Kategorie Bez kategorii

21 postów

Wystawa BEZ PRZEKAZU / 2001 w Płocku

Płocki Ośrodek Kultury i Sztuki, Czar Kaj i Miss Dorys zapraszają na multimedialną wystawę zbiorową „BEZ PRZEKAZU” prezentującą prace artystów wizualnych wokół powieści hip-hopowej BEZ PRZEKAZU Piotra Sarminiego. Ponadto odsłonią prace związane z debiutancką książką Doroty Cieślik pt. „2001” (premiera w 2020 r.).

****___POLSZAWA TOUR 2044___****

STREET ART, czytanie na żywo, mapping 3D, malarstwo, grafika, intermedia, moda, sztosy, audiobook!
#Wernisaż – 26 października, 17:00, POKiS podziemie piętro minus jeden. O 18:00 autorzy przeczytają fragmenty książek.
ej! //////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////////

___2001___ MD
… to powieść ilustrowana dla dorosłych autorstwa Miss Dorys. Akcja książki dzieje się w Warszawie w roku 2018 oraz w Płocku, z którego pochodzi autorka, w roku 2001. Zwariowana historia o dojrzewaniu, zyskiwaniu tożsamości i wielkomiejskim życiu obrazowana pracami Dorys.

[…] BEZ PRZEKAZU […] PS
Wschodzący raper chce ukończyć płytę, wdaje się jednak w ciąg medialnych afer, gdy na jego drodze stają znana jutuberka i ukraiński karierowicz. Bohaterowie wciągnięci w imprezowy wir celebryckiej Polszawy potykają się o własne słabości, na drodze do sukcesu, który może nie nadejść.

/// 20 wyjątkowych artystów i artystek poruszających się na co dzień w różnych strefach, potraktowało powieść jako punkt wyjścia dla własnej wypowiedzi artystycznej krążącej wokół ludzi, miasta i „powinności” sztuk. Impresje i własne interpretacje oraz BUNT wobec rzeczywistości zastanej stanowią fundamenty tego jaśniejącego Zboru.
Wystawę perfekcyjnie dopełniają prace Dorys spod znaku „2001”, w których artystka prezentuje wyraziste, oryginalne spojrzenie na kwestie dojrzewania i kulturowej tożsamości.
🔥 Dodatkowo zostaną zaprezentowane ilustracje płockich artystów tworzących na co dzień w POKiS – inspirowane powieścią BEZ PRZEKAZU! 🔥 ///
……………………………………………………………………………………….
DORYS, CZARNY KAJET, FASER, DAMIAN ZIÓŁKOWSKI, IZABELA PAŁYS, IRMA TYLOR, ZERO TROSK, ANGELA SZADKOWSKA, ZAVKA, KINGA JANIAK, NIEBIESKI ROBI KRESKI, NO FUTURE, SIERYSUJE, MACIEK MISIEWICZ, KINGA OFFERT, KWACHY, MARTA BYSTROŃ, TPIENCZAK, IXI COLOR, MARIA REGUCKA, KUBA GARŚCIA/K105K,.

MUZA:
*TBA

*Ponadto dla zwiedzających:
– NIEDZIELA 13:00 warsztaty kreatywne z autorami!
– strefa audiobook
– gra przestrzenna

Przyjdź i wyraź co dla Ciebie znaczy #BEZprzekazu oraz podziel się swoimi wspomnieniami z roku 2001.
#WERNISAŻ: POKiS, piętro -1, ul. Jakubowskiego 10, 26 października, godz. 17.00.
Wystawa będzie czynna do końca listopada.

Na oceanie bragga – ERO ELWIS PICASSO RECENZJA

Na oceanie bragga – ERO ELWIS PICASSO RECENZJA

Wraz z początkiem jesieni wysyp hiphopowych płyt od dawna oczekiwanych: mamy Pezeta, który wrócił po siedmiu latach bez krążka, mamy Peję i Magierę, jest i nowy Bisz, jest i w końcu on, debiutant na liście, choć znany dobrze jak wrzuty JWP na warszawskich murach – ERO.

Przyznam, że debiutancką płytę warszawskiego rapera obrałem za cel recenzji, nie dlatego, że kierują mną jakieś szczególne względy. Po prostu miała swoją premierę 4 października, przesłuchałem ją solennie odkąd wjechała na Spotify* i tym samym, kontynuuje ona rwany jak porysowany cedek cykl rapowych recenzji na CZARKAJ.com

Spośród wymienionych wyżej zawodników branie na świecznik nowego dziecka ERO, jest z perspektywy recenzenta zajęciem najbardziej ryzykownym. Wszak poza Włodim, mało kto może poszczycić się takim gronem zaangażowanych fanów jak właściciel Serum. Niemniej, wjeżdżam z tym jak na yard, niepomny ryzyka.

Jak poznałem ERO?

W tym temacie, Erosa „poznałem osobiście” w 2012 roku, nie wiedząc jednak… że to on. Miałem wtedy 19 lat, prowadziłem wypożyczalnię i sklep z deskami w Wilanowie i upatrzyłem sobie w lookbooku nerkę marki Turbokolor, którą koniecznie chciałem mieć.

Nera dzisiaj, zajechana jak alkoholika

Sprawdziłem, więc najbliższe punkty dystrybucji i na deseczce, któregoś ranka, podjechałem pod służewiecki Land. Było jakoś po 10:00, wedle rozpiski sklep powinien był być już otwarty od piętnastu minut, a tymczasem było w nim ciemno jak w majtkach Azeali Banks. Minęło kilka chwil, na parking zajechała dudniąca basem fura, a z niej wypadło kilku przeszczęśliwych gości z browarkami w dłoniach. „Siema, siema!”, otworzyli sklep, a ja wbiłem po nerę spragniony jak złodziej organów. Był to pierwszy raz, kiedy odwiedziłem Serum, bo choć na Służewiu się urodziłem i wychowywałem przez pierwsze 15 lat życia, to dalsze perypetie skierowały mnie na Wilanów, i tam bazowałem bardziej na rewirach a’la sadybowskich.

W każdym razie, byłem zajarany klimatem i asortymentem; wtedy w LONG TRIPIE, dystrybuowaliśmy prócz desek ciuchy Stforky i Roxy, a także wypuściliśmy własne oksy. Instynkt biznesmena działał, więc płacąc już przy kasie, przy której siedział wygrzany jeszcze Ero, zacząłem mu nawijać o kolabo i o tym, że przy nas mogliby skorzystać wizerunkowo. Zdisowałem ich słabą promocję, o której nie miałem pojęcia, i zacząłem chwalić się tysiącem fanów na fejsie. Na co raper wyciągnął telefon i pokazał mi 7 tysięcy (bodajże wtedy) fanów Serum. Wyszedłem skonfundowany i jeszcze trochę czasu upłynęło zanim rozkminiłem, że deliberowałem sobie z legendą.

Od tamtej pory byłem bodaj na trzech występach JWP, ostatnio w sierpniu, a twórczość Jaśnie Wielmożnych Panów, choć nigdy nie trafiała do mnie stuprocentowo, to jednak zaczęła bujać i ujmować swą autentycznością.

KIEDY WCHODZI

Solowy album Erosa „Elwis Picasso” (dla niekumatych: Elwis od znanego piosenkarza, Pisacco, od malarza, albowiem ERO czynnie zajmuje się także graffiti) to przede wszystkim kawał solidnego, ale i dobrze już znanego bragga. Poczynając od „Intra”, które podkreśla oczekiwania słuchaczy związane z wydaniem solowego albumu, przez numer o znamiennym tytule „Ja”, bielański raper prezentuje to w czym czuje się najlepiej: bragaddocio. Pod charakterystyczne dla ekipy JWP, oldskulowe, zadziorne bity lecą płynnie kolejne zwrotki o nieprzeciętnych umiejętnościach rapera, jego unikatowym stylu oraz intelekcie:

Muzykę miasta tu tworzę jak Ewenement
 Jakbym nie dał im jej fanom mieliby delirium tremens
 I to żadne terefere, pcham rapsy szczere w teren
 I choć ostro ryje beret, ty szanujesz mój intelekt

Na wstępie robi to mocne wrażenie. Potem otrzymujemy, promowany singlem z teledyskiem numer ze Skipem „Nie mogę przestać” gdzie młody członek Mięthy, czaruje swoimi zdolnościami wokalnymi. Szkoda, tylko że nie znalazło się miejsce na jego zwrotkę, a też refren:

Nie o taki rap walczyłem ja
 Włożyłem czas byś miał to zepsuć
 Na szczęście jestem ja

w ustach dwudziestolatka, brzmi nazbyt buńczucznie, choć chyba Skip jest tutaj tylko dźwięczniejszym przedłużeniem myśli Erosa.

Wszystko fajnie, a dalej… no właśnie, dalej jest już bardzo podobnie, właściwie jednostajnie. Treści następnych numerów, bitów, flow, mieszają się w jeden utwór o tym samym – afirmacji siebie, swej rapowej pozycji i scenie (w ogóle słowo „rap” pada tu chyba w każdym numerze, odmienione przez wszystkie przypadki).

Znamienne są już same tytułu numerów: To jest styl, To jest koniec, Kiedy wchodzę, Rzeźnik, Ero robi to w czym czuje się najlepiej – jest sobą. I chwała mu za to!

Niemniej, paradoksalnie przez to, album sprawia wrażenie bardzo sterylnego. Jakby bytowanie rapera ograniczało się w tym czasie jedynie do nagrywania w studio. Brak tu wyjścia na ulicę, konfrontacji ze światem, jakichkolwiek wątpliwości czy życiowych rozkmin. Poza ten schemat wychodzą tylko dwa numery, które są jak wyspy na oceanie wzburzonego bragga: Piątek trzynastego z PIHEM, który relacjonuje dobrze znaną wszystkim malenżownikom Dżumę,  oraz Dzisiaj Jutro Będzie Wczoraj z JWP i Tomsonem zawierające to, co zwiemy powszechnie „przekazem”. Tutaj, bardzo pozytywnym.

Na uznanie zasługuje klip do utworu „Przerwa techniczna”, nakręcony z filmowym sznytem przez ekipę letemknowsequence, ciekawie wybijający się na tle tego, co prezentuje dzisiaj, polska scena.

Reasumując krążek Ero „Elwis Picasso” to solidna propozycja dla tych, którzy znają i cenią styl bielańskiego zawodnika. Produkcja jakby zatrzymana w czasie złotego rozwoju hip hopu, jest trudna do jednoznacznej oceny. Bo jeśli mamy na sprawę patrzeć synchronicznie i zestawiać ją ze współczesnymi produkcjami, to orbituje ona wokół zupełnie innych rewirów. Za to w kategorii trueschoolu i siarczystego bragga robi swoją robotę dokładnie tak jak powinna.

Autentyczny materiał dla fanów oldschoolowych brzmień.

  • Po to płacę za legalny streaming, aby nie być moralnie zobligowanym do kupowania płyt.

 

Wspomnienia wojenne Mateusza Storoniańskiego 1939, cz. 1

Wspomnienia wojenne Mateusza Storoniańskiego 1939, cz. 1

Niniejszym prezentuję Wam część swojej pracy dyplomowej, która polegała na poddaniu edycji naukowej wspomnień wojennych spisanych przez Mateusza Storoniańskiego (ur. 1918-1997) w 1973 roku. Żołnierz, więzień sowieckich łagrów, następnie czołgista w Armii Andersa, odznaczony Orderem Odrodzenia Polski i Krzyżem Walecznych. Przede wszystkim jednak wielki człowiek i patriota, który z pokorą i uśmiechem znosił to, co dla nas dzisiejszych wydaje się nieprawdopodobne. Wraz z postępującym kalendarium 80 rocznicy wybuchu wojny światowej, będę stopniowo udostępniać Wam kilka fragmentów jego pamiętnika, który niech będzie dla nas, zgodnie z intencją autora, „uczuleniem i przestrogą”.

 

M. Storoniański, Wspomnienia wojenne, wycinek 1

 

Wiosną 1939 roku stawiłem się jako poborowy przed Komisją Wojskową we Lwowie, gdzie
wówczas mieszkałem, i z racji mego zawodu mechanika pojazdów, zostałem przydzielony do 6.
Pułku Pancernego w tym mieście przy ulicy Janowskiej. Uczęszczałem jeszcze do Szkoły Technicznej przy Snopkowskiej. Gdzie między innymi przedmiotami było poznawanie broni palnej i strzelanie. Nasi wykładowcy dopingowali nas w tej sztuce bo mówili, że miesiące są policzone kiedy trzeba będzie dobrze celować aby nie zostać zabitym – wojna wisi na włosku. Prasa też nas przygotowywała na taką ewentualność, choćby przez opisywanie w prasie wędrówek dyplomatów państw zachodnich w różne części naszego globu, w celu zażegnania lub opóźnienia wybuchu wojny.
Szalę przeważyło podpisanie przez Rosjan paktu o nieagresji i współpracy z hitlerowskimi
Niemcami i… „stało się”.

W piątek 1 września 1939 roku w godzinach przedpołudniowych spadły w okolicy dworca
głównego we Lwowie pierwsze bomby i zburzyły sporą ilość domów, zabijając i raniąc ich mieszkańców.
Gdy nastąpił najazd „hitlerowskich hord” na nasz kraj, dużo młodych ludzi chętnych do
obrony swej Ojczyzny nie otrzymało wezwania do wojska. Ja z dużą grupą swoich kolegów, zgłosiłem się na ochotnika do wyżej wymienionej jednostki. Na miejscu okazało się, że wojsko ze sprzętem już jest w terenie i bierze udział w walce.
Wieści były niepomyślne, bo napastnik zastosował niekonwencjonalną taktykę wojenną i
miał przygniatającą przewagę w sprzęcie motorowym i lotnictwie. Z trudem dostaliśmy się do budynku gdzie mieściła się kancelaria. Przed wejściem do tej „jaskini lwa” stało dwóch oficerów i paru podoficerów, którzy obserwowali ćwiczenia swych podwładnych.
Zaintrygowała ich nasza duża grupa w cywilnych ubraniach. Skoczył na nas „z pyskiem”
starszy sierżant:
– Co wy tu robicie, kto was wpuścił na teren koszar? Rozstrzelać tych nieuków na bramie!
Kapitan go uspokoił, a nas zapytał po co tu wtargnęliśmy, po chwili namysłu, najbardziej z
nas elokwentny Tomek Mroczek – syn majora 14. Pułku Kawalerii, wyrecytował im nasze intencje zjawienia się tutaj.
Po wysłuchaniu naszego kolegi włączył się starszy sierżant i wspólnie z kapitanem, starali
się nam wyperswadować patriotyczny cel, ale nasz entuzjazm i optymizm przełamał opór tych panów.
Gdy oświadczyliśmy, że przeszkolenie PW mamy wszyscy ze szkoły, a jakieś stare umundurowanie i pukawka znajdzie się w magazynie. Najbardziej przekonujące było to, [że] znamy doskonale miasto i dalekie peryferie, możemy być potrzebni w ewentualnej obronie miasta, oraz przy drużynach łączności.
Nasi decydenci kazali nam czekać, a sami poszli do biura. Po chwili wyszedł starszy sierżant – ten który nas „objechał” – okazało się, że on jest szefem tej jednostki. Zawołał służbowego i rozkazał mu wezwać dwóch dowódców plutonu, wymienił ich nazwiska, gdy się oni zameldowali szefowi ten przydzielił nas po piętnastu na pluton i rozkazał tym „małym wodzom” rozdzielić nas po trzech na drużynę i pobrać z magazynu jakie można umundurowanie i uzbrojenie. Z miejsca zaczęliśmy bawić się w wojsko i w obowiązującym szyku maszerowaliśmy do „Sezamu”. Trudno było tam skompletować mundur, ale najważniejsze z tych sortów – była bluza wojskowa, pas i czapka, a spodni ani obuwia nawet nie szukaliśmy, bo mieliśmy swoje.

***

Za udostępnienie maszynopisu dziękuję rodzinie autora, w szczególności zaś Michałowi Łagunionokowi a.k.a. ŁAGU 5!

Portret warszawskiego polonisty, warszawskiej polonistki 

Poniższy tekst przeznaczony był na ogłoszony przez polonistyczny portal „nie?WINNI czarodzieje” konkurs pod poniższym tytułem. Został ogłoszony, jak to przy konkursach regulamin, który organizator złamał dwukrotnie: nie przestrzegając terminu rozstrzygnięcia oraz odwołując przyznanie nagrody.

Ja pewien, jak się zresztą sprawdziło, tego, że nikt prawie w tym konkursie nie wystartuje, pozwoliłem sobie na napisanie tekstu prowokacyjnego, miejscami wulgarnego, ale nie pozbawionego sensu, bo własnie wyłuszczającego tę bierność i niemoc twórczą studentów wydziału polonistyki. Jeśli na konkurs została zgłoszona nawet jedna praca, to powinna być ona, walkowerem uznana za najlepszą i to własnie byłby zamierzony jej cel. Ale niestety, znów się okazuje, że zasady mają służyć tylko tym, którzy je ustalają! Zachęcam do lektury!

 

Portret warszawskiego polonisty, warszawskiej polonistki 

nieżyczliwem pędzlem malowany przez oddanego kochanka Erato, a niepokornego sługę Jej Królewskiej Polonistycznej Mości.

JA

Nie pasowałem, chciałem się zająć spokojnym układaniem mojego szczęścia
Ale ja kurwa się czułem jak puzzel z innego pudełka
Matki i dziewczyny moich kolegów prosiły ich, by nie ufali mi nigdy
Że ja zmutuję
1 ich krzyki ambicji, ogólnie, że ja jakiś radioaktywny
Polon
2

TY

Lepiej nie podchodź, lepiej nie pochodź
Bo czekają tu nieodwracalne zmiany
Dziwko to Polon, dziwko to Polon
Właśnie zostałeś napromieniowany3

Białas, Polon

ONA

Ona jest stamtąd. Tam skąd wstyd jest trochę mówić, nie warto. Ona jest z „obok”, „w pobliżu” z „za” „i tak nie znasz”. Wychowała się „o tam”, za Szkolną ulicą, przy szosie błotnistej jesienią i wczesną wiosną, pod bilbordem Wielkiego Zaimka. Szkoła wiejska to było piekło, nieomal jak w Owczarach i dzieci te straszne wyrugowane z uczuć. Kiedyś na jej oczach skrzywdziły niewinnego psa. A ona nic, a ona nic, a ona „pa!”.

Czasem jest też z Krakowa lub Gdańska, ale wtedy to jest inna bajka. Wtedy to jest bajka opowiadana w kręgu przez starego Gadamera i się zapętla, wraca do punktu wyjścia zaklęta w powtarzalności przyjazdów i odjazdów, w końcu odjazdu ostatecznego, czy raczej ostatecznego powrotu.

I co z tego, że wyjechałaś, no co? Skoro i tak wracasz myślą, słowem, czynem do tego co cię stworzyło, wracasz do Gdańska jak Huelle, do maminego gniazda, wracasz, kiedy denko słoja klaska.

Czasem z Przasnysza. Boże, gdyby się tak udało tam wrócić i tam nauczyć. Ma taką szczerą nadzieję, że się uda. Że się uda. Że się uda. Rozłożyć w czasie jak Ewa Pobratyńska? Nie! Wszystko w rękach ekhm… Boga. Do kościoła chodzę mamo, tak. Tak, co niedzielę, tak. Piękne tu mają kościoły. Tak, co tydzień do innego. Tak. Pracę mam, tak. A w dużym sklepie. Ciężko jest, ale daję radę. Do Marcela piszę też. Podpisano: Denise.

Czy to persona w ogóle „warszawska”?

Dawniej w soboty oglądało się „Familiadę”, a w niedzielę szło do Domu Boga. Były pieśni, znak pokoju z Maciejem (dłonie miał mocne i białe), a potem się wracało, mówiło o roli roli, serialu, sądach, sąsiadach. Na obiad był schab, ziemniak, kapusta i kieliszek wódki (dla chłopów). Na deser telewizor.

Tu była dwa razy, w tym, no Jezu… W Najświętszej Widzenia Nawiedzenia Serca Miłościwego Maryi Jezusa Podziemia Parafii, ukrytej wśród bloków wysokich jak sto chałup. Ale nie chodzi raczej. Samej niefajnie. Wierzy, ale nie praktykuje, jak twierdzi.

No bo no nie wie, jakaś jest mętna atmosfera wokół tych kolumn, obrazów i rzeźb, coś stamtąd wraz z kadzielnicą ulotniło się. Kościół tu jest passe. „Jesus is my sugar daddy” – taki ostatnio widziała tatuaż na udach jednej dziewczyny w tramwaju. Dziwki z pewnością jak Nana. Jej daddy jest jej daddy i nie ma to podwójnych kontekstów, pamięta jak ją przywiózł dnia pierwszego do miasta pełnego kompleksów.

Jezu, ale tu wszystko wielkie jest! No owszem, byłaś wcześniej też, ale hej! ten wieżowiec nie stał tu wcześniej. Ah, piękne jest nocą Śródmieście, każdy tu może czuć się bezpiecznie. Niestety ty nie w Śródmieściu – za drogo trochę, a na Stegnach przyjdzie ci toczyć żywot, tuż obok stacji gdzie nocą leją browar i paliwo. Jakoś tak, mieszkanie, pokój, zwykły, w zwykłym bloku, tyle, że odnowionym i znikają tu wszelkie indywidualności pozory, bo oto koleżanka ma torbę tę samą a i może jest nawet od ciebie ładniejsza? Tam skąd pochodzisz uchodziłaś nawet za ładną, jednak w stolicy jesteś przeciętną panną. Trochę mina rzednie, co? Bo tam gdzie miało być pięknie, miejsko, rześko, nowe życie, high-life, dream team i chłopaki, nagle jesteś znów ta sama, tylko, że bardziej samotna niż zwykle, zdana na siebie, wkopana w dorosłe życie, a nikt ci nie powiedział jak ten ciężar nieść.

Ale póki rodzice płacą za czynsz i chleb, nie przejmuj tak mocno się! O nie! Korzystaj, korzystaj dziewczyno, bo trafiłaś do najpiękniejszego i najbarwniejszego miasta w tym kraju! Przed Tobą Warszawa! Nasza duma i sława, Syrenka i jej pierś wydęta, jej miecz tępy a wielki, jak co drugi chłopak tu, oto są bulwary skrzące lampionami, radością i pijackimi śmiechami, oto są szkła i betony skomponowane pod architektoniczne nagrody, są grube, żółte tomy ksiąg i rzędy żółtych zębisk do obejrzenia, na twoich nowych papierosowych, przerwach. Oto jest Warszawa, i powaga i czar kampusu, i radość wiosennego przedmieścia, bierz i korzystaj, bo to co na powierzchni to (prawie) wszystko Twoje i święć się imię Twoje – Iwona, Ilona, Anita, Dominika, Ola – jakkolwiek masz, tak możesz zaistnieć, tylko o jedno cię proszę, o jedno – w tym mieście nie bój się błyszczeć!

Ale ty co? Hej, hej! Czemu się tak zamykasz w tym pokoju, no? Byłaś na wykładzie, jednym, drugim i twierdzisz, że zmęczona już jesteś? A teksty na kolejne ćwiczenia to kto przeczyta? Czemu nie czytasz? I, co, i ja mam wszystko na zajęciach mówić, sam z profesorem rozmawiać?

Do klubu też nie wyjdziesz – wszak musisz się uczyć. Nie chcesz nawet. Co w tych klubach robią. Narkotyki i seks, to obleśne jest. I drogie. Bydło. Napisałaś kiedyś o tym wiersz?

Musisz się uczyć. I obejrzeć ten filmik na jutubie i ten serial nowy, ponoć super. O prawnikach. Prawnicy to mają. Mogłaś pójść na prawo, na prawie pieniądze byłyby lepsze. Ale rodziców nie byłoby stać by cię tu utrzymywać pięć lat. Rodziców Marioli stać, kupują jej wszystko, nawet samochód. A twoi? No wstyd, aż wstyd chłopaka jakiegoś tam zaprosić, bo ojciec zacznie wypytywać jakie plany, matka, kiedy wnuki, a potem włączą jak zwykle telewizję i przez chwilę tylko będzie dobrze, kiedy Starsburgera głos zagłuszy głosy duszy.

Muzeum? Nie, sztuki plastyczne nie interesują cię. Nie muszą. Ty studiujesz LITERATURĘ. Nie ma sensu się rozdrabniać, co te obrazy, tam jakiś Witkacy, Malczewski, Gerstl se wisi, niech wisi. W gablocie Zwrotnica i nóż jakiś z brzucha, a dalej meble, które wspierały obfite morale takiej Ćwierczakiewiczowej, biedermeier wyjęty z salonu literackiego wprost, ale nie! Ty nie jesteś jakąś kioskarką czy stolarzem ani stolarką! Muzea są drogie. Oj, bardzo drogie! Tak słyszałaś: „że studenci uczelni artystycznych mają za darmo, a my mamy jak normalnie. Studenci tego PA SE PE.” – „ASP – poprawia cię koleżanka.” „Tak. My drogo”4.

Nie wiesz ile dokładnie, bo nie byłaś by sprawdzić. Pytasz koleżanki: „czy żeby wejść do Muzeum Narodowego trzeba się jakoś wcześniej zapisać, by wejść?”. Ona odpowiada: „Nie, nie trzeba, można o tak”. „Byłaś?”. „Nie, jeszcze nie (studiuje III rok). Trudno się z kimś tak umówić, a samemu to nie.5

Samemu nie! Nigdy nic samemu, nie! Bycie samemu jest w ogóle passe, nie po to jest na Ziemi 7 i pół miliarda ludzi by być samemu. Kiedyś, w czasach Abrahama to może uchodziło. W czasach Miłosza jeszcze wśród jakiś wysychających jezior Wileńszczyzny, gdzie wodne węże plaskały czmychając przed ciskanymi z brzegu kamieniami. Ale dziś? Sama nie możesz wybrać się już, ani do biblioteki, ani na spacer, ani do muzeum, ani też postać na korytarzu. A, że koleżanek masz w sumie bardzo mało, to wybierasz głównie ten numer do mamy.

Samotność. Artysta powiedziałby „metafizyczna”. Ale ty nie jesteś artystką, więc tak nie powiesz. Takie słowa tylko na zajęciach, poza nimi jest wielkie zapomnienie i umyślne nie-kojarzenie. W opisie na tinderze jesteś tą, która „czas kocha spędzać pod kocykiem, z herbatą w ręku i dobrą książką w dłoni”. A ja Ci dobrze radzę: zrzuć ten kocyk, herbatę zamień na wiśniówkę, a zamiast książki chwyć lepiej jakiegoś chłopaka za rękę, i życie poznaj w końcu mięsiste i krwawe jak stek, a nie tylko tymi pierogami ze stołówki żywisz się!

ON

On jest stąd. A jeśli jeszcze nie jest, to się stanie. Nie jechałby jak głupi studiować polonistyki do innego miasta, aż tyle warte to nie jest. Jeśli już przyjechał, to nie tylko studiować, ale i żyć. Polonistykę wybrał, bo w liceum pisał wiersze. Jedne spaliłby dziś ze wstydu (gdyby miał piec) inne były udane. Julii się podobały. Julii się podobały i być może śmielej otwarłaby swe serce, wydarła dłonią nagą i ci je przed twarz (bijące jeszcze) wystawiła, gdyby nie ten wyjazd. Te twoje marzenia, mówienie, mówienie, mówienie, o tym co będzie, a za mało o tym co jest. O tym co było już. No i akcja z Agatą na tym sylwestrze. Tak, to na pewno też Julię odstręczyło. Ale ona nieważna już, bo tu w tymże gmachu czeka na ciebie kordon dup. Tak, to wulgarne i banalne, ale chuj, tak sobie myślisz, a tego nikt sprawdzić ci i ocenić nie może. Zapominasz jednakże, że myśli są panewką słów, a te wystrzałem czynu.

Nieważne są te przeszłe wydarzenia, tu zaczniesz się na nowo jak Rastignac. W oczach kobiet rozpalając blask. Ale zapominasz, a może nie wiesz tego jeszcze, że oczy ludzkie odbijają i na twarz przenoszą to co widzą, a ty jesteś ubrany na szaro dziś. Jakże chcesz świecić spod papierosowego dymu, smogu, deszczu, zatęchłych od wiśniówki bram? Jak chcesz… cholera! świecić z tą dziurą w płaszczu wypaloną nieudolnie strzepniętym popiołem i plamą od piwa na nowych butach?

Ah! Przecież cię przyjęto do szkoły poetów! Tak, w pamięci masz słowa Adama, he he, ty już wiesz, że to nie komedia a dramat jest, ale jednak odległy w czasie jak od renesansu Pierwszy Wieszcz. Ciebie to zresztą spotkać nie może. Ty wiesz kto dobrze pisał – Bukowski! On znał się na życiu. Znał, chlał, używał, brał. Tak, to jest to! Warto spróbować chociaż, dłoń wyciągnąć i się przekonać, liznąć artyzmu. Wszak pisarz bez papierosa istnieć nie może. Oh, Świetlicki! Palił. Herbert, Białoszewski, Miłosz, Szymborska, Lem, Konwicki (czy Gombrowicz?) Wszyscy ze szlugiem! Mnie zatem też wypada te pieniądze przeznaczone na ostatnią bułkę, przeznaczyć jednak na papierosy marki Camel.

Budzisz się po dziesiątej i oczy masz podkrążone. Nie zdążysz już na te ćwiczenia, miał być jakiś Sępa-Szarzyńskiego sonet. Brodacz będzie zły, o ile w ogóle twoja obecność, lub nie cokolwiek zmienia w jego stoickiej (wzorcem Kochanowskiego w posążku zaklętego) egzystencji. Poruszasz się, wstajesz, i pierwsze co, to brakuje fajek. Nogą nieuważną potrącasz wino z wczoraj, rozlewa się na bok, barwi blok, na ten rok, robisz skok, szmatą blok, lecz notatki zniszczył już ten winny sok. No i trudno, w pokoju jest brudno, Bukowski flow wjechał na grubo, wczoraj była jakaś lejdi, dzisiaj wiesz, że bolą cię zęby, zbierasz myśli rozrzucone jak skarpety, ale nic nie rzuca na nie nowego światła; czy przez rolety? Warszawa jest szara, brudna, zamknięta. Chodząc ulicami w czarnym płaszczu sam na siebie sprowadzasz Małą Apokalipsę, poprzez szlugi i tyskie schowane gdzieś za winklem, a teraz łamiące strukturę materiałową płaszcza. Wszystko się rozkłada: sens, ona na kanapie brudnej od wesz (chciałoby się rzec, ale aż tak, źle jeszcze nie jest), książki niedokończone, i ten z wczoraj wiersz – kartka niosąca krwawy ślad dosychającego pióra, zroszona kroplą brudnej śliny i papierosowego próchna, świadectwo myśli zgubionej i roztrwonionej. Postępujesz tak jakbyś miał się nigdy nie skończyć, jakby oderwany fragment miał odrastać natychmiast, jakby trwanie wiecznie w pięknie, dyspozycji, wenie, było naddane. Ale teraz gdy patrzysz w lustro i oczy zmęczone jak Muńka to już odwracasz wzrok, w bok, nie chcesz widzieć tego, co sprowadza cię tu – na dno.

Do dna!

Mija miesiąc, ogarniasz się, ogarniasz się – dziękuję, nie piję – dziwnie i pretensjonalnie to brzmi w ustach jeszcze młodych od krwi, ale tak trzeba robić jeśli mają się przyśnić jeszcze kiedyś jabłonie i nimfy z harfami, strunami trącanymi delikatnymi palcami wibrujące falą górskiego strumienia.

I teraz jeśli masz szczęście i determinację to odrzucasz złe nawyki trwale by wstąpić na ścieżkę z dala od bierhalle, a ta cię zaprowadzi w doliny między wysokie półki, z których potrafią spadać jak głazy zdradzieckie tomiszcza na temat ekfrazy i zgnieść ci głowę, ale też ujrzysz cudowne wzloty Wergiliańskiej epopei, tysiące ptasich skrzydeł utkanych z bawełny czerwonej i niebieskiej, białe jak śnieg skropiony krwią beenki i ujrzysz słońce po długiej zimie przez BUW-owski dach i w jednej chwili cała myśl ludzka nabierze kości, ścięgien, mięśni, tłuszczu i skóry i ujrzysz, na chwilę ujrzysz Sens Ludzkiej Myśli cały i cień tego Sensu będzie ci towarzyszyć, już do końca twych dni.

A może też oślepniesz.

MY

Odkryjemy tego drugiego Polaka gdy zwrócimy się przeciwko sobie. A zatem przekora powinna stać się dominantą naszego rozwoju. Będziemy musieli na długie lata oddać się przekorze, szukając w sobie tego właśnie, czego nie chcemy, przed czym się wzdrygamy. Literatura? Literaturę powinniśmy mieć akurat przeciwną tej, która dotąd się nam pisała, musimy szukać nowej drogi w opozycji do Mickiewicza i wszystkich królów duchów. Literatura owa nie powinna utwierdzać Polaka w jego dotychczasowym pojęciu o sobie, lecz właśnie wyłamywać go z tej klatki, ukazywać mu to czym dotąd nie ośmielił się być.6

Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1956

WY

(…) Ja wierzę w raportowanie nowe, świeże, przełomowe! A pan by chciał nas zaprząc do pługu i kazał to samo orać, i orać w nieskończoność. Wy nie macie tu monopolu na prawdę, choć bardzo byście chcieli!7

Piotr Sarmini, Bez przekazu

ONI

– Mordo, mordo, mordo…

– Łe kurwa, mordo, mordo?

– Ale mordo!

– Mordziasto.

– No mordo.

ONE

– Miałam zajęcia z profesorem Nowakowskim i on kazał nam czytać tę, no…

– No kogo?

– Tę – ścisza głos – Masłowską.

– Masłowską? I jak, przeczytałaś? Ja jej nie czytałam, nie chcę tego czytać.

– Ja ci powiem zaczęłam tę „Wojnę polsko coś tam”, ale musiałam często przerywać. Bo mi się niedobrze momentami robiło. Niedobrze.

– Mój kolega to czytał jeszcze w liceum, bardzo mu się podobało, polecał. Ale ja nie chcę tego czytać. Nie. To ohydne jest. 8

Milczą znów. Długo. Nikt się nie poruszy, by drugiego nie spłoszyć.

*KONIEC*

PIOTR SARMINI, 29 XII 2018

1Zmutuję od (ang.) mute – dosł. wyciszyć.

2Białas, Polon, [w:] POLON, SB Maffija, 2017.

3Białas, op. cit.

4Sic! Autentyczny dialog podsłuchany w podziemnej, polonistycznej kawiarence w grudniu 2018 roku.

5Jak wyżej. Dialog autentyczny.

6Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1956, Wydawnictwo Literackie, Kraków – Wrocław, 1986, s. 173.

7Piotr Sarmini, Bez przekazu, Czarny Kajet, Warszawa 2018, s. 254.

8Dialog autentyczny podsłuchany w kawiarence „Lalka”, choć lingwistycznie może ładniej oddany niż w rzeczywistości przebiegał.

Dwie anegdoty

Dwie anegdoty

Chodzenie przez lata do odpowiedniego fryzjera obfituje wytworzeniem bliskich relacji:
 
– Panie Darku, a co pan tak na nogę utyka?
– A wie pan, uprawialiśmy wczoraj z żoną seks. UPRAWIALIŚMY to odpowiednie słowo, bo to było właśnie takie uprawianie.
– Rozumiem, takie oranie.
– Tak, po tym ja sobie musiałem smarować kolanem maść, a ona kręgosłup. Po 30 latach małżeństwa, tak właśnie wygląda POŻYCIE.
– Widzi pan, dlatego ja z całym szacunkiem, żony nie mam.
– Oh, jak skończymy to na głowie to już proszę pana nie będzie wyboru.
***
Idę z Tidumem Krakowskim Przedmieściem, zaczepiają nas Mormoni.
– Dżem dobry – mówi dziewczyna z amerykańskim akcentem – czy werzycze w Boga?
– Uważam, że wiara lub niewiara w Boga, nie wyczerpuje możliwości moich stosunków względem Absolutu. – odpowiada Tidum na jednym wydechu.
—— error, error, drzewko dialogowe zostało ścięte.

Kończy się mordowanie, zaczyna się byczenie.

Mordo i byku zbijają grabę

Nowsze pokolenie i periodyczne odświeżanie słownika o zwroty bezpośrednie zatoczyło kolejne koło. O ile kiedyś popularne było zwracanie się do kogoś per „przyjacielu”, wulgarniej, dystansując „typie”, potem długo królował „ziom” a.k.a. „ziomal” to niezaprzeczalnym hitem ostatnich dwóch lat jest „Morda”.

Morda, mordeczka, mordziunia umożliwiająca przeprowadzanie całych nieomal konwersacji:

– Mordo, mordo, mordo…

– Łe kurwa, mordo, mordo.

– Ale mordo!

– Mordziasto.

– No mordo.

Bardzo familiarny sposób, jakże zbliżający dwóch mężczyzn do siebie, akcentujący to, co w odbiorze drugiego człowieka jest najważniejsze – twarz. Ale dziś ciało zaczynać być nad twarz przekładane.

Czy to pokłosie kilkuletniej już mody na siłkę i jakiejś globalnej mutacji męskich (i kobiecych, ale to temat na inny tekst) ciał, czy influencje rapowe, zapewne jedno i drugie. Oto proszę Państwa nadchodzi: BYK.

Siema byku, trochę mnie tu nie było
Zwiedzałem świat z moją muzą”

Byk jest spoko, byk jest zły, byk ma bardzo ostre kły. Wszystko z nim w porządku, o ile ktoś sobie na order Byka zasłużył, bądź też jego ciało jakkolwiek może bycze przypominać. Ale robi się dziwnie kiedy określenie tym zaczynają się obdarzać swobodnie nawet internauci nie widzący nigdy nawet drugiego „Byka” na oczy.

„Morda” parała pijacką sympatią, ale „Byk” to już wyraz szacunku, którym nie powinno się chyba obrzucać byle kogo. Co to za bykowatość skoro Bykiem jest twój wieloletni przyjaciel, a potem koleś, którego raz na miesiąc widujesz na siłce. Przypomnijmy, że Zeus porwał Europę pod postacią Byka. Czy to już niezbyt przesadzone tak każdego brać za rogi?

Kolejnym przejawem walk o parującą męskość jest zbijanie szerokich, sierpowych GRAB przez gości noszących rurki i afiszujących się zimą nagością swych kostek. Wiecie o co chodzi, ten rodzaj graby, po którego poprawnym wykonaniu następuje odpowiednie „klaśnięcie” i obopólna satysfakcja. Nic nie mam do grabienia, sam się tak czasem witam. Ale z przyjaciółmi, kumplami, dawno nie widzianymi, taka graba to nawet czasem zaproszenie do męskiego uścisku, poklepanie po plecach Mordo-BYKA dawno niewidzianego. Ostatnio jednak bywam świadkiem sytuacji, w których graby są zbijane przez facetów mijających się na przystanku czy stacji kolejowej. Jeden idzie, spotyka grupę jakiś znajomych i bez słowa zbija im trzy obszerne graby, po czym nie zatrzymując się nawet na sekundę spieszy się dalej. Czy tak się objawia szacunek? Czy byłoby lepiej gdyby przy każdym klaśnięciu wyrzekł sakramentalnie: „byku…”

Po co? Po cóż ta cała pseudo-familiarność męski rodzie? Czy nie powinno być tak, że wyrazami sympatii obdarzamy tych, których lubimy/kochamy naprawdę, którzy są nam bliscy? A z pozostałymi samcami się kujemy, walczymy o dominację liryką i ciałem?!

Nie! Dziś te całe „BYCZENIE” i „GRABIENIE” stanowią wyraz tego co utracone, tęsknoty za prawdziwą solidarnością i przyjaźnią, tęsknoty za rozproszoną w sklepowych witrynach męskością. W moich oczach ten kto nadmiernie Byczy i Grabi sam pragnie być przez wszystkich Byczonym i Grabionym. A taki jegomość w gruncie rzeczy mocno jest niepewny siebie. „Nie bądź jak agentura zbytnio towarzyski. Bądź bliski dla bliskich”. Byczenie i grabienie ogranicz MORDO do swojej farmy.

sarmini portret

Kraków, 25 X 2018

Czarny Kajet FALL 2018

Hostel B-Movie, Kraków

/Cejrowski i TVP napierdalają mi nad łbem spójną propagandą nienawiści. Dziennikarz – publicysta-konserwatysta się spotkał z drugim takim samym i teraz razem se takują i atakują i wynika z tego to, co zakute łby chcą./

A ja dziś chcę przeżywać, chcę się odrywać od przeżyć zapętlonych we fraktalach mikrocierpienia.

/Dzięki (Bogu) Hiszpanka przełącza kanał/

Rozmawiałem z Jabłonką i się pożegnałem z nią dobrze, odcinając ją od pępowiny wyrzutów sumienia i myśli kreślących alternatywne scenariusze przeszłości i przyszłości. Podziękowaliśmy sobie i teraz oboje ku wolności, przynajmniej tej od wzajemnej zależności. Bo do wolności osobistej daleka jeszcze droga… nie! CEL daleki, bo droga jest już kroczona. I potykana. I upadana. I dalej: powstająca, idąca (z bólem), biegnąca (z radością).

Materia. Ja w żyłach i arteriach dawnej stolicy tego kraju. Na łeb pada. Na łeb pada. Na  łeb  pada. Że nie mogę (choćbym chciał) wejść tu i tak, bo w kielni brak królów, na torsie munduru, że no brak. Bezdomność Kajeta. Bo ja chciałbym wszędzie. I na tego królika w śmietanie i na wino czerwone, na piwo zielone, deser nasączony alkoholem. A jak nie mogę to mi czyni nieszczęście, a jak mogę to krótką radość, spulchnienie materiału modnego: E G O.

I potem w sztosie, z jakąś u boku, przemierzam ciemne ulice w szlafroku(autentyk: #Sylwester2018) i zamawiam cierpa:

Weźmy narkotyki – mówię.

I płyniemy. Płyniemy na radiowych falach nocnego „Radia Kampus” do obskurnych bram, gdzie zostawiłem kiedyś swój tag i gdzie tagi inne też znam, a tam pan:

– Pięć dych za gram.

Tfe, ścierwo. Ale jakbym miał to jechałbym do szklanko-metal bram i tam:

– Siema. Pięć stów za gram.

I też bym brał.

A potem z nią na dom

/boję się, że mi się skończy tusz w piórze/

i na białe łoże. Ona skąpana w czerwieni kolorze
światła
Pręży się lub jest bardzo mała (to już zależne jest od niej i od ostatnich dwóch godzin [nietrzeźwych]), ale obojętnie jaka jest biorę ją jak Piękny Pies, a jeśli kocham, lubię, szanuję to nazwę „suką”.

A ona wtedy jęknie i na świecie, przez krótką chwilę znów będzie pięknie, bo dwoje ludzi przypomniało sobie, że w głębi, wypełnieniu, sokach, tarciu wilgotnej tkanki o skórę SĄ ZWIERZĘTAMI.

A potem leżymy w mokrej pościeli, paląc lub nie (to zależy od tego jaki był ostatni dzień) i śmiejeMY się, milczyMY, patrzyMY w oczy, dotykaMY lub nie (patrz wyżej).

A rano czuję nic. Kac. Nic. Kac. Smród. Nic. Ból.

Ona jest czy nie? To zależy (patrz wyżej).

/Facet stary i łysy, jebał go pies, przełączył ka nał, podgłośnił film o Stalinie, sytuacji rosyjskiej wsi, stracony romantyczny flow-chill/

Nad morze przyjechał do mnie PeKa. Już dawno gadał mi o leku, który podkrada ojcu, (co swoją drogą uznaję za dość żałosne), i który to lek zaaplikowany przed snem wywołuje u niego doznania narkotyczne. Lek nazywa się "Na sen" (jeśli czyta to przedstawiciel koncernu farmaceutycznego, to nie mam nic przeciwko by ten product placement był komercyjny), a jego substancją czynną jest zolpidem. PeKa. z namaszczeniem wręczył mi nadwyrężony mocno blister leku NA SEN (widzicie jak ładnie lokuję? #SEO) i polecił połknąć jedną tabletkę. Wobec osaczającej mnie nudy uczyniłem to bez wahania. Połknąłbym nawet drugą i trzecią, byle przerwać nadmorską chandrę i durnodźwięki kapiące z telewizora. Połknąłem i czekałem ku uciesze PeKa - (zawsze go to bawi, kiedy się ućpię czy upiję, a że robię to coraz rzadziej, okazja była na swój sposób wyjątkowa.) 
Cała zabawa z zolpidemem (lekiem NA SEN - co na sen, ratunku nie mogę zasnąć, leki bez recepty na sen, na sen, problemy z zasypianiem)  polega na tym by go połknąć, ale NIE IŚĆ SPAĆ. Oczy mieć szeroko otwarte, umysł w trzeźwości i czekać. Czekać na stojąco, lub siedząco, ale na pewno nie leżąco. Po 20-30 minutach zopldiem zaczyna ujawniać swą dziwaczną moc, czyniąć świat i naszą świadomość miejscem onirycznym. Trudno opisać jego działanie, szczególnie, że przy końcu lek odbiera pamięć. Ostatnie co pamiętasz, to spadanie na otwartą klapę laptopa grającego Nicki Minaj. 
Stojąc w straceńczej służbie literatury, kontynuując dziedzictwo wszystkich pisarzy zażywających, niepraktykujących, postanowiłem PISAĆ i przekazać wam Niewdzięcznym (to nie do pana, panie przedstawicielu koncernu farmaceutycznego) okruchy zolpidemowej świadomości. PISAĆ i NAPISAĆ. Wyszło opowiadanie. Słowa wylewały po miękkich zagonach pościeli tworząc sensowne gramatycznie zdania. Zapewniam, że są one też złożone semantycznie. 
Kiedy dałem "Kopułę" do przeczytania Jerzemu (53 l.) powiedział: "nic z tego nie zrozumiałem". 
Nie dziwię mu się. 
Jest to bowiem opowiadanie wymagające od Czytelnika ufności i wnikliwości, a na te trudno dziś sobie pozwolić. 
Pozostawiam to jednak Twojemu osądowi.

KOPUŁA

Pierwszy dzień lata 2028 roku rozpoczął się drugiego kwietnia. Drugiego, bo pierwszego nikt nie zrobił żartu spektakularnego, ani jakiegokolwiek w ogóle. Nie pamiętam by zrobił, a więc nie zrobił. JA też nie zrobiłem, a więc współwinny się czuję napędu koła w osi posthipsterskiego-korpo marazmu, koła toczącego to miasto.

Warszawa jest wedle naocznych świadków – znajomych operatorów dronów, kręcących reklamy reklam, w kształcie wielkiego dysku. Axis Mundi dysku wyznacza Pałac Kultury, a pomniejszym axis tym bardziej pragmatycznym, tym bardziej „zejdźmy z chmur na ziemię i skilujemy deadline” jest siedziba firmy „DronSons”.

Te dwa punkty: PKiN oraz „DronSons” mieszczące się w kamienicy na Mokotowie, tuż obok McDonalda stanowią dla Ksawerego – droniarza – oś współrzędnych x i y, południk i równoleżnik, terytoria jego działań jakim jest dysk. Dysk Warszawa. Pokryty białą kopułą spermy, koksu i mąki z kajzerek. Zespojony solidnie sylikonem i niby to wyraźnie, a niby nie (tak, że łatwo zapomnieć) rzuca na Warszawę cień. Cień przytulnej ignorancji.

Modlitwa do Kopuły:

O Wielka Kopuło! Złożono ze spermy, amfy, jajek i kruszonek udziel nam, chroń nas, zyszczyj nam, racz się jaczy wola Twoja, jako w Kopule tak i na Ziemi, chroń nas o Kopuło! Nocą, o świcie! Chroń nas od innego złego, bo swego mamy już w kurwę. Chroń nas i jeśli woja Twoja to zyszcij nam coś spuści na stock. Ale niech cię od złego pokuszonego nietentego, jego jimię folołowane, zbaw nas, zbaw! na wieki, wieków. Cola.

Ksawery co dwa dni zmawia modlitwę do Kopuły, by mu się życie nie zwaliło na łeb. Przed każdym wyruszeniem na kręcenie reklamy, a później making-offa reklamy odmawia ją solennie. Nakazuje mu to przełożony i regulamin „DronSons” uaktualniony o nową „politykę prywatności”.

Polityka prywatności zmienia się często, bo chodzi w niej o utrzymanie prywatności, a ta ze swej natury nie powinna być przecież dobrze znana, czy publiczna. Publiczna prywatność? Dziś nawet oksymorony nie prowokują różowych, śliskich, łakomych ust Wielkich Pożeraczy Gówna. Gówno się stało tak powszechne, że jego zapach mało ich nęci. Co to za gówno, z którego wszyscy są zadowoleni, bo je pakują dzieci w bąbelkowe folie i ładne, jednorazowe kartoniki. Gówno, które mają za uszami wszyscy, nie może być już „gównem” dłużej nazywane! O teraz nazwiemy toooo…. „produktem”! eureka! Nowe gów… to znaczy … pprpodukt, produkt w aptekach!! PRODUKT w sklepach, marketach, szaletach….

PRO D U KT JEST WSZĘDZIE! PRZYJDZIE TEŻ W NOCY I CIĘ ZJE!!!!!

Jak go nie kupisz. Ale kupisz, tak? ?

– Ksawery jak twój start?

– Już już, Pani Tolo, rozkręcam śmigiełko i lecimy w niebololo!

– Ksszz kszzzz, wiem, że to ksz ksszzz, niepoprawnie w pracy, ale ksz kszksz, mógłbyś tak dziś pszybować ze mno na kolacji?

– Nie wiem ksz ksz czym dobrze odebrał Pani Tolo. Chce pani, żebym pani przywiózł tym kolację?

– Nie nie, ksz ksz, ja chcę Ksawerku cobyś mi ją zjędli razem. Drona zostaw u kolegów.

– Ale Pani Tolo, ksz, ja jestem operatorem, pilotem teo drona! Pani widzi jakie mam poważne skórzane rękawiczki i tu fsiu, bdźiu, niebieskie guziczki? To jest moje narzędzie pracy.

– Masz także inne kszksz narzędzia Kszksz. I twoim męskim obowiązkiem jest z nich korzystać. Pogadamy jak wylądujesz, a teraz skup się na celu żołnierzu, co widzisz?!

– Pani Tolu, za pośrednictwem swych gogli VR i kamerki nabrzusznej widzę plan reklamowy. Wielką ksz reklamę, wielkiego produktu. Over. Kszsz

– Co to za produkt Ksawery? kszksz. Czy uda ci się podlecieć bliżej i strzelić mu pack shota? Kszsz. Over

– Zdaje się, że to ksz zupełnie nowy i rewolucyjny płyn do prania tapicerek „Klinex”. Ma… o Kopuło Najbielsza… ma nowe aktywne składniki piorące i mikrogranulki, a do tego… o ksz sz.. świąteczny zapach cynamonu. Over! KszKSz

– Musimy to mieć Ksawery. Kszsz. Spróbuj podlecieć tak, aby reklama i produkt się nie wystraszyły. Postaraj się nagrać prezenterkę porównującą „Klinex” do zwykłego, wiodącego producenta płynów do prania tapicerek. Over!

– Kszsz, mam to. Narzucam czarno-biały filtr na Zwykłego Wiodącego Producenta.

– Doskonale… kszsz

– Czy dodać cyfrową wizualizację ukazującą moc nowych aktywnych składników piorących i mikrogranulek? Over!

– O Boże Ksawery, jak tu cię nie kochać. Spotkajmy się po pracy. Over… kszsz

– Ale pani Tolo. Uwagalolo, uwaga, namierzył mnie wrogi dron, powatrzam! Namierzył mnie wrogi dron! Lecę wprost, na kopułę, kszksz, powtarzam, lecę wprost na kopułę!

– Ksawery! Natychmiast zdejmij gogle, katapultuj się słyszysz?1 Zdejmij gogle, Ksawery! KszKSz

– Widzę szczegóły anatomiczne Wielkiej Kopuły! Kryształki amfetaminy, mąkę z kajzerki i obszczaną chusteczkę over!

– Ksawery, zawróć natychmiast! Rozpadniesz się jak Ikar, to nie jest prawdziwe, słyszysz? To nie jest prawdziwe życie, to są śmieci, to nie są produkty! Powtarzam: to są śmieci, to nie są produkty! Nie filmuj tego! Natychmiast zawrócić! KszKSz

– KszKszKszK

– Ksawery???

– KszKSzK Widzę bęben pralki i plastikowe butelki. Wcale nie są białe?! Co robić? KszKSz

– Ksa….

– Wrogi dron otwiera ogień! Muszę wylecieć przez kopułę, powtarzam: muszę wylecieć poza kopułę!

– Natychmiast za…

– …… fbz… bzzuuuuu. Iiii..yykszssz……

Tola obróciła się na krześle i spojrzała w przestronny pokój mieszczący się w kamienicy firmy „DronSans”. Na jej ściągniętej twarzy okalanej rudymi, kręconymi włosami, skupiły się teraz oczy pozostałych pracowników Centrum Dowodzenia. Wśród monitorów i hologramów przecinających pokój dało się wyczuć materię napięcia emocjonalnego, stresu, który tylko na krótkie chwile dnia, opuszczał te pomieszczenie. Tola wycelowała zielone oczy w Starszego Inspektora ds. Lotów WK – Tomka i wydała krótki rozkaz:

– Odłączyć.

Milczenie stało się głośne. Tomasz, z kroplami potu na czole, które przedrzeć się chcą przez gęste, czarne brwi, podnosi klapkę osłaniającą wielki czerwony przycisk. Patrzy, na Tolę po raz ostatni, a kiedy widzi jedynie lekkie skinienie głowy, przymyka oczy i…. naciska guzik.

Ksawery – operator drona zanurza się w śmieciowej chmurze dryfującej nad Warszawą. Zaczyna rozumieć. Zaczyna rozumieć wszystko. I boi się.

Rozumie co dzieje się z produktami, kiedy przestają działać i co dzieje się po tym jak Łowcy Produktów Umarłych zabierają je spod jego i sąsiadów drzwi. Do tej pory myślał, że produkty umarłe po prostu znikają. Że spala się je, albo przerabia i nie ma ich. W każdym razie nie tak wiele. Wielka Kopuła, miała być wielka, owszem, ale nie miała być wszystkim. Teraz Ksawery rozumie… i przeraża go to. Rozumie, że poza Warszawą – Wielkim Dyskiem, poza produktami i poza kopułą, Wielką Białą Kopułą śmieci, na tym świecie nie pozostało już dla niego Nic.

Sygnał czerwonego przycisku dochodzi do gogli. Mocne i precyzyjne wyładowanie elektryczne paraliżuje a następnie wyłącza mózg Ksawerego, tak jak wyłącza się mózgi zwierząt w rzeźni. Ksawery staje się w tej chwili zupełnie nieużytecznym produktem. Teraz można go już tylko wystrzelić w Wielką Biała Kopułę.

 

Fetysze emocjonalne

Fetysz: „w religiach pierwotnych: przedmiot, któremu przypisywano siłę magiczną”

„Fetysze emocjonalne” to projekt, który przyszedł mi do głowy wraz z początkiem lata – wspomniałem o nim w ostatnim wpisie.

Chodząc po plaży w stanach i towarzystwach przeróżnych, chodząc przez ponad dwa miesiące, napotykałem rozmaite przedmioty i formy: kamieni, muszli, przedmiotów etc. wyrzuconych przez morze. W ciągu tych dwóch miesięcy moje emocje, nastroje i siły zmieniały się jak struktura piachu, po którym stąpałem. Plaża niby pozostawała ta sama, jak i niby Piotr pozostawał Piotrem, ale w rzeczywistości niewiele z „dziś” przypominało to z wczoraj. Emocje są dynamiczne i nie jest to wyraz dysharmonii czy szaleństwa, a naturalny stan ludzkiej natury.

Zebrałem z plaży to co wydało mi się najwyrazistsze, co zarezonowało we mnie i luźnym skojarzeniem przywiodło emocje i stany, których ostatnio doświadczałem. „Fetysze emocjonalne” łącząc fotografię i surową poezję próbują ukazać złożoność ludzkich emocji, odnaleźć ich przyczyny (sytuacje) i rozpoznać warunki, w których takie emocje lubią się pojawiać.

Minerał szlachetnej dynamiki

Minerał szlachetnej dynamiki

emocje: rosnące podniecenie na wysokości splotu słonecznego, zadowolenie z siebie, odwaga, moc, sprawczość

sytuacja: wykonywanie elementów większego projektu z łatwością, polotem i autentycznym zaangażowaniem

warunki: umysł pozbawiony negatywnych emocji i wolny od przebodźcowania, ciało zdrowe, oddech głęboki, wolność w działaniu, samodzielność

 

Bursztynowy naszyjnik

Bursztynowy naszyjnik

emocje: radość w klatce piersiowej, krótkotrwała satysfakcja, atrakcyjność, kompulsywność

sytuacja: przebywanie w miejscach zakupowych, towarzystwo, chęć stymulacji humoru, „potrzeba” odświeżenia swojego „ja”

warunki: wypłata za pracę, poczucie „zasłużenia” na coś materialnego, oszczędność pieniędzy na innych polach

 

Martwa Mucha

Martwa Mucha

emocje: głęboki żal po stracie, poczucie pustki, bezsensu życia po zaznanym niepowodzeniu i utracie ukochanej osoby

sytuacja: emocjonalna i seksualna samotność, bycie daleko od domu, popadanie w nałogi, brak sił, niedotrzymywanie postanowień

warunki: nieprzepracowane ważnych doświadczeń w bieżącym czasie i zepchnięcie ich do podświadomości, brak wyraźnych sukcesów na polu zawodowym i prywatnym, brak poczucia stabilizacji życiowej

 

Pordzewiałe okowy wolności

Pordzewiałe okowy wolności

 

emocje: poczucie „zluzowania” dyscypliny, chwilowa wyrozumiałość, upojenie. Następnie: żal, wstyd, powątpiewanie we własną wolę i sprawczość. Dalej: podjęcie postanowienia o tym, by nigdy raz zrzuconych okowów powtórnie nie zakładać.

sytuacja: niespodziewany nawrót do dawnych myśli i wzorców zachowań, które uważało się za niebyłe. Nawrót często połączony z używkami, lub określonym towarzystwem wywołującym stany i zachowania, których potem się wstydzimy.

warunki: Sytuacje towarzyskie z ludźmi „z przeszłości”, którzy znali nasze inne, rozchełstane „ja”. Wyjazdy, nowe miejsca, osłabiona wola, używki

 

Smolista magma wielości

Smolista magma wielości

emocje: poczucie „zalania” informacjami, osłabiona pamięć, smutek, złość, podniecenie, lubieżność, ogłupienie

sytuacja: codzienna praca na komputerze wymagająca zbierania i przetwarzania informacji, prowadzenie portali społecznościowych, przykładanie wagi do „życia online”, potrzeba dzielenia się z innymi każdą chwilą

warunki: kompulsywne nadużywanie internetu, gier, pornografii. Niemożność zaprzestania „przeglądactwa”, potrzeba bycia w strumieniu informacji, potrzeba kompensaty wobec rzeczywistości

Chropowaty kamień pełni

Chropowaty kamień pełni

emocje: bezwarunkowa, spontaniczna radość, poczucie spełnienia „rozlane” po wnętrzu ciała, lekkie podniecenie seksualne, energia do działania w przyszłości

sytuacja: czas wolny od pracy spędzany zgodnie z własną  naturą, obcowanie z pięknem przyrody, poczucie obfitości w życiu

warunki: brak problemów na polu zawodowym i prywatnym, bądź nieprzywiązywanie do nich wielkiej wagi; zdrowie fizyczne, życie zgodne z własnymi dążeniami

 

Ciekawi mnie czy i Ty zaznajesz podobnych uczuć. Czy rozpoznajesz warunki i sytuacje, które na nie wpływają, czy dajesz się unosić falom emocji bez kontrolowania? Podziel się tym w komentarzu!

 

 

 

 

 

 

 

 

Verurillo 29872 – niebezpieczna gra

Wracam do domu na tym veturillo, chyba powinienem wypić te czerwone wino. A więc: Praga, sklep24. Kolejka jakby na TVP właśnie ogłosili koniec świata, tymczasem słoneczko i wiatr lekki niczego podobnego nie zwiastują. Wężyk się ciągnie aż na dwór, no to rower zostawiam i między słuchaniem narzekań za mną, że „na chuj te jedzenie kupujo, mleko i sery. By se kupili browara jak ludzie he he i do jutra poczekali” a podziwianiem zręcznych podrywów z przodu: „a gdzie panie w taką ładną pogodę, co? Może by tak do parku z nami?” sobie myślę.
Co jakby mi ten rower chciał KTOŚ ukraść (bo nie przypinam jak peniacz), co bym mu wtedy powiedział. O tak: „Twoje kurwa? Co?! To czego ruszasz?”, a KTOŚ: „bo myślałem, że tak stoi…” a ja: „Widzisz ten słupek? Jego se ukradnij i w dupę se wsadź!”, a KTOŚ (zawstydzony) „przepraszam pana, to już się więcej nie powtórzy”.
Ale już koniec rozkmin, bo kolejka rusza jak w jakim Disnejlendzie i już dopadam do kasy i biorę cygaretki RETRO fioletowe i pizzę 4 sery DŻIUSEPPE i wychodzę.
I oto widzę jak osobnik w żółtym dresie wolno, acz stanowczo zaczyna oddalać się na moim VETURILLO rowerze w rejon sobie tylko znany. No to krzyczę:… „Ziomek!”, ale on nie słyszy. Łapię zatem mocno pizzę, że aż się wygniotła i biegnę za nim, co jakiś czas powtarzając przyjacielską komendę-sugestię bycia ziomkiem i się jednak rychłego zatrzymania. Ale on nic, więc włączam sprint i krzyczę „STÓJ!”. Gość pada jak porażony na prawy bok, żółty dres sobie szoruje, aż mu kuboty spadły (przeżył o dziwo) i wybąkuje coś w stylu skruszonego… „o kurwa…” i odbiega do swoich. Swoi się śmieją, on się śmieje, małżeństwo  z dzieckiem się śmieje i ja w sumie też się śmieję. Nawet policja się śmieje i operator kamery przemysłowej 02183 się śmieje i nawet ci z veturillo się śmieją. A pizza Dżisueppe 4 sery smakuje po takim śmiechu najpyszniej.

PRO8L3M „Ground zero mixtape” #RECENZJA

PRO8L3M „Ground zero mixtape” #RECENZJA

Uprzedzam z góry, że tekst ma formę lekkiej analizy filologicznej, stąd liczne cytaty i wchodzenia w „podmioty”.

Odpalając kolejne dzieło warszawskiego, teraz już międzynarodowego duetu, chciałbym jednocześnie odpalić papierosa, wygodnie rozłożyć się w fotelu, zamknąć oczy i posłuchać. Zaufać. Utonąć w toni perfekcyjnie dobranych dźwięków, złączonych z zaskakującym  flow i liryką. Jednym słowem uczynić to do czego PRO8L3M zdążył mnie już przyzwyczaić – do zaufania, bezpytaniowego pożyczenia kilku stów i kilkudziesięciu minut uwagi. Ale w przypadku tego albumu na zaufanie miejsca nie ma i być nie może.

Po pierwsze to efekt bitów. Rejvowych, na przestrzał elektronicznych, i może mieszają się tu jeszcze inne gatunki, ale pewien nie jestem. Nie wiem, bo choć album wydany jest razem z zinem, to znalazło się tam jedynie miejsce na kilka cytatów i fotografii (a właściwie to jednej i przetwarzanej) autorstwa Ady Zielińskiej, okrytych narkotycznymi soplami Thomasa Le Pivota. O ile konotacje i zapożyczenia na „Art Brut Mixtape” były jasne, bo osadzone w największych, synthpopwoych hitach Polski lat 80′, o tyle w przypadku „Ground Zero Mixtape” twórcy nie sprezentowali odbiorcom jaśniejszych odnośników do oryginalnych utworów*.

Przejdźmy do środka, do esencji. Mixtape otwiera chronologicznie numer „Styl sportowy”, szkoda, że wersja albumowa niczym nie różni się od tej dostępnej na Spotify. Na „Art Brut” nabywca fizyka, dostawał skromny, ale jakże miły prezent w postaci otwierającej nawijki do „Stówy”: „Art Brut Mixtape, sztuka marginesu dzieciaku, aha, sprawdź to” – wersja cyfrowa była pozbawiona tego wejścia.

„Styl sportowy” zwiastuje to, co dane nam będzie usłyszeć na przytłaczającej części płyty, to jest nawijkę o złości – (pierwsze słowa „Tak, jestem wkurwiony”), dalej o kobietach, pieniądzach, używkach i przyspieszonym kodeksie ulicznych zasad – czyli tym do czego przyzwyczaił nas najbardziej erudycyjny z uliczników:

Lecimy na dancing
Ona niebieskie rzęsy
Ja glany, martensy

[Zwrotka 2: Oskar]
Nie, nie widziałem
Nie, nie słyszałem
Nie wiem, nie znam go wcale
Nie było mnie tam, spałem
Bez nazwisk, bez wzmianek

Numer osadzony jest w klimacie lat 90’tych, dla Oskara stanowi jakby powrót do ery grungeu i rzeczywistości topniejącego PRL-u.

Dalej są „Macki meduzy”, utwór naprawdę otwierający mix:

Zamknij oczy i uwierz mi, zapij to wódą i lećmy
Ten miks nie jest bezpieczny, ale piguła jest dziś nieobecny

„Macki” to jedyny numer, w którym podmiot ulega fizycznej dominacji ze strony kobiety

Chciałem jej nalać do miarki, ale wyśmiała i przelała do szklanki
Panna pokazała ci majtki, ona mi po co naprawdę są kajdanki
Dobrze, że mam twarde nadgarski, gorzej znoszą to jej koleżanki

Oskar opisuje tu kobietę mocną, dominującą femme fatal, którą respektuje na poziomach emocjonalnym, fizycznym oraz intelektualnym. I czy to ta jedyna, o której przyjdzie nam słyszeć jeszcze później, w dalszych częściach mixtape’u?

[Refren: Oskar]
Ona szepcze mi do ucha, a jej szapcze diabeł
Jest jak nad miastem koszmar, który musi wreszcie nadejść
Byłem zły, z nią jestem jeszcze bardziej
Chcę jej nagiej, albo ona, albo nie chcę żadnej

Kobiet jest tu całe mnóstwo. „Ground Zero” to rozwinięty, Pilchowo-Pezetowski „Spis cudzołożnic”, gdzie dostajemy, mniej, lub bardziej złożone opisy kobiet pięknych, zepsutych, naiwnych, głupich, cynicznych. Modelka, jak z „V8” ona fajna, z twarzy jak Jessica Alba.
Na skitach mężczyźni rozmawiają głównie o kobietach. Przedłużenia i przetworzenia z „Makijażu” (Hack3d by Gho5t), tylko, że teraz ONA widziała „fotostory z Anką”, a nie „wysłała test ciążowy”  z czego może być chryja.

„Lody włoskie” to kolejny opis związkowo-seksualnych ekscesów, tym razem z kobietą, dla podmiotu, sortu drugiego. Zdradzaną, okłamywaną: nie w tym rzecz, że się zmyła, rzecz w tym, że mnie nakryła, po ostatnim zajściu, zamiast romansu jest jej płaszcz.

Mizogeniczny stosunek Oskara do kobiet w ogóle nie uległ zmianie w stosunku do „Tori Black” z pierwszego albumu, gdzie podmiot deklarował, że lubi duże dupy i płaskie brzuchy, jednak pewne, bardziej romantyczne momenty z „Jakby świat kończył się” sugerowały, że może da się kochać i da się dostrzegać piękno, nawet we wszechogarniającym, szarzejącym brudzie blokowisk. O ile wersy w stylu ogień w piczy już budziły pewne grymasy o tyle to co prezentuje Oski w utworze „Na audiencji” (sytuacja odwrotna niż w „Mackach meduzy”) budzi już niesmak.

Włożyłem jej całego, aż przypomniała sobie co było dziś do szamy
(…)
Dla odpoczynku znalazł się w jej ustach smoczek
Zrobiła minę, jakby miała wypić z rana ocet

Niesmak jakby się udziela, nie ze względu na praktyki seksualne, co ich opis: brutalny, bezpardonowy, prostacki. I może jest to metoda: uderzać wprost, bez kozery, ale jeśli tak, to po co te „smoczki”, pseudo-niedopowiedzenia i niby-zaokrąglenia? Numer ratuje Steez, nadając mu swoim głębokim wokalem, nieco więcej klasy i blasku:

[Outro: Steez]
Ona ubrana w złote cacka
To nie po parku przechadzka
Długie szpony, słony pot
Na oczach opaska
Kostki lodu, waniliowe masła

Przy dziewiątym numerze „Fair Play” następuje lekkie przełamanie dotychczasowej konwencji. Oskar daje popis swojego ulubionego środka poetyckiego, jakim jest anafora:

To inna historia, że gadam z Bogiem o piekle
Inna, że śmigam ostro, bo nie wiem jak wcisnąć heble
Inna, że trzymam fason, a jestem jak małolat we mgle

I tu warto zwrócić uwagę na motyw piekła, który przewija się na albumie kilkukrotnie:
to co miałem właśnie się smaży w płomieniach – Magnolie
sprawdzę, które piekło jest najmniej uciążliwe –
Vanitas

co w końcu odkrywa maski podmiotu, dając nam pojęcie na temat realnych strat i kosztów prezentowanego przez rapera stylu życia,

Dalej mixtape ewoluuje. W dobrą stronę. Gdyby chcieć zliczyć wszystkie zaimki „ona” i „jej” występujące na albumie, wyszłoby tego kilkadziesiąt. Choć „Ground Zero” stanowi wyraz męskiej dominacji i apoteozy życia macho, jest paradoksalnie zdominowany przez kobiety. Album nabiera kolorytu wówczas, kiedy Oskar rezygnuje z opisów przygodnych wojaży a skupia się na kobietach swojego życia, czego przykład dostajemy we flagowym numerze „Flary” opisującym, trudną, agresywno-pasywną relację między mężczyzną a kobietą. Kiedy podmiot przyznaje się do uczuć: tęsknoty i straty wywołanych brakiem tej jednej, przy której wszystkie maskarady: picie, lans, życie na pokaz, miały sens.

Doskonale sprawdzając się na płycie momenty wokalne, jak w luzującym atmosferę „Puerto Rico”, gdzie zostaje złamana koncepcja rave’u, a Oski pozwala sobie na knajpiane, pijackie zaśpiewki, brzmiące zaskakująco dobrze i rytmicznie. Podobnie jest w „Magnoliach”, gdzie śpiew znów stanowi wyraz (a jak) historii o kobiecie.
„Iskry” to pierwsza, poważniejsza spowiedź podmiotu na płycie, a śpiewane wstawki nadają jej pozornej lekkości w ciężkości bytu.

W ogóle na całym albumie Oskar dużo lepiej prezentuje się na bitach wolniejszych, które prowokują do refleksji, dają miejsce na jego charakterystyczny off beat, kiedy może na chwilę, zwolnić a nie pędzić w pogoni za wysokim BPM.

Moim absolutnym faworytem z płyty jest „Golden”, czyli opis psychodelicznego tripa po grzybkach, który rezonuje oczywiście z bezkonkurencyjnym, witkiewiczowskim „Strumieniem” z LP.

Ona gnie się jak promile mordę
Wyciąga sztylet, by wbić mi w żołądek
Siadam na fotel, a dopiero potem myślę, że na chwilę usiądę
Ooo, sufit jest niebem, sztos, diamenty śniegiem

Im dalej tym lepiej: „Vanitas” i „Sick boy” stanowiące kontestację życiowego pędu i sprzecznych, narzucanych przez kulturę wytycznych:

Pracuj, się spełniaj, miej cel
Marzenia, przyjaciół, błędy popełniaj, miej rodzinę
Cierpienia, nie miej hajsu, sadź drzewa
Weź kredyt, spłać kredyt, nie miej czasu
Biegaj, skończ studia, miej dziewczynę
Weź ślub, miej córkę, miej kłótnię

Weź rozwód, ożeń się ponownie

Kolejny utwór „Półsny” wydaje się redundanty w stosunku do „Flar”, ale jakże dobrze oddaje złożoność, skomplikowanej, pełnej relacji między mężczyzną i kobietą.

Na końcówce, słusznie oznaczony w długości trwania jako znak nieskończoności (pozioma ósemka) „Byłem tam” – numer podsumowujący zebrane doświadczenia i stanowiący o autentyczności podmiotu SPOWIEDŹ. Nieskończoność zdaje się sugerować, że podroż ta nigdy nie dobiegnie końca, a zeszłe błędy i doświadczenia, oraz przebłyski czystości powtarzać będą się do końca.

„Szkoda, lecz zapomnę jutro, co otwarty umysł mówi dziś” – Księżycowy krok, Art Brut Mixtape

Reasumując „Ground Zero Mixtape” to dobry materiał. To tylko i aż dobry. W zestawieniu z poprzednimi, absolutnie genialnymi w mojej opinii albumami, ten wypada co najwyżej dobrze. Jest to płyta zdominowana przez ubiegłe, niezmienne doświadczenia, głównie oparte na relacjach damsko-męskich, które ten album przytłoczyły. I może zabrakło w tym nieco lekkości, innego spojrzenia, porzucenia atmosfery macho na rzecz czystej radości i kontemplacji bycia z kobietą.

Otrzymaliśmy to, do czego przyzwyczaił nas PRO8L3M: szorstki, męski materiał, doskonale wyprodukowany i świetnie nawinięty. Jest tylko jeden problem. Ten bohater się nie zmienia. I chyba już nie zmieni. I może w tym paradoksalnie tkwi jego siła.

Piotr Sarmini

***

Sprawdź moją recenzję HACK3D by GHO5T: https://czarnykajet.com/2017/06/08/pro8l3m-hack3d-by-gho5t-2-0-recenzja/

 

*Może to być kwestią unikania pozwów za wykorzystane fragmenty i (czy?) sample, która to kwestia nie jest wcale abstrakcyjna, a w Stanach wręcz oczywista. W 1991 roku Cold Chillin Records – młoda, amerykańska wytwórnia hip-hopowa została pozwana przez piosenkarza Gilberta O’Sulivana za nieautoryzowane użycie fragmentu utworu „Alone Again (Naturally)” z repertuaru artysty, który to znalazł się w analogicznie zatytułowanym utworze z pływy „I Need A Haircut” Biza Markiego, wydanej nakaładem CC. Sąd uznał wniosek powoda i narzucił na wytwórnię karę, która stała się powodem jej niewypłacalności i w rezultacie zamknięcia.

Opowiadanie „Drugi dzień świąt”. Napisane w trzeci, a publikowane teraz

DRUGI DZIEŃ ŚWIĄT

#opowiadanie

Siadam.  W domu swoim w końcu. To znaczy, nie w swoim, a wynajmowanym. Mieszkaniu nie domu. Pokoju nie mieszkaniu.

Ale pokoje mamy trzy. A lokatorów jedynie dwóch, zatem znać pewne znamiona bogatości. Nie jest to typowa studencka melina. Bo Pablo nie studiuje. Ja w sumie też już nie. Czyli dwóch dorosłych typów wynajmuje dwa pokoje, w trzypokojowym mieszkaniu. Trzeci pokój jest zamknięty i należy do Szmuela, który powtarza, że urządzi tam swoja „ruchalnię”, ale póki co jedynie wstawił tam karton z książkami.

Święta dogorywają, jak dobrze. Po Bożym Narodzeniu zostały mi dwie nudne książki, stówa w portfelu, trochę pieczonej kaczki i kawał makowca. Jestem już sam, w końcu. Postanawiam przestać pić. Na kilka dni. I przestać palić. Od jutra. Więcej pisać. Od teraz.

Siadam. Otwieram pokrywę laptopa, chcę pisać. Nie wiem jeszcze o czym.
Dzwoni telefon:
– Siema, co robisz wariacie? – odzywa się Szmuel.
– Właśnie wróciłem od rodziny. Piszę.
– Dawaj, napij się z nami!
– Masz towarzystwo?
– Tak, ale nie tak liczne, jak możesz słyszeć w tle. Moje towarzystwo aktualnie milczy.
– No nie wiem, chciałem popisać.
– To jutro popiszesz, nie daj się prosić.
– Dobra, wpadajcie.

Wstaję. Trzeba tu posprzątać. Sprzątam, wstawiam pranie, układam równo prześcieradło, porządkuję biurko, rozpakowuję plecak, który leży w kącie odkąd wróciłem znad morza. Pokój wygląda przyzwoicie. Teraz ja. Zakładam bluzę PROSTO. Albo nie, czarny longsleeve. Tak lepiej. Lekkie perfumy. Jest dobrze. Siadam. Chcę popisać. Pukanie do okna tarasowego. Otwieram.
– Siema.
– Elo mordo.
– Poznajcie się, to jest Marianna, Marianno, to jest Tadeusz.
Poznajemy się. Marianna ma wysokie buty, za kolana, ciemne rajstopy, czarny płaszcz odsłaniający uda, burzę ciemnych włosów i ładny uśmiech. Jest naprawdę ładna, za co w duchu chwalę Szmuela.
– Przynieśliśmy ci piwko.
Mają całe ręce piwek. 9 butelek. To mi się podoba. Bo jak już pić to porządnie, a nie z jakimś niedosytem, połowicznie. Po co budzić demona, skoro potem tak trudno go uśpić.
Siadamy przy biurku. Ja znów narzekam, że tak mało tu miejsca i, że nie ma gdzie siedzieć, i powinienem tu wstawić jakąś kanapę, albo fotel, na co Szmuel odpowiada, że zawsze tak mówię, i to jest prawda.

Kolejnego dnia znajduję w bramie nieodległej kamienicy, kilkadziesiąt czerwonych skrzynek po butelkach coca coli. Zabieram cztery – to będą moje przyszłe taborety. Niosę je pewnie przez praskie ulice. W końcu wstawiam na taras i śmiejąc się zasiadam na fotelu, odpalając papierosa i podziwiając zdobyte okazy. Zastanawiam się jak przymocować do nich sklejkę, i czy sklejkę w ogóle. Tak, należy na czterech rogach, które są wykonane z grubego, czerwonego plastiku wywiercić otwory, następnie włożyć w nie znaczniki, czyli metalowe „pineski”, przyłożyć co tego kawał sklejki. Obrysować od skrzynki pożądane wymiary, na powierzchni sklejki, wyciąć wyrzynarką (zeszlifować), w miejscu śladów po znacznikach wkręcić śruby o odpowiedniej średnicy, następnie te śruby umieścić w wywierconych uprzednio otworach w plastykowej skrzynce. Sklejka powinna być z drzewa liściastego, najlepiej buku. Przetwory drzew iglastych uwalniają po czasie drzazgi, a przecież nie chcę aby mój gość miał podarte rajstopy. Np. Marianna, która zasiada teraz na jasnym lipowym krześle, naprzeciwko mnie.

Rozmawiamy dalej, wydobywamy z siebie pokłady męskości i kobiecości. Nawet nieźle nam idzie. Marianna mówi o swoim byłym chłopaku, przewodniczącym jakiegoś studenckiego sejmiku, czy innego gówna, a ja dopowiadam:
– A to o Tobie opowiadał Szmuel.
Ona droczy się, że jak to opowiadał, i jak on tak może opowiadać o niej ludziom nieznajomym. Szmuel uzupełnia, że owszem, to ta Marianna. Ta dziewczyna co zrobiła karierę w samorządzie przez łóżko. Szmuel uwielbia prowokować, jakby to nie było jasne.
– To nie było tak. Po prostu poznałam ludzi z tego samorządu, znajomych Marka, a, że oni mnie polubili, to już przecież kwestia niezależna.
– Powodowana twym osobistym urokiem – dopowiadam.
– Właśnie.
Otwieramy kolejna piwo.
– Jak się zaczęła spotykać z Markiem to on już był tym przewodniczącym, a potem ona zajęła jego miejsce, czaisz? Ona lubi takich dominujących samców, przewodników stada. Wiesz, Tadeusz też był redaktorem, redaktorem naczelnym gazety uniwersyteckiej.
– Naprawdę? Mogę zobaczyć?
Wręczam jej gazetę. Szmuel ma rzadki dar, chwalenia mnie przed kobietami w odpowiednich momentach. Reszta moich ziomków tego nie robi, albo bez wyczucia. Np. kiedy do Maliny wpada panna mówiąca, że lubi literaturę, i, że lubi pisać, a tak w ogóle to jest aktorką, Malina mówi:
– A wiesz, Tadeusz chce iść na scenariopisartswo, na łódzką filmówkę. Ja ci to podpowiedziałem, co Tadeusz?
Zamiast powiedzieć jej, że kurwa napisałem powieść i kilkaset artykułów, to nie, on powie, że chcę iść na filmówkę. Ale to jedynie odzwierciedla jego ucieczki od rzeczywistości i potrzebę karmienia – siebie i innych odległymi marzeniami.
Szmuel natomiast ma wyczucie idealne, i potrafimy porozumiewać się samym tylko spojrzeniem, w towarzystwie innych osób. Staram się nie być dłużny, bo też kiedyś w barze na Ząbkowskiej jakimiś lekkimi szturchnięciami słów i przestrzeni pomogłem poderwać mu jedną pannę, w dodatku solenizantkę, która była tam razem z kilkunastoma znajomymi.

Zaczynamy rozmawiać o Pradze, jaki to hardkor, albo i wcale nie, że po co tu bywać, a po co nie i w ogóle jaki cudowny skansen dawnych obyczajów.
– Kiedyś np. siedząc z Maliną na Placu Hallera i popijając piwo, byliśmy świadkami jak dwie dresiary, podążały za gościem, krzycząc, przy czym jedna z nich była jego dziewczyną. W pewnym momencie gość się obrócił i tak jej wyjebał, że echo plasku odbiło się po kamienicach całego placu.
– Zareagowaliście? – pyta Marianna.
– Nie, kim jestem by wchodzić między burzliwą miłość dwojga kochanków? Takie kobiety lubią być bite.

Zapada krótkie milczenie. Prowokacja jest udana. Marianna nie oburza się, ale trochę wzrosła jej temperatura, a to dobrze. Rodzi się dyskusja o tym jakie kobiety się bije, a jakie biją. Ja na obronę przywołuję scenę ze „Ślepnąc od świateł”, kiedy bohater reaguje na podobny akt przemocy, a skrzywdzona kobieta zaczyna go atakować. Ona odpowiada, że może są takie przypadki, ale nikt nie lubi być bity. Ja na to, że kim trzeba być aby się wiązać z recydywistą, mającym dziary gita pod oczami, ona odpowiada, że to z braku innych możliwości. Szmuel moderuje dyskusje opowiadając się raz po jednej, a raz po drugiej stronie. W końcu mówię, że niektóre kobiety lubią być przecież bite w łóżku, na co Marianna z rumieńcami, że „w łóżku to co innego”.

– Idziemy po wódkę? Chodźmy po wódkę! – ona proponuje i niezwykle miło mnie tym zaskakuje.
Zatem idziemy po wódkę, między ciemnymi blokami, ja wrzucam tagi CK na murze i pod monopolowym, trochę żeby się popisać, a trochę dlatego, że lubię je wrzucać.

W monopolowym naćpana baba z wielkimi cyckami doradza nam sok porzeczkowy pod półlitra. Kiedy daję jej 52 złote i 50 groszy, ona przez dłuższą chwilę mętli banknot w dłoni, i jest taki moment, że naprawdę myślę, że da mi go z powrotem w ramach reszty, a jej też to przechodzi przez wykręconą metafedronem głowę, ale opanowuje narkotyk i wykłada 20 groszy na bilownicę marlboro.
W sklepie znów gadki o Pradze i Marianna, mówi, że stąd nie jest, ale bardzo ładnie. Nietaktycznie i nietaktownie, bo za nami dwóch gości w czarnych kurtkach.

Wychodzimy, kończę tag na ścianie, ale zamiast Czarny Kajet, piszę Czarny Alibaba, a Szmuel, krzyczy „psy”. Odwracam się i faktycznie jadą, zatem wchodzę znów do sklepu. Przejeżdżają, wychodzę, kończę taga i doganiam ich.
Puszczam grime na telefonie i z Sz. zaczynamy fristajlować przez całą drogę, a M. idzie w swych wysokich, szpilowanych butach środkiem Łochowskiej ulicy.

Dochodzimy do domu i tam Freestyle Szmule Session trwa dalej. Wychodzi nam nawet nieźle. Jej się to chyba podoba bo na końcu bije brawo i się śmieje, i mówi, że podziwia naszą kreatywność. My swoją też. Zapuszczamy na wieży polskie hity: „Byłaś serca biciem”, „Parostatkiem w wielki rejs”, „Czarny Alibaba”, „Chcę Ci powiedzieć”, „Czerwone korale” i dziesiątki jeszcze innych. Rozlewam wódkę, zaczynamy tańczyć we troje, na środku pokoju.

Wybija druga w nocy i  do mieszkania wchodzi Pablo, który wróciwszy od swej kochanki, miał ochotę popracować i pójść spać, ale ja polewam mu kielona i Pablo już tańczy z nami. Mam ochotę porwać Mariannę do tańca, więc ją porywam i zaczynamy kręcić sobą piruety, stykać biodra, piersi i włosy i śmiać się. Szmuel z Pablem jeszcze tańczą, ale po kilkunastu minutach już tylko siadają, a potem to już idą do pokoju Pabla, aż w końcu, koło 3.00 Szmuel żegna się z nami i wychodzi. Zostaję tylko ja i Marianna, tańczymy jeszcze i całujemy się. Ściszam muzykę, dalej się całujemy, ale ona stopuje moje dalsze zakusy, choć leżymy na łóżku. I wtedy ona pyta:
– Miałeś kiedyś złamane serce? – po czym zaczyna szlochać.
– Miałem, ale się zrosło. Nie płacz mała. Będą kolejni, a teraz jesteś jeszcze zbyt piękna i młoda, by swoją przyszłość na kamieniu budować. Tańczmy na ruchomych piaskach.

Przytulamy się długo, po czym rozłączamy i każde idzie spać wyzwolone. O 8.00 ona pyta, o której poszliśmy spać. Mówię, że po 4.00.
Zasypia, a o 10.00 słyszę jak wstaje, słyszę stuk obcasów. Wychodzę do przedpokoju, ale jej już nie ma. Wyszła po angielsku, co podoba mi się bardzo.

Śpię do 13.00 po czym wstaję, idę na spacer i znajduję stos porzuconych skrzynek po coca-coli. Śmieję się tego dnia bardzo głośno.

***

Zapisz się do newslettera w zakładce MENU – świeże opowiadania i teksty najróżniejsze raz w tygodniu.

Zobacz także moją najnowszą powieść „Bez przekazu” https://czarnykajet.com/skl3p/

 

Dlaczego klapki kubota są zajebiste?

Artykuł sponsorowany*

Dlaczego kuboty są zajebiste? Na te nietendencyjnie zadane pytanie odpowiada nasz ekspert: bloger modowy Ireneusz Praga.

  1. Kuboty kosztują 15 zł (razem z przesyłką), a stanowią wyraz nieprzemijalnego sznytu i osiedlowej elegancji.

  2. Ludzie szanują ludzi w kubotach. Niezależnie od społecznych i ekonomicznych uwarunkowań.

  3. Ponadczasowa czarno-biała kolorystyka pasuje zarówno do nieformalnych szelestów, jak i bardziej eleganckich, chciałoby się rzec „hipsterskich” kreacji.

  4. Klapki sprawdzą się idealnie jako przenośna stacja multimedialna, dla Twojego smartfona.

  5. Kuboty dzięki zastosowaniu ultralekkich pianek, będących wynikiem zaawansowanej inżynierii oraz badań nad ergonomią , doskonale nadadzą się do rzucania w: wyłączniki świateł, owady, puszki z piwem, pomniejsze ssaki.

  6. Perforacja testowana przez sportowców, idealnie odpręża po trudnym dniu w call center czy tłoczni elementów blaszanych.

  7. Kiedy zapuka komornik, twój rządowy kontakt, to owierasz jemu w nowych kubotach, i mówisz, że jedyne co może, to może posprzątać.

    https://youtu.be/x7BtclKr5Jg?t=1m33s

  8. Ale komornik już widzi co masz na stopach i wie, że trafił na nie lada cwaniaczka.A Ty? Czy masz już swoje kuboty?

 

 

 

*artykuł sponsorowany przez „UBRANIA TANIO”, Bazar Różyckiego, pawilon numer 15.

BEZ PRZEKAZU – premiera 25 stycznia

PREMIERA POWIEŚCI „BEZ PRZEKAZU” już we czwartek, 25 stycznia, tylko na czarnykajet.com/skl3p

Dostępne są dwie wersje książki:

FIZYCZNA – lekkie, kieszonkowe wydanie, 256 stron, idealne do czytania w drodze do pracy, na uczelnię czy podczas imprezy techno. Książka dotrze do Ciebie w ciągu 2-3 dni roboczych.

29 zł + przesyłka

EBOOK- otrzymujesz wersję pdf (rekomendowaną do czytania) oraz epub. Ta wersja sprawdzi się na wszystkich czytnikach ebooków, oraz na tabletach i smartfonach. Książkę otrzymujesz natychmiast po zaksięgowaniu płatności.

19 zł + przesyłka free

 

 

RECENZJE:

„BEZ PRZEKAZU” BOLI. TO NIE JEST LEKKA KSIĄŻKA. NIE JEST ŁATWA. TA KSIĄŻKA MÓWI NAM O NAS COŚ, CZEGO NIE CHCEMY WIEDZIEĆ. CO NAS UWIERA. SWĘDZI. ŁASKOCZE. NIE POZOSTAWIA NAS OBOJĘTNYMI. ANGAŻUJE WSZYSTKIE NASZE EMOCJE. PRZEŻYWAMY TĘ POWIEŚĆ CAŁYM CIAŁEM. DOSTAJEMY CZKAWKI. DUSIMY SIĘ. CHRAPIEMY. OD DAWNA W POLSKIEJ LITERATURZE NIE BYŁO PROZY TAK ODWAŻNEJ. TAK WAŻNEJ. DŁUGIEJ. DAWNO NIE BYŁO U NAS KSIĄŻKI, KTÓRA BY ROZLICZAŁA POLSKĘ Z JEJ POLSKOŚCI. KTÓRA ROZLICZAŁABY HIP HOP Z JEGO HIPHOPATOWOŚCI.*

Karol Mroziński

 

„Powieść Bez przekazu należy do zupełnie nowej prozy, która świadomie i równocześnie czerpie z subkultur młodzieżowych, jak i z ich dotychczasowych przetworzeń literackich. Jej zasada organizacyjna opiera się nieoczekiwanie na rytmie, który nie tylko jest kolejną zabawą z rapem, ale i próbą „nakręcenia” czytelnika, wprowadzenia go w pewien nastrój, poprzez który zbliży się do niego opisywany świat, jego bohaterowie, ich sposób oglądania wszystkiego wokół. To ważne, bo dawno prozy tak jawnie nastrojowej nikt nie proponował.”**

Tadeusz Mizerkiewicz, Prof. dr hab. UAM

 

Z A J E B I O Z A

Anna Maria Wierzchucka – Laureatka Grand Prix VII Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „O Granitową Strzałę” 2015, Laureatka II nagrody XII Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Stanisława Grochowiaka 2016 w kategorii poezja a także m.in. I nagrody V Turnieju Jednego Wiersza im. Wandy Karczewskiej 2015 oraz I nagrody X Ogólnopolskiego Otwartego Turnieju Jednego Wiersza im. Pawła Bartłomieja Greca 2016.

 

PREMIERA KSIĄŻKI 25 stycznia na czarnykajet.com

 

  • *PARAFRAZA OPOWIADANIA KAROLA MROZIŃSKIEGO „IDA”, [W:] K. MROZIŃSKI, RAZZMATAZZ, WYDAWNICTWO JÓZEF CZĘŚCIK, GDAŃSK 2015, S. 88.
    UŻYCIE FRAGMENTU ZA ZGODĄ WYDAWCY.
  • ** PEŁNA RECENZJA „BEZ PRZEKAZU” JEST DOSTĘPNA TU 

ALEJE 44 odc. 2

odcinek 1 przeczytasz tu: https://czarnykajet.wordpress.com/2017/08/15/aleje-44-odc-1/

ALEJE 44 odc. 2

… nawet gdy są złe to się budzisz,

możesz w nich kochać lub mordować ludzi,

krzywe odbicie w witrynie twego ducha,

są twoje, tajne, niejawne jak życie,

tu wszystko dzieje się naprawdę

 

Zbudował wokół siebie wały, z przedmiotów błahych, błyszczących tanią elegancją. Uszczelnił wszystko zwitkami banknotów i drobnym bilonem. Choć nie przesadzajmy, nie było tego tak wiele by zamatować conocne przypływy świadomości. Po prostu trochę szmelcu do zdmuchnięcia jednym porządnym przypływem. Lecz wtedy wydawało mu się, że ten worek z piaskiem może się równać z wałem co najmniej Zawadowskim, tamą Hoovera, kurwa mać. Mordo, jakże mogłeś być tak naiwny, co?

Stary, wiesz jak jest. Doświadczenie, świadomość przychodzą z czasem.

A co to jest ta cała „świadomość” powiesz mi? Jednego dnia wydaje ci się, że ją masz, drugiego też a po latach cofasz się pamięcią do miejsc i zdarzeń, w których uczestniczyłeś. W których „świadomość” tamtejsza była jednym wielkim fałszem, ułuda. Jakże człowiek może aspirować do miana świadomego, gdy ma tylko dwoje oczu, uszu i jedną głowę, w obliczu oczu, uszu i głów miliardów. Czego możemy być pewni, to „podświadomość”, ta ukazała Ci się wtedy w pełni, co?

O człowieku, co Ty możesz o tym wiedzieć?

JA WIEM. Jak się wstydzisz to mogę sam im zrelacjonować..

O nie, nie tego jeszcze brakuje byś moje życie relacjonował, ty spoza tego świata. Zagarniał MOJE kurwa historie. Idź, sam żyj, sam rób i kolekcjonuj własne. Dobra, słuchajcie to było tak:

Odebrałem TO, choć nie pamiętam skąd, nie pamiętam od kogo. Bo jest tylko tu. Spękane połacie kwadratowych płyt, skanseny mokotowskie Warszawy lat ’90 oprószone blachą falistą, co wyrosła pod słońcem na kształt budek z warzywami, też zresztą blaszanymi. Bar „Sai-gon”, pasmanteria i zegarmistrz, do tego „Tanio i modnie”, epicentrum warszawskiej bazarowości, rytuał odtwarzany wedle jednego wzorca, odtwarza tę samą rzeczywistość niezależnie od miejsca. Ale obczajcie to: idę i psy (znaczy policja) wyrastają spod ziemi i rozpoczynają interwencję wobec starowniki siwej, co do emerytury dorabia czosnku sprzedażą. Nierozsądnie byłoby się  w tym momencie zbliżać, lecz to robię na przekór zasadom zdrowego rozsądku i na przekór systemowi, tak sobie myślę wtedy.

Wydałem się podejrzany najwyraźniej w swoim bezciele, więc dwóch z pięciu co tę staruszkę spisywało podbija teraz do mnie, w celu dokonania rewizji osobistej. Mokry pot na czole, lecz oczywiście panowie, bądźcie gośćmi moich kieszeni! Tu trzymam papierki po gumach, tu stary mandat, o! Tu wyjątkowa kolekcja porozrzucanych zapałek (macie może szluga?), oh a tu już zbliżamy się do mojego centrum zarządzania. Oczywiście, że pokażę, nie mam nic do ukrycia, kartę miejską z emblematem PRAWDZIWEGO WARSZAWIAKA (panowie też z Warszawy?) doładowana! i 50 złotych. Telefon? Po co telefon? Tam jest budka jak pan policjant chce zadzwonić. Wy to naprawdę nie macie co robić, prawdziwi przestępcy kryją się po kuluarach, nie na bazarach! O! To wszystko? Nie kradziony? No co pan powie! A kupowałem od ruskich, tu na rogu. Dziękuję (chuj wam w dupy). Dowidzenia.

Udało się! Kurwa znowu się udało, lecz niejasne przeczucia każą mi skitrać towar gdzieś, daleko. Może pod kamieniem, jak siekierę chował Roskolnikov? Niee, zbyt oklepane. Za to ten śmietnik z braku laku będzie idealny. Wyjmuję więc grube zawiniątko z bokserek (ulga) i kitram, nie wiem jak. I tu nagła inspiracja, doświadczeń życiowych złożona konstelacja, przypomina się Morrowind i jedna z  pierwszych misji, gdzie celem było śledzenie elfa, żeby przyuważyć jego skrytkę. Typ się nie oglądał więc ją wyhaczyłem, zgarnąłem expy i golda, jak się okazuje teraz, również cenną naukę by się oglądać przez ramię jak coś chowam. Czynię to więc niezwłocznie i oto przyuważam osobnika co mi się przygląda z niedalekiej oddali. Ha! busted lamusie! Jakby samo zauważenie miało sprawić, że zniknie, że przegrał misję i musi wrócić na start, nie pobierając 200 złotych. Niewzruszony kończę kitrać i odchodzę…

Dlaczego by nie wrócić do tych policjantów, myślę? Teraz? Czysty? W obronie polsiej przedsiębiorczości, kupić narodowy czosnek. Wow! Zajebisty pomysł, poklepałbym się po plecach trzecią ręką, gdybym mógł. Tym razem afera jednak jest większa. Staruszka zawijana już do suki pod zarzutem narażenia skarbu państwa na znaczne straty finansowe. Łapanka miejscowej ludności, prześladowania etniczne – Polacy Polaków tu gnębią. I oto bum! Odkrycie jak malowidła z groty Chauveta, bo u typka niewiadomego mi pochodzenia znajdują woreczek wielkości pięści NAJPRAWDZIWSZEGO CZARNEGO KOKSU. Tyle towaru w gaciach a typ się buja po mieście jakby szedł po bułki albo udawał gwiazdę porno. W tej chwili oczy wszystkich zwracają się na mnie. (co jest kurwa). Pan Tadeusz? Przecież on już nie żyje, odpowiadam. Nie, chodzi o CIEBIE, ripostuje pies. O kurwa, no ja no i co (towar w śmietniku).

Znaleźliśmy u tego pana (wskazuje na tego lamusa) narkotyki. Ponieważ to są pana spodnie, musimy pana aresztować – oświadcza z grobową miną.

Kurwa co? Typ ma rzekomo „moje spodnie” więc to MNIE aresztujecie? – niedowierzam ciągle.

Dokładnie tak, zapraszam z nami.

Kolejne co pamiętam to areszt. Zimna, kraciasta cela i te uczucie rażącej niesprawiedliwości jakie mnie dotknęło. Farsa! „Moje spodnie” kurwa mać! Na szczęście zaraz proces ruszy i wszystko się wyjaśni. Szkoda tylko tego towaru w śmietniku, pewnie ktoś go już zawinął. Ja pierdole.

Przychodzi strażnik i otwiera kratę. Nagle przenosimy się w przestrzeń śnieżnokremową, gdzie nie ma wymiarów, ścian, podłóg, odległości. Widzę go, stoi  parę długości ode mnie, wąs kryje się pod niebieską czapką.

Panie Tadeuszu, niniejszym, w dniu dzisiejszym skazujemy pana na śmierć przez powieszenie za wprowadzenie na rynek znacznej ilości środków odurzających. – oświadcza, z twarzą przenikliwie smutną.

Nie wierzę w to co słyszę! Jak to na śmierć? – pytam. Przecież nie było żadnego procesu, sądu, nic. Jestem niewinny! – zaczynam tracić nad sobą kontrolę. Chcę uciekać ale nie ma dokąd. Cały świat to jedna, wielka, śnieżno kremowa pustka.

Wiem, że nie było. – odpowiada posmutniały, solidaryzujący się strażnik. – Zapraszam za mną.

Nie zgadzam się! Proszę, nie! – w tym momencie, gdy zdałem sobie sprawę z nieuchronności kary, niby nie zawinionej lecz jakby sprawiedliwej, zaczynają mi wypadać zęby. Widzę je w krwi na swoich jasnych dłoniach. Zaczynam seplenić swą ostatnią mowę obronną Sokratejską, zęby wypadają jeden po drugim. Krew ścieka mi przez poranione palce.

BUDZĘ SIĘ.

Sięgam po szklankę wody ze stołu, przy okazji znajdując kolczyk blondi co mnie opuściła kilka godzin temu. Bez blanta dziś nie zasnę.

 

 

 

JA JA JA 2

Nie palę z rzędu dzień drugi, ale w tym miesiącu to już chyba z piętnasty. Wkurwia mnie wiele (nie powiem, że wszystko) w świecie zewnętrzym i świecie wirtualnym. Wkurwił mnie kucharz dziś i ja jego wkurwiłem i zagroziłem i byłem twardy i on teraz chodzi skulony, otwiera mi drzwi. Naprawdę.
I chciałbym tak teraz wydrzeć ryj na cały Internet, albo konkretniej stargetować wszystkich polskich idiotów na facebooku, których posty kiedykolwiek podniosły mi ciśnienie i krzyknąć im prosto w ryj: „jesteście idiotami, gardzę wami i waszymi zasadami. Pierdolę was.” I chciałbym aby to do nich dotarło, aby ich wkurwiło, bo wtedy choć przez sekundę czułbym się wygrany. I mam teraz ochotę rzucić wyzwanie całemu światu, co czci koniunkturę, co czci konformizm i łatwe idee, mam ochotę wyrwać im gardła, a na ich czaszkach zbudować swoje królestwo.

 

  • dziennik nie będzie tu prowadzony, upubliczniony zostanie dopiero po śmierci. Na blog wrzucam jego ścinki.

JA JA

7 sierpnia 2017

Biceps mi zmalał, dusza maleje, przełyk się kurczy, ręka drętwieje.

Zamęcza mnie „JA”, ciągłe o nim myślenie, męczy mnie lekki niepokój, ból gardła – myślę, że rak krtani. Męczy mnie zapętlona myśl, która odchodzi i wraca, jakby zapięta na linie bungee, odbija ze zdwojoną siłą, bije mnie w twarz.

Zamiast myśleć o innych, o czymś myśleć: o sztuce, o literaturze, o głazach i porostach, o procesach umierania klifów i świetlików, ja myślę głównie o JA. O JA, JA, JA. Bardzo to JA już poznane i przejechane, a jednak wciąż co dzień odwiedzane i rozpatrywane, jak kraina dzieciństwa i dorastania, jak Warszawa, do której się zawsze w końcu wraca, jak osiedle przy ulicy imienia architekta Stefana Bryły, przy którym mieszka matka mojej matki, na którym to osiedlu się wychowałem, i na które wciąż wracam aby odwiedzić babcię, zanieść jej wody. Takie jest to JA. Już nudne trochę i znane, a jednak wciąż, wciąż powtarzane jak mantra. Nie twierdzę, że moje JA jest już do końca wyczerpane, i nic nowego sobą nie zaprezentuje, ale niechże te JA mnie zaskoczy jakoś, pokaże coś nowego. Niechże te JA nie zapali pierdolonego papierosa przez miesiąc, niech się zajmie sprawami istotniejszymi, niech te JA się zachowa raz czule, a raz ostro i niech to JA poczuje coś nowego, niech JA przeleje 100 zł na fundację, zamiast przelewać na bar, niech JA nie pije tyle i niech JA pobiega raczej, niech to JA się wykaże, niech pokaże, to wtedy może przyznam mu znów nieco uwagi i zainteresowania, bo póki co to tylko banał, banał, banał.

 

#CZARNYKAJET

 

 

 

7.06.2017

Prokrastynacja – (z łac. procrastinatio – odroczenie, zwłoka)

Sesja,

pierwsze ciepłe dni czerwcowe. Ludzie, nieliczna roślinność, jeszcze mniej liczna zwierzyna budzą się do życia właściwego.

Ale co to?

Ktoś mi próbuje życie odbierać, sterować, nakazywać! I tak zamiast nago biegać po łące, wąchać paprocie, śledzić trasy polnych żuków, MUSZĘ robić coś innego. Jakże bezzasadnie!

Szkoła, praca, dom – a fe! Pierdolić to wszystko.

Pierdolić najmilej jest na świeżym powietrzu, choć i domowy fotel ma pewne uroki.

Zapomnieć się w tym pierdoleniu, przestać myśleć na chwilę –  i jeśli czytać, to dla przyjemności, nie dla wymiernych korzyści w postaci oceny w indeksie.

Studia – toż to dziecinada! Im dłużej na nich jestem, tym lepiej to rozumiem.

I doprawdy, dużo dojrzalej jest wypić wino na łące

niźli przed komputerem uzupełniać luki w podziurawionych zdaniach.

6.06.2017

Ponoć blog to ciągłość pewnej opowieści.

Najłatwiej jest opowiadać o sobie – wszyscy to praktykujemy codzień.

W złudnym przekonaniu, że kogokolwiek poza naszymi najbliższymi to interesuje.

Ale okazuje, się, że interesuje.

Osobiście zawsze uważałem, że poglądy i fascynacje ludzi miernych i głupich są niewarte uwagi.

Jakież było moje zdziwienie kiedy ci ludzie zaczęli zgarniać setki lajków na fb.

To były rzeczy bardzo prozaiczne.

Więc co dopiero taki ja. Najmądrzejszy i najniemierniejszy.

I oto żyjemy w takich czasach, że każdy chce zostać gwiazdą – jedni to mówią głośno, inni po cichu, kolejni nie przyznają się wcale. Ale chcą. (czy autor zdradza takie aspiracje?

Tymczasem gwiazd nie widziałem od dawna na niebie. Tylko dziś na globusie, w sklepie z globusami (jest taki w Poznaniu), na urokliwej uliczce skrytej w bramie. Uliczka to doprawdy niewielka i wąska, po jej bokach rozpościerają się antykwariaty literackie, sklepy ze starociami, serwis napraw MP3 oraz „Centrum Motywacji” (dziś zamknięte). Na końcu pałacyk – restauracja, kino Apollo i mała scena, wyjęta z latynoskiego filmu. Dziś zalana deszczem, burzą i naszymi łzami. Pod parasolami.

Nigdzie nie było gwiazd.

A tylko dwoje ludzi.

PIOTR SARMINI

BEZ PRZEKAZU

Jedzie dalej karawan, psy będą szczekać
(Hoł, hoł, hoł) Gdzie jest przekaz?
(Hoł, hoł, hoł) Gdzie jest przekaz?
Gdzie jest przekaz?
Gdzie jest przekaz?

Gdzie jest przekaz? Co to przekaz?
Te wszystkie prawdy, które znać trzeba? Po to czekasz?
No to nie patrz, no to nie słysz
Nie ma przebacz. No bo niezbyt
Mnie obchodzi, kim są oni, i nie obchodzi mnie seria porad
Robi się z tego śmieszny serial, reżyseria Borat
(…)

Tede, Kara’van[1]

okl1

NAWIJKA I

                  Elo, mordy! Jak się bawicie?! Wszystkie ręce w górę! Kto nie skacze, ten z europolicji! Hip! Hop! Hip! Hop! Hip! Hop!

Tak sobie myślał Kajetan a.k.a. Czarny Kajet, gdy odpalał gibona od fajek, w myślach widział pulsującą salę, tłumy groupies szalejące za jego wokalem, ochronę odwróconą plecami, gdy on tymczasem zbierał tłum na sali. Tak to wszystko wyraźnie stanęło mu przed oczami, że już począł liczyć głowy na hali i kalkulować, ile od jednej zarobi, ile dla manadżera, ile dla klubu, hypemena, DJ-a, to będzie co najmniej dwa tysiące PLN dla niego, a więc całkiem rockafela, Bahamy, Seszele i siema! Siema, świecie, „siema, Czarny Kajecie” mu powie stewardessa z prowokującym spojrzeniem i spódniczką jakby za krótką, gdy on będzie leciał na koncert gdzieś hen, prywatnym jetem, pijąc szampana w trakcie turbulencji.

Ale stop! Wracamy: sala, hala i ta blondyna w pierwszym rzędzie roześmiana, już lekko pijana, w idolu swoim zakochana, już ją widzi, jak na backstage’u schodzi na kolana, i nie chodzi tu wcale o pacierz przed snem.

Te–te–tele–fon! przerywa myślo–wyobrażeń błogostan, więc wstał Kaj, choć niechętnie, z łóżka, bo nie lubił w połowie odkładać gwizdka, tym bardziej, gdy sobie karierę akurat imaginował, a miał to dość często ostatnio w zwyczaju. Po buchach na oko zmrużone siedmiu i lekkim już haju spogląda w nokię, tam numer nieznany. Sześć osiem jeden i coś tam jeszcze. Serce zabiło mocniej, dreszcz po plecach przeszedł cienkimi nóżkami, zatrzepotał muszymi skrzydłami za kotarą wejrzenia. Głos Kaj obniżył gardłowym pomrukiem, z powagą rozbijaną uwagą przez THC mówi: Halo. Siedzę w domu przesłuchałem wszystkie płyty[2]

To była próba, próba majka, próba głosu zakończona umiarkowanym powodzeniem, bo ten wciąż jakby łamliwy, stłumiony, od zbyt wielu papierosów bez filtra zadymiony. Wcisnął w końcu zieloną, albo przesunął, raz, drugi, i na opcję bezpieczną, „tak, słucham?”, zdecydował się. Wyszło z tego:

– Tak, halo? – nosz znów się pomieszało.

– Siemasz, morda – mówi głos jakby znajomy i wredna igła przekłuwa balon Kajtka wyobraźni, bo już był pewien na siedemdziesiąt siedem procent, może nawet siedemdziesiąt dziewięć, że to jakiś manadżer KRZYWO lub Nosy trafił na jego mikstejp jutubowy i chce go zaprosić na rozmowę, czy może bardziej nawijkę kwalifikacyjną. Ale to tylko Precz, znowu on się pyta:

– Jak tam ci, typie, idzie nowa płyta i czemu głos masz jakiś dziwny tubalny taki?

Głos mam zwyczajny – na to Czarny Kajet odpowiada, zaniepokojony jednak, że Precz, ten człowiek o reputacji marnej, głuchej, który potrafi nad ranem spijać pozostawione nad Wisłą butelki, tak łatwo go rozszyfrował. Nie wypada jednak z roli, pomruki, chrząknięcia z kolejnym sztachem oswoi, wraca na kołdry zaplecze.
– A płyta? Stary, pisze się, wszystko już prawie zrobione, z neta bity i tematy zainspirowane, ale także i moje wewnętrzne głosy przemawiają na niej. Tylko producenta dobrego potrzebuję, ale szukam, wiesz, szukam kogoś, kto w ten projekt uwierzy. I wytwórni, bez wytwórni będzie czyściec i piekło.

Kajet chce podawać lolka na lewą, w zgodzie z tradycją, ale sobie przypomina, że sam tu jest przecie, jak zwykle ostatnio, i mu nagle temat na kawałek wpada: „Niewidzialne ziomki”. Wow, olśnienie! Dzięki ci, marihuano, za podpowiedzenie, nigdy za niepowodzenie.

– Muszę kończyć, Precz, mam wenę, nagrywam teraz, kurwa jego mać, elo[3]!Brutalnie przyjaciela rozłącza, wykopuje z linii, i teraz nie ma go dla nikogo, bo pisze tekst jak Małolat, no, i ten typ drugi, Mes. Elo, świecie, zamykam się w Czarnym Kajecie!

Opuśćmy Kajetana na czas jakiś, bo świat ten pulsuje historiami i zdarzeniami równoległymi, których pominięcie byłoby zwyczajnym marnotrawstwem – pójściem do Luwru na godzinę, obejrzeniem jednego filmu na filmowym festiwalu, rozsypaniem zioła na wietrze, będąc na haju.

Być może zastanawiasz się, Czytelniku, gdzie jesteśmy, a rzadziej: dokąd zmierzamy? To wszystko po przerwie na reklamy.

REKLAMA I

Dom nierzeczywisty, pożyczony od gwiazdy Eufemii Plotek, perfekcyjna kuchnia. Mama 1 uśmiechnięta masuje chleb margaryną. W tle Vivaldi „La Follia”, dzieci biegają, krzyczą wyciszone.

DZIECKO 1

     Mama! Zrób kanapki, bo mi się bluzka pobrudziła od bólu głowy!

Mama 1, patrząc w kamerę.

MAMA 1

     Haha! Moje małe rozrabiaki, zawsze coś nabroją! Na szczęście mam nerwostop i już nie palę!

MAMA 2

     To prawdziwa ulga dla moich stóp!

DZIECKO 2

     I teraz możemy jeść to, co chcemy.

MARGARYNA

     Szur, szur.

Wszyscy zaczynają się śmiać.

***

Fragment mającej ukazać się na jesieni książki „Bez przekazu” autorstwa Piotra Sarminiego.

rysunek: Anita Gościniewicz

Kolejne nawijki sprawdzaj na przetwor.wordpess.com

——————————————————

[1] Tede, Kara’van, [w:] #kurt_rolson, Wielkie Joł, 2014.

[2] Pezet, Halo, [w:] Muzyka Rozrywkowa, Konkret Promo, 2007.

[3] WWO, ZEN, [w:] Witam was w rzeczywistości, Prosto, 2005.

[4] Małolat & Ajron, W weekendy żyjąc, [w:] W pogoni za lepszej jakości życiem, Prosto, 2004.

Zaślinieni w absurdzie cz. I

– Andrzej – jej cienki głos przeciął kuchenne powietrze.
– Tak kochanie?
– Chodzi o Bazyla.
– Co z nim?
– Ostatnio zachowuje się jakoś dziwnie. Nie zauważyłeś?
– Nie.
– Chodzi o to, że kiedy do niego mówię, on jakby przestał reagować, w ogóle mnie nie słucha.
– Wiesz, że zawsze miał problemy z dyscypliną. Ta szkółka, w której byliście… no cóż, na pewno nie była warta swoich pieniędzy. – odparł stawiając kawę na stole.
– Gdybyś zobaczył, co było wcześniej! W ogóle nie dało się go kontrolować. Przez chwilę było lepiej, ale teraz…
– Wszystko z nim w porządku, spójrz: Bazylku, chodź do panka!

Chudy, pręgowany bokser przybiegł do kuchni merdając ogonem z częstotliwością sekundnika, obijając cienkim bacikiem pobliskie meble i futryny.

– Tak, dobry piesek. Kto jest moim Bazylkiem fazylkiem? Kto jest takim ślicznokiem czarnookiem?

Pies rozentuzjazmował się jeszcze bardziej. Zaczął bić ogonem o wystający róg szafki i jednocześnie rozglądać się za zabawką. Po chwili wypatrzył leżący w salonie węzeł. Doskoczył do niego dwoma susami, zupełnie jak wielki kot; przednie łapy rozpostarł dookoła zdobyczy i pochylił mordę wraz z grzbietem, tylną część tułowia pozostawiając jednakże w pozycji wyprostowanej. Nie przestając machać ogonem, pochwycił węzeł, ze szczęścia wykonał w miejscu dwa obroty i biegiem zawrócił do właściciela, lekko ślizgając się po kuchennych kaflach.

– Kto, ma taki węzełek, no kto? – Pies podskakiwał z radości, świadom że to on ma węzełek.

– Daj! No daj! Bazyl! Puść! – niechętnie, mieląc pyskiem resztki błękitnych strzępków, wypuścił zabawkę i w najwyższym skupieniu zaczął obserwować jej dalsze położenie. Niebieski węzeł został podniesiony przez samca. Teraz był już wysoko, w jego dłoni. Wysoko, ale nie na tyle wysoko,  aby Bazyl nie mógł doskoczyć. Mógł, ale czekał, był grzecznym piesiem, chciał tylko swoją zabawkę. Nikomu nie stanie się krzywda, jeśli tylko ją dostanie. Już za chwilę… Oh! Choćby ostatni raz poczuć ją między zębami, delikatnie pobudzić zwisającego, mokrego fafla… ten jeden ostatni raz! Czy to tak wiele?

Pan wykonał ruch i wyrzucił węzełek gdzieś daleko! Ale gdzie?! Ale czy na pewno?!

Bazyl rozejrzał się uważnie po kuchni i salonie, ale węzełka nie było nigdzie, jak okiem sięgnąć. Zaczął, więc węszyć. Wyczuwał podstęp. Samiec i samica, coś mówili, ale on nie miał teraz czasu się temu przysłuchiwać. Najważniejszy był węzełek. Piezu! A co jeśli już nigdy go nie odnajdzie?! Ta myśl wydała mu się straszna i czarna. Podwoił wysiłki! Już nie tylko wąchał, ale i rozglądał się naprzemiennie na boki.

– Patrz jak szuka głupiutki.
– Gdzie to schowałeś?
– Na blacie leży.

Wyczuł spisek. Jasno i wyraźnie. Z podejrzliwym wzrokiem skierował się ponownie w stronę samca, zdecydowany, by tym razem rzetelnie i dokładnie przeszukać całe jego otoczenie. Zaczął od stóp. Pachniały znoszonymi butami i mokrą skarpetą. Cudownie. Ale to nie był czas na kontemplację, to był czas na akcję! Sztachnąwszy się stopą dłużej niż wypadało począł szukać dalej.

Samica – ma podejrzany wyraz twarzy, na pewno coś ukrywa! Czy za plecami? Nie. Jest pusto. Zatem w wodopoju!

Podskoczył zgrabnie i przednie łapy oparł na brzegu zlewozmywaka. Brudne naczynia i śmierdząca chemią gąbka, jednak węzełka ani śladu.

Osobniki zapiały radośnie. Z pewnością coś knują. Ponownie obszedł samca i wykonał skok. Tak! Na blacie znajdował się piękny, ponętny, obśliniony i nęcący węzełek!

Bazyl chwycił go łapczywie, po czym zadowolony opadł na ziemię i oddalił się w bezpieczne miejsce – okolice kanapy.

Więcej, nie straci go w tak nieroztropny sposób. Osobniki zupełnie nie potrafią obchodzić się z tak delikatną i pyszną materią. Węzeł pachniał i smakował tak pięknie.

***

Część II już wkrótce. Sprawdzaj na czarnykajet.wordpress.com