Zaślinieni w absurdzie cz. I

– Andrzej – jej cienki głos przeciął kuchenne powietrze.
– Tak kochanie?
– Chodzi o Bazyla.
– Co z nim?
– Ostatnio zachowuje się jakoś dziwnie. Nie zauważyłeś?
– Nie.
– Chodzi o to, że kiedy do niego mówię, on jakby przestał reagować, w ogóle mnie nie słucha.
– Wiesz, że zawsze miał problemy z dyscypliną. Ta szkółka, w której byliście… no cóż, na pewno nie była warta swoich pieniędzy. – odparł stawiając kawę na stole.
– Gdybyś zobaczył, co było wcześniej! W ogóle nie dało się go kontrolować. Przez chwilę było lepiej, ale teraz…
– Wszystko z nim w porządku, spójrz: Bazylku, chodź do panka!

Chudy, pręgowany bokser przybiegł do kuchni merdając ogonem z częstotliwością sekundnika, obijając cienkim bacikiem pobliskie meble i futryny.

– Tak, dobry piesek. Kto jest moim Bazylkiem fazylkiem? Kto jest takim ślicznokiem czarnookiem?

Pies rozentuzjazmował się jeszcze bardziej. Zaczął bić ogonem o wystający róg szafki i jednocześnie rozglądać się za zabawką. Po chwili wypatrzył leżący w salonie węzeł. Doskoczył do niego dwoma susami, zupełnie jak wielki kot; przednie łapy rozpostarł dookoła zdobyczy i pochylił mordę wraz z grzbietem, tylną część tułowia pozostawiając jednakże w pozycji wyprostowanej. Nie przestając machać ogonem, pochwycił węzeł, ze szczęścia wykonał w miejscu dwa obroty i biegiem zawrócił do właściciela, lekko ślizgając się po kuchennych kaflach.

– Kto, ma taki węzełek, no kto? – Pies podskakiwał z radości, świadom że to on ma węzełek.

– Daj! No daj! Bazyl! Puść! – niechętnie, mieląc pyskiem resztki błękitnych strzępków, wypuścił zabawkę i w najwyższym skupieniu zaczął obserwować jej dalsze położenie. Niebieski węzeł został podniesiony przez samca. Teraz był już wysoko, w jego dłoni. Wysoko, ale nie na tyle wysoko,  aby Bazyl nie mógł doskoczyć. Mógł, ale czekał, był grzecznym piesiem, chciał tylko swoją zabawkę. Nikomu nie stanie się krzywda, jeśli tylko ją dostanie. Już za chwilę… Oh! Choćby ostatni raz poczuć ją między zębami, delikatnie pobudzić zwisającego, mokrego fafla… ten jeden ostatni raz! Czy to tak wiele?

Pan wykonał ruch i wyrzucił węzełek gdzieś daleko! Ale gdzie?! Ale czy na pewno?!

Bazyl rozejrzał się uważnie po kuchni i salonie, ale węzełka nie było nigdzie, jak okiem sięgnąć. Zaczął, więc węszyć. Wyczuwał podstęp. Samiec i samica, coś mówili, ale on nie miał teraz czasu się temu przysłuchiwać. Najważniejszy był węzełek. Piezu! A co jeśli już nigdy go nie odnajdzie?! Ta myśl wydała mu się straszna i czarna. Podwoił wysiłki! Już nie tylko wąchał, ale i rozglądał się naprzemiennie na boki.

– Patrz jak szuka głupiutki.
– Gdzie to schowałeś?
– Na blacie leży.

Wyczuł spisek. Jasno i wyraźnie. Z podejrzliwym wzrokiem skierował się ponownie w stronę samca, zdecydowany, by tym razem rzetelnie i dokładnie przeszukać całe jego otoczenie. Zaczął od stóp. Pachniały znoszonymi butami i mokrą skarpetą. Cudownie. Ale to nie był czas na kontemplację, to był czas na akcję! Sztachnąwszy się stopą dłużej niż wypadało począł szukać dalej.

Samica – ma podejrzany wyraz twarzy, na pewno coś ukrywa! Czy za plecami? Nie. Jest pusto. Zatem w wodopoju!

Podskoczył zgrabnie i przednie łapy oparł na brzegu zlewozmywaka. Brudne naczynia i śmierdząca chemią gąbka, jednak węzełka ani śladu.

Osobniki zapiały radośnie. Z pewnością coś knują. Ponownie obszedł samca i wykonał skok. Tak! Na blacie znajdował się piękny, ponętny, obśliniony i nęcący węzełek!

Bazyl chwycił go łapczywie, po czym zadowolony opadł na ziemię i oddalił się w bezpieczne miejsce – okolice kanapy.

Więcej, nie straci go w tak nieroztropny sposób. Osobniki zupełnie nie potrafią obchodzić się z tak delikatną i pyszną materią. Węzeł pachniał i smakował tak pięknie.

***

Część II już wkrótce. Sprawdzaj na czarnykajet.wordpress.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *