Biznes, kultura i porno – #OPOWIADANIE

Czeka ktoś gdzieś,
patrzy w stronę drzwi,
dawno miałeś być,
ale nie wie tego,
że hasz był mocny.

Sokół i Marysia Starosta, Spotkanie

 

Biznes, kultura i porno
ku pamięci, że żyć tak dłużej nie wolno

Nie wie tego nie, że depresja była mocna i mroczny był dzień, taktowany bólem płata czołowego, zęba górnego, bodaj siódmego od przodu i był to dzień, jakich przeżywać się nie chce, a mimo tego, człowiek sam się na te dni skazuje, począwszy od zaspania, umyślnego snu przedłużania, nie zjedzenia śniadania, odpalania papierosa na pusty żołądek. Potem biegu ciągłego, syfu do mózgu wlewanego przez smartfon, kwejk, gang, bang, muza, elo, śmierć, coś tam gdzieś.

Ty tu sam w metrze ledwo się trzymasz, stoisz ledwo. Wysiadasz pośród setek, tysięcy wysiadających, okropna jest myśl o obowiązkach, i ludziach cię czekających, już zaraz, mimo braku w żołądku śniadania, odpalasz drugi papieros, by bolało, a jednocześnie nie czuło się nic. Narkoza i pobudzenie jednocześnie, dziś nie jesteś wieszczem, jesteś leszczem, śmieciem, milionem.

Dzwoni telefon, to szefowa pyta, kiedy zobaczy twój ryj, pyta pro forma, bo oboje zdajecie sobie po cichu sprawę, że tak naprawdę wolelibyście nie spotkać i nie widzieć się już nigdy. Lecz ona mimo wszystko pyta, kiedy zawitasz, to zbywasz ją pół-prawdą, coś o bezprądnych tramwajach na Pradze i idziesz dalej. Paląc patrzysz na mury, graffiti szukasz znajomych kresek, dziar na trzewiach i skórze miasta. Dostrzegasz napisy te same, co zwykle i głowę podnosisz w tym samym miejscu co zwykle, by ujrzeć… te co zwykle graffiti na kamienicy szczycie, tego dnia akurat wyjątkowo poszarzałe i niewyraziste, i nie czujesz nic. Pusto. Nic.
Kaszel. Skręt. W prawo. Udar. Rozbija beton i łeb. Buduje się. Rujnujesz się. Czemu tu idę. Nie tak miało być. EJ!
Wyrzucasz kiep, odbija się od puszki po tajgerze, spada na chodnik, nie schylasz się by go podnieść, to będzie tragiczny dzień i na pewno nie poruchasz, to już wiesz, bo kiedy niedopałek nie wpada do kosza to jest zły omen. Zły znak.

Oh men, schody, wbij kody, zbieraj nagrody, 120 klucz 8566, cześć! Cześć! Cześć! – pokoje otwarte, wyrzucamy sobie powiatania jakbyśmy rzucali okruchami czerstwego chleba do ptaków, w ptaki właściwie, po cichu licząc, że spadną im na główki, trafią w czarne, szkliste oczy. Skrzywdzą. Tak trochę dla żartu.
Dostaję odłamkiem od jej mrugnięcia, idę po szklankę, nalewam kawę, radio milczy jak przed zeznaniem kabel, a mogłoby grać Frediego. Włączam i Sen o Wiktorii, wyłączam, w ogóle nie nastrój dziś do tego, sen był już, a na wiktorię to nawet nie ma dziś szans: po pierwsze vibe, po drugie: szlug wypadł z kosza, po trzecie to się czuję jak gówno.

Siema! Hej mój pokój wita mnie, nie moi ludzie, nie mój warszawski sen, ale hajs jest, a prawda taka, że nigdzie nie umiem odnaleźć się, jeśli mam spełniac czyjś a nie własny sen.

ZEN. Siadam na krześle, one lekki uśmiech, może jeszcze nie jestem skreślony w ich oczach, może to ja sam tylko kreślę i zabijam się. Tracę barwę, lewe oko drży od niedoborów: magnezu, fosforanu, a miałem przecież na tej siłce wyrzec się potworów, zdrowo żyć, nie pić, nie palić, tymczasem serce bije to mocno, to ledwo, jak na sinusoidach mych zwycięstw i żali. Wbijam na maile, otwieram Excel, czy tego naprawdę chciałem? Nie, nigdy, jak sądzę. Mam nadzieję, że nie kończę, ja zaczynam, bo zdechnę jeśli tak dłużej będzie się patrzeć Karolina.
Proces to nuda, follow-up obłuda, stosunek mój do pracy jak to dup z tindera, walę ją i się na twarz spuszczam.
Kiedy wciskam enter, przesuwam myszkę, to głęboko czuję ten system i syf i fałsz, pogoń, mizerny hajs, czuję, że nie ma znaczenia czy za 2 czy za 10 k grasz, bo w obu przypadkach i tak pod koniec miecha nie masz nic. Jeden ma buty lepsze, drugi ma gorsze, jeden pije łyche na go go, drugi na murku goude. Jeden furą jedzie, a drugi busem, obaj spieszą się z rana, no bo „szef jest lamusem”.

Brzuch burczy, głód i to nieważne, że w portfelu parę stów, bo teraz nie mogę wstać, wyrwać się, to jeszcze nie czas na przerwę #kitkat.

Ona zaczyna swoją litanię, tysiące info kapią na łeb, na szyję, jak woda w wannie; moja bania jest dziurawa, wypływa z niej raport tygodnia, wypływa wzorcowa postawa. Plecy zgięte w łuk, ręce strzały wybijają klawisze, żołnierze na Wordzie chwały; ich esencje jak duchy na karty historii wlewają się: z r ó b  l i s t ę, naciskam, zabijam nieskończone zadania liter i cyfr, a ich awatary wciąż tkwią w laptopie, jak w moich płucach węgielny syf.

Kaszel to emanacja pokrzywdzonego ducha, czas równa się praca, słuchanie dorosłych nie popłaca.
A gdyby tak wyjść teraz i strzelić se w łeb, a gdyby tak złapać nóż, otworzyć czerep, a gdyby na ostatnie piętro wdrapać się, sprawdzić sztukę latania we własnej bluzie PROSTO label?

Może wtedy nastąpiłaby ulga i jebać tę pracę, jebać te miejsce, brak mi słów na takie podejście, jebać studia, moje życie to nie miała być studnia, to miała być wieża, EJ! Panie systemie, spierdalaj, zostaw moje kamienie, łopatę, cement, it’s my life, to ja za to płacę, fokusem, energią, czasem; proszę nie ruszać mych narzędzi, zasobów i planów, dlaczego skurwysyni mówisz mi jak żyć i dajesz tylko iluzję wyboru?!!

Zapalę chyba. Sam sobie sterem, żaglem, okrętem, kotwicą, wiatrem marnym z osłabionych płuc.
Na korytarzu łypie na mnie ona, to ta Ilona popierdolona, mówi: „poczekaj, pódję z tobą”. Zaczyna nawijać o swoich kotach, i coś o teatrze, że wejściówki ma dwie, ja kumam aluzję i wiem, że jej pussy chce być głaskana na twardo. Ale nie jara to mnie, bo zmarszki na czole ma dwie, poziome, choć jest jeszcze młoda i całkiem sportowa, to…
– Może wpadniesz dziś do mnie, hę? Poznasz moje kotki i trochę lepiej też mnie.
– W sumie czemu by nie?

Czyżby poranny omen jednak mylił się? Może ten dzień będzie lepszy niż ból głowy i zjebane ZEN. Kończymy kiep („We Włoszech żelaznym pachem, mąż kiep żony zasłania przed gachem”), ona uśmiecha się, ma kolczyk na pełnej wardze, zalotne niby spojrzenie i głowę niby niechcący opiera o moją pierś. Szczypię ją za bok, jakbym kijem tykał mrowisko. Wchodzimy na górę, bo Pan Kanapka na powiślańskim rejonie pojawił się. Dupy z biura jak sępy na padlinę zleciały się, czy jak gołębie na chleb. Wybieram szamę, wydaję dychę, mam węgle, białko, do ogrzania w mikrofali, trochę tłuszczu na widelcu i kuchenne gadki-szmatki.
Mam ochotę położyć się, uciekać w sen, czy to ten śnieg za oknem, czy kończę się jak atomowy reaktor, co nie wybuchnie, tylko pod wodą zatopi się?

Kawa chwilowo stawia, na oparach jak golf dresiarza, dzwonię do dziennikarza, on się zgadza na rozmowę a autorem książki, którą promuję z takim mozołem; efekty przynoszę, uprzejmie donoszę szefowej. Ją to cieszy chyba. Uzupełniam tabele jak egipski skryba. Umiem liczyć, znam litery i słowa, to dużo w świecie, gdzie wszystko buduje hajs i rozmowa.
Dzwonię, piszę, uzupełniam, nawijam, milczę. Gdy powininienem ze współpracownikami relacje budować, ale nie mam energii dziś, sorawa, dajcie tu więcej słońca iluminati Anieli.
W końcu 17.00 wybija, poza zawijać, czuję, że cuchnę, lecz ona zdaje się nie odczuwać, kiedy nawija, komplementuje co mam mam w głowie, że teksty genialne, a tak w ogóle to w przyszłym tygodniu chodźmy do teatru. „Hola, hol dup dziewczyno! Fist show me your pussy, interior desing, Albright?”. Okej, jedziemy, autobus 524; nie lubię tych busów, bo się zawsze czuję jak na podsłuchu, gęb korpo lamusów, do których sam, mimochodem muszę się teraz zaliczać. Dlatego noszę Fast najki, skity śniegowe i portki moro. Moja katana jest czarna, a czapka ma jaskrawy kolor, nocą nią świecę jak aureolą, by wyróżniać się od tych, co indywidualność pogrzebali pod ziemistym ubiorem i cieniem, smutnym kaszkietem, spojrzeniem. Ja nie chcę być smutny, ale ten świat często nie pozostawia mi wyboru. Walczę więc z nim malując mury sprejem i waląc coś w sklepie, czy z marmuru fete.

Ale i czasem pomedytuję, na oczyszczenie, rozpalę świece i zmówię mantrę: „om mani padme hum!”. Buddo, daj mi siłę, bo jej gadka chyba mnie wykończy.
– No i wiesz, moja ciotka prowadzi herbaciany sklep, biorę często od niej yerbę, a ta Matylda od nas z pracy to głupia jest jak cep, serio, moja inteligencja przerasta ją, a ty masz fajny uśmiech, wiesz?
– Wiem. Daleko jeszcze?
– To już tu chwila, o widzisz tutaj chodziłam na piwo z przyjaciółmi z gimnazjum, takim Markiem, co miał niebieską latarkę…

Gad dejmn, w co ja wjebałem się? Czy ona kiedyś przestanie gadać?
Dojeżdząmy na szczęście już, wysiadka ożywia mnie. Ursynów, smog, śnieg, szlug i z bloków tlen.  
Nie lubię ich betonowych mord z pokrzywionymi oknami, brzydkim zasłonkami, światłami niebieskimi emanującymi od ludziów przed telewizorami #szklana_pogoda  (co się gapisz? Zamknij te okno, nie puszczaj do mnie oczka, bo masz szarą, wstrętną elewację!).

Zawsze wolałem Służewiec z jego alejkami i parkami, choć dziś już gardzę tymi biurowcami, a nowa elewacja pochowała to co kocham. Wszystko takie sztuczne, robione na pokaz, okładka zmieniona, ale wciąż ta sama książka.

Na Służewcu była przestrzeń i tlen. Tutaj mam wrażenie, pośród długich parkingów, nic nie układa się. Samochody, samochody, samochody, dwa wypadają na jedne nogi, na nóg parę, a teraz para wolno, smoliście się wydobywa z naszych roześmianych ust, bo żart prosty: menel wiózł na wózku złom i jak po piwo z kieszeni sięgał to mu ten wózek zjechał i z drzewem zdzwonował. Taki dzwon, ding dong, pokrywa od pralki, się pokryła wgniotem,

“Panie, tego już do żadnej innej się nie przełoży, to trzeba nowy element wstawić, bo lakierować nie ma sensu. Chociaż znam takiego magika, co może i mógłby to wyklepać tanio, zaszpachlować, pędzlem białym pomalować, no, ale to za flaszkę, bo on na trzeźwo takich robót nie robi, to jest chłop co się do bycia mechanikiem sposobił, no ale jakoś tak wyszło, że piwko, drugie piwko, trzecie piwko, aż ze Zdzisława się stał swojsko – Zdziśko, i tak pan widzi, o tam, na tych garażach wgniecione klapy pralek i ram rowerów w nowe cuda przepoczwarza, ale to jak mówię, to zagadać muszę, o tam jutro do warzywniaka idę, to się przejdę, no, może zastanę go, ale to nie obiecuję nic.”

I tak jakoś zmierzamy dalej: ja i Ilonika, Ilonika i ja. Ilonika w majtki sika, a żółta oranżada Helena to siki Iloniki i tak mnie też się chcieć zaczęło, a więc pytam czy daleko jeszcze.

– O nie, o tu, to tam, piętro pierwsze.

No to okej, tyle mogę przetrzymać jeszcze, ale te bloki się zdają jak fatamorgana, miałby być blisko, a się oddala i oddala bloczysko, jakby z fundamentów sie urwało i teraz płynęło w zieloności, nurzało w przestrzeni, a im ja krok bliżej, tym ono dwa węzły dalej, jak ja dwa kroki to znów wiatr zawieje i NAZWA ULICY odpływa na kolejne trzy długości. Pęcherz się naciąga, mięsień Kegla ćwiczy, co by za szybko nie sikać i nie spuszczać się od przesłodzeń łóżkowych słodyczy, ale kurwa, gdzie ona mnie wywiozła, no gdzie?!

I ten dzień i tak za długo dłużył się a teraz w dodatku głód, szczyny, fizjologia najczystsza, najpierwotniejsza i najbrudniejsza w swych formach daje znać o sobie. No tylko, że popędu nie ma i go nie odnajduję w tej drugiej osobie, bo ona tylko miele i miele jęzorem, coś niby o mnie, ale głównie o sobie. Jeśli dobra rozmowa to wspólne się zazębianie to rozmowa z nią jest jak przez ścianę ruchanie. Jedno sobie, drugie sobie, niby się tam słyszymy, ale żadne czucie z tego nie wynika. Przynajmniej po mojej stronie, bo ona zdaje się być zachwycona każdym moim nastrojem  i już ją odpulam i zaczynam być i wulgarny i banalny i brutalny i próbuję każdej techniki jawnego “sięodpierdolenia”, ale na nią to działa jak na milionera szynki przecena.

W końcu, kurwa pod tę klatkę dochodzimy, szarość, szorstkość, obok wejście do śmietnika (to nie Afryka, drzwi się zamyka!), że można je pomylić z wejściem właściwym.

***

Część 2 niebawem.

Ściągnij moją książkę „Bez przekazu” za darmo: czarnykajet.com/bezprzekazu

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *