zapiski z czarnego kajetu vol. 1 – „Podwójne życie”

zapiski z czarnego kajetu vol. 1

Podobno ludzie czytają blogi, dlatego, że są one ciągami pewnych narracji. Nie wiem, ja nie czytam żadnych blogów. Poza tym (Tobie polecam to samo). Wiele można by o nim powiedzieć, ale nie to, że był ciągiem. Choć uważna filolożka zaopatrzona w pensetę postmodernistycznej krytyki na pewno by z tego ciąg jakiś wyciągnęła.

Ciągi były innego typu. Niejedne. Stąd brak ciągu bloga #blaga.

ALE UWAGA! TO SIĘ WŁAŚNIE ZMIENIA. JA PIOTR SARMINI (NIE CZARNY KAJET!)WPADAM W CIĄG

w ciąg blogowy, ciąg tej jednej (pfff) narracji, historii. Nie będę tu zatem wrzucać opowiadań, wierszy – niech lecą na konkursy! A ci, którzy myślę, że jedyne, co piszę to ten blog, oh! Jakże się mylą. Ten blog był dotąd miską na twórcze obierki, odkrawaną od sztuki mej właściwiej, niejawnej, lub kupnej, lub w szufladzie leżącej, lub lecącej w prywatne tylko ręce. Był niestety, wstyd to przyznać, śmietnikiem mej twórczości, jej nieoczekującym niczego w zamian wyrzutem.

Od teraz, pod tytułem „zapiski z czarnego kajetu” pojawi się tu blog właściwy, kontynuowany, przeplatany życiowaniem dziennym i jego wydarzeniami.

 

Dzisiaj obejrzałem na Muranowie dupny francuski film pod tytułem „Podwójne życie”. Podwójne, bo jednym życiem jesteś w kinie, a drugim gdzieś bardzo daleko, byle jak najdalej. Chcesz biec, ale musisz sie dzieć. Na dupie. Bo zapłaciłeś. 17 złotych. Niby to nie kwota zaporowa, unosząc się honorem można z niej swobodnie zrezygnować, ale ty jesteś szlachetny – dajesz szanse. Kolejnym scenom. Jesteś ofiarą syndromu sztokcholmskiego. Albo syndromu polskiego. To znaczy tak już znudzony, że ślepo wierzysz w to, że nudniej już być nie może. Że się zadzieje. Ale się nie dzieje. aż do bladego końca…

Film opowiada historię miękkocielistych, żywiących się pasztecikami, pijących wino w nadmiernie małych ilościach, niepalących Francuzów i Francuzek. (Najbardziej niepokojąca jest scena, kiedy jeden bohater mówi „wystarczy już wódki” i zabiera ją ze stołu). Niby dwóch par. A może czterech jeśli by wziąć pod uwagę wszystkie kombinacje. Par tak zimnych jak pomarańczowy sok Juliet Binoche (z którego każe baranowi wyjąć lód), choć w zamierzeniu autorów miało to chyba wyglądać inaczej. Dystrybutor oznajmia w duchu postprawdy:

„Uwodzicielski i przewrotny, najnowszy film Oliviera Assayasa (…) bawi się pojęciem wierności.”

Owszem. Ale dlaczego postanowił poddać testom moją wierność? Wierność postanowienia wytrwania całego seansu??

Jeśli za „uwodzenie” uchodzi dziś widok opasłego i włochatego ciała łysiejącego aktora, piersi lesbijki, rozmowy o e-bookach to chyba zmieniła się słownikowa definicja tego słowa. O czym mnie nie poinformowano. Jeśli za „przewrotność” uchodzi rozmawianie po seksie z kochanką o postępującym procesie cyfryzacji, dystrybucji audiobooków i milczenie wobec kochanki swojego męża – to ja to kupuję. Totalnie przewrotne. Tak, że masz ochotę wyjebać się z fotela.

Szczerze mówiąc, za te 17 złotych wolałbym wykupić raport sprzedaży książek we Francji, bo do tego właściwie ten film się sprowadza. Dialogi pisał prawdopodobnie ekonomista z zapleczem pracy w wydawnictwie (bardzo dobrze ci to wyszło! ten insight!). Gadki w agencji reklamowej na temat sprzedaży tabletek od bólu głowy bywają ciekawsze. Naprawdę!

Kiedy na salę, po pięciu minutach weszła spóźniona para, chciałem im powiedzieć: „uciekajcie! Jest tak piękna pogoda. Nie psujcie sobie tego”, ale potem postanowiłem, że za spóźnienie powinni jednak pocierpieć. Wyszli pierwsi. Pozostała widownia także z widoczną ulgą.

Skręcając peta zapytałem starszą panią jak jej się podobało.

„Strasznie to było nudne…”

A miała z 70 lat. Ci ludzie są dużo odporniejsi na nudę od nas. A jednak pani była wstrząśnięta. I ziewająca jednocześnie.

Potem, poszedłem do rozpalonej słońcem Sahary fury, która cały ten czas była otwarta jak się okazało. Na szczęście Ray-Bany i płyta PRO8L3Mu były na miejscu. Podobnie jak dwudziestoletnie fotele. Warszawa uwięziła mnie w swojej zakorkowanej macicy na godzinę. Ma u mnie kolejnego karnego minusika.

w związku z tym: SZUKAM KOCHANKI!

do długich rozmów o alternatywach życia w mieście, urbanistyce oraz stanie typowych konstrukcji nawierzchni podatnych i sztywnych

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *