towarzyszy mu znudzenie i poczucie bezradności.”[9]

 

W ten sposób, prowadzeni przez Lilka, odkrywamy z Charonem kolejne lokalizacje, raz nawet jedyny w powieściach Konwickiego odwiedzamy Pragę[10]. Przekroczenie Wisły przez bohatera o znamiennym imieniu wygląda na zabawę konwencją, łamanie jej. Za Charonem krążą dusze, ale on ich nigdzie nie prowadzi, nie ma świadomości swego obowiązku, a kiedy już warszawski Styks przekraczają, to nawet nie łodzią, a… polewaczką.

Z początku, tuż po przebudzeniu miasto jest oświetlane ciepłym, wczesnowrześniowym (dożynki) słońcem. Jest to zarazem czas niedojrzałości i pozornej świeżości bohatera, w którym znajdzie się czas nawet na początek miłości (poznanie Anny w parku). Wraz z nadchodzącym wieczorem dokonuje się zbrodnia – napad, potem wszystko zaczna ciemnieć – mrok zdają się rozświetlać jednie propagandowe neon i bary, nad ranem zaś w czasie rozwiązania, świat staje się dosłownie szary. Jest to sprzężenie warunków atmosferycznych z nastrojem i myślami bohatera, a może bardziej stanem jego uchodzącej duszy, która niechybnie powinna opuścić ciało.

 

„- Widzicie ten neon na dachu? W jakim kolorze świeci?

-Jest bezbarwny.

– Właśnie. A przecież wieczorem był niebieski.

– To taki czas przed świten, kiedy wszystko robi się szare.“[11]

 

Jak refren wraca warszawskie axis mundi – Pałac Kultury i Nauki. Według dawnych wierzeń na osi miało następować zatrzymanie czasu, przez co możliwy był pełny kontakt zarówno z przeszłością, jak i przyszłością. Było to miejsce najświętsze z najświętszych.[12] W świetle końcowych zdarzeń powieści, taka presupozycja zdaje się być wpisana w obraz PKiN Konwickiego.

Akcja rozgrywa się głównie na Śródmieściu, a więc punkcie prestiżowym, ważnym, to centrum daje bohaterom możliwości, pośród dożynkowych tłumów czują się bezpieczni i anonimowi. W przeciwieństwie do dalszych powieści Autora, we Wniebowstąpieniu nie odczuwamy zbyt mocno atmosfery inwigilacji, szpiclostwa czy terorru. Owszem gdzieniegdzie pojawiają się milicjancji, jednak ich działania są tak pozorne i nieskuteczne, że nie można obawiać się ich naprawdę. Wiesio i Lilek są na tyle pewni siebie, że po napadzie nie zaszywają się nawet w kryjówce, a dalej jeżdżą po mieście, piją i prowokują los. Bandyci okazują się, w końcu równie nieskuteczni co milicjanci. Worki z pieniędzmi ostatni raz widzimy przed wejściem do baru, potem znikają, a Charon nie może doprosić się swojej części. Zresztą zdobcie łupu jest poddane w wątpliwość: kiedy Charon zostaje tymczasowo aresztowany (ale nie za swoje winy, tylko za brak dokumentów) i jest wieziony milicyjnym wozem, dostrega „wymalowane wapnem rozkrzyżowane postacie i gabaryty jakichś skrzyń, albo furgonetek.“[13], dookoła stoją migające wozy, milicjant uzupełnia jego wizję, mówiąc: „Pomordowali się dla kilku worków z drukowanym papierem“. Nie „zamordowali ich“, ale „pomordowali się“ – kiedy kolejny raz pojawiają się Lilek i Wiesio, są juz bez wątpienia trupami, chociaż nie żywią do siebie urazy. Powyższy cytat poddaje w wąptliwość, czy napad faktycznie się udał, chociaż w innych fragmentach jest takie potwierdzenie. Czy to co przeżył Charon wydarzyło się naprawdę?

Odczytywanie Wniebowstąpienia jak powieści realistycznej ostatecznie wyczerpuje się w momencie kiedy docieramy na szczyt Pałacu Kultury tj. w ostatniej scenie. Od samego początku, deliryczna atmosfera i narracja każą nam powątpiewać w realność przedstawianych wydarzeń, ale w końcu wątpliwości niejako się rozwiązują. Sądzę, że warto tu przywołać skojarzenie z twórczością Julio Cortazara, szczególnie z tomem opowiadań Tango raz jeszcze, gdzie te wdarcia niezwykłości do codzienności odbywają się z równą nonszalancją i pozorną zwyczajnością co u Konwickiego. Nie jest to realizm magiczny, a neofantastyka – termin wprowadzony przez Jaimiego Alazraki – oznaczający występowanie fantastyczności w świecie realnym, ale na „innych niż w klasycznej fantastyce zasadach” – kwestionujących po prostu racjonalistyczny światopogląd.

Oto większość występujących na kartach postaci okazuje się po prostu żywymi trupami.

„Oni grają przed sobą – powiedział bardzo cicho. Oszukują się nawzajem, choć każdy dobrze wie.” Konwicki skrupulatnie zebrał szesnaście postaci[14] na tarasie PkiN, dając niejako złudzenie, że to „wszyscy”, ale wszyscy to nie są. Brak Ani, Jolki, barmanów, „majsetrków”, kelnera itd. – jednym słowem postaci „prawdziwych”, dychających jeszcze. Wchodziły one w zwyczajne interakcje z bohaterami, widziały ich i rozmawiały jak „żywy z żywym”. Znamienne, że te PRL-owskie zombie nie wyróżniają się specjalnie wśród tłumu. Piją, tańczą, kochają się i nienawidzą. Ich aparycje nadwątlone rozkładem, muszą być podobne do aparycji innych – żywych jeszcze, skoro nie budzą odrazy i niepokoju.

Doszukiwanie się związków i uzasadnień logicznych tego stanu rzeczy byłoby w tym momencie ślepą skrupulatnością, „szkiełkiem i okiem”  – w świecie przedstawionym, inność pojawia się nagle, wdziera się do codzienności, nie z hukiem i fanfarami, a bocznym wejściem – niezauważona. Czy teza, że Wniebostąpienie jest w istocie książką neofantastyczną prowadzi nas do jakiegoś „bliższego prawdy” rozwiązania? Raczej nie. Fantastyczność stanowi po prostu kolejny obok krytycznego realizmu i symbolizmu element budowy powieściowego świata. Zdejmuje logiczne chomąta z wyobraźni i pozwala na więcej – zarówno czytelnikowi jak i autorowi. Trupy są zatem żywe naprawdę. To świat, w którym nawet śmierć nie wywiązuje się swych powinności, i zamiast szybko zabierać, pozostawia duchy w gnijących ciałach. Jedyny „prawdziwy trup” w powieści to Madziar przywieziony z… Ameryki.

Jedyną „ładną” postacią jest Jolka pseud. Miss-cyc, ale jej uroda, znów nie jest czysta – stanowi instrument do oddawania się lubieży i zarabiania, jest darem pożytkowanym niewłaściwie. Jest także Anna, o jej urodzie możemy domniemywać i jest to bodaj najczystsza i najprawdziwsza postać z tego panoptikum

Czuwanie przy jego trumnie, na zmianę z piciem wódki wzmaga eschatologiczne nastroje i prowokuje do pytań nad sensem śmierci oraz istnenie Boga. Znamienny wydaje się wybrany przez Konwickiego tytuł przeprowadzonej przez Beresia rozmowy rzeki „Pół wieku czyśćca” – czyśća PRL-u. Świat Wniebowsąpienia bywa absurdalny – oniryczny, tajemniczny, objęty nieznanym prawami. Zaakceptowanie i przyjęcie tego stanu rzeczy jako normalności, świadczy o społecznym wypaczeniu i szaleństwie.

Jest więc Warszawa czyścem specyficznego rodzaju. W tym katolickim, drabina prowadzi już tylko w górę – do nieba. U Konwickiego czyściec byłby miejscem ciągłej weryfikacji, środkowym piętrem umożliwiającym wertykalne poruszanie się między piekielnym dołem a niebiańską górą. Ale czy górą? Bohaterowie w ostatniej scenie znajdują się w najwyższym punkcie miasta, ukończonej wieży Babel, jednak Boga tam nie spotykają. Co więcej, nie mogą też zjechać na dół, na poziom ulicy:

 

–          „Jezus Maria, nie stójmy tak bez sensu.

–          Niechże ktoś ściągnie windę.

–          Misiu, ty też chcesz zjechać na dół, do miasta?

–          Wszyscy chcą wrócić, co za pytanie.

(…) Ale nikt nie odchodził” [15]

 

Utkwili zatem w czyścu, sparaliżowani nieznaną siłą. Z tej perspektywy Warszawa w dole, jawi się jako piekło utracone, do którego wszysycy chcą wrócić, poza którym czują się nieswojo.

Jest w tej wielkiej metaforze eschatologicznej także odpowiednik Dantejskiego Werigliego – Bernard – twórca i przewodnik, na miarę czasów, w których przyszło mu żyć. To on śledzi Charona, ignorowany i groźny, na końcu wyjawia mu istotę rzeczy.

Główny bohater Charon – mityczny przewoźnik dusz – czy to jest imię znaczące? Raczej nie. On nikogo nie wozi, raczej sam jest wożony i bierny, wobec ludzi i zdarzeń, które narzucają mu swój bieg. W łączeniu symboliki i wierzeń różnych porządków religijnych, Koniwcki okazuje się cynkiem. Nie drwi, ale odziera właściwe sensy i znaczenia z ich metafizycznej konotacji. Czyściec, niebo, piekło, Charon, axis mudni – to wszystko są elementy konwencjonalnej (wytartej już) układanki, która ma stworzyć zagmatwaną, niejednoznaczną eschatologiczną wizję. Trudno uwierzyć, aby Autor umieszczając dusze na tarasie widokowym, na serio przyjmował taki obraz zaświatów. Jest to próba odpowiedzi na odwieczne pytanie: „co będzie po śmierci?” – ale kiedy nie udaje się jej znaleźć, bo znaleźć się nie da, pozostaje już tylko quazi-uduchowiony symbolizm, ciekawy myślowy wybieg.

Bezlitosny jest Konwicki w przedstawieniu polskiej rzeczywistości końca lat 60-tych. Republika absurdu, zamieszkała przez żywe trupy – miejsce, którego nawet po śmierci nie można opuścić. Nie będzie zbawienia, nie będzie spełnienia i miłości, nie będzie bogactwa ni sławy. Nie ma czegoś takiego jak „wniebowsąpienie”.

 

***

BIBLIOGRAFIA

 

  1. Arlt Judith, Mój Konwicki, TAiWPN UNIVERSITAS, Kraków 2002
  2. Bereś Stanisław, Szuflada z Atlantydy, Dolnośląskie wydawnictwo edukacyjne, Wrocław 2002,
  3. Eliade Mircea, Święt obszar i sakralizacja świata [w:] Antropologia kultury, pod red. Andrzeja Mencwela, Wydawnictwo UW, Warszawa 2001.
  4. Konwicki Tadeusz, Wniebowstąpienie, Agora, Warszawa 2010.

 

 

[1] Internetowy Słownik języka polskiego, http://sjp.pl/Wniebowst%C4%85pienie

[2] Internetowy Słownik języka polskiego, http://sjp.pl/zmartwychwstanie

[3] S. Bereś, Szuflada z Atlantydy, Dolnośląskie wydawnictwo edukacyjne, Wrocław 2002, s. 215.

[4] T. Konwicki, Wniebowstąpienie, AGORA, Warszawa 2010, s. 7

[5] T. Konwicki, op. cit., s. 12

[6] op. cit. s. 13

[7] Chciałoby się dodać Witkiewicza: „ciągłe szukanie byle jakiego towarzystwa, niepokój kwaśny i gorzki, bezsenność w nocy i ciężki sen poranny” – S. I. Witkiewicz, Narkotyki, dostęp: https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/witkacy-narkotyki.html

[8] T. Konwicki, op. cit. s. 143

[9] S. Bereś, op. cit., s 227

[10] J. Arlt, Mój Konwicki, TAiWPN UNIVERSITAS, Kraków 2002, s. 35

[11] T. Konwicki, op. cit., s. 150

[12] M. Eliade, Święt obszar i sakralizacja świata [w:] Antropologia kultury, pod red. Andrzeja Mencwela, Wydawnictwo UW, Warszawa 2001, s. 123.

[13] op. cit., s. 150

[14] Urzędnik paszportowy, Bernard, Ciocia Pola, Lilek, Schlebiacz, milicjant w dziurawym mundurze, Wiesio, uczeń, pan Niemiec, niedoszli rozwodnicy, mężczyzna w wyszmelowanej wiatrówce, wiedźma z komisariatu, harmonista z rosyjskiej restauracji, łysy Leszek.

[15] T. Konwicki, op. cit., s. 181

 

 

 

BEZ PRZEKAZU – premiera 25 stycznia

PREMIERA POWIEŚCI „BEZ PRZEKAZU” już we czwartek, 25 stycznia, tylko na czarnykajet.com/skl3p

Dostępne są dwie wersje książki:

FIZYCZNA – lekkie, kieszonkowe wydanie, 256 stron, idealne do czytania w drodze do pracy, na uczelnię czy podczas imprezy techno. Książka dotrze do Ciebie w ciągu 2-3 dni roboczych.

29 zł + przesyłka

EBOOK- otrzymujesz wersję pdf (rekomendowaną do czytania) oraz epub. Ta wersja sprawdzi się na wszystkich czytnikach ebooków, oraz na tabletach i smartfonach. Książkę otrzymujesz natychmiast po zaksięgowaniu płatności.

19 zł + przesyłka free

 

 

RECENZJE:

„BEZ PRZEKAZU” BOLI. TO NIE JEST LEKKA KSIĄŻKA. NIE JEST ŁATWA. TA KSIĄŻKA MÓWI NAM O NAS COŚ, CZEGO NIE CHCEMY WIEDZIEĆ. CO NAS UWIERA. SWĘDZI. ŁASKOCZE. NIE POZOSTAWIA NAS OBOJĘTNYMI. ANGAŻUJE WSZYSTKIE NASZE EMOCJE. PRZEŻYWAMY TĘ POWIEŚĆ CAŁYM CIAŁEM. DOSTAJEMY CZKAWKI. DUSIMY SIĘ. CHRAPIEMY. OD DAWNA W POLSKIEJ LITERATURZE NIE BYŁO PROZY TAK ODWAŻNEJ. TAK WAŻNEJ. DŁUGIEJ. DAWNO NIE BYŁO U NAS KSIĄŻKI, KTÓRA BY ROZLICZAŁA POLSKĘ Z JEJ POLSKOŚCI. KTÓRA ROZLICZAŁABY HIP HOP Z JEGO HIPHOPATOWOŚCI.*

Karol Mroziński

 

„Powieść Bez przekazu należy do zupełnie nowej prozy, która świadomie i równocześnie czerpie z subkultur młodzieżowych, jak i z ich dotychczasowych przetworzeń literackich. Jej zasada organizacyjna opiera się nieoczekiwanie na rytmie, który nie tylko jest kolejną zabawą z rapem, ale i próbą „nakręcenia” czytelnika, wprowadzenia go w pewien nastrój, poprzez który zbliży się do niego opisywany świat, jego bohaterowie, ich sposób oglądania wszystkiego wokół. To ważne, bo dawno prozy tak jawnie nastrojowej nikt nie proponował.”**

Tadeusz Mizerkiewicz, Prof. dr hab. UAM

 

Z A J E B I O Z A

Anna Maria Wierzchucka – Laureatka Grand Prix VII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „O Granitową Strzałę” 2015, Laureatka II nagrody XII Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Stanisława Grochowiaka 2016 w kategorii poezja a także m.in. I nagrody V Turnieju Jednego Wiersza im. Wandy Karczewskiej 2015 oraz I nagrody X Ogólnopolskiego Otwartego Turnieju Jednego Wiersza im. Pawła Bartłomieja Greca 2016.

 

PREMIERA KSIĄŻKI 25 stycznia na czarnykajet.com

 

  • *PARAFRAZA OPOWIADANIA KAROLA MROZIŃSKIEGO „IDA”, [W:] K. MROZIŃSKI, RAZZMATAZZ, WYDAWNICTWO JÓZEF CZĘŚCIK, GDAŃSK 2015, S. 88.
    UŻYCIE FRAGMENTU ZA ZGODĄ WYDAWCY.
  • ** PEŁNA RECENZJA „BEZ PRZEKAZU” JEST DOSTĘPNA TU 

JA JA JA 4

Oh, tak bardzo nie mam ochoty pisać tego korporacyjnego bełkotu!
„Najlepsze kampanie influencerskie roku 2017”, „Jak zarobić na youtube?”, „Czego chcą dziś milenialsi w mediach społecznościowych?”. Niby to wszystko ważne, niby też doraźne, skrojone odpowiednio do chwili i potrzeb, tych, którzy by chcieli zarabiać więcej, mieć więcej, być więcej, przeżywać więcej. Słowotoki korporacyjnego stylu: „fuzja”, „przetarg”, „kampania”, „influencer”, „ SEO”, „SEM”, „koneksja”, „CEO”,  i ja, skromny pisarczyk i piewca wielkich marek i ich jakże wielkich działań.
Tak jak kiedyś pisarze trudnili się posadami urzędniczymi, tak my dziś, oddajemy swoje ciała i dusze zamożnym korporacjom, które za te słowa, słowa, słowa, sklecone jakoś na siłę, są w stanie uszczknąć nam nieco ze swego bogactwa. Nudne to wszystko i pragmatyczne, bo dzisiaj chciałbym pisać tylko dla siebie i o sobie, przelewać zajawkę, myśli, przeżyć, taplać się w sosie własnym, i tak może, skromnie, rozjebać to wszystko na caly świat, do każdej biblioteki, księgarni, na każdy mur, aby tak każdy, w wolnej chwili mógł poczytać sobie mnie, bo przecież osobą jestem najbardziej na świecie fascynującą. I to niezmiernie ważne, co się wczoraj działo w tym mieszkaniu, i co mi się pomyślało dziś przy śniadaniu, i co zrobiłem dwa lata temu będąc na haju. Tak, to ważne, a te nowe technologie, te pieniądze to komu to potrzebne, jest, przecież z tego nie ma…

Mios Dios! Niczym się od tych korporacji nie różnimy!

Milena – cz. I #opowiadanie

O co ja się z nią kłócę ciągle? Od trzech i pół roku. Choć w początkach nie spieraliśmy się jeszcze. Byliśmy powściągliwi, nieśmiali, niewinni, zależało nam na robieniu dobrego wrażenia.
Teatr?
Zgodziła się, choć przez sekundę miałem wrażenie, że odmówi.
Idziemy warszawską nocą, wśród lwowskich kamienic, pachniemy ładnie, mówimy inteligentnie, staramy się być zabawni. Średnio to idzie, więc zapalam papierosa.
– Palisz? – pytam.
Nie pali. Prawie w ogóle jej nie znam.
I teraz dopiero widzę jak chodzi. Widziałem wcześniej na wydziale, ale nie chciałem w to wierzyć. Że ona tak chodzi normalnie-nienormalnie. Z twarzą w szalu, karkiem ze złamaną głową spoglądającą zdałoby się tylko w ziemię. Nogi  ma z pozoru mocne, ale w swej istocie chwiejne. Jakby zaraz miała przewrócić się, upaść niczym przedwcześnie ścięta sekwoja. Może to przez obcasy, bruk nierówny, lub jakiś niedowład. Nie piliśmy nic tego wieczora.
Teatru nie znajdujemy. To teatr undergroundowy. Idziemy do innego budynku, piękniejszego. Lekko spóźnieni wkraczamy na deski Czechowa. Grają studenci. Dobrze nawet. Teatr piąte piętro.
Niech studenci grają Czechowa, ale błagam, wy teatry komercyjne i drogie, przestańcie już. Nie ma kurwa nikogo lepszego? Kogo żyjącego, kogo z Polski? Bez tych wszystkich sióstr, generałów, cherlawych ojców, strzelb wiszących na ścianach?
Studenci grają nieźle, przerwa, palę, prawie nic nie mówimy, wchodzimy, śmierdzę, grają, śmiech, grają, śmiech, w końcu beng! Strzelba wypala!
Któż to mógł przewidzieć.
Wychodzimy. Nie mam pieniędzy zabierać jej, to tu to tam. Chcę całować, ale jej głowa ciągle w szalu, jak szczelnie owinięte trawą jajo. Czy ona jest aligatorem, żółwiem, a może ptakiem?
Żegnamy się.
Muszę coś o niej dopowiedzieć. Ma piękną twarz, długie blond włosy, świetny tyłek i zgrabne ciało. Tylko ten chód i te ruchy, zupełnie nieprzystające do jej nadkobiecej urody.
Nigdy więcej nie zaprosiłem jej do teatru.
Od nieszczęsnego Czechowa zaczęła się między nami pleść długa nić, lina okrętowa nieporozumień.
Nie zagadywałem do niej przez jakiś czas. Na wydziale mijaliśmy się obojętnie, patrząc po ścianach, podłodze, po oczach innych ludzi.
Po roku mi to wypomniała, bo chciała bym zagadywał.
Zawsze dawała sprzeczne sygnały. Gdyby była nawigatorem morskim okręty wielkie jak lodowce zaczęłyby wpadać w kolizje, a łodzie podwodne wypływać na plaże jak dogasające wieloryby.
Od Czechowa minęły tygodnie, zbliżały się Święta, miasto pustoszało. Widziałem z okna jak pustynnieje, jak klapnie, jak błotnieje, jak się cofa estetycznie do czasów Kontrolowanej Republiki Chaosu.
I wtedy ona zadzwoniła. Ucieszyło mnie to. Jest na dworcu i czy jej pożyczę na bilet, bo zgubiła portfel. Wsiadłem na rower, pojechałem na dworzec i dałem jej na ten bilet. Chciałem ją pocałować, ale głowę miała w kapturze i szalu. Wróciła w nowym roku i oddała mi za ten bilet pełna wdzięczności.
Nasze relacje polepszyły się. Rozmawialiśmy i pisaliśmy śmielej. Także publicznie, bo takie się robi rzeczy na zajęciach z literatury.
Wyszliśmy po nich na piwo w deszczowy, ciemny dzień z moim przyjacielem Emem.  Zasiedliśmy w najgorszej studenckiej spelunie z szafą grającą. Piliśmy tanie, dobre piwo. Kręciliśmy papierosy z resztek tytoniu paczkowanego i mieliśmy już ostro w czubie. Ona pożyczyła nam na dalsze picie i wyszła. Nie zaniepokoiło mnie to. Emem oddał jej ten hajs dopiero po dwóch latach.
Gdy wiosna zaczęła rozkwitać, rozkwitła znów nasza znajomość. Mogliśmy chodzić do pobliskiego parku i tam niby rozmawiać o czymś ważnym, albo zupełnie doraźnym. Ja robiłem pompki, i ona też zrobiła kilka. Założyliśmy się o trzysta złotych, z jej inicjatywy, że do maja schudnie pięć kilogramów, choć naprawdę nie miała ich wiele. Powiedziała:
– Jesteś jedyną, tak bezwzględną osobą, że wydusisz ze mnie ten hajs. Chcę abyś to zrobił.
Nie schudła. Na kilka dni po terminie zakładu zacząłem cisnąć ją o pieniądze. Oddała z grobową miną. Potem żywiła się jedynie bezglutenowym makaronem. I może dzięki temu schudła.

 

rysunek. Phil Ostojski

Kurki i borowiki #opowiadanie

Siedziałem nad otwartym edytorem tekstowym i zastanawiałem się, co napisać. Niby dzieje się tyle niesamowitych rzeczy, i tyle jest historii dookoła, a ja ich słucham i dopowiadam swoje, ale jestem głupi, bo nie zapisuję tych cudzych, a i swoje niezbyt często.

Gdy tak siedziałem na twardym krześle, plując sobie w brodę, że swe powinności pisarza wykonuję niechlujnie i nie pełnoetatowo, ktoś zapukał do moich tarasowych drzwi. Tak, owszem, posiadam taras o imponujących rozmiarach 2×8 metrów, co daje oszałamiającą liczbę 16 metrów kwadratowych, w jednej z najbardziej prestiżowych dzielnic Warszawy – Pradze Północ.

Pukanie rozległo się ponownie, a ja przepełniony ciekawością i lekkim przestrachem, któż to może być o godzinie 22:35 zbliżyłem się do okna. Uchyliłem papierowe żaluzje, lecz nikogo nie zastałem.

Z powrotem zasiadłem przy biurku i w tem pukanie rozległo się znów. Tym razem podbiegłem do okna kuchennego, które również wychodzi na taras, aby na gorącym uczynku przyłapać żartownisia. Jednak i tym razem nie ujrzałem nikogo, a pukanie o szybę nie ustawało. Wróciłem więc do pokoju i zaopatrzony w czerwony flamaster, którym zamierzałem skrzywdzić ewentualnego napastnika, mężnie otworzyłem tarasowe drzwi. Nikogo tam nie było, i kiedy już chciałem domykać okiennicę, by następnie zadzwonić do swojego przyjaciela Ema z prośbą o polecenie dobrego psychiatry, rozległ się piskliwy głos:

– Tu jestem frajerze, na dole!

Koło moich stóp przybranych w stylowe klapki Kubota stała salaterka z parującą zupą grzybową.

– Czy to pani mówiła, pani zupo?
– Nie jestem kurwa panią, tylko facetem, nie widzisz? – zabulgotała zupa
– Proszę wybaczyć, nie często widuje się zupy rodzaju męskiego.
– Nie przyszedłem tutaj na pogadanki o gender. Zresztą kurwa spójrz na siebie, jak ty kurwa sam wyglądasz.
– Przepraszam, ale jak w ogóle, żeś pan tu zapukał panie zupa grzybowa?
– Nie interesuj się, bo kociej mordy dostaniesz- zupa zawrzała a z jej bulgocącej tafli wyskoczył gorący kawałek borowika i wylądował na mojej białej skarpetce.
– Uważaj pan panie, z tym bulgotaniem, skarpetkie, żeś mnie pan pobrudził!
– Słuchaj młody, jest taka sprawa, nie miał byś może pieprzem trochę poratować?
– Czy nie można było tak od razu? Kulturalniej. Ależ oczywiście, że mam pieprz, proszę tu poczekać, zaraz przyniosę.

Skierowałem się do kuchni, z ulgą, że zupie chodziło tylko o pieprz, jednocześnie zastanawiając się jak mogła zapukać, skoro nie widziałem u niej żadnych członków. Ale może zapukała brzegiem salaterki, tak to było możliwe. Otwarłem szafkę i wśród naderwanych, niearomatycznych saszetek odnalazłem pieprz. Chciałbym kiedyś dorobić się plastykowego młynka i mieć pieprz świeżo mielony, ale póki co mam ważniejsze wydatki, jak papierosy i chleb. Kiedy wróciłem do pokoju, pan zupa grzybowa stał na moim łóżku i uśmiechał się bezczelnie. To znaczy, pływające w przeźroczystej salaterce grzyby, przybrały taką formę, że rydze tworzyły oczy a dwie kurki wstrętny, żółty, nikotynowy uśmiech.

– Hej, panie, uważaj pan! Zaraz się pan tu wylejesz, a to jest kurwa biała kołdra. I gdzie z tym brudnym spodem z dworu, dopiero, co no?
– Dobra, facet, masz ten pieprz? Weź mnie dosyp od góry, o tak, bo mnie strasznie suszy ziomek.
– Dobrze, ale potem pan sobie pójdzie tak?
– No a jak, po chuj mam tu siedzieć, patrzeć jak se konia walisz?
– Nie waliłem konia, tylko pisałem, to znaczy chciałem coś napisać.
– Ta, jasne, He He He, ja tu trochę dłużej pod tymi drzwiami stałem. Weź no mnie dosyp od góry, tak od serca.

Spięty zbliżyłem się do łóżka, modląc się aby pan zupa nie stracił równowagi. Poczułem parującą woń grzybów i sfermentowanego alkoholu. Ostrożnie rozwarłem saszetkę i zacząłem sypać, w pełnej koncentracji, aby nic nie uszczknąć na łóżko.

– O tak, o kurwa, o tak! Tak dobrze, dosyp jeszcze młody! O kurwa, tego mi było trzeba!
– Panie zupa, zaraz pan będziesz niezjadliwy, może już wystarczy?
– Weź mi nie pierdol, co tam jeszcze masz? Rozmaryn? Ziele angielskie? Lubczyk? Weź mnie to wszystko wpierdol młody. O! I liścia laurowego daj!
– Czy pan oby nie przesadzasz?
Odwróciłem się i zdecydowanym krokiem wszedłem do kuchni celem odnalezienia łyżki. Wysunąłem pierwszą od góry szufladę i wyjąłem jedyny sztuciec, niosący w dodatku ślady dawnych zacieków. Kiedy odwróciłem się, pan zupa stał na kancie kuchennego stołu. Żołądek stanął mi w gardle.

– Odłóż tę łyżkę, bo skoczę!
– Nie skacz pan, dzisiaj myłem podłogę!
– Odłóż łyżkę, powoli, tak abym widział twoje rączki. Dobrze, spokojnie… A teraz sięgnij po te przyprawy co je masz za sobą.

Ale ja nie zamierzałem, dać za wygraną, w ostatniej chwili odwinąłem się i wbiłem łyżkę w pana zupę. Krzyknął przeraźliwe i zakaszlał. Salaterka zatrzepotała chwilę na rogu stołu, po czym z impetem uderzyła o kremową posadzkę. Grzyby ułożyły się na kształt krzyża, a z bulgocącej, dogasającej masy dało się usłyszeć, ciche, coś jakby
–Ty skurwysynu…

O nie, ja już sprzątałem w tym tygodniu. Nie mam siły robić tego drugi raz. Wróciłem do pokoju, usiadłem na krześle, przed edytorem tekstu i zacząłem zastanawiać się o czym mogę napisać opowiadanie.

**

– Niezłe. A nie mogłeś po prostu napisać, że wróciłeś najebany  i się porzygałeś?
– Nie.

***

Podobało się? Polub Czarny Kajet na facebooku i obserwuj blog, zapisując się do newslettera w zakładce MENU.
https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

Praskie psy

Niełatwy jest żywot praskich psów. Pośród murów, z których jedne ogłaszają „jebać psy”, drugie „pierdolić dzielnicowego”, spacerują w kłębach papierosowego dymu i mgły, kobiety, mężczyźni, dzieci; po lewej stronie Wisły określani jako „podejrzani”, tutaj jako „swoi”, w krajobraz wpisani.

Smycze trzymają w lewej ręce, zwykle na niej wieszają też psy: yorki, pseudo-labradorki, pit bulle (I know you want me, wof!), bulteriery, przerzedzone kundle.
Psy te pełnią dla wyprowadzających funkcję terapeutyczną (napisy na murach – ekspresywną) psy te, ciasno zduszone obrożami, domykają zwykle krąg domowej przemocy.
Oto: mąż krzyczy na żonę, ta na dziecko, dziecko na psa (konfiguracje bywają różne, bo tu każdy na każdego krzyczy), na kogo ma krzyczeć pies?
Oto: kiedy wchodzę w bramę, bo mnie tam zaprosił (a to jak zaproszenie do domu) były więzień (o nim kiedy indziej) to wyskakuje na mnie nagle z zębiskami czarny kundel, broniący terytorium. To on, jako katalizator domowych napięć próbuje upuścić skumulowaną agresję, wyrzucając ją z pyska w kogoś obcego. Przyznaję mu rację, rozumiem, ale ugryźć się nie dam.
I nagle: były (a może nim się jest na całe życie) GIT podbiega do niego i otwartą dłonią wali przez łeb, dodając coś w stylu: „zamknij mordę, kurwa chuju”, a pies kuli się, wciska do ziemi. Przyjmuję to z pewną obojętnością. Krąg jednak nigdy się nie kończy. Na GITa godzinę temu nakrzyczała żona, o czym mi się zwierzył.

Inny wypadek: jadę rowerem, mijam kobietę i jej psa białego, pies podbiega na naprężonej smyczy, papieros wypada kobiecie z dłoni. Komórka wciąż przy uchu w drugiej: „pojebało cię?! Kurwa debilu, nie ciągnij! No kurwa, ciągnie jak pojebany!” – wyznaje telefonicznemu rozmówcy. Białemu psy jest chyba trochę smutno na te epitety.

Kolejnego dnia wracam pod parasolem, mijam Bazylikę (trawnik pod nią jest wychodkiem wszystkich psów) i podbiega do mnie zupełnie ufny i świata nie znający szczeniak. Wita się łapczywie, drobnymi łapkami próbuje wspiąć się w górę spodni moro. Głaszczę go i cmokam. Poprawiamy sobie dzień. Po chwili podbiega chłopak, mówi „sorry”, ja do niego „spoko” i się kończy na tym.

Niełatwy jest żywot praskich (jak wszędzie) psów. Niełatwe są żywoty (jak wszędzie) prażan. Ale i tu (jak wszędzie) zdarzają się dla psów i ludzi chwile szczęśliwe.

 

 

ALEJE 44 odc. 1

ALEJE 44 to moja pierwsza próba stworzenia dłuższego cyklu opowiadań/anegdot. Powstała 2 lata temu, we wrześniu 2015 roku, i liczy do tej pory 4 „odcinki”. Mieszkałem wtedy w powojennej kamienicy zlokalizowanej w samym sercu Warszawy – na Alejach Jerozolimskich, koło Rotundy. To było świetne, wielkie mieszkanie, odziedziczone przez ciotkę mojego kumpla po zmarłym redaktorze magazynu teatralnego (bodajże „Teatru”). Dysponowałem ogromnym i wysokim salonem, kilkoma obrazami, potężnym gdańskim biurkiem ozdobionym ołowiową figurką Małego Powstańca i widokiem na Aleje poprzez zasłaniający mi okno, szary, siatkowy baner.
Rozpoczynałem wtedy studia filologiczne i aby połączyć koniec z końcem sprzedawałem po znajomych zioło. Byłem kiepskim dilerem, za bardzo „schizoidalnym” jakby to określił Witkacy. Któregoś dnia mój hurtownik został zatrzymany przez policję i tak zakończyła się moja kariera w tej branży.  ALEJE 44 są zbiorem ludzi, wydarzeń, przemyśleń i fikcji tamtego okresu.
ALEJE 44 odc. 1

– To wszystko kurwa, sensu nie ma najmniejszego.
– Daj macha.
– Chciałbym nie palić zupełnie. Niczego już nigdy. Dłonie mam o 5 lat starsze. Czerwone jak cegła (wiesz skąd to tekst?), płuca smołą okryte, umysł rozproszony jak światło w pryzmacie.
– Ostatnio Aśka się porzygała na melanżu po mefixie.
– Czytam właśnie Eneidę. Przestać muszę bo mnie twórczo kastruje. Wiek przed Chrystusem, pisano podwaliny europejskiej kultury, umysły tak doskonałe jakich dziś już nie ma.
– Dasz mi dwójke w kredo?
– W kredo nie daję. Nie stać cię choć jesteś za legalem. Nie ćpaj wcale chciałbym ci powiedzieć, ale rozumiesz, że mi profesja na to nie pozwala – moralność, etyka dilera.
– No weź, kurwa myślisz, że ci nie oddam?
– Ta rozmowa, jest już zakończona. Zakończyła się nim się zaczęła. Nie ma już dróg między nami, nie ma słów, jest tylko to zielone gówno w srebrnej folii i wspomnienia, jak razem chodziliśmy do klasy 6c.

Wychodzi burczący, skryty w cieniach przedpokoju. Siema, siema, to nie ściema wcale, choć uraz pozostał niemy. Między tym co zostało powiedziane wprost i tym co między wersami, między machami tlącej się w pokoju zieleni. Znów sam. Na chwilę fizycznie, od lat dwóch metafizycznie, bez perspektyw na zmianę. Przez bogów opuszczony, bez filozofii i wartości jakiś większych, głębszych. Osamotniony człowiek w przepastnym Wszechświecie, to znaczy ja. Nie tylko ja, lecz ja ze świadomością. Nie tylko oni bez świadomości.
I znów się rozlega telefon, co niesie przyspieszony puls, już sam nie rozróżniam czy z nerwów czy ekscytacji łatwymi pieniędzmi. Tak jestem dostępny, tak jasne, wpadaj. Za 20 minut? Super. Znasz kod? Do zobaczenia.
Moja była, ta miłość co była, co się skończyła, uleciała, rozpierdoliła na drobne cząsteczki, odłamki pod moją i jej skórą. I tylko ten uśmiech, historia z facebooka, kroniki codzienności i relacje świadków naocznych dowodzić mogą, że jakaś miłość istniała tam, gdzieś, kiedyś faktycznie między dwójką ludzi. Teraz zależność się zmieniła. Bo ona ćpa a ja jej sprzedają i to raczej wrogość pod płaszczykiem przyjaźni jest niż miłość, choćby to słowo różnie interpretować.

Mija pięć minut i telefon rozlega się kolejny, od G. To oznacza, że dziś zarobię, a potem zaspokoję rządzę niepamięci, oderwania się i czucia przez chwilę jakbym był bogaty. Elość morda. Za kwadrans? okej.
Aż w końcu ta się zjawia, persona trzecia, bliżej mi nieznana o blond włosach, kolczyku w ustach i w metryce mająca lat co najmniej osiemnaście. Cześć. Buzi. (Wietrzę pokój) Rozmowę prowadzę nad wyraz swobodnie zza przeciwsłonecznych okularów. Choć jest listopad a słońca nie widziano w tym mieście od dawna. Czego się napijesz, zjesz? Pierwszy raz u mnie jest i to co dostrzega w mieszkaniu, którego okna z jednej strony padają na Jerozolimskie Aleje, z drugiej strony na ulicę Widok, mieszkania, którego ściany zdobią obrazy, teatralne plakaty z lat Gomułki, biurko gdańskie i gramofon dostrzega jedynie, że pachnie tu starym człowiekiem. Tak, był tu taki jeden. Widzisz, w tym regale są książki, które napisał, ale masz rację był stary. Tak stary, że już go nie ma.

Więc tylko YOLO, buzi, buzi, ręka pod bluzkę i nic się nie liczy. Prócz hajsu co właśnie dzwoni domofonem. Przepraszam więc kolczyk na ustach, każę zostać w pokoju numer 3 i kieruję kroki ku kuchni, gdzie w lodówce ktoś ciekawski znalazłby keczap pudliszki, ser pleśniowy i pudełko po cukierkach. Z pudełka wyjmuję cztery gramy marihuany, rozdzielam na dwa zawiniątka, za pomocą wagi jubilerskiej zakupionej na ulicy Ząbkowskiej (jest paragon!).

Jestem dilerem uczciwym, bo ułudę doznań odmierzam równo co do liczb dziesiętnych. Folia aluminiowa, bo samary to przypał w razie wjazdu organów porządkowych i pakuję już i już schodzę z ta odrobiną adrenaliny, bo zejście każde może okazać się ostatnim. ,,Widzimy go” – szepce w windzie umysł, imaginując obrazy policjantów, furgonetek, lornetek i wymówek na komendzie. Zaimplikowane wizje wyobraźni dilera, nieodłączne jak słońce, które zaćmił DZIŚ* księżyc.
Czeka ziom, idzie Ona. I z każdym z nich chciałbym porozmawiać bardziej, niż z tą co czeka na górze całego procederu nieświadoma, lecz sytuacja liryczna wyklucza takie możliwości. Więc tylko szybkie powitania, znaczące uściski dłoni, wymiana walut. Się żyje, co S.? – zanuca ziom z uśmiechem i jest to uśmiech z tych szczerych, aprobujących. Ona znaczącego nic nie mówi, ja tylko byśmy się kiedyś spotkali co się do DZISIAJ od tamtej pory nie wydarzyło.
Bogatszy o złotych sto, zarobionych w minut pięć, stresów, myśli tysiące, wracam na górę schodami, z ego wybrukowanym marmurowymi kafelkami.
Czeka na kanapie, tam gdzie ją zostawiłem jak psa, bo niczym więcej nie jest, jak tylko psem do głaskania i posuwania, choć to może nie najlepsza katachreza. Wracamy do zajęć porzuconych, ona nie pyta o nic, więc dłoń pod koszulką mocuje się ze stanikiem, druga z guzikiem w dżinsach. Wargi łączą się w chaotycznym tańcu, obcych sobie ludzi, lecz soki organizmów na stopnie pokrewieństwa zdają się nie zwracać uwagi. Gdy już naga cała pod swetrem leży tak bezbronnie na białym prześcieradle, to chcę jej skosztować choć już nie raz, nie dwa się na tym przejechałem posunięciu. I tu do trzech razy sztuka. Choć to nas wyrzuca z całej opowieści, to jednak dygresja warta zanotowania.

Kobiety szanowne, proszę Was bardzo w imieniu męskiej populacji: myjcie cipy! Tak, myjcie je zawsze a już zwłaszcza wtedy, gdy na procent choćby pięćdziesiąt możecie przypuszczać, że ktoś ich wkrótce dotknie ustami, wrażliwymi jak łechtaczka na bodźce kubkami smakowymi, czerwonego języka!

Biorę więc gryza tej cipy oszczanej a fiut, strzegąc chyba godności, odmawia chwilowo współpracy. Kładę się więc obok i całuję tę blond w usta by posmakowała siebie, by się dowiedziała jak paskudnie smakuje i cierpiała razem ze mną. Ona, one. Zawsze udają, że nie wiedzą o co chodzi, i wkładają ten jęzor, bezmyślnie, jakby nigdy nic, jakby się delektowały lodem z mcdonalda. Zabiera się osiemnastka do robienia laski i tu kolejne moje niewidoczne odruchy zażenowania, jak się trudzi, jak się dusi i kaszle a ledwo co połknęła napleta. Ciągnie nieudolnie, doi mnie jak krowę, jak to pewnie robiła rok wstecz nim przyjechała do Warszawy. Czekam więc chwilę by jej nie robić przykrości, coś tam nawet wzdechnę, aż w końcu łapię za włosy, patrzę głęboko w te oczy krowie, co się odbijają blaskiem mych źrenic i sadzam ją na sobie. Oh, ciasna jak metro Świętokrzyska. Już mnie znudził ten wątek. To nie pisemko erotyczne jest, więc każdy niech sobie dopowie jak to dalej po wsadzeniu jest.
Palimy potem papierosy, ona się tuli łapczywie i pyta czy status może zmieniać na facebooku. Ja mówię, że zaraz muszę wychodzić, i że słuchałem ostatnio fajnego rapu, wiesz PRO8L3M taka grupa, trupa, dupa. Ubieram się pierwszy, odprowadzam przed kamienicę i pytam gdzie idzie, ona tam, a to wiesz? ja w przeciwną akurat, no cóż, fajnie było, musimy to powtórzyć! Odchodzę kawałek i wracam wstukać, dobrze znany kod, gdy jej już na horyzoncie nie ma. Na SMSy od niej nie odpisuję już nigdy.

* DZIŚ – w dniu, w którym to pisałem było zaćmienie Słońca


rysunek: Phil Ostojski http://faser175.tumblr.com/

Chcesz przeczytać kolejny odcinek? Polajkuj ten post i pokaż go znajomym! Zostaw mi także znak w komentarzu, czy Ci się podobało, czy też było zupełnie obleśne!

Śledź mój profil na fb: https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

#czarnykajet #elo