I quit ordinary smoking

IQOS. Nie zapłacił za ten wpis. A mógłby. Nie obraziłbym się. Dziwki sztuki powinny ssać do końca.
Po angielsku lepiej to brzmi.

RZP – rzuciłem zwykłe palenie. „Zwykłe” – jak gdyby istniało jakieś niezwykłe, uwznioślone, mistyczne. Ale nie ma, nawet jeśli z początku się zdaje.

Słuchałem Nirvany i paliłem faje na ośnieżonym balkonie

Palenie papierosów bywa mistyczne w nastoletnich latach życia, kiedy stanowi ucieczkę od powszechności, złamanie reguł przyzwoitości, balans straceńczy na skraju bankructwa spowodowanego wydaniem ostatnich dziesięciu złotych na paczkę. „Dziesięciu”, kiedyś, dziś się aktualizuje, „Polacy się bogacą”, tak mówi TVPiS, więc dziś szlugi kosztują szesnaście? Nie wiem, od miesiąca żadnych nie kupiłem.

Za to codziennie po czternaście „heetsy”. „Heetsy” – jak obce te wyrażenie, dlaczego nie „podgrzewałki”, „kopciaki”, „zadymiarki”? Przeczytałem na głos i już wiem dlaczego.

Żyjemy w kulturze przytłoczonej amerykanizmami. Choć 90% populacji polszawskiej nigdy tam (w Ameryce) nie było i nie będzie to mówimy, myślimy, piszemy, słuchamy, po amerykańsku.

Szczerze, nic mnie nie obchodzi George Floyd. Obchodzi mnie Białoruś, ale to nikogo nie obchodzi.
Deficyt słowiańskich ofiar i bohaterów, nikt nie potrafi umrzeć efektownie, na pokaz, wszyscy chowają się po kątach jak chore zwierzęta, bezgłośnie zdychają.

Wracając do palenia. To umieranie bezgłośne jest. Mało efektowne, a smród pozostaje, unosi się. Zapisany w firanach, zasłonach, osiada, nie daje o sobie zapomnieć.

Ale tu śmierdzi papierosami

Papierosów nie spożywam od miesiąca. Lepiej jest. Rośnie biceps, maleje kesz, bo te heetsy kosztują swoje czternaście złotych. Mało jak na wyzbycie się paranoi i lęku. Smrodu, umieralności, alienacji, zwątlenia ambicji. Z nimi? Jakby lżej, jakby „podgrzewanie” igraszką się stało, co nie wpływa jak igła na balon.

Po „zwykłym” paleniu:

Kiedy rozmawiam z ludźmi, to czuję się jakby był balonem z helem, a oni ciekawską ręką dziecka. Naciskają i próbują mnie, a ja próbuję z siebie wydobyć jakiś dźwięk, resztki estetyki, coś w rodzaju Boga, rosę miłości, choć w środku jestem prawie pusty, niewidoczny i kurczę się, a każdy dotyk sprawia, że jest mnie wyraźnie mniej, ulatniam się.
Oni to widzą i wyciągają szpony lub dociskają mnie do końca bym wydał śmieszny dźwięk. Pozostaje zmięta powłoka, zabawa dobiega końca, odchodzą, z zabawnym głosem i grymasem na ustach. Ja sam, upuszczony doszczętnie, przejrzany uzupełniam się powietrzem przez chwilę, by zaraz rozszczelnić się i zniknąć z ich straganu na długo.

Po heetsach:

Jestem, trwam, nie bujam się. Jaram przy spaghetti, nie jak Tony Soprano, nie sypię popiłem miast parmezzanu.

Dwadzieścia siedem dziś? Nie ma problemu. Organizm przyjmie wszystko, jeśli to nie odbiera mu tlenu.

Refleksje? Są. Słodko-gorzkie. Sny? Przeważnie dobre. Ciało? Przebudzone. Po dziesiątej we wtorek.

Niby wszystko jest fajnie, ale coś tu wisi w powietrzu. Niefart. Pęka szyba w aucie, mandat przychodzi na pocztę, komornik wbija na konto i nie zabiera nic, bo pusto jest dziś. Pozorowana stabilizacja systemu nieszczęścia.

Nie śmierdzi! To najważniejsze.

Palić i pić warto. Jedno czego nie warto, to dzielić Alp kartą. Wtedy już nic nie pomoże.

Miej nas w opiece fraktalny-podgrzany Boże.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *