Dziennik Wyzwolonego – Niedziela

Niedziela

Wraz z trwaniem i przyjmowaniem się sztuki, która na wzór kamienia wrzuconego w wodę społeczną zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, wracają do tego centrum, w którym jest moja RZECZ fale zwrotne. Ich intensywność wzrasta proporcjonalnie niosąc atomy zaczątków miłości i nienawiści, kultu i wyklęcia, szacunku oraz plwocin.

Na Wileńskim spotykam się z uroczą kobietą, która była na Wystawie. Kupuje ode mnie kolejne dwie książki. Mówi, że rozmawiała o mnie z ramiarzem w Opolu. O MNIE Z RAMIARZEM W OPOLU. I, że tam też by można z wystawą. Niesamowite jest to, i trudne do pojęcia, że oto poważny człowiek, tworzący ramy do obrazów, setki kilometrów stąd choć przez chwilę miał mnie i moją sztukę w głowie.

Z kolei im ludzie (rzekomo) bliżsi sztuki literackiej, tym wrożej (bo czemu by nie) i chętniej do szkalowania i obmowy, ale w ich słowach nigdy odniesienia do RZECZY nie ma. I choć czytają blog mój i książkę potajemnie, to nigdy się z tym nie ujawnią czy to w słowie krytycznym wprost, czy łechcącym.

Nie zauważyliby Norwida nawet gdyby im nastąpił na but. Nie dostrzegliby obrazu Beksińskiego, gdyby namalować go na murze, nie porozmawialiby z Magikiem nawet gdyby ich chciał oczarować. 

Oni sztukę potrafią dostrzegać dopiero kiedy im ją ktoś wskaże palcem, kiedy chwyci za główki i je przekręci i mówiąc: TO TO TO! To jest sztuka. A oni wtedy otwierają usta zadziwione i jak karpie żrą, ani przy tym nie rozumiejąc ani smaku nie czując, tego duszy pokarmu. I jak karpie się mydlą w wannie ciasnej, ocierając swe śliskie ciałka i oddechy, a nazywają to sobie towarzystwem.

Ha! Towarzystwem, do którego żaden człowiek mający poczucie rangi nie chciałby należeć. Towarzystwem, w którym są wyłącznie ci, których los – miejsce i czas – wtrącił akurat TU, i którzy przez owczy pęd do stada zebrali się w korytarzowej kupie razem żreć trawę i wymieniać nic nie znaczące banialuki. Ich rozmowy niczym się nie różnią od rozmów robotników, którzy na przerwie obiadowej omawiają bieżący przebieg robót, narzekając na kierownictwo i obmawiając nowych kolegów. Ich towarzystwa to koślawe kontynuacje szkolnych grupek, ale gorsze jeszcze,

bo wy ani się nie lubicie, ani nie jesteście szczerzy, ani też nie macie żadnego wpływu – jesteście zbiorowiskiem przypadkowych prowincjuszy, dla których gorsza od samodzielności może być tylko samotność.

I oto kiedy się trafia indywidualność, to ich początkowa ciekawość, pod wpływem grupowości zamienia się we wrogość.

Z rozkoszą podjudzam tedy ich chłopską nieufność do „literata”, tego nabieracza par excellence, i podpuszczam od czasu do czasu słówko, lub gest, zgoła wątpliwe a nawet wręcz pajacowate. Ich prostacki szacunek do powagi jest tak wielki, że zupełnie od tego baranieją.*

Oni! Czytający T.K. Węgierskiego, pilnie notujący biogramy futurystów, historię surrealizmu, oni wypowiadający się o Rimbaudzie – żyjąc w czasach dawnych byliby pierwsi do ignorancji, pierwsi do zamykania wystaw i ksiąg, pierwsi do podkładania ognia pod stos Giordana Bruno. Tak jak i dziś ignorują sztukę współczesną i młodych twórców. Oni nie potrafią żyć dzisiaj, a tylko w przeszłości, nie mają zdolności dostrzegania tego co się staje, a tylko tego co już się stało.

Coraz gęściej wokół mnie od mdłych kretynów tej uniwersyteckiej fabrykacji, która wie tylko to co się jej wsadza w głowię i wyfaszerowana wiadomościami, zatraciła poczucie takich imponderabiliów, jak charakter, rozum, poezja, wdzięk. (…) Niewrażliwi na sztukę, nie znający życia, formowani przez abstrakcje, są zarozumiali i ociężali. Lubię doprowadzać do furii tych nieestetycznych głuptaków (…).**

A te wiersze, dramaty i prozy piękne, wartości, o przyjaźni, honorze, solidarności o prawdzie, to dla nich tylko puste słowa. Potrafią czytać Mickiewicza a potem odbierać telefon słowami halo, kurwa, chełpić się lokalnością, a następnie rozbijać butelki o chodnik, deklarować przyjaźń, a potem w przyjaciół swych wbijać zatrute ostrza.

Jakże się cieszę, że ich poznałem! Że ich maski opadły w końcu i to, co podejrzewałem od samego początku ziściło się w i ukazało tak jawnie swą marność. Za ich rogowymi okularkami widać już tylko strach. Wystarczy mocniejszy tylko bodziec, by się przerodził w agresję. To wy Ateńczycy skazaliście Sokratesa na śmierć!

Nie śmiem komukolwiek mówić: bądź wielki!

Ale jednego możemy od siebie wymagać: nie bądźmy mali. 

——-

* W. Gomrbowicz, Dziennik 1957-1961, Wydawnictwo Literackie, s. 146

** ibidem

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *