Kategorie NIESKLASYFIKOWANE

19 postów

KONTESTATORA ZARAŻENIE

KONTESTATORA ZARAŻENIE

Na zakupach spożywczych dziś dwukrotnie, w południe z Talką, wieczorem Sam. Trwa zbiorowa hipnoza wirusem, ludzie zaniepokojeni widocznie, choć z próbą powagi i spokoju utrzymania, błądzą po samach w poszukiwaniach składników na swe najbliższe śniadania. A potem coś do podcierania, do pionu utrzymania względem trzęsień rzeczywistości, trzęsień, które do nich dotarły przez falę radio, TV, wi-fi, TEL, wszystko wibruje, stąpnij mocniej, to eksploduje, wybuchnie panika to jest Afryka, tu się sklepy zamyka, tu nie ma wody, papieru, nie ma ręcznika, uważaj, bo się zarazisz, już jesteś zarażony, zarażona – informacja cię wybije do cna.

Wypijam do dna!

I to już jest moment, w którym nie ma wyboru, w którym nie można udawać dłużej, że to cię nie dotyczy, że jesteś ponad tym, bo skoro szkoły i uniwersytet zamykają, skoro imprezy techno odwołują, skoro twoje kobiety dziś gorzej się czują, a i ty pokasłujesz nieśmiało, skoro twoje zarobki z powodu nieodbywania się eventów spadają, to już wyraźnie ten wirus jest w tobie. Jest w twojej głowie, do ciała mu jeszcze daleko, choćbyś był nawet kaleką to cię nie dorwie jeszcze, uciekniesz, bo nie jesteś leszczem, miotasz się #szczupak i gryziesz i zębisz i nie chcesz się przyznać, nie chcesz brać tego na poważnie, ale świat już to zrobił za ciebie.

Kupujesz makaron (bo kasza jest fe), kupujesz papieru płaty, kupujesz wody 20 litrów i sosów dwa litry, kupujesz nawet pasztet w konserwie i kupujesz pizzę mrożoną cztery sery, kupujesz sery topione i stałe, kupujesz lekarstwa i valerianę, kupujesz niezbyt wiele, ale też więcej niż zwykle, dałeś się wrobić i dałeś się wkręcić, a przecież chciałeś przez życie kroczyć ambitnie, inaczej.

Wbrew paradygmatom i wbrew nakazom! Chrzanić media i chrzanić farmazon, zawsze przeciw zakazom, pod prąd, ale już się nie da tak dłużej. Bo to, że zamkną sklepy zaraz, że się każą zaryglować w domach, to już wykracza ponad sprawczość twoją, już nie masz nic w tym temacie do powiedzenia i albo sobie ten tyłek za tydzień podetrzesz papierem albo gazetą, a dawniej można było i wszystkim! (odważne słowa jak na pisarza).

A zatem reagujesz rozsądnie i racjonalnie, bez paniki, ale i zasadnie, nie rzucasz się, i długo, naprawdę długo czekałeś na to, aby do sklepu pójść, czekałeś niemal do samego końca i w końcu nie wytrzymałeś, poszedłeś, kupiłeś i masz.

Jest jednak w tym owczym pędzie coś wysoce uwłaczającego, sam akt stania w kolejce, mieszania się z bydlęciem zbiorowym i te łowy na konserwy, na żarcie, czyż naprawdę było ci to niezbędne? Wszak to jedynie komfort, może i zbędny, czyś kiedykolwiek miałeś w swojej szufladzie cztery różne makarony, ileś tam konserw i tyle pod szafką wody? Nie, nigdy, a dzisiaj masz, czyliś jednak dał się złapać, dałeś się wrobić, a teraz w biurach sobie przyznają nagrody, bo oto złamali cię, złamali nawet Sarminiego, a jeśli ciebie no to już chyba każdego. A przecież był taki czas, że żeś brał kilka banknotów i ruszał w podróż daleką, zagraniczną, nieznaną i żeś z niej nie wracał tygodniami, śpiąc pod namiotami, podróżując autostradami, za parę złotych, jedząc paskudne, śledziowe konserwy w sosie pomidorowym chodziłeś po górach, patrzyłeś w gwiazdy i wodę piłeś z potoków i z nieba.

Do szczęścia i spokoju niewiele potrzeba, naprawdę niewiele, ale ty się dałeś zapędzić w wygodnictwo, za komfortowo ci się zrobiło i spuścić z tonu, obniżyć statusu już nie potrafisz. Bo jesteś szlachcic, szlachcic po kądzieli i przywykłeś do luksusów, które ongiś dostawałeś od nich, od dziewcząt i chłopców swoich, a teraz sam sobie wielkie łoże musisz ścielić, sam kupić herbatę z jaśminem i sam nowe szaty przywdziać – to, co wcześniej było otrzymane, dzisiaj już do kupienia jedynie, i opróżniasz się z hajsu, opróżniasz ze szczęścia, powabu, ambicji, bo zamiast lecieć teraz hen na brzegi Teneryfy, tyś musiał nabyć żarcia za stów parę. Za tyle byś w Kluż-Napoka bawił przez tydzień wspaniale.

Wystawa BEZ PRZEKAZU / 2001 w Płocku

Płocki Ośrodek Kultury i Sztuki, Czar Kaj i Miss Dorys zapraszają na multimedialną wystawę zbiorową „BEZ PRZEKAZU” prezentującą prace artystów wizualnych wokół powieści hip-hopowej BEZ PRZEKAZU Piotra Sarminiego. Ponadto odsłonią prace związane z debiutancką książką Doroty Cieślik pt. „2001” (premiera w 2020 r.).

****___POLSZAWA TOUR 2044___****

STREET ART, czytanie na żywo, mapping 3D, malarstwo, grafika, intermedia, moda, sztosy, audiobook!
#Wernisaż – 26 października, 17:00, POKiS podziemie piętro minus jeden. O 18:00 autorzy przeczytają fragmenty książek.
ej! //////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

___2001___ MD
… to powieść ilustrowana dla dorosłych autorstwa Miss Dorys. Akcja książki dzieje się w Warszawie w roku 2018 oraz w Płocku, z którego pochodzi autorka, w roku 2001. Zwariowana historia o dojrzewaniu, zyskiwaniu tożsamości i wielkomiejskim życiu obrazowana pracami Dorys.

[…] BEZ PRZEKAZU […] PS
Wschodzący raper chce ukończyć płytę, wdaje się jednak w ciąg medialnych afer, gdy na jego drodze stają znana jutuberka i ukraiński karierowicz. Bohaterowie wciągnięci w imprezowy wir celebryckiej Polszawy potykają się o własne słabości, na drodze do sukcesu, który może nie nadejść.

/// 20 wyjątkowych artystów i artystek poruszających się na co dzień w różnych strefach, potraktowało powieść jako punkt wyjścia dla własnej wypowiedzi artystycznej krążącej wokół ludzi, miasta i „powinności” sztuk. Impresje i własne interpretacje oraz BUNT wobec rzeczywistości zastanej stanowią fundamenty tego jaśniejącego Zboru.
Wystawę perfekcyjnie dopełniają prace Dorys spod znaku „2001”, w których artystka prezentuje wyraziste, oryginalne spojrzenie na kwestie dojrzewania i kulturowej tożsamości.
? Dodatkowo zostaną zaprezentowane ilustracje płockich artystów tworzących na co dzień w POKiS – inspirowane powieścią BEZ PRZEKAZU! ? ///
……………………………………………………………………………………….
DORYS, CZARNY KAJET, FASER, DAMIAN ZIÓŁKOWSKI, IZABELA PAŁYS, IRMA TYLOR, ZERO TROSK, ANGELA SZADKOWSKA, ZAVKA, KINGA JANIAK, NIEBIESKI ROBI KRESKI, NO FUTURE, SIERYSUJE, MACIEK MISIEWICZ, KINGA OFFERT, KWACHY, MARTA BYSTROŃ, TPIENCZAK, IXI COLOR, MARIA REGUCKA, KUBA GARŚCIA/K105K,.

MUZA:
*TBA

*Ponadto dla zwiedzających:
– NIEDZIELA 13:00 warsztaty kreatywne z autorami!
– strefa audiobook
– gra przestrzenna

Przyjdź i wyraź co dla Ciebie znaczy #BEZprzekazu oraz podziel się swoimi wspomnieniami z roku 2001.
#WERNISAŻ: POKiS, piętro -1, ul. Jakubowskiego 10, 26 października, godz. 17.00.
Wystawa będzie czynna do końca listopada.

CZARNY KAJET vol. 3

CZARNY KAJET vol. 3, 27.07.2019

Pieniądze wydaje się zbyt łatwo, trzeba ich mieć dużo by nie zabrakło. Na dobro pracujesz z mozołem tygodniami, do skoku w przepaść wystarczy chwila.

Kac sobotni, poranek wilgotny witany promieniami słońca odbitymi w kroplach deszczu. Techno party, Stalowa party, o piątej był jeszcze każdy nażarty tablicą Mendelejewa, ulewa czy nie, przy 180 BPM to już wszystko jedno jest. BUM, BUM, BUM, tak szybkie, tak nałożone jak wibracje pszczelich skrzydeł uderzających w kielich orchidei. Gniecie bas twoje ciało i serce, pęka powietrze, łamie się słowo stłuczonym sensem, co skruszony opada w błotną czeluść zadeptanych w parkiecie podeszw.

Chodzę w tym wszystkim z oczami wyłupiastymi, chociaż na zdjęciu wychodzę dostojnie. Poza momentem przystojnym, wypadają liczniej te nieprzystojne. Szukam miłości, czy choćby bliskości i wiem, że nie znajdę jej tutaj. Te co są pięknie nie mają serca, te co je mają nie ciągną druta. Niby okej. Chodź mała na bok, chcę poznać cię. Znaliśmy już się – 8 lat temu. Byłaś ziomalką mej ex, wtedy mówiliśmy sobie jak do zakazanego owocu „cześć”. Teraz są takie chwile, że mam ochotę patrząc w twe oczy zbłyskane molly zjeść cię, ale potem mi mija, gdy widzę w nich nasz smutek i dekadencję #Berent #Próchno #Ozimina.

Spoglądam w telefon, gdzie prowadziłem pisanie z byłymi. Rozmowy zamierają naturalnie po dniach, one przypominają sobie, że ty je znasz i one także znają ciebie. Był taki moment, że myślały już tylko o twoim pogrzebie, a ty teraz próbujesz wjeżdżać im przez literki ze swą wyśnioną rezurekcją, stać się swoją świeższą, wyższą wersją, ale na profilu wciąż masz te zdjęcie, na którym przechodziłeś przez piekło. I one to widzą i widzą cię nowego-starego i nie wierzą w twą zmianę, tak jak ty sam jeszcze w nią nie uwierzyłeś. Zbyt wiele już razy coś cię odepchnęło od DOBREGO, abyś teraz mógł sobie zaufać na słowo.

27 dzień trzeźwości nikotynowo-alkoholowej. Ze znajomymi prędzej czy później zawsze temat schodzi na używki: kto, co, gdzie, ile, jak. Zazwyczaj: każdy, wszystko, dużo, głupio i radośnie. Czasem też na smuta. Deklaracje, mikro ciągi i mikro kuracje, makro gramy płynące nam w żyłach i mózgach, wszystkich wielkich liter i wzorów chemicznych świata; wszystkich slangowych określeń, wszystkich hyperreal odniesień, wikipedii z działu „chemia” hiperlinków. Mazury: LSD, morze: wódka, klub: tabletki połówka, praca: speed, na chęć życia: prozac, na codzienność kicz.

A potem roll, roll Kazimierz Wielki, Jaśnie Pan pozwoli Zygmuncie Auguście Stary – proszę być tak dobrym i przez swój portret dostarczyć w nasze nosy sproszkowanego, białego szczęścia opary. Absurdu.

Trzeźwy czy nie, kończę na muruku. Czuję się tylko inaczej już dzisiaj i większy, pewniejszy, okrzepiony, wiedząc, że to co płynie mi w mózgu i żyłach to już bez wódki i papierosów atomy. Demonów mniej o dwa, więcej o dwanaście. Są takie ranki, że leżysz w łóżku i wiesz, że prędko nie zaśniesz.

 

Oświadczenie ws. wyroku sądowego przeciw firmie &Visual

Oświadczenie ws. wyroku sądowego przeciw firmie &Visual

Znacie te historie z niewypłacaniem wynagrodzenia, ustnymi zmianami umów post factum i sytuacji, w których to Wy lub Wasz znajomy był pokrzywdzony po zakończeniu współpracy z pracodawcą? Ja kilka. Dlatego:

OŚWIADCZAM, że firma &Visual (w praktyce tożsama z firmą Bussines&Culture), dla której pisałem teksty prasowe i dzieła wiosną zeszłego roku przegrała ze mną w sądzie sprawę o wypłatę wynagrodzenia, którego wypłacić mi nie chciała. Wyrok ma charakter prawomocny.
Pan Maksymilian Fuzowski nie cofał się przed pomówieniami (rozważam wobec niego podjęcie dalszych działań prawnych), zaś pani Katarzyna Grabowska wynajęła nawet prawnika. Rozpoczęła się sądowa i pozasądowa batalia z pracownikiem, który ośmielił się wyegzekwować to co obie strony podpisały w umowie. Firmy te sądziły (błędnie), że nikt do sądu nie pójdzie (i niestety długo miały racje). Że mogą naginać prawo, ludzi i rzeczywistość zgodnie z własnymi interesami. Zastraszając mnie w swoich gabinetach i garniturach (zaznaczę, że ja rozmowy prowadziłem w białym dresie) perswadowali milczenie i przegrany proces, niemoc wobec swoich prawników.

Tu przychodzi mi na myśl wiele przysłów, ale przytoczę jedynie: „trafiła kosa na kamień”. Warszawskie sądy trzykrotnie uznały moje racje, stając po stronie pracownika, i 16 maja oddaliły apelacje pozwanej, tym samym orzekając w pełni na moją korzyść.
Z racji, że nie jestem pierwszą osobą, która miała z tymi firmami problemy, wyrok ten cieszy podwójnie.

Niech to będzie lekcja dla nich, ale przede wszystkim dla nas – młodych na rynku pracy. Umowa jest także dla Ciebie. Nie dawajmy sobą manipulować i wmawiać sobie, że sądy to czarna magia i bez prawnika nie ma tam szans (CK i Szmuel Gelbfisz Illegal Advisor vel Tadeusz – kolabo roku. Rozumiecie, że na pismo procesowe możecie wrzucić swoje logo?). Plus jest taki, że na Smulikowskiego zaoszczędzą dziś przynajmniej na sprzątaczce, albowiem zostało
#pozamiatane

#oświadczenie #sąd #&Visual #BussinesandCulture #Bussines&Culture #pr#publicrelations

Dziennik Wyzwolonego – Niedziela

Niedziela

Wraz z trwaniem i przyjmowaniem się sztuki, która na wzór kamienia wrzuconego w wodę społeczną zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, wracają do tego centrum, w którym jest moja RZECZ fale zwrotne. Ich intensywność wzrasta proporcjonalnie niosąc atomy zaczątków miłości i nienawiści, kultu i wyklęcia, szacunku oraz plwocin.

Na Wileńskim spotykam się z uroczą kobietą, która była na Wystawie. Kupuje ode mnie kolejne dwie książki. Mówi, że rozmawiała o mnie z ramiarzem w Opolu. O MNIE Z RAMIARZEM W OPOLU. I, że tam też by można z wystawą. Niesamowite jest to, i trudne do pojęcia, że oto poważny człowiek, tworzący ramy do obrazów, setki kilometrów stąd choć przez chwilę miał mnie i moją sztukę w głowie.

Z kolei im ludzie (rzekomo) bliżsi sztuki literackiej, tym wrożej (bo czemu by nie) i chętniej do szkalowania i obmowy, ale w ich słowach nigdy odniesienia do RZECZY nie ma. I choć czytają blog mój i książkę potajemnie, to nigdy się z tym nie ujawnią czy to w słowie krytycznym wprost, czy łechcącym.

Nie zauważyliby Norwida nawet gdyby im nastąpił na but. Nie dostrzegliby obrazu Beksińskiego, gdyby namalować go na murze, nie porozmawialiby z Magikiem nawet gdyby ich chciał oczarować. 

Oni sztukę potrafią dostrzegać dopiero kiedy im ją ktoś wskaże palcem, kiedy chwyci za główki i je przekręci i mówiąc: TO TO TO! To jest sztuka. A oni wtedy otwierają usta zadziwione i jak karpie żrą, ani przy tym nie rozumiejąc ani smaku nie czując, tego duszy pokarmu. I jak karpie się mydlą w wannie ciasnej, ocierając swe śliskie ciałka i oddechy, a nazywają to sobie towarzystwem.

Ha! Towarzystwem, do którego żaden człowiek mający poczucie rangi nie chciałby należeć. Towarzystwem, w którym są wyłącznie ci, których los – miejsce i czas – wtrącił akurat TU, i którzy przez owczy pęd do stada zebrali się w korytarzowej kupie razem żreć trawę i wymieniać nic nie znaczące banialuki. Ich rozmowy niczym się nie różnią od rozmów robotników, którzy na przerwie obiadowej omawiają bieżący przebieg robót, narzekając na kierownictwo i obmawiając nowych kolegów. Ich towarzystwa to koślawe kontynuacje szkolnych grupek, ale gorsze jeszcze,

bo wy ani się nie lubicie, ani nie jesteście szczerzy, ani też nie macie żadnego wpływu – jesteście zbiorowiskiem przypadkowych prowincjuszy, dla których gorsza od samodzielności może być tylko samotność.

I oto kiedy się trafia indywidualność, to ich początkowa ciekawość, pod wpływem grupowości zamienia się we wrogość.

Z rozkoszą podjudzam tedy ich chłopską nieufność do „literata”, tego nabieracza par excellence, i podpuszczam od czasu do czasu słówko, lub gest, zgoła wątpliwe a nawet wręcz pajacowate. Ich prostacki szacunek do powagi jest tak wielki, że zupełnie od tego baranieją.*

Oni! Czytający T.K. Węgierskiego, pilnie notujący biogramy futurystów, historię surrealizmu, oni wypowiadający się o Rimbaudzie – żyjąc w czasach dawnych byliby pierwsi do ignorancji, pierwsi do zamykania wystaw i ksiąg, pierwsi do podkładania ognia pod stos Giordana Bruno. Tak jak i dziś ignorują sztukę współczesną i młodych twórców. Oni nie potrafią żyć dzisiaj, a tylko w przeszłości, nie mają zdolności dostrzegania tego co się staje, a tylko tego co już się stało.

Coraz gęściej wokół mnie od mdłych kretynów tej uniwersyteckiej fabrykacji, która wie tylko to co się jej wsadza w głowię i wyfaszerowana wiadomościami, zatraciła poczucie takich imponderabiliów, jak charakter, rozum, poezja, wdzięk. (…) Niewrażliwi na sztukę, nie znający życia, formowani przez abstrakcje, są zarozumiali i ociężali. Lubię doprowadzać do furii tych nieestetycznych głuptaków (…).**

A te wiersze, dramaty i prozy piękne, wartości, o przyjaźni, honorze, solidarności o prawdzie, to dla nich tylko puste słowa. Potrafią czytać Mickiewicza a potem odbierać telefon słowami halo, kurwa, chełpić się lokalnością, a następnie rozbijać butelki o chodnik, deklarować przyjaźń, a potem w przyjaciół swych wbijać zatrute ostrza.

Jakże się cieszę, że ich poznałem! Że ich maski opadły w końcu i to, co podejrzewałem od samego początku ziściło się w i ukazało tak jawnie swą marność. Za ich rogowymi okularkami widać już tylko strach. Wystarczy mocniejszy tylko bodziec, by się przerodził w agresję. To wy Ateńczycy skazaliście Sokratesa na śmierć!

Nie śmiem komukolwiek mówić: bądź wielki!

Ale jednego możemy od siebie wymagać: nie bądźmy mali. 

——-

* W. Gomrbowicz, Dziennik 1957-1961, Wydawnictwo Literackie, s. 146

** ibidem

 

Dwie anegdoty

Dwie anegdoty

Chodzenie przez lata do odpowiedniego fryzjera obfituje wytworzeniem bliskich relacji:
 
– Panie Darku, a co pan tak na nogę utyka?
– A wie pan, uprawialiśmy wczoraj z żoną seks. UPRAWIALIŚMY to odpowiednie słowo, bo to było właśnie takie uprawianie.
– Rozumiem, takie oranie.
– Tak, po tym ja sobie musiałem smarować kolanem maść, a ona kręgosłup. Po 30 latach małżeństwa, tak właśnie wygląda POŻYCIE.
– Widzi pan, dlatego ja z całym szacunkiem, żony nie mam.
– Oh, jak skończymy to na głowie to już proszę pana nie będzie wyboru.
***
Idę z Tidumem Krakowskim Przedmieściem, zaczepiają nas Mormoni.
– Dżem dobry – mówi dziewczyna z amerykańskim akcentem – czy werzycze w Boga?
– Uważam, że wiara lub niewiara w Boga, nie wyczerpuje możliwości moich stosunków względem Absolutu. – odpowiada Tidum na jednym wydechu.
—— error, error, drzewko dialogowe zostało ścięte.

TURBOT

Dzień, rozpoczęty notabene obiecująco, bo już o godzinie 8.00, z jedynie lekkim, półgodzinnym zaspaniem zatruł mi turbot z zamrażarki.

Dzień o potencjale rosnącym – rozpoczęty anapaną (zarówno wczoraj jak i dziś ostatnia myśl medytacji nie tyczyła się odczucia ciepła lub wyładowanie na wąsie, a którejś z dawnych kobiet, czy może precyzyjniej mówiąc *********), przez kawę zbożową marki Inka (którą wczoraj mi obrzydził nieergonomiczny [strasznie trudno się z nim poruszało; obok niego] Em. informując, że inkę podają na Kolskiej „taką zimną i ohydną nad ranem” [nie wiem skąd to wiedział]. Coś co do tej pory kojarzyłem jedynie z czystą atmosferą Dziadowieckiej kuchni Dhamma Pallavy, Em. musiał mi zohydzić wizją alkoholowej degradacji)

A potem decyzja szybka, w ułamku sekundy – na śniadanie zamiast owsianki zjem gnocchi. Wtedy też konstatując, że skoro gnocchi na śniadanie, to już nie na obiad, postanowiłem rozmrozić turbota. Jacek przywiózł znad morza chyba z 10 kg. Jestem przekonany, że podróż ta odbyła się z wszelkimi uchybieniami względem sanepidowskich norm przewozu żywności. Jedynie domniemany mróz lub temperatury lekko powyżej zera panujące na pace opla vivaro mogły działać na korzyć rozmrażającej się ryby.

Owszem, 2 tygodnie temu prezentowała się jeszcze całkiem nieźle, o ile wielka, zbita, różowa kula rybich, trójkątnych tusz może wyglądać nieźle. Turboty są tak zmrożone, że niemożliwością jest oddzielać je we właściwych kawałkach; zbita masa różowości może być cięta na wskroś bez zważania na to, gdzie przebiegają naturalne granice ości i kręgosłupów. Może być, ale nie tnę, bo rwanie mięsistych tkanek zamrożonych zbyt ohydne mi się wydaje. Szukam, więc tusz samotnych, odrzuconych od beznamiętnego, a twardego stada kuli, coś jakby dusz odepchniętych od społeczeństwa. Szukam ich i podaję im pomocną dłoń. Oferuję rozgrzanie, uwagę, trochę przypraw. Najważniejsze: sprawiam, że znów mogą stać się przydatne, przysłużyć się komuś – wyższej sprawie. Sprawie mojego żołądka.

Znajduję samotne, poza nawiasem folii, wygięte tuszyczki. Jedna ma na sobie szron, druga jakby – płatki śniegu.

Wyciągam wspaniałomyślnie dłoń i wtedy już czuję ich swąd. Nie powinny śmierdzieć skoro są w głębokiej hibernacji. Może to tylko zapach. Tak, zapach.

Zbliżam turbota, czy raczej to co z niego zostało pod drżący jeszcze anapaną nos i wtedy, i wtedy robię: „łue, łue e ehk!”.

A mimo wszystko kładę to na talerz, obok drugiego trupa i wkładam na górną półkę lodówki. Tak dziś wielka jest we mnie chęć pomocy bliźnim i darmowego napełnienia żołądka.

Staję się jednocześnie oprawcą i ofiarą, przedmiotem i podmiotem, mecenasem, beneficjentem.

* ostatecznie obiad skończył się na pizzy

notowane pierwotnie w Czarny Kajet FALL 2018

 

 

Fetysze emocjonalne

Fetysz: „w religiach pierwotnych: przedmiot, któremu przypisywano siłę magiczną”

„Fetysze emocjonalne” to projekt, który przyszedł mi do głowy wraz z początkiem lata – wspomniałem o nim w ostatnim wpisie.

Chodząc po plaży w stanach i towarzystwach przeróżnych, chodząc przez ponad dwa miesiące, napotykałem rozmaite przedmioty i formy: kamieni, muszli, przedmiotów etc. wyrzuconych przez morze. W ciągu tych dwóch miesięcy moje emocje, nastroje i siły zmieniały się jak struktura piachu, po którym stąpałem. Plaża niby pozostawała ta sama, jak i niby Piotr pozostawał Piotrem, ale w rzeczywistości niewiele z „dziś” przypominało to z wczoraj. Emocje są dynamiczne i nie jest to wyraz dysharmonii czy szaleństwa, a naturalny stan ludzkiej natury.

Zebrałem z plaży to co wydało mi się najwyrazistsze, co zarezonowało we mnie i luźnym skojarzeniem przywiodło emocje i stany, których ostatnio doświadczałem. „Fetysze emocjonalne” łącząc fotografię i surową poezję próbują ukazać złożoność ludzkich emocji, odnaleźć ich przyczyny (sytuacje) i rozpoznać warunki, w których takie emocje lubią się pojawiać.

Minerał szlachetnej dynamiki

Minerał szlachetnej dynamiki

emocje: rosnące podniecenie na wysokości splotu słonecznego, zadowolenie z siebie, odwaga, moc, sprawczość

sytuacja: wykonywanie elementów większego projektu z łatwością, polotem i autentycznym zaangażowaniem

warunki: umysł pozbawiony negatywnych emocji i wolny od przebodźcowania, ciało zdrowe, oddech głęboki, wolność w działaniu, samodzielność

 

Bursztynowy naszyjnik

Bursztynowy naszyjnik

emocje: radość w klatce piersiowej, krótkotrwała satysfakcja, atrakcyjność, kompulsywność

sytuacja: przebywanie w miejscach zakupowych, towarzystwo, chęć stymulacji humoru, „potrzeba” odświeżenia swojego „ja”

warunki: wypłata za pracę, poczucie „zasłużenia” na coś materialnego, oszczędność pieniędzy na innych polach

 

Martwa Mucha

Martwa Mucha

emocje: głęboki żal po stracie, poczucie pustki, bezsensu życia po zaznanym niepowodzeniu i utracie ukochanej osoby

sytuacja: emocjonalna i seksualna samotność, bycie daleko od domu, popadanie w nałogi, brak sił, niedotrzymywanie postanowień

warunki: nieprzepracowane ważnych doświadczeń w bieżącym czasie i zepchnięcie ich do podświadomości, brak wyraźnych sukcesów na polu zawodowym i prywatnym, brak poczucia stabilizacji życiowej

 

Pordzewiałe okowy wolności

Pordzewiałe okowy wolności

 

emocje: poczucie „zluzowania” dyscypliny, chwilowa wyrozumiałość, upojenie. Następnie: żal, wstyd, powątpiewanie we własną wolę i sprawczość. Dalej: podjęcie postanowienia o tym, by nigdy raz zrzuconych okowów powtórnie nie zakładać.

sytuacja: niespodziewany nawrót do dawnych myśli i wzorców zachowań, które uważało się za niebyłe. Nawrót często połączony z używkami, lub określonym towarzystwem wywołującym stany i zachowania, których potem się wstydzimy.

warunki: Sytuacje towarzyskie z ludźmi „z przeszłości”, którzy znali nasze inne, rozchełstane „ja”. Wyjazdy, nowe miejsca, osłabiona wola, używki

 

Smolista magma wielości

Smolista magma wielości

emocje: poczucie „zalania” informacjami, osłabiona pamięć, smutek, złość, podniecenie, lubieżność, ogłupienie

sytuacja: codzienna praca na komputerze wymagająca zbierania i przetwarzania informacji, prowadzenie portali społecznościowych, przykładanie wagi do „życia online”, potrzeba dzielenia się z innymi każdą chwilą

warunki: kompulsywne nadużywanie internetu, gier, pornografii. Niemożność zaprzestania „przeglądactwa”, potrzeba bycia w strumieniu informacji, potrzeba kompensaty wobec rzeczywistości

Chropowaty kamień pełni

Chropowaty kamień pełni

emocje: bezwarunkowa, spontaniczna radość, poczucie spełnienia „rozlane” po wnętrzu ciała, lekkie podniecenie seksualne, energia do działania w przyszłości

sytuacja: czas wolny od pracy spędzany zgodnie z własną  naturą, obcowanie z pięknem przyrody, poczucie obfitości w życiu

warunki: brak problemów na polu zawodowym i prywatnym, bądź nieprzywiązywanie do nich wielkiej wagi; zdrowie fizyczne, życie zgodne z własnymi dążeniami

 

Ciekawi mnie czy i Ty zaznajesz podobnych uczuć. Czy rozpoznajesz warunki i sytuacje, które na nie wpływają, czy dajesz się unosić falom emocji bez kontrolowania? Podziel się tym w komentarzu!

 

 

 

 

 

 

 

 

JA JA JA 5

3 lipca 2018, Jarosławiec

Mi

Im

Mnie

Einm

Ja

Aj

Rośnie we mnie coś, sam nie wiem, coś jest we mnie. To tu i tam, ale tego nie było we mnie.

Co to jest? Czy to się do ciebie zbliża?

Czy to jest daleko czy blisko?

Czy eksploduje, czy imploduje?

Czy to jest przeszłość czy przyszłość?

Czy to daje czy zabiera; oba?

Czy to wnosi, czy wynosi?

Czy to zabije czy da życie, czy przepoczwarzy?

Co to jest?

To chyba tekst.

 

Opowiadania się wybierają i klarują. Wyłaniają przy otwariu oczu. GRZECH: nie zapisałem rannego. Było coś o ataku na przeciętność. Pamflet na zwyczajność. Chyba tak. To jestem ja.

Znalazłem na plaży dwa czarne kamienie. Jeden – teraz jak nań patrzę – jest grafitowy bardziej; porowaty, ze srebrzystymi odpryskami, przy ruchu mieni się jak obsypana brokatem twarz dziewczyny na wiejskiej dyskotece. Czarny jest wtedy, gdy go obleje woda.

Drugi jest czarny dalej, porowaty mocno. Być może to kawałek asfaltu. Pachnie drogą. Zawiera w sobie tysiące jasnych kamieni, rożnych wielkości. Jest prawie trzykrotnie większy od poprzednika. Nie tak smukły w kształcie.

Wpadłem na pomysł, że te kamienie to będą moje emocje. Nie tylko te dwa. Kamieni uzbiera się cała kolekcja. A każdy z nich, jak muzealny obiekt zostanie nazwany i należeycie przez kustosza –czyli mnie – opisany. Niczym mierna instalacja jaką można oglądac w Zachęcie, tak przeciętna i banalna wizualnie (mogąca zadziwić jedynie umysły niewyrobione np. ośmioklasistów uczęszczających na lekcje etyki i historii sztuki), zostanie znadinterpretowana ciężkością lirycznego znaczenia. Mówiąc prościej: jeden kamień wyrażać będzie jedną emocję, a opis stanowić będzie moje wspomnienie łączącę się z tą emocją. Może zrobię z tego katalog, zin, czy plakaty.

Intuicyjnie rozpocząłem od kamieni czarnych, porowatych, przyciężkawych, niewyględnych, chcąc uporać się może na wstępie z emocjami nieprzyjemnymi, tymi, które tak trudno wydobywać na wierzch. Nie znam jeszcze znaczenia jakie niosą te kamienie. Muszę przyjrzeć się im bliżej, a wtedy zadecyduję.

BEZ PRZEKAZU – premiera 25 stycznia

PREMIERA POWIEŚCI „BEZ PRZEKAZU” już we czwartek, 25 stycznia, tylko na czarnykajet.com/skl3p

Dostępne są dwie wersje książki:

FIZYCZNA – lekkie, kieszonkowe wydanie, 256 stron, idealne do czytania w drodze do pracy, na uczelnię czy podczas imprezy techno. Książka dotrze do Ciebie w ciągu 2-3 dni roboczych.

29 zł + przesyłka

EBOOK- otrzymujesz wersję pdf (rekomendowaną do czytania) oraz epub. Ta wersja sprawdzi się na wszystkich czytnikach ebooków, oraz na tabletach i smartfonach. Książkę otrzymujesz natychmiast po zaksięgowaniu płatności.

19 zł + przesyłka free

 

 

RECENZJE:

„BEZ PRZEKAZU” BOLI. TO NIE JEST LEKKA KSIĄŻKA. NIE JEST ŁATWA. TA KSIĄŻKA MÓWI NAM O NAS COŚ, CZEGO NIE CHCEMY WIEDZIEĆ. CO NAS UWIERA. SWĘDZI. ŁASKOCZE. NIE POZOSTAWIA NAS OBOJĘTNYMI. ANGAŻUJE WSZYSTKIE NASZE EMOCJE. PRZEŻYWAMY TĘ POWIEŚĆ CAŁYM CIAŁEM. DOSTAJEMY CZKAWKI. DUSIMY SIĘ. CHRAPIEMY. OD DAWNA W POLSKIEJ LITERATURZE NIE BYŁO PROZY TAK ODWAŻNEJ. TAK WAŻNEJ. DŁUGIEJ. DAWNO NIE BYŁO U NAS KSIĄŻKI, KTÓRA BY ROZLICZAŁA POLSKĘ Z JEJ POLSKOŚCI. KTÓRA ROZLICZAŁABY HIP HOP Z JEGO HIPHOPATOWOŚCI.*

Karol Mroziński

 

„Powieść Bez przekazu należy do zupełnie nowej prozy, która świadomie i równocześnie czerpie z subkultur młodzieżowych, jak i z ich dotychczasowych przetworzeń literackich. Jej zasada organizacyjna opiera się nieoczekiwanie na rytmie, który nie tylko jest kolejną zabawą z rapem, ale i próbą „nakręcenia” czytelnika, wprowadzenia go w pewien nastrój, poprzez który zbliży się do niego opisywany świat, jego bohaterowie, ich sposób oglądania wszystkiego wokół. To ważne, bo dawno prozy tak jawnie nastrojowej nikt nie proponował.”**

Tadeusz Mizerkiewicz, Prof. dr hab. UAM

 

Z A J E B I O Z A

Anna Maria Wierzchucka – Laureatka Grand Prix VII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „O Granitową Strzałę” 2015, Laureatka II nagrody XII Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Stanisława Grochowiaka 2016 w kategorii poezja a także m.in. I nagrody V Turnieju Jednego Wiersza im. Wandy Karczewskiej 2015 oraz I nagrody X Ogólnopolskiego Otwartego Turnieju Jednego Wiersza im. Pawła Bartłomieja Greca 2016.

 

PREMIERA KSIĄŻKI 25 stycznia na czarnykajet.com

 

  • *PARAFRAZA OPOWIADANIA KAROLA MROZIŃSKIEGO „IDA”, [W:] K. MROZIŃSKI, RAZZMATAZZ, WYDAWNICTWO JÓZEF CZĘŚCIK, GDAŃSK 2015, S. 88.
    UŻYCIE FRAGMENTU ZA ZGODĄ WYDAWCY.
  • ** PEŁNA RECENZJA „BEZ PRZEKAZU” JEST DOSTĘPNA TU 

JA JA JA 4

Oh, tak bardzo nie mam ochoty pisać tego korporacyjnego bełkotu!
„Najlepsze kampanie influencerskie roku 2017”, „Jak zarobić na youtube?”, „Czego chcą dziś milenialsi w mediach społecznościowych?”. Niby to wszystko ważne, niby też doraźne, skrojone odpowiednio do chwili i potrzeb, tych, którzy by chcieli zarabiać więcej, mieć więcej, być więcej, przeżywać więcej. Słowotoki korporacyjnego stylu: „fuzja”, „przetarg”, „kampania”, „influencer”, „ SEO”, „SEM”, „koneksja”, „CEO”,  i ja, skromny pisarczyk i piewca wielkich marek i ich jakże wielkich działań.
Tak jak kiedyś pisarze trudnili się posadami urzędniczymi, tak my dziś, oddajemy swoje ciała i dusze zamożnym korporacjom, które za te słowa, słowa, słowa, sklecone jakoś na siłę, są w stanie uszczknąć nam nieco ze swego bogactwa. Nudne to wszystko i pragmatyczne, bo dzisiaj chciałbym pisać tylko dla siebie i o sobie, przelewać zajawkę, myśli, przeżyć, taplać się w sosie własnym, i tak może, skromnie, rozjebać to wszystko na caly świat, do każdej biblioteki, księgarni, na każdy mur, aby tak każdy, w wolnej chwili mógł poczytać sobie mnie, bo przecież osobą jestem najbardziej na świecie fascynującą. I to niezmiernie ważne, co się wczoraj działo w tym mieszkaniu, i co mi się pomyślało dziś przy śniadaniu, i co zrobiłem dwa lata temu będąc na haju. Tak, to ważne, a te nowe technologie, te pieniądze to komu to potrzebne, jest, przecież z tego nie ma…

Mios Dios! Niczym się od tych korporacji nie różnimy!

Świąteczno-noworoczne pozdrówki i co dalej z blogiem?

Szanowni Czytelnicy,

ci z Was, którzy śledzą moje insta odnotowali zapewne fakt, że ostatnie dni spędzałem nad morzem, a bywało, że i w morzu (po kostki).

Wierzę, że każdemu należy się trochę odpoczynku a odpowiednio dozowana samotność dobrze wpływa na kondycję twórczą. Jak możecie zauważyć, od pewnego czasu nic nowego na blogu się nie pojawiało. Ale spokojnie, piszę, natomiast główną uwagę koncentruję teraz na wydaniu mojej debiutanckiej powieści „Bez przekazu” – czarnykajet.com/bezprzekazu/    

Książka poszła do druku, wszystko zmierza w planowanym kierunku i powiem Wam tak skromnie… będzie rozpierdol,

a od nowego roku na blogu pojawiać się będą już same sztosy związane głównie z książką, ale nie tylko.

Tymczasem pozostawiam Was na te ostatnie dni roku w ciszy. Od maja czarnykajet odwiedziliście blisko 4000 razy i było Was tu 1514 osób, za co bardzo dziękuję.

Blog nabiera kształtów, m.in. dzięki zajebistemu brandingowi od Saiko Studio.

Wypatrujcie tagów na murach i w ogóle patrzcie na ulice bo CK wjeżdża teraz z ostrym guerilla marketing.

Życzę Wam wiele energii, mocy, metafizycznych i literackich wrażeń.

Badajcie czarnykajet.com od 1 stycznia! Elo!

Sarmini

 

Białe skiety

(…)

Palę teraz mentolowe marlboro, noszę biały dres prosto i białe skity no name. Czy to coś wprowadza do tej opowieści? Może fiksację bielą. Krótkotrwałą. Bielą, taką jak skóra A. Myślę o niej dziś, myślałem o niej wczoraj i pomyślę jutro. Myślę, odkąd aplikacja tinder nie dostarcza mi już drobnych wibracji na biurku czy w kieszeni, odkąd nie dostarcza małych wibracji i dużych zakłóceń w kroczu i umyśle.

Pojawiają się myśli inne, skojarzenia, bardziej twórcze z pewnością. Choć, czy to znowu takie wielkie, że kiedy widzę dresiarską, jakby ze skansenu wydobytą parę, która swoimi pocałunkami i wyznaniami wchodzi w myśli całego tramwaju (najbardziej koleżanki, która im towarzyszy. Najmniej motorniczego, który ma to wszystko w dupie.) to myślę, o tym, że mile puszysta dresiara, zaraz pobrudzi swoim różowym air maxem białe skity pana dresa.

Kiedy mu siedzi na kolanach, rozkochana cała i mówi: ale wódką od ciebie śmierdzi. Powąchaj Dominika jak od niego śmierdzi. No nie bój się! Przybliż twarz! Nie ugryzie cię! No chuchnij jej, chuchnij, ale nie tak mocno, tylko tak wiesz… A on chucha Dominice, po czym ona zgodnie stwierdza, że faktycznie wódką śmierdzi, to ja się modlę w duchu, aby tylko mile puszysta dziewczyna nie pobrudziła tych białych skarpet. Bo nogi jej zwisające są i bujające się, a i tramwaj i domniemana w tle wódka nie sprzyjają sztywnym ruchom ciała, a wręcz przeciwnie – zmiękczają je, wprowadzać mogą chaos. Jedno mocniejsze hamowanie, pleców odgięcie powodowane śmiechem i zaraz różowo-błotnista pięta różowego air maxa pobrudzi te białe skarpety.

Ale podróż trwa i w końcu docierają na Kijowską i ona mu z tych kolan schodzi. Bez najmniejszego dotknięcia i zabrudzenia.
Jestem za to wdzięczny motorniczemu i jestem wdzięczny tej miłej dziewczynie, że choć jest ekspresywna i bardzo zakochana, to przede wszystkim zdyscyplinowana jakoś wewnętrznie. Że nie jest rozchełstaną łajzą i fleją, która brudzi czyjeś skarpetki, tylko, że potrafi bawić się głośno, przeciągle, ale jednak na wewnętrznym poziomie w sposób czysty i higieniczny, nie obciążający domowego budżetu przeznaczanego na odplamiacze i wybielacze i szare mydło marki jeleń.

MOJA (nie)PODLEGŁOŚĆ

11 listopada to dobry dzień by pomyśleć o Niepodległości. Niepodległości Państwa Polskiego od stuleci nam wydzieranego, tysiąckrotnie odzyskiwanego. Być wdzięcznym za to, że dziś żyjemy w kraju względnie wolnym, niepodległym, za to, że możemy chodzić nocą ulicami trzymając się za ręce i pić wino na wpół opustoszałych ulicach. Za to, że możemy mówić i pisać w języku ojczystym, za to, że mamy trochę grosza w kieszeni, za to, że mamy dachy. Zawsze warto być wdzięcznym, ale nigdy nie warto być psem skopanym, co za pięć minut zapomina i choć czuje jeszcze atmosferę niedawno wyrządzonej krzywdy, zaczyna nieśmiało pomerdywać ogonem. 
 
11 listopada to dobry dzień by pomyśleć o wolności osobistej w kontekście prywatnym, o własnych zezwoleniach i ograniczeniach o tym co nas trzyma a co pcha do przodu, o tym czy dalej, patrząc sobie w lustro, możemy nazwać się człowiekiem wolnym.
Są też wolności obywatelskie, takie na które zezwala nam ustawodawca w kontekście publicznym i o te wolności zacząłem się w ostatnim czasie niepokoić. Zaczynam gdzieś je gubić, jak złoty zegarek, jak paczkę marlboro, jak dawną przyjaciółkę. Gubię. Ale kiedy czyni to państwo, to mam wrażenie, że jednak bardziej jestem OKRADANY, niźli przez własną nieuwagę poszkodowany.
 
MOJA NIEPODLEGŁOŚĆ została wczoraj – 10 listopada, przez obecną władzę czterokrotnie ograniczona, w sposób bezpośredni, a to już nie podoba mi się bardzo i staje się zapalnikiem buntu.
1. Służbowo musiałem zadzwonić do TVP. Na ŻADNEJ ich stronie nie ma numeru, który byłby aktywny. Wszędzie włączają się automatyczne sekretarki i nie dają możliwości porozmawiania z żywym człowiekiem. „Telewizja publiczna”? To chyba taka, gdzie człowiek może chociaż porozmawiać z człowiekiem? Nic z tych rzeczy.
2. U dentysty nie dostałem znieczulenia, bo już go nie refundują. Wyobrażałem sobie, że jestem szpiegiem na torturach. Nie ujawniłem niczyich nazwisk: ani ministra zdrowia, ani premier, ani swojego dilera.
3. Wracając od dentysty Krakowskim Przedmieściem na mej drodze stanęła policja i mur metalowych barier. Nie mogąc przejść pod pałacem prezydenckim i dostać się pod Kolumnę Z. zszedłem Karową, potem dookoła przez Nowe Miasto, by w końcu wejść na most. Padał deszcz. Dopiero w domu dowiedziałem się, że zamknięto KRAKOWSKIE PRZEDMIEŚCIE W PIĄTKOWY WIECZÓR,… aby celebrować… miesięcznicę smoleńską.
Moje miasto, moją kurwa przestrzeń mi grodzą i ograniczają, dla wąskiej grupy ideologicznej!
4. Od 2018 zakaz handlu w co drugą niedzielę. Studenci, ludzie niewykwalifikowani, pracownicy tysięcy sklepów, podziękujcie PISowi za to, że zabiera Wam możliwość pracy. Biznesmeni też podziękujcie i Wy konsumenci też podziękujcie za to, że będzie teraz więcej czasu na oglądanie TVP.
WKURWIAM SIĘ. Bo choć przyjąłem kilka lat temu zasadę nie przejmowania się polityką, nie tracenia na nią energii ani nerwów to tym razem politycy, ich wstrętne łapska dotknęły mnie, skaziły mój dzień i MOJĄ KURWA NIEPODLEGŁOŚĆ.
Owszem, czynili na nią już zamachy wcześniej, np. dostarczając mi wezwanie do aresztu za nieprzyjęcie mandatu karnego – sprawa tyczyła się picia wina nad Wisłą.
Czynili na nią zamachy wcześniej podnosząc VAT, ograniczając fundusze na edukację, zabierając mi bez pytania pieniądze, ignorując mnie kiedy chciałem legalnego zioła i ignorując miliony kobiet w sprawie dotyczącej ich ciała.
Ignorowali mnie wielokrotnie, ale wczoraj WPŁYNĘLI na moją pracę, na moje zdrowie, na moją wolność przemieszczania się i na moje decyzje zakupowe.
Na dzień przed świętem mającym celebrować NIEPODLEGŁOŚĆ zaśmiali mi się w ryj i pokazali, że podległy jestem – im. 
Forma i otoczka całej tej niepodległości to jedynie propaganda. Dopóki obywatel jest traktowany jak milcząca ściera, dopóty o prawdziwej niepodległości państwa mowy być nie może.

Trening punchy

Teksty podmiotu lirycznego. Czarnego Kajeta, bohatera „Bez przekazu”:

 

Napisałem w booku 47 k słów
ty w agencji siedem kejsów
Pocisz się kiedy masz napisać zdanie?
Postaw kropkę swej twórczości zanim kurwa zmienisz zdanie.
Oni piszą te albumy jakby były Biblią
wjeżdżam im z dżihadem #Koran, rozpierdalam Pismo

twe wysiłki słyszę nawet w bicie
z producentem przegięliście dawkę o nabitę

Raperem jesteś, ale na autotjunie. Flow?
wchodzi, jak ty w swą niunię – ona kurwa nic nie czuje

Kilku pozerów co się nazywa polszawskim rapem
ambasadorzy Velvet – wrzucają gówno na papier
młodzi to łykają jak muszle, pelikany
chciałem jechać nad morze, przez to teraz zmieniam plany

najarany jak komin EC Siekierki
nawijasz ile masz patyków? lepiej kurwa sprzątnij bierki

wydobyły się z Kajetu pancze
nie przeszkadzaj dziwko, z tobą jeszcze dziś zatańczę
znowu piszą do mnie ruda, blond i rozczochrana
możecie wpaść we trzy na kwadrat
odrzucam zbędne pytania
jestem mistrzem algorytmów jakbym się nazywał Wozniak
twoje osiedlowe kontakty – pani w sklepie i pani woźna

To się nie kończy jak energia atomowa
napromieniuje cię jak Hulka,
zzieleniejesz z zazdrości
łeb w glebie jak kapusta, już twoja w tym głowa

mógłbym cię wyburzać jak jebany pustostan
ale kule mam zajęte obracaniem klona Miley Cyrus
pozwalam ci – zostań
wejdę w ciebie jak strażak
ale jebnę tag na czole,

wjeżdża to w ciebie jak meta
kiedy lukniesz w lustro z nową dziarą to wykrzykniesz:

CE KA ? !

POZNAŃ

Nigdy nie miałem tu rwania
naprawdę
Warszawskie dziewczyny czują mnie
bardziej

Staję w kolejce po więcej doświadczeń
dwie się wpychają
mówię „wracajcie”
Gościu w linii pluje „zamknij kaste”
Ja mam ochotę wyjebać mu #kastet

Kiedy wychodzi to zrzucam mu czapkę
oddalam się szybko, już mnie nie znajdzie

Te wszystkie blondi są tu jak
sample
Mówią to co krzyczy im parkiet

noce są chamskie, chaotyczne i przaśne
pijane typy, pijane raszple

Wracam do hotelu solo jak
alien
Odpalam setę, bawię się
hajs jest

piszę te rzeczy jak wyliczankę
pierdolę Poznań, pierdolę Wartę

Praskie psy

Niełatwy jest żywot praskich psów. Pośród murów, z których jedne ogłaszają „jebać psy”, drugie „pierdolić dzielnicowego”, spacerują w kłębach papierosowego dymu i mgły, kobiety, mężczyźni, dzieci; po lewej stronie Wisły określani jako „podejrzani”, tutaj jako „swoi”, w krajobraz wpisani.

Smycze trzymają w lewej ręce, zwykle na niej wieszają też psy: yorki, pseudo-labradorki, pit bulle (I know you want me, wof!), bulteriery, przerzedzone kundle.
Psy te pełnią dla wyprowadzających funkcję terapeutyczną (napisy na murach – ekspresywną) psy te, ciasno zduszone obrożami, domykają zwykle krąg domowej przemocy.
Oto: mąż krzyczy na żonę, ta na dziecko, dziecko na psa (konfiguracje bywają różne, bo tu każdy na każdego krzyczy), na kogo ma krzyczeć pies?
Oto: kiedy wchodzę w bramę, bo mnie tam zaprosił (a to jak zaproszenie do domu) były więzień (o nim kiedy indziej) to wyskakuje na mnie nagle z zębiskami czarny kundel, broniący terytorium. To on, jako katalizator domowych napięć próbuje upuścić skumulowaną agresję, wyrzucając ją z pyska w kogoś obcego. Przyznaję mu rację, rozumiem, ale ugryźć się nie dam.
I nagle: były (a może nim się jest na całe życie) GIT podbiega do niego i otwartą dłonią wali przez łeb, dodając coś w stylu: „zamknij mordę, kurwa chuju”, a pies kuli się, wciska do ziemi. Przyjmuję to z pewną obojętnością. Krąg jednak nigdy się nie kończy. Na GITa godzinę temu nakrzyczała żona, o czym mi się zwierzył.

Inny wypadek: jadę rowerem, mijam kobietę i jej psa białego, pies podbiega na naprężonej smyczy, papieros wypada kobiecie z dłoni. Komórka wciąż przy uchu w drugiej: „pojebało cię?! Kurwa debilu, nie ciągnij! No kurwa, ciągnie jak pojebany!” – wyznaje telefonicznemu rozmówcy. Białemu psy jest chyba trochę smutno na te epitety.

Kolejnego dnia wracam pod parasolem, mijam Bazylikę (trawnik pod nią jest wychodkiem wszystkich psów) i podbiega do mnie zupełnie ufny i świata nie znający szczeniak. Wita się łapczywie, drobnymi łapkami próbuje wspiąć się w górę spodni moro. Głaszczę go i cmokam. Poprawiamy sobie dzień. Po chwili podbiega chłopak, mówi „sorry”, ja do niego „spoko” i się kończy na tym.

Niełatwy jest żywot praskich (jak wszędzie) psów. Niełatwe są żywoty (jak wszędzie) prażan. Ale i tu (jak wszędzie) zdarzają się dla psów i ludzi chwile szczęśliwe.

 

 

Recenzja książki „Bez przekazu” Piotra Sarminiego

autor recenzji: Prof. dr hab. UAM Tomasz Mizerkiewicz

Powieść Bez przekazu należy do zupełnie nowej prozy, która świadomie i równocześnie czerpie z subkultur młodzieżowych, jak i z ich dotychczasowych przetworzeń literackich. Jej zasada organizacyjna opiera się nieoczekiwanie na rytmie, który nie tylko jest kolejną zabawą z rapem, ale i próbą „nakręcenia” czytelnika, wprowadzenia go w pewien nastrój, poprzez który zbliży się do niego opisywany świat, jego bohaterowie, ich sposób oglądania wszystkiego wokół. To ważne, bo dawno prozy tak jawnie nastrojowej nikt nie proponował.

Jako powieść pokoleniowa Bez przekazu zawiera świetne sceny z życia balangowego, zanurzona jest w młodzieżowe grypsy, bawi się hipsterką, a także konstruuje znakomitą scenę współczesnego debiutu (rozmowa bohatera z medialnym macherem Wojtkiem), gdzie na moment opadają ironiczne maski i pojawia się próba sformułowania jednostkowego i generacyjnego credo.

Do rangi metafory urasta futurologiczna fantazja historyczna, z której utkany został świat powieści. Przyszłościowa wersja Polski, okrojonej terytorialnie i składającej się z samej dawnej stolicy (tyle że rozrośniętej) Polszawy jest tyleż pewną kpiną ze współczesnej metropolitalizacji życia, co przenikliwą diagnozą. Wedle tej diagnozy szczególnie aktywne stają się współcześnie różne alternatywne scenariusze polityczne i historyczne, z powodu których całe wspólnoty narodowe mogą emigrować w osobliwe formy życia cywilizacyjnego. Powieść od razu przenosi nas w podobną alternatywną Polskę i pozwala poczuć smak tego, co uznaje się czasem dzisiaj za jej potrzebną „inną drogę”.

Zakończenie powieści ujawnia, że autor miał od samego początku interesujący pomysł na całość. Eksperyment naukowy, jakiego obiektem stał się bohater książki, nieoczekiwanie uświadamia, że powieść Sarminiego to nie tylko mądra lekcja wywiedziona z prozy Doroty Masłowskiej, ale i z fantastyki Jacka Dukaja. Zrozumiałe stają się wtedy pewne zawikłania narracyjne, a na poziomie autotematycznym autor ironicznie daje do zrozumienia, że „brudna” raperska stylistyka, zabawa w „nawijki”, prozę pokoleniową i środowiskową to wszystko składniki jego poszukiwań pisarskich i sprawdzeń językowych.

Pomimo owych autotematycznych nawiasów i lekko asekuracyjnych żartów w zakończeniu powieść Bez przekazu uderza jako wyjątkowo radykalny i bezkompromisowy przekaz literacki. Książka sięga do najostrzejszych współczesnych języków krytycznych, najdotkliwszych doświadczeń społecznych, najbardziej zawikłanych nastrojów zbiorowych, aby wypowiedzieć gwałtowną potrzebę zasadniczej korekty pokazywanej w futurologicznym sztafażu współczesności. „Dobry raper jest jak rewolucji zapalnik”, czytamy w ważnej dla powieści scenie, przy czym bohater Sarminiego swojej rewolucji nie wyczytał z modnych teorii politycznych, nie wymędrkował z cudzych tekstów, ale wyprowadził ze znanej sobie społecznej psychosfery. Bez przekazu zapowiada, że czas radykalnych zmian w naszym życiu zbiorowym dorowadzi do przechwycenia logiki zdarzeń przez zupełnie nierozpoznanych wykonawców. Przyszły głos publiczny, co już chyba teraz nie dziwi, będzie bowiem głosem młodych, których wiarygodnym wyrazem stała się powieść Piotra Sarminiego.

Tomasz Mizerkiewicz

***

Aby kupić książkę i dowiedzieć się więcej na temat „Bez przekazu” KLIKNIJ TU

moshed_2018-0-3_17.0.17

Recenzja książki „Bez przekazu” Piotra Sarminiego

autor recenzji: Prof. dr hab. UAM Tomasz Mizerkiewicz

Powieść Bez przekazu należy do zupełnie nowej prozy, która świadomie i równocześnie czerpie z subkultur młodzieżowych, jak i z ich dotychczasowych przetworzeń literackich. Jej zasada organizacyjna opiera się nieoczekiwanie na rytmie, który nie tylko jest kolejną zabawą z rapem, ale i próbą „nakręcenia” czytelnika, wprowadzenia go w pewien nastrój, poprzez który zbliży się do niego opisywany świat, jego bohaterowie, ich sposób oglądania wszystkiego wokół. To ważne, bo dawno prozy tak jawnie nastrojowej nikt nie proponował.

Jako powieść pokoleniowa Bez przekazu zawiera świetne sceny z życia balangowego, zanurzona jest w młodzieżowe grypsy, bawi się hipsterką, a także konstruuje znakomitą scenę współczesnego debiutu (rozmowa bohatera z medialnym macherem Wojtkiem), gdzie na moment opadają ironiczne maski i pojawia się próba sformułowania jednostkowego i generacyjnego credo.

Do rangi metafory urasta futurologiczna fantazja historyczna, z której utkany został świat powieści. Przyszłościowa wersja Polski, okrojonej terytorialnie i składającej się z samej dawnej stolicy (tyle że rozrośniętej) Polszawy jest tyleż pewną kpiną ze współczesnej metropolitalizacji życia, co przenikliwą diagnozą. Wedle tej diagnozy szczególnie aktywne stają się współcześnie różne alternatywne scenariusze polityczne i historyczne, z powodu których całe wspólnoty narodowe mogą emigrować w osobliwe formy życia cywilizacyjnego. Powieść od razu przenosi nas w podobną alternatywną Polskę i pozwala poczuć smak tego, co uznaje się czasem dzisiaj za jej potrzebną „inną drogę”.

Zakończenie powieści ujawnia, że autor miał od samego początku interesujący pomysł na całość. Eksperyment naukowy, jakiego obiektem stał się bohater książki, nieoczekiwanie uświadamia, że powieść Sarminiego to nie tylko mądra lekcja wywiedziona z prozy Doroty Masłowskiej, ale i z fantastyki Jacka Dukaja. Zrozumiałe stają się wtedy pewne zawikłania narracyjne, a na poziomie autotematycznym autor ironicznie daje do zrozumienia, że „brudna” raperska stylistyka, zabawa w „nawijki”, prozę pokoleniową i środowiskową to wszystko składniki jego poszukiwań pisarskich i sprawdzeń językowych.

Pomimo owych autotematycznych nawiasów i lekko asekuracyjnych żartów w zakończeniu powieść Bez przekazu uderza jako wyjątkowo radykalny i bezkompromisowy przekaz literacki. Książka sięga do najostrzejszych współczesnych języków krytycznych, najdotkliwszych doświadczeń społecznych, najbardziej zawikłanych nastrojów zbiorowych, aby wypowiedzieć gwałtowną potrzebę zasadniczej korekty pokazywanej w futurologicznym sztafażu współczesności. „Dobry raper jest jak rewolucji zapalnik”, czytamy w ważnej dla powieści scenie, przy czym bohater Sarminiego swojej rewolucji nie wyczytał z modnych teorii politycznych, nie wymędrkował z cudzych tekstów, ale wyprowadził ze znanej sobie społecznej psychosfery. Bez przekazu zapowiada, że czas radykalnych zmian w naszym życiu zbiorowym dorowadzi do przechwycenia logiki zdarzeń przez zupełnie nierozpoznanych wykonawców. Przyszły głos publiczny, co już chyba teraz nie dziwi, będzie bowiem głosem młodych, których wiarygodnym wyrazem stała się powieść Piotra Sarminiego.

Tomasz Mizerkiewicz

***

Aby kupić książkę i dowiedzieć się więcej na temat „Bez przekazu” KLIKNIJ TU

moshed_2018-0-3_17.0.17