Kategorie HEHESZKI

7 postów

A morze tak, a może nie?

A morze tak, a może nie?

Znaj swe miejsce młody żeglarzu,
Bo twarde karki ocean gnie.
Już niejeden mocno się sparzył –
Może przemożesz, a może nie.

A może tak, a może nie?
Morze faluje zawsze tak jak chce…
A morze tak, a morze nie –
Woli nie próbuj mu narzucić swej.

(Tekst piosenki żeglarskiej: A morze tak, a może nie)

Kraina ze wszystkich stron oblegana przez szczepy Polan, od wschodu do zachodu, od północy do południa, kraina na wpół dzika, żyzna, gotowa do kolonizacji, kraina, gdzie proporce parawanowych murów przypominają wyraźnie – tu jest Polska – i nigdzie się stąd nie rusza. No chyba, że na obiad. Kraina dzieci zdrowych i głośnych, piw ciepłych a dobrych, pełna handlu i poezji: „Nawet Neptun wyszedł z wody by spróbować nasze lody!”, „Żono, żono, namów męża, jagodzianka wskrzesi węża!”. Ahoj!

Polski Bałtyk ma w sobie czar niepodrabialny.

Wiem coś o tym, spędziłem tu łącznie sześć miesięcy swojskiego życia. Okres tego wydłużonego stażu czyni mnie niejakim ekspertem w dziedzinie zbierania muszelek i prowadzenia rozmów pod automatem z wyskakującą bokserką gruszką do trzeciej nad ranem.

Pierwszy dzień nad morzem jest jak gruboziarniste połączenie piwa marki Bosman, drobin piachu na szyjce butelki, panierowanego dorsza, refrenów disco-polo i nawoływań dzieci. Wszystko wymieszane z nalewką bursztynową i lodem włoskim, na końcu okraszone aromatem zakręconego na patyku ziemniaka.

Gdzie indziej pójdziesz na plażę, kebab, lody, spacer leśny, wesołe miasteczko, piwo, festiwal reggae, gandzię, dorsza i to tego samego dnia?!

Przyjeżdżając nad Bałtyk trafiamy w sam środek kulturowego tygla, w którym mieszają się gastronomie i patenty rozrywkowe z całego świata. Lody tajskie spotykają się tu na granicy kostki brukowej z lodami włoskimi, lody kulki z lodami sześcianami, kebab doskonale koegzystuje z pizzą, a sushi baraszkuje swobodnie ze smażalnią ryb. To niemal historyczne doświadczenie przebywania na multikulturowym, XX wiecznym targu Wolnego Miasta Gdańsk, gdzie musieli handlować ze sobą Polacy, Niemcy, Żydzi, Turcy, Szwedzi i Rosjanie. Nikt wtedy nie słyszał o Tajach ani o Japończykach, ale i oni musieli przynajmniej duchowo uczestniczyć w tym wielki targowisku rozmaitości. Dziś uczestniczą, o ile nie fizycznie to przynajmniej ekonomicznie.

W Polsce, co nie dziwi, roi się bowiem od Polaków. Średnio na jednego Polaka przypadają tutaj trzy kamienie, 1018 ziarenek piasku oraz 308 litrów słonej wody.

Polacy są najróżniejsi, we wszystkich kolorach, zestawach, połączeniach i sandałach. Jest to jakby miniatura kraju, proporcjonalnie oddająca panujące w nim stosunki, o których to stosunkach zapomina się zbyt łatwo mieszkając w mieście zwanym przez wielu Warszawą. Polska jest bowiem prostoduszna, lekko otyła i niezbyt wymagająca. Polska to my! Polska to starsza pani o kulach, Polska to brzuchacz z żubrem w ręku, Polska to dzieci nagie na piachu i Polska to disco-polo śmiało dudniące na ryneczku. Stężenia polskości są tu wysokie i mogą nawet odrzucać, co bardziej lewicujące organizmy, ale w bojach z tymi zjawiskami nabiera się w końcu pewnej krzepy. Najpierw: zaprzeczenie: „Nie, nie, przecież to nie może być tak!”. Potem gniew: „nosz kurwa, ile tych ludzi!”. Negocjacje: „może przyjdę o innej porze”. Depresja: „jestem odciętą koniczyną społeczeństwa, nie pasuję tutaj”. W końcu: akceptacja: „Dobra, rozstawiaj parawan i daj te piwo”.

Gdzie indziej pójdziesz na plażę, kebab, lody, spacer leśny, wesołe miasteczko, piwo, festiwal reggae, gandzię, dorsza i to tego samego dnia?!

Wesołe miasteczko w Darłowie, lśniące bielą i rdzą gigantyczne wahadło, zwane finezyjnie „MŁOTEM PRZEBUDZENIA”.

Ostatni przegląd przeszło zapewne w 2012 roku w wejherowskim warsztacie samochodowym u szwagra. Zupełnie jak huśtawka, tylko mierząca 20 metrów, i wyrzucająca Cię w granatowy kosmos. Czyste katharsis. Przy zapinaniu foteli, pan z obsługi wyglądający na Serba lub może Albańczyka, łypie uważnie jakby kalkulował proporcje rozłożenia mas. Kiedy na blaszany, świecący piedestał wkracza ostatnia para, nie mam wątpliwości, że tak było. Nie sadza ich razem, tylko po przylegających rogach, tak, że w razie wypadnięcia, przynajmniej jedno z nich ma szansę przeżyć. Naprzeciwko mnie pani odmawia modlitwę, próbuję rozpogodzić ją uśmiechem i to coś daje, ale zaraz „MŁOT PRZEBUDZENIA” startuje i już nie ma czasu na czcze rozmowy. Wyrzuca cię w boki, tak, że z początku kalkulujesz między kalectwem tymczasowym a trwałym, w co by tu trafić by możliwie zredukować uszkodzenia ciała – czy w wirujące filiżanki, czy może jednak karuzelę? Po chwili wietrzne i mroźne odchylenia stają się coraz mocniejsze, tak, że godzisz się już z możliwością poniesienia natychmiastowej śmierci wskutek urwania wahadła. Bujamy się tak, już zupełnie na poważnie, a z kieszeni wysuwa mi się flaszka wiśniówki, spada i głośno pęka dramatycznie. Pozostali pasażerowie, nie wiedzą, że to flaszka. Zaczynają krzyczeć, modlitwy pomimo przeciążeń 1,5 G zostają wznowione.

Niniejszy felieton, grubo podszyty nićmi ironii, byłby jednak niczym więcej jak tylko kpiną, wyszydzeniem, piaskiem rzuconym w kierunku Bogu ducha winnego tłumu słuchającego radośnie koncertu polskiego country na małomiasteczkowym rynku, gdyby nie to, że… naprawdę kocham polskie morze! Praca nad Bałtykiem sprawiała, że mi się to opatrzyło, że przestało iskrzyć i barwić. W końcu ujrzałem zaplecza kebabów, na których pali się trawkę, poznałem sezonowych kucharzy i milionerów, wąchałem 100 kilogramów dorsza z zamrażarki i pijanego pracownika wesołego miasteczka, ale to wszystko nic! To wszystko nic! Bo może i kicz, bo może i pic, ale za to jak radośnie skrojony!

Kocham polskie morze i aby to udowodnić postanawiam rozliczyć się z kilkoma negatywnymi mitami, które ostatnimi czasy zaciążyły nad szumiącą famą Bałtyku. A co!

Parawany, które stały się synonimem „januszostwa”, grubiańskiej przestrzennej kolonizacji, w wykonaniu domorosłych Kolumbów, nie są w gruncie piachu niczym złym. Nad polskim morzem naprawdę wieje, a ten sprytny, lekki, tekstylno-drewniany wynalazek czyni nasze życie jedynie bardziej znośnym. To jakby biadolić na okulary słoneczne albo elektryczne szyby w aucie – bo owszem, można się obejść bez nich, ale po co, skoro dzięki nim życie staje się o ten jeden procent znośniejsze. 99% plażowiczów nie wychodzi o piątej nad ranem by zastawić taktyczne, przestrzenne wnyki, a po prostu chce w spokoju cieszyć się niezakłóconym dotykiem słońca na posmarowanej kremami z filtrem skórze.

Nadmorskie ceny; wybuchy internetowego oburzenia na flądrę za 50 zł czy przesolone frytki – owszem, to się zdarza. Wszędzie! Z tym, że jakoś szczególnie upodobaliśmy sobie psioczenie na górali i pomorzan, przyjmując te internetowe reportaże z restauracyjnych frontów jako obraz mówiący o całej tamtejszej gastronomii. Taka zbiorowa synekdocha. Tymczasem są to wypadki pojedyncze, dziejące się pod strzechami szybko zamykanych knajp. A te uczciwe, działające wieloletnie? O nich nikt nie wspomni, bo sensacji nie ma. Ot, porządny obiad za 20 zł, a do tego piwo za siódemkę. „Ryba była dobra, a nawet surówka więcej niż w porządku. Wrócimy na pewno!”. O tym żaden portal nie napisze. A uwierzcie mi, że tak to wygląda prawie wszędzie.

Ceny domków i hoteli.

„Coś mówiłeś, że za droga PROSTO bluza? To nie kupuj jej, ona nie jest dla lamusa” jak nawijał Wojtek Sokół, i miał słuszność. Tylko, że zamiast „PROSTO bluza” podstawcie sobie „domki przy morzu” i wyjdzie to samo, tylko, że bez rymu.

Czy są drogie? Dla singla czy pary, owszem, podróż zagraniczna z biurem podróży może wyjść porównywalnie, czy nawet taniej od polskiego Bałtyku, ale już dla rodziny z dzieckiem, czy dwójką, a nawet trójką, a nawet nawet czwórką, podróż za granicę to już znaczne operacje logistyczne, niespodziewane wydatki i brak bezpieczeństwa, którego Bałtykowi odmówić nie można.

A jeśli już jesteśmy przy dzieciach… Teraz pojmuję, że nadmorskie miasteczka skrojone są dokładnie pod dziecięcą wyobraźnię i wypełniają ją w sposób godny podziwu! Z wyjazdu z babcią, kiedy miałem 7 lat, pamiętam to, że kupiła mi śnieżnego Bionnicla. Z wypadu z mamą latawiec oraz incydent zagubienia się na plaży; kiedy moja biedna, zapłakana rodzicielka szukała mnie po całym Władysławowie, ja radośnie grałem z ratownikami w piłkę pod wieżyczką, nieświadom całej grozy wydarzenia. Dopóki dopóty mama nie znalazła mnie roześmianego w skrzącym, złocistym piachu. A potem chyba mi wlała. Nie pamiętam. Ale lody były pyszne!

Gdy byłem starszy, jeździłem z kumplami – gumy łamiszczęki, kauczukowe piłki, batalie w cymbergaya i nieudana próba kupienia Playboya, to właśnie takie rzeczy zapisują się w pamięci małoletnich podróżników. A to, że namiot w kiczowate paski, a to, że dyskoteka obciachowa, a to, że w „Tanich książkach” praktycznie same kryminały i romanse; kto by na to zwracał uwagę! Bo to nie jest istotne, bo to omija młody aparat krytyczny, a zamiast skupiać się na tym czego brakuje, skupia się na tym, co jest; a jest wiele!

Wakacje nad morzem, to coś więcej niż odpoczynek.

To czas karnawału, w którym opadają (lub chociaż próbują opaść) zwyczajowe maski, a każdy rolnik, informatyk, urzędniczka czy ekspedientka mają szansę na chwile stać się królami życia. Mogą zamienić swoje stare dżinsy na nowe szorty z 4F, mogą pójść do baru jak człowiek i przetańczyć tam całą noc, mogą sprezentować dziecku breloczek i lody, a później odpocząć od swych czterech ścian i zjeść spokojnie gofra z bitą śmietaną (i jeszcze tę polewę pani da). Wakacje nadmorskie to coś więcej niż wypoczynek. To terapia. Terapia gruntująca nas w polskości. Po co jechać do nieznanych krajów, borykać się z problemami językowymi i kulturowymi, czuć się znów podrzędniejszym, biedniejszym, zdezorientowanym wśród nowych miejsc i ludzi, skoro można na spokojnie, odwiedzać te same miasteczko przez 10 lat i znać w nim każdy kąt. Bałtyk to drugie domostwo, druga ojczyzna, tyle, że odświętna, karnawałowa i przez to wyjątkowa.

Znów popłynę na morze kąpać się z gwiazdami,
znów popłynę na morze, spotkam z kolegami.
W starych portach będę szperał, pewno spotkam przyjaciela,
no bo
znów popłynę na morze z łajbą za pan brat.

(Tekst piosenki żeglarskiej: Znów popłynę na morze)

Dwie anegdoty

Dwie anegdoty

Chodzenie przez lata do odpowiedniego fryzjera obfituje wytworzeniem bliskich relacji:
 
– Panie Darku, a co pan tak na nogę utyka?
– A wie pan, uprawialiśmy wczoraj z żoną seks. UPRAWIALIŚMY to odpowiednie słowo, bo to było właśnie takie uprawianie.
– Rozumiem, takie oranie.
– Tak, po tym ja sobie musiałem smarować kolanem maść, a ona kręgosłup. Po 30 latach małżeństwa, tak właśnie wygląda POŻYCIE.
– Widzi pan, dlatego ja z całym szacunkiem, żony nie mam.
– Oh, jak skończymy to na głowie to już proszę pana nie będzie wyboru.
***
Idę z Tidumem Krakowskim Przedmieściem, zaczepiają nas Mormoni.
– Dżem dobry – mówi dziewczyna z amerykańskim akcentem – czy werzycze w Boga?
– Uważam, że wiara lub niewiara w Boga, nie wyczerpuje możliwości moich stosunków względem Absolutu. – odpowiada Tidum na jednym wydechu.
—— error, error, drzewko dialogowe zostało ścięte.

Kończy się mordowanie, zaczyna się byczenie.

Mordo i byku zbijają grabę

Nowsze pokolenie i periodyczne odświeżanie słownika o zwroty bezpośrednie zatoczyło kolejne koło. O ile kiedyś popularne było zwracanie się do kogoś per „przyjacielu”, wulgarniej, dystansując „typie”, potem długo królował „ziom” a.k.a. „ziomal” to niezaprzeczalnym hitem ostatnich dwóch lat jest „Morda”.

Morda, mordeczka, mordziunia umożliwiająca przeprowadzanie całych nieomal konwersacji:

– Mordo, mordo, mordo…

– Łe kurwa, mordo, mordo.

– Ale mordo!

– Mordziasto.

– No mordo.

Bardzo familiarny sposób, jakże zbliżający dwóch mężczyzn do siebie, akcentujący to, co w odbiorze drugiego człowieka jest najważniejsze – twarz. Ale dziś ciało zaczynać być nad twarz przekładane.

Czy to pokłosie kilkuletniej już mody na siłkę i jakiejś globalnej mutacji męskich (i kobiecych, ale to temat na inny tekst) ciał, czy influencje rapowe, zapewne jedno i drugie. Oto proszę Państwa nadchodzi: BYK.

Siema byku, trochę mnie tu nie było
Zwiedzałem świat z moją muzą”

Byk jest spoko, byk jest zły, byk ma bardzo ostre kły. Wszystko z nim w porządku, o ile ktoś sobie na order Byka zasłużył, bądź też jego ciało jakkolwiek może bycze przypominać. Ale robi się dziwnie kiedy określenie tym zaczynają się obdarzać swobodnie nawet internauci nie widzący nigdy nawet drugiego „Byka” na oczy.

„Morda” parała pijacką sympatią, ale „Byk” to już wyraz szacunku, którym nie powinno się chyba obrzucać byle kogo. Co to za bykowatość skoro Bykiem jest twój wieloletni przyjaciel, a potem koleś, którego raz na miesiąc widujesz na siłce. Przypomnijmy, że Zeus porwał Europę pod postacią Byka. Czy to już niezbyt przesadzone tak każdego brać za rogi?

Kolejnym przejawem walk o parującą męskość jest zbijanie szerokich, sierpowych GRAB przez gości noszących rurki i afiszujących się zimą nagością swych kostek. Wiecie o co chodzi, ten rodzaj graby, po którego poprawnym wykonaniu następuje odpowiednie „klaśnięcie” i obopólna satysfakcja. Nic nie mam do grabienia, sam się tak czasem witam. Ale z przyjaciółmi, kumplami, dawno nie widzianymi, taka graba to nawet czasem zaproszenie do męskiego uścisku, poklepanie po plecach Mordo-BYKA dawno niewidzianego. Ostatnio jednak bywam świadkiem sytuacji, w których graby są zbijane przez facetów mijających się na przystanku czy stacji kolejowej. Jeden idzie, spotyka grupę jakiś znajomych i bez słowa zbija im trzy obszerne graby, po czym nie zatrzymując się nawet na sekundę spieszy się dalej. Czy tak się objawia szacunek? Czy byłoby lepiej gdyby przy każdym klaśnięciu wyrzekł sakramentalnie: „byku…”

Po co? Po cóż ta cała pseudo-familiarność męski rodzie? Czy nie powinno być tak, że wyrazami sympatii obdarzamy tych, których lubimy/kochamy naprawdę, którzy są nam bliscy? A z pozostałymi samcami się kujemy, walczymy o dominację liryką i ciałem?!

Nie! Dziś te całe „BYCZENIE” i „GRABIENIE” stanowią wyraz tego co utracone, tęsknoty za prawdziwą solidarnością i przyjaźnią, tęsknoty za rozproszoną w sklepowych witrynach męskością. W moich oczach ten kto nadmiernie Byczy i Grabi sam pragnie być przez wszystkich Byczonym i Grabionym. A taki jegomość w gruncie rzeczy mocno jest niepewny siebie. „Nie bądź jak agentura zbytnio towarzyski. Bądź bliski dla bliskich”. Byczenie i grabienie ogranicz MORDO do swojej farmy.

Dlaczego klapki kubota są zajebiste?

Artykuł sponsorowany*

Dlaczego kuboty są zajebiste? Na te nietendencyjnie zadane pytanie odpowiada nasz ekspert: bloger modowy Ireneusz Praga.

  1. Kuboty kosztują 15 zł (razem z przesyłką), a stanowią wyraz nieprzemijalnego sznytu i osiedlowej elegancji.

  2. Ludzie szanują ludzi w kubotach. Niezależnie od społecznych i ekonomicznych uwarunkowań.

  3. Ponadczasowa czarno-biała kolorystyka pasuje zarówno do nieformalnych szelestów, jak i bardziej eleganckich, chciałoby się rzec „hipsterskich” kreacji.

  4. Klapki sprawdzą się idealnie jako przenośna stacja multimedialna, dla Twojego smartfona.

  5. Kuboty dzięki zastosowaniu ultralekkich pianek, będących wynikiem zaawansowanej inżynierii oraz badań nad ergonomią , doskonale nadadzą się do rzucania w: wyłączniki świateł, owady, puszki z piwem, pomniejsze ssaki.

  6. Perforacja testowana przez sportowców, idealnie odpręża po trudnym dniu w call center czy tłoczni elementów blaszanych.

  7. Kiedy zapuka komornik, twój rządowy kontakt, to owierasz jemu w nowych kubotach, i mówisz, że jedyne co może, to może posprzątać.

    https://youtu.be/x7BtclKr5Jg?t=1m33s

  8. Ale komornik już widzi co masz na stopach i wie, że trafił na nie lada cwaniaczka.A Ty? Czy masz już swoje kuboty?

 

 

 

*artykuł sponsorowany przez „UBRANIA TANIO”, Bazar Różyckiego, pawilon numer 15.

Homo Polacus Feriae

Czyta: Krystyna Czubówna

Homo Polacus Feriae budzi się wcześnie, wraz z pierwszym blaskiem świtu i odbiciem wczorajszego trunku zwanego „browarkiem”. W jego letniej, tymczasowej izbie następuje poruszenie.
– Schodzimy na śniadanie! – krzyk głodnego samca przebudza dorodną samicę i potomstwo.
– Tato, musimy? – szczebiocą pisklęta otwierając zapyziałe pyszczki, decyzja jednak została już podjęta. Ich żołądki wkrótce napełnią się bułkami i przetworami mięsnymi.
Punktualnie o godzinie 7.55 kompletne, wydające specyficzny zapach bojowy, stado zmierza ku żerowisku zwanym „stołówką”. Tam krzątający się w pośpiechu słudzy bez twarzy i imion, znoszą już sterty jadła i darów, które wkrótce zostaną pożarte przez wygłodniałe stada Homo Poolacus Feriae.

Nie po to pracowali cały rok aby wypoczywać w wakacje. „Chcemy złapać jak najwięcej słońca” orzeka samiec i jako pierwszy zbliża się do wodopoju z kawą, herbatą i sokiem pomarańczowym, sprawdzając jednocześnie czy młodym nie grozi niebezpieczeństwo. Teren jest bezpieczny. Inne Polacusy nie zeszły jeszcze na żer, dziś będą musiały zadowolić się resztkami jadła.

Stado, w pierwszej kolejności sięga po białe pieczywo i parówki – przysmak i główny element diety młodych, bogaty w niezbędne dla ich prawidłowego rozwoju witaminy i minerały: fosforany, cytryniany, azotan sodu, tłuszcz wieprzowy oraz przeciwutleniacze.
Kiedy Polacusy napełnią półmiski zasiadają przy stole w absolutnym milczeniu, po to aby nie zwabić na żerowisko pobliskich drapieżników: hirundinidae, chroicocephalus ridibundus, oraz chiroptera. Potomstwo w razie wydawania pisków jest natychmiastowo uciszane.
– Macie tylko jeść i nic więcej! – szepce samiec a w głosie jego czuć nutę groźby. Jeśli do głosu dopuszczana jest samica, to tylko w celu dalszego upominania potomstwa, aby „jadło ładnie” a na plaży „nie sypało piaskiem” – jest to bowiem bardzo groźne.
Polacusy przyjmują zatem miny pełne dostojeństwa i powagi, tak by jak najlepiej zamaskować dręczącą ich niechęć prowadzenia konwersacji.

Konsumują długo, jednak ich apetyt nigdy nie zostaje zaspokojony. Samiec ponownie zbliża się do stołu i otwierając podręczny ekwipunek zwany „torbą żulówką” marki BOSS zaczyna pakować do niej bułki, opakowania z dżemem i masłem a także szynkę konserwową – niezbędną do dalszego przetrwania ośmiu godzin na plaży. Jest to moment bardzo niebezpieczny bowiem Polacus może zostać przyłapany i zaatakowany przez Sługę, który wymusi od niego oddanie zdobyczy.
Zdekonspirowany Polacus odniósłby wtedy porażkę w oczach stada. Ta jednak grupa ma za sobą lata doświadczenia o czym świadczą niezdrowy wygląd cery i przebiegłość samicy: jednym ruchem przywołuje Sługę pod wymyślonym pretekstem, tymczasem Samiec zgrabnym ruchem kończy polowanie, wrzuca ostatni dżem wiśniowy do torby i oddala się obojętnym krokiem w stronę podwórza. Za nim, w milczeniu podążają młode.

Stado odniosło sukces, ale na jego drodze w ciągu tego dnia czyha jeszcze wiele niebezpieczeństw.

***
Chcesz wiedzieć jakich? Polub ten post i udostępnij go znajomym! Jeśli dotrze do 300 osób dowiesz się jak wygląda popołudnie nadmorskiego przedstawiciela Homo Polacus.

polub moją stronę na facebooku: https://www.facebook.com/czarnyKAJET/

*Ten post ma na celu: po pierwsze rozbawić czytelnika, po drugie obrazić osoby prezentujące powyższe zachowania.
** Nad Bałtykiem oprócz Homo Polacus Feriaes poznałem masę fajnych Polaków, rodzin z dzieciakami, od których emanowała miłość, radość i kultura. Niech będzie nas coraz więcej! 
#czarnykajet #czarnykajet.wordpress.com

Statusy na fejsie – co naprawdę oznaczają?

 

1. „Kto mnie podwiezie na lotnisko? Płacę złotem!” – Mógłbym zamówić taksówkę, ale chcę się pochwalić, że będę leciał samolotem.

2. „Kto mnie zabierze na piwko? :>” – Jestem napalona, może coś z tego wyjdzie.
3. SHARE: „Mamy do rozdania 5 ferrari…” – Jestem debliem lub 13-latkiem
4. Notoryczne SHARE: Treści polityczne, bez komentarza – To mój prywatny kanał propagandowy, każdy kto się nie zgadza, staje się moim wrogiem i wrogiem ideałów, o które walczę!
5. „Jestem taka gruba” – Napiszcie mi, że wcale nie.
6. Półnagie fotki – Oczu i fiutów nie macie? Zerżnijcie mnie wreszcie!
7. Ciągłe statusy o pracy – Bez pieniędzy byłbym nikim
8. Randomowe treści „artystyczne” – Jestem nie tylko ładna, ale i nieprzeciętnie mądra.
9. Zdjęcie z teatru – To ten jeden dzień w roku, w którym założyłem garnitur.
10. Siłka, siłka, siłka – Hej dziewczyny, patrzcie na te bice!
11. SHARE teledysków, które zwykle dostają 3 lajki – Czuję się dokładnie tak jak podmiot liryczny, przetłumacz sobie z angielskiego i to rozkmiń idioto!
12. „Gdzie można dobrze zjeść w Gdańsku?” – W końcu, po raz pierwszy od roku wyrwałam się z Warszawy na te parę dni.
13. „Uuu najba z……” – ostatnio piję trochę za często.
14. Wiersze/proza/pomysłowe statuty – nie mam gdzie publikować, więc robię to na fejsie.

edit punktu 14.: teraz już mam

Pierwszy post

Łódź blokiTo jest pierwszy post. UWAGA: to jest pierwszy post. Najpierwsiejszy. I już próbuje być zabawny, on już próbuje być czymś więcej niż jest! To jest pierwszy post pisany bez weny, bez Wenery, bez jakichkolwiek pozornie aspiracji. A jednak! Ten niby przypadkowy bełkot już uzupuruje sobie prawo do bycia jakąś mikroformą. Spójrzcie Państwo, on już próbuje! Przecież to jest nudne, przecież to jest bez korekty, niepoddane zupełnie żadnym uprzednim dywagacją, przecież to się nie składa i w tym niczego nie ma, oprócz tego co w tym jest. Doprawdy, żenujące są takie próbki, pisane tu i tam, w zagłębiach internetu. Teraz każdy może sobie pisać, wysyp, zalewa, ospa amatorów. Kiedyś to było: ten co miał pióro gęsie i pergamin to mógł pisać, a teraz? Panie. Dziadostwo, padaka wszędzie. I to jest taka próbka właśnie. To nawet nie jest całość, to nawet nie jest na poważnie, to nawet nie było planowane. To jest po prostu szczyt! To jest powtórzę jeszcze raz: bełkot. Bełkot nieroba i beztalencia. To każda baba bazarowy by lepiej napisała! Z większą fantazją, z większą energią z treścią. Ba! Z mądrością nawet. A nie taki, jakiś… doprawdy, słów szkoda.

(i jeszcze te zdjęcie, zupełnie nie pasujące, wyrwane, a nawet nie wyrwane, tylko wrzucone, brutalnie wrzucone – wjebane (nie bójmy się tego słowa!) Bez żadnego sensu, bez żadnego znaczenia i powiązania z tekstem.)

My tego użytkownika nie polecamy, my nie rekomendujemy. Państwo czytacie na własne ryzyko.

11 maja 2017