Portret warszawskiego polonisty, warszawskiej polonistki 

Poniższy tekst przeznaczony był na ogłoszony przez polonistyczny portal „nie?WINNI czarodzieje” konkurs pod poniższym tytułem. Został ogłoszony, jak to przy konkursach regulamin, który organizator złamał dwukrotnie: nie przestrzegając terminu rozstrzygnięcia oraz odwołując przyznanie nagrody.

Ja pewien, jak się zresztą sprawdziło, tego, że nikt prawie w tym konkursie nie wystartuje, pozwoliłem sobie na napisanie tekstu prowokacyjnego, miejscami wulgarnego, ale nie pozbawionego sensu, bo własnie wyłuszczającego tę bierność i niemoc twórczą studentów wydziału polonistyki. Jeśli na konkurs została zgłoszona nawet jedna praca, to powinna być ona, walkowerem uznana za najlepszą i to własnie byłby zamierzony jej cel. Ale niestety, znów się okazuje, że zasady mają służyć tylko tym, którzy je ustalają! Zachęcam do lektury!

 

Portret warszawskiego polonisty, warszawskiej polonistki 

nieżyczliwem pędzlem malowany przez oddanego kochanka Erato, a niepokornego sługę Jej Królewskiej Polonistycznej Mości.

JA

Nie pasowałem, chciałem się zająć spokojnym układaniem mojego szczęścia
Ale ja kurwa się czułem jak puzzel z innego pudełka
Matki i dziewczyny moich kolegów prosiły ich, by nie ufali mi nigdy
Że ja zmutuję
1 ich krzyki ambicji, ogólnie, że ja jakiś radioaktywny
Polon
2

TY

Lepiej nie podchodź, lepiej nie pochodź
Bo czekają tu nieodwracalne zmiany
Dziwko to Polon, dziwko to Polon
Właśnie zostałeś napromieniowany3

Białas, Polon

ONA

Ona jest stamtąd. Tam skąd wstyd jest trochę mówić, nie warto. Ona jest z „obok”, „w pobliżu” z „za” „i tak nie znasz”. Wychowała się „o tam”, za Szkolną ulicą, przy szosie błotnistej jesienią i wczesną wiosną, pod bilbordem Wielkiego Zaimka. Szkoła wiejska to było piekło, nieomal jak w Owczarach i dzieci te straszne wyrugowane z uczuć. Kiedyś na jej oczach skrzywdziły niewinnego psa. A ona nic, a ona nic, a ona „pa!”.

Czasem jest też z Krakowa lub Gdańska, ale wtedy to jest inna bajka. Wtedy to jest bajka opowiadana w kręgu przez starego Gadamera i się zapętla, wraca do punktu wyjścia zaklęta w powtarzalności przyjazdów i odjazdów, w końcu odjazdu ostatecznego, czy raczej ostatecznego powrotu.

I co z tego, że wyjechałaś, no co? Skoro i tak wracasz myślą, słowem, czynem do tego co cię stworzyło, wracasz do Gdańska jak Huelle, do maminego gniazda, wracasz, kiedy denko słoja klaska.

Czasem z Przasnysza. Boże, gdyby się tak udało tam wrócić i tam nauczyć. Ma taką szczerą nadzieję, że się uda. Że się uda. Że się uda. Rozłożyć w czasie jak Ewa Pobratyńska? Nie! Wszystko w rękach ekhm… Boga. Do kościoła chodzę mamo, tak. Tak, co niedzielę, tak. Piękne tu mają kościoły. Tak, co tydzień do innego. Tak. Pracę mam, tak. A w dużym sklepie. Ciężko jest, ale daję radę. Do Marcela piszę też. Podpisano: Denise.

Czy to persona w ogóle „warszawska”?

Dawniej w soboty oglądało się „Familiadę”, a w niedzielę szło do Domu Boga. Były pieśni, znak pokoju z Maciejem (dłonie miał mocne i białe), a potem się wracało, mówiło o roli roli, serialu, sądach, sąsiadach. Na obiad był schab, ziemniak, kapusta i kieliszek wódki (dla chłopów). Na deser telewizor.

Tu była dwa razy, w tym, no Jezu… W Najświętszej Widzenia Nawiedzenia Serca Miłościwego Maryi Jezusa Podziemia Parafii, ukrytej wśród bloków wysokich jak sto chałup. Ale nie chodzi raczej. Samej niefajnie. Wierzy, ale nie praktykuje, jak twierdzi.

No bo no nie wie, jakaś jest mętna atmosfera wokół tych kolumn, obrazów i rzeźb, coś stamtąd wraz z kadzielnicą ulotniło się. Kościół tu jest passe. „Jesus is my sugar daddy” – taki ostatnio widziała tatuaż na udach jednej dziewczyny w tramwaju. Dziwki z pewnością jak Nana. Jej daddy jest jej daddy i nie ma to podwójnych kontekstów, pamięta jak ją przywiózł dnia pierwszego do miasta pełnego kompleksów.

Jezu, ale tu wszystko wielkie jest! No owszem, byłaś wcześniej też, ale hej! ten wieżowiec nie stał tu wcześniej. Ah, piękne jest nocą Śródmieście, każdy tu może czuć się bezpiecznie. Niestety ty nie w Śródmieściu – za drogo trochę, a na Stegnach przyjdzie ci toczyć żywot, tuż obok stacji gdzie nocą leją browar i paliwo. Jakoś tak, mieszkanie, pokój, zwykły, w zwykłym bloku, tyle, że odnowionym i znikają tu wszelkie indywidualności pozory, bo oto koleżanka ma torbę tę samą a i może jest nawet od ciebie ładniejsza? Tam skąd pochodzisz uchodziłaś nawet za ładną, jednak w stolicy jesteś przeciętną panną. Trochę mina rzednie, co? Bo tam gdzie miało być pięknie, miejsko, rześko, nowe życie, high-life, dream team i chłopaki, nagle jesteś znów ta sama, tylko, że bardziej samotna niż zwykle, zdana na siebie, wkopana w dorosłe życie, a nikt ci nie powiedział jak ten ciężar nieść.

Ale póki rodzice płacą za czynsz i chleb, nie przejmuj tak mocno się! O nie! Korzystaj, korzystaj dziewczyno, bo trafiłaś do najpiękniejszego i najbarwniejszego miasta w tym kraju! Przed Tobą Warszawa! Nasza duma i sława, Syrenka i jej pierś wydęta, jej miecz tępy a wielki, jak co drugi chłopak tu, oto są bulwary skrzące lampionami, radością i pijackimi śmiechami, oto są szkła i betony skomponowane pod architektoniczne nagrody, są grube, żółte tomy ksiąg i rzędy żółtych zębisk do obejrzenia, na twoich nowych papierosowych, przerwach. Oto jest Warszawa, i powaga i czar kampusu, i radość wiosennego przedmieścia, bierz i korzystaj, bo to co na powierzchni to (prawie) wszystko Twoje i święć się imię Twoje – Iwona, Ilona, Anita, Dominika, Ola – jakkolwiek masz, tak możesz zaistnieć, tylko o jedno cię proszę, o jedno – w tym mieście nie bój się błyszczeć!

Ale ty co? Hej, hej! Czemu się tak zamykasz w tym pokoju, no? Byłaś na wykładzie, jednym, drugim i twierdzisz, że zmęczona już jesteś? A teksty na kolejne ćwiczenia to kto przeczyta? Czemu nie czytasz? I, co, i ja mam wszystko na zajęciach mówić, sam z profesorem rozmawiać?

Do klubu też nie wyjdziesz – wszak musisz się uczyć. Nie chcesz nawet. Co w tych klubach robią. Narkotyki i seks, to obleśne jest. I drogie. Bydło. Napisałaś kiedyś o tym wiersz?

Musisz się uczyć. I obejrzeć ten filmik na jutubie i ten serial nowy, ponoć super. O prawnikach. Prawnicy to mają. Mogłaś pójść na prawo, na prawie pieniądze byłyby lepsze. Ale rodziców nie byłoby stać by cię tu utrzymywać pięć lat. Rodziców Marioli stać, kupują jej wszystko, nawet samochód. A twoi? No wstyd, aż wstyd chłopaka jakiegoś tam zaprosić, bo ojciec zacznie wypytywać jakie plany, matka, kiedy wnuki, a potem włączą jak zwykle telewizję i przez chwilę tylko będzie dobrze, kiedy Starsburgera głos zagłuszy głosy duszy.

Muzeum? Nie, sztuki plastyczne nie interesują cię. Nie muszą. Ty studiujesz LITERATURĘ. Nie ma sensu się rozdrabniać, co te obrazy, tam jakiś Witkacy, Malczewski, Gerstl se wisi, niech wisi. W gablocie Zwrotnica i nóż jakiś z brzucha, a dalej meble, które wspierały obfite morale takiej Ćwierczakiewiczowej, biedermeier wyjęty z salonu literackiego wprost, ale nie! Ty nie jesteś jakąś kioskarką czy stolarzem ani stolarką! Muzea są drogie. Oj, bardzo drogie! Tak słyszałaś: „że studenci uczelni artystycznych mają za darmo, a my mamy jak normalnie. Studenci tego PA SE PE.” – „ASP – poprawia cię koleżanka.” „Tak. My drogo”4.

Nie wiesz ile dokładnie, bo nie byłaś by sprawdzić. Pytasz koleżanki: „czy żeby wejść do Muzeum Narodowego trzeba się jakoś wcześniej zapisać, by wejść?”. Ona odpowiada: „Nie, nie trzeba, można o tak”. „Byłaś?”. „Nie, jeszcze nie (studiuje III rok). Trudno się z kimś tak umówić, a samemu to nie.5

Samemu nie! Nigdy nic samemu, nie! Bycie samemu jest w ogóle passe, nie po to jest na Ziemi 7 i pół miliarda ludzi by być samemu. Kiedyś, w czasach Abrahama to może uchodziło. W czasach Miłosza jeszcze wśród jakiś wysychających jezior Wileńszczyzny, gdzie wodne węże plaskały czmychając przed ciskanymi z brzegu kamieniami. Ale dziś? Sama nie możesz wybrać się już, ani do biblioteki, ani na spacer, ani do muzeum, ani też postać na korytarzu. A, że koleżanek masz w sumie bardzo mało, to wybierasz głównie ten numer do mamy.

Samotność. Artysta powiedziałby „metafizyczna”. Ale ty nie jesteś artystką, więc tak nie powiesz. Takie słowa tylko na zajęciach, poza nimi jest wielkie zapomnienie i umyślne nie-kojarzenie. W opisie na tinderze jesteś tą, która „czas kocha spędzać pod kocykiem, z herbatą w ręku i dobrą książką w dłoni”. A ja Ci dobrze radzę: zrzuć ten kocyk, herbatę zamień na wiśniówkę, a zamiast książki chwyć lepiej jakiegoś chłopaka za rękę, i życie poznaj w końcu mięsiste i krwawe jak stek, a nie tylko tymi pierogami ze stołówki żywisz się!

ON

On jest stąd. A jeśli jeszcze nie jest, to się stanie. Nie jechałby jak głupi studiować polonistyki do innego miasta, aż tyle warte to nie jest. Jeśli już przyjechał, to nie tylko studiować, ale i żyć. Polonistykę wybrał, bo w liceum pisał wiersze. Jedne spaliłby dziś ze wstydu (gdyby miał piec) inne były udane. Julii się podobały. Julii się podobały i być może śmielej otwarłaby swe serce, wydarła dłonią nagą i ci je przed twarz (bijące jeszcze) wystawiła, gdyby nie ten wyjazd. Te twoje marzenia, mówienie, mówienie, mówienie, o tym co będzie, a za mało o tym co jest. O tym co było już. No i akcja z Agatą na tym sylwestrze. Tak, to na pewno też Julię odstręczyło. Ale ona nieważna już, bo tu w tymże gmachu czeka na ciebie kordon dup. Tak, to wulgarne i banalne, ale chuj, tak sobie myślisz, a tego nikt sprawdzić ci i ocenić nie może. Zapominasz jednakże, że myśli są panewką słów, a te wystrzałem czynu.

Nieważne są te przeszłe wydarzenia, tu zaczniesz się na nowo jak Rastignac. W oczach kobiet rozpalając blask. Ale zapominasz, a może nie wiesz tego jeszcze, że oczy ludzkie odbijają i na twarz przenoszą to co widzą, a ty jesteś ubrany na szaro dziś. Jakże chcesz świecić spod papierosowego dymu, smogu, deszczu, zatęchłych od wiśniówki bram? Jak chcesz… cholera! świecić z tą dziurą w płaszczu wypaloną nieudolnie strzepniętym popiołem i plamą od piwa na nowych butach?

Ah! Przecież cię przyjęto do szkoły poetów! Tak, w pamięci masz słowa Adama, he he, ty już wiesz, że to nie komedia a dramat jest, ale jednak odległy w czasie jak od renesansu Pierwszy Wieszcz. Ciebie to zresztą spotkać nie może. Ty wiesz kto dobrze pisał – Bukowski! On znał się na życiu. Znał, chlał, używał, brał. Tak, to jest to! Warto spróbować chociaż, dłoń wyciągnąć i się przekonać, liznąć artyzmu. Wszak pisarz bez papierosa istnieć nie może. Oh, Świetlicki! Palił. Herbert, Białoszewski, Miłosz, Szymborska, Lem, Konwicki (czy Gombrowicz?) Wszyscy ze szlugiem! Mnie zatem też wypada te pieniądze przeznaczone na ostatnią bułkę, przeznaczyć jednak na papierosy marki Camel.

Budzisz się po dziesiątej i oczy masz podkrążone. Nie zdążysz już na te ćwiczenia, miał być jakiś Sępa-Szarzyńskiego sonet. Brodacz będzie zły, o ile w ogóle twoja obecność, lub nie cokolwiek zmienia w jego stoickiej (wzorcem Kochanowskiego w posążku zaklętego) egzystencji. Poruszasz się, wstajesz, i pierwsze co, to brakuje fajek. Nogą nieuważną potrącasz wino z wczoraj, rozlewa się na bok, barwi blok, na ten rok, robisz skok, szmatą blok, lecz notatki zniszczył już ten winny sok. No i trudno, w pokoju jest brudno, Bukowski flow wjechał na grubo, wczoraj była jakaś lejdi, dzisiaj wiesz, że bolą cię zęby, zbierasz myśli rozrzucone jak skarpety, ale nic nie rzuca na nie nowego światła; czy przez rolety? Warszawa jest szara, brudna, zamknięta. Chodząc ulicami w czarnym płaszczu sam na siebie sprowadzasz Małą Apokalipsę, poprzez szlugi i tyskie schowane gdzieś za winklem, a teraz łamiące strukturę materiałową płaszcza. Wszystko się rozkłada: sens, ona na kanapie brudnej od wesz (chciałoby się rzec, ale aż tak, źle jeszcze nie jest), książki niedokończone, i ten z wczoraj wiersz – kartka niosąca krwawy ślad dosychającego pióra, zroszona kroplą brudnej śliny i papierosowego próchna, świadectwo myśli zgubionej i roztrwonionej. Postępujesz tak jakbyś miał się nigdy nie skończyć, jakby oderwany fragment miał odrastać natychmiast, jakby trwanie wiecznie w pięknie, dyspozycji, wenie, było naddane. Ale teraz gdy patrzysz w lustro i oczy zmęczone jak Muńka to już odwracasz wzrok, w bok, nie chcesz widzieć tego, co sprowadza cię tu – na dno.

Do dna!

Mija miesiąc, ogarniasz się, ogarniasz się – dziękuję, nie piję – dziwnie i pretensjonalnie to brzmi w ustach jeszcze młodych od krwi, ale tak trzeba robić jeśli mają się przyśnić jeszcze kiedyś jabłonie i nimfy z harfami, strunami trącanymi delikatnymi palcami wibrujące falą górskiego strumienia.

I teraz jeśli masz szczęście i determinację to odrzucasz złe nawyki trwale by wstąpić na ścieżkę z dala od bierhalle, a ta cię zaprowadzi w doliny między wysokie półki, z których potrafią spadać jak głazy zdradzieckie tomiszcza na temat ekfrazy i zgnieść ci głowę, ale też ujrzysz cudowne wzloty Wergiliańskiej epopei, tysiące ptasich skrzydeł utkanych z bawełny czerwonej i niebieskiej, białe jak śnieg skropiony krwią beenki i ujrzysz słońce po długiej zimie przez BUW-owski dach i w jednej chwili cała myśl ludzka nabierze kości, ścięgien, mięśni, tłuszczu i skóry i ujrzysz, na chwilę ujrzysz Sens Ludzkiej Myśli cały i cień tego Sensu będzie ci towarzyszyć, już do końca twych dni.

A może też oślepniesz.

MY

Odkryjemy tego drugiego Polaka gdy zwrócimy się przeciwko sobie. A zatem przekora powinna stać się dominantą naszego rozwoju. Będziemy musieli na długie lata oddać się przekorze, szukając w sobie tego właśnie, czego nie chcemy, przed czym się wzdrygamy. Literatura? Literaturę powinniśmy mieć akurat przeciwną tej, która dotąd się nam pisała, musimy szukać nowej drogi w opozycji do Mickiewicza i wszystkich królów duchów. Literatura owa nie powinna utwierdzać Polaka w jego dotychczasowym pojęciu o sobie, lecz właśnie wyłamywać go z tej klatki, ukazywać mu to czym dotąd nie ośmielił się być.6

Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1956

WY

(…) Ja wierzę w raportowanie nowe, świeże, przełomowe! A pan by chciał nas zaprząc do pługu i kazał to samo orać, i orać w nieskończoność. Wy nie macie tu monopolu na prawdę, choć bardzo byście chcieli!7

Piotr Sarmini, Bez przekazu

ONI

– Mordo, mordo, mordo…

– Łe kurwa, mordo, mordo?

– Ale mordo!

– Mordziasto.

– No mordo.

ONE

– Miałam zajęcia z profesorem Nowakowskim i on kazał nam czytać tę, no…

– No kogo?

– Tę – ścisza głos – Masłowską.

– Masłowską? I jak, przeczytałaś? Ja jej nie czytałam, nie chcę tego czytać.

– Ja ci powiem zaczęłam tę „Wojnę polsko coś tam”, ale musiałam często przerywać. Bo mi się niedobrze momentami robiło. Niedobrze.

– Mój kolega to czytał jeszcze w liceum, bardzo mu się podobało, polecał. Ale ja nie chcę tego czytać. Nie. To ohydne jest. 8

Milczą znów. Długo. Nikt się nie poruszy, by drugiego nie spłoszyć.

*KONIEC*

PIOTR SARMINI, 29 XII 2018

1Zmutuję od (ang.) mute – dosł. wyciszyć.

2Białas, Polon, [w:] POLON, SB Maffija, 2017.

3Białas, op. cit.

4Sic! Autentyczny dialog podsłuchany w podziemnej, polonistycznej kawiarence w grudniu 2018 roku.

5Jak wyżej. Dialog autentyczny.

6Witold Gombrowicz, Dziennik 1953-1956, Wydawnictwo Literackie, Kraków – Wrocław, 1986, s. 173.

7Piotr Sarmini, Bez przekazu, Czarny Kajet, Warszawa 2018, s. 254.

8Dialog autentyczny podsłuchany w kawiarence „Lalka”, choć lingwistycznie może ładniej oddany niż w rzeczywistości przebiegał.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *